(Rdz 22, 9-18)
Ofiara Abrahama
Czytanie z Księgi Rodzaju
Gdy Abraham i Izaak przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego, Izaaka, położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna.
Ale wtedy Anioł Pański zawołał na niego z nieba i rzekł: «Abrahamie, Abrahamie!» A on rzekł: «Oto jestem». Anioł powiedział mu: «Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna». Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna. I dał Abraham miejscu temu nazwę „Pan widzi”. Stąd to mówi się dzisiaj: «Na wzgórzu Pan się ukazuje».
Po czym Anioł Pański przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: «Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to, a nie odmówiłeś Mi syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu».
(Mt 26, 36-42)
Smutna jest dusza moja aż do śmierci
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus z uczniami przyszedł do posiadłości zwanej Getsemani i rzekł do nich: «Usiądźcie tu, Ja tymczasem odejdę i tam się pomodlę». Wziąwszy z sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza, począł się smucić i odczuwać trwogę. Wtedy rzekł do nich: «Smutna jest dusza moja aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną».
I odszedłszy nieco do przodu, padł na twarz i modlił się tymi słowami: «Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty niech się stanie!»
Potem przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących. Rzekł więc do Piotra: «Tak oto nie mogliście jednej godziny czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe».
Powtórnie odszedł i tak się modlił: «Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja!»
Homilia
Święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana wyznaczone przez Stolicę Apostolską w 2012 na czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego zostało rozszerzone na cały Kościół w ostatnich dniach pontyfikatu Benedykta XVI i jest dla Kościoła niejako testamentem duchowym Papieża Benedykta. Dla księży jest ono zachętą, by wpatrywali się w Chrystusa Kapłana, a dla wiernych – by nieśli kapłanom duchowe wsparcie. Episkopat Polski podjął decyzję o wprowadzeniu nowego święta Pańskiego na zabraniu plenarnym w listopadzie 2012 r. Watykańska Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów w lutym 2013 r. wydała dekret o zatwierdzeniu nowego święta i tekstów liturgicznych dla Polski.
Centralną myślą dzisiejszego święta jest Kapłaństwo Chrystusa, Który – jako Kapłan Nowego Przymierza – ofiaruje się Ojcu Przedwiecznemu za ustanowiony przez siebie Kościół, aby Jego członków doprowadzić do pełni istnienia w Królestwie Niebieskim.
Bardzo piękne jest to powyższe zdanie, ale:
„Jakie ono ma znaczenie dla nas, ludzi zagubionych w świecie krzykliwych reklam i nieustającego hałasu, zaborczej i pazernej rozrywki i drenującego nasze siły wyścigu szczurów?” Dla nas już samo słowo „kapłan” brzmi dosyć tajemniczo, enigmatycznie żeby nie powiedzieć obco. Także słowo „ofiara” ma raczej nieprzyjemne i negatywne konotacje. Również słowo „Kościół” kojarzymy raczej z budynkiem, albo co najwyżej z kościelną hierarchią; biskupami i księżmi.
Co dla człowieka XXI wieku znaczy, że Chrystus – Najwyższy i Wieczny Kapłan – ofiaruje się za tegoż właśnie człowieka Bogu Ojcu? Niestety ani starotestamentalne figury biblijne, ani idea kapłaństwa czy ofiary, nie są ani zrozumiałe, ani przyswajalne, szczególnie przez ludzi młodych. Obraz Najwyższego Kapłana ofiarowującego się Bogu Ojcu za zbawienie świata przerasta nasze możliwości rozumienia, a tym samym przestał – jak się wydaje – być dla nas nośnikiem najważniejszej w naszym życiu prawdy.
Jak ludziom XXI wieku przekazać tę najwspanialszą wiadomość w ich życiu, że oto sam Syn Boży mówi do nich: „Ja za was poświęcam w ofierze samego siebie, abyście i wy byli uświęceni w prawdzie”? Jak mówić o „uświęceniu w prawdzie” skoro ludzie nie wierzą już nawet w możliwość istnienia prawdy, bo im wmówiono, że prawdy obiektywnej nie ma, że każdy ma swoją, prywatną wizję i definicję prawdy? Jak mówić o niebie, skoro ludzie –ogłupieni reklamą i telewizyjnymi newsami – już nawet w niebo nie za bardzie wierzą?
Chodząc w styczniu tego roku po kolędzie usłyszałem słowa skargi schorowanej i umierającej matki: „Powiedziałam swoim dzieciom, że moim największym i jedynym marzeniem jest zobaczyć je kiedyś w niebie. Na to moja bardzo wykształcona córka z beztroską odpowiedziała „no to, mnie tam mamo na pewno nie zobaczysz”. I ta matka z bólem pyta mnie: „Księże, co mam robić? Zadziwia mnie arogancka beztroska i głupota mojej 27–letniej córki. Przecież nie tak ją wychowałam, nie takie dałam jej wzorce.”
Ilu rodziców przeżywa podobne dylematy? Co się stało z naszymi dziećmi? Skąd u nich takie aroganckie i bezmyślne stwierdzenia? Jak takiej młodej, wykształconej osobie przekazać głębię modlitwy Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana: „Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś”? Jak mówić im o tym, że Chrystus – Zbawiciel pragnie ich mieć w niebie na wieczność, skoro tak wielu z nas powtarza z obezwładniającą beztroską: „Ja to się do nieba nie nadaję, niebo jest dla świętych, a nie dla takich jak ja”? Tak, niebo jest dla świętych, ale trzeba chcieć i robić wszystko, żeby świętym być i jednocześnie zawierzyć Chrystusowi, że On właśnie dlatego wydał samego siebie, abym świętym został.
A co powiedzieć o tych, którzy przez Sakrament Kapłaństwa mają udział w kapłaństwie Chrystusa, o kapłaństwie ministerialnym, w obliczu skandali z udziałem tych, którzy tego sakramentu okazali się niegodni, którzy się mu sprzeniewierzyli, zdradzili, nadużyli? Święty proboszcz z Ars, Jean Maria Vianney mówił: „Gdyby ktoś już na ziemi do końca zrozumiał kapłańską godność, to umarłby - nie z lęku, lecz z miłości.” Nie chcę się bić w cudze piersi, ale ilu z nas – zarówno kapłanów, jak i tych włączonych w kapłaństwo powszechne – ma taką świadomość kapłaństwa?
To prawda, że centrum dzisiejszego święta jest misterium Chrystusa Kapłana, Który ofiaruje się za Kościół i wstawia się za Nim. Ale niestety On sam nic nie zrobi bez naszego codziennego wysiłku i bez naszej szczerej, głębokiej modlitwy. To po to właśnie Chrystus zaprasza nas do uczestnictwa w Eucharystii w swojej Ofierze, abyśmy i my sami siebie składali w ofierze Bogu Ojcu za nas samych ale i za innych. To jest nasze uczestnictwo w kapłaństwie Chrystusa. On, Najwyższy i Wieczny Kapłan nic nie potrafi bez mojego udziału.
Homilia II
Dzisiejsze święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana stawia przed nami dwie sceny, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się odległe, a jednak w Bożej pedagogii tworzą nierozerwalną całość. W pierwszym czytaniu słyszeliśmy o Abrahamie wchodzącym na górę Moria z nożem i ogniem, z Izaakiem dźwigającym drwa ofiarne. W Ewangelii towarzyszyliśmy Jezusowi w Ogrodzie Oliwnym, gdzie – jak usłyszeliśmy – „począł się smucić i odczuwać trwogę” i gdzie padł na twarz przed Ojcem. Dziś liturgia zaprasza nas, byśmy w tym zestawieniu odczytali tajemnicę kapłaństwa samego Chrystusa, kapłaństwa, które nie polega na sprawowaniu obrzędów, ale na całkowitym złożeniu siebie.
Zatrzymajmy się najpierw przy Abrahamie. Otrzymuje on od Boga polecenie, które dla ludzkiego rozumu jest absolutnym skandalem: „Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, i złóż go w ofierze całopalnej”. Abraham idzie. Nie słyszymy sprzeciwu, nie słyszymy targowania się, jak niegdyś o Sodomę. Jest milczące posłuszeństwo wiary, które autor Listu do Hebrajczyków odczyta jako ufność, że Bóg może wskrzesić nawet umarłych. Gdy ojciec wiąże syna, gdy kładzie go na drwach i sięga po nóż – w tym momencie dokonuje się coś, co odsłania samo serce ofiary. Bóg jednak zatrzymuje rękę Abrahama. „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”. W zaroślach pojawia się baran, złożony w ofierze zamiast Izaaka. Abraham nazywa to miejsce „Pan widzi” – Jahwe Jireh, co tłumaczy się również: „Pan się zatroszczy, Pan zapewni”.
W tej historii, Bracia i Siostry, kryje się nie tylko próba wiary jednego człowieka. Jest w niej proroctwo, którego pełnia odsłoni się dopiero wtedy, gdy inny Syn, Jednorodzony, będzie wstępował na swoje wzgórze. Abraham usłyszał: „Nie odmówiłeś Mi syna twego jedynego”. Bóg Ojciec, gdy nadeszła pełnia czasu, nie usłyszał takiego głosu. Nikt nie zatrzymał Jego ręki. On „własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał”. Baran uwikłany rogami w zaroślach był tylko zapowiedzią Baranka, który sam, w pełni świadomie i dobrowolnie, pozwoli się uwikłać w cierniową koronę i złożyć na drzewie krzyża. Na górze Moria Bóg objawił, że nie chce śmierci dziecka, że ofiara ma być zastępcza. Na Kalwarii Bóg objawia coś jeszcze głębszego: sam staje się Barankiem. W tym właśnie wyraża się istota kapłaństwa Jezusa Chrystusa – nie przychodzi On z krwią baranów i kozłów, ale z własną Krwią wchodzi raz na zawsze do Miejsca Świętego.
I tu dochodzimy do ewangelicznej sceny w Getsemani, która jest kluczem do zrozumienia dzisiejszego święta. Jezus, Najwyższy i Wieczny Kapłan, nie składa ofiary gdzieś na zewnątrz siebie. On sam jest równocześnie Kapłanem i Żertwą. W Ogrodzie Oliwnym widzimy jednak nie triumfatora, ale Człowieka, którego dusza jest „smutna aż do śmierci”. Słyszymy modlitwę, w której ludzkie serce drży przed kielichem cierpienia: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich”. To nie jest wyraz słabości, ale objawienie całej prawdy Wcielenia. Syn Boży przyjął prawdziwie ludzką wolę, która naturalnie lęka się cierpienia i śmierci. Odczuwa trwogę. Przeżywa konanie, zanim jeszcze zostanie przybity do krzyża. I właśnie w tym konaniu ukazuje się Jego kapłaństwo w najwyższym stopniu.
Bo kapłaństwo, w swojej najgłębszej istocie, nie polega na składaniu czegoś, co posiadam, ale na złożeniu samego siebie w akcie posłuszeństwa. Abraham był gotów oddać to, co miał najcenniejsze – swojego syna. Jezus oddaje coś jeszcze bardziej intymnego: swoją wolę. W Ogrodzie Oliwnym trwa najświętsza liturgia, jaką widziała ziemia. Tam, na uśpionej ziemi, w ciemności nocy, Kapłan składa Ojcu ofiarę swojego ludzkiego „chcę”. „Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty niech się stanie!” – to formuła konsekracyjna, która przemienia cierpienie w ofiarę miłą Bogu. Po raz drugi wraca i mówi jeszcze wyraźniej: „Jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja”. W tych słowach Jezus jednoczy swoją ludzką wolę z wolą Ojca w Duchu Świętym i w ten sposób staje się Pośrednikiem Nowego Przymierza. Nie ma doskonalszego aktu kapłańskiego niż to fiat wypowiedziane w konaniu, w pocie krwawym, w opuszczeniu przez uczniów, którzy zasypiają, bo „ciało słabe”.
Zwróćmy uwagę na słowa, które Jezus kieruje do Piotra, Jakuba i Jana: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie”. Jako Najwyższy Kapłan, Jezus nie tylko sam się ofiaruje, ale także włącza w swoje kapłaństwo tych, których wybrał. Usłyszeliśmy wcześniej, że wziął z sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza. Chciał, aby byli świadkami Jego trwogi i Jego modlitwy. Chciał, aby „czuwali z Nim”. To zaproszenie do uczestnictwa w Jego kapłańskim „czuwaniu” jest skierowane dziś do każdego z nas. Kościół, Mistyczne Ciało Chrystusa, jest ludem kapłańskim. Na mocy chrztu wszyscy zostaliśmy namaszczeni, by składać duchowe ofiary, by nasze życie stawało się liturgią miłości. Nasza codzienność, naznaczona często smutkiem, trwogą przed cierpieniem, przed różnymi „kielichami”, może być przemieniona dokładnie w taki sam sposób, w jaki modlitwa Jezusa przemieniła Ogrójec. Ilekroć z wiarą powtarzamy: „Ojcze, nie moja, ale Twoja wola niech się stanie”, tylekroć nasza ludzka słabość staje się materią ofiary, którą Chrystus, jedyny Kapłan, składa Ojcu w Duchu Świętym.
To święto odsłania przed nami także wewnętrzny związek między Getsemani a Eucharystią. „Kielich”, o którym mówi Jezus, to kielich Jego Krwi, która będzie wylana za wielu na odpuszczenie grzechów. Modlitwa w Ogrójcu jest antycypacją ofiary krzyża, a każda Msza Święta jest uobecnieniem tego samego aktu posłuszeństwa i miłości. Kiedy kapłan wypowiada nad chlebem i winem słowa konsekracji, to sam Chrystus, Najwyższy Kapłan, działa przez jego posługę i uobecnia swoje fiat z Ogrodu Oliwnego. Dlatego Eucharystia nie jest tylko pamiątką, ale rzeczywistym włączeniem nas w to kapłańskie „niech się stanie”. Stąd też płynie wezwanie: „Czuwajcie i módlcie się”. Nasz udział we Mszy Świętej ma być czuwaniem z Jezusem. Nie możemy zasypiać jak apostołowie, nie możemy przeżywać liturgii w roztargnieniu, podczas gdy On konająco oddaje się Ojcu. Jesteśmy zaproszeni, by z Nim ofiarować nasze trudy, nasze nadzieje, nasze lęki i naszą miłość.
Drodzy, na wzgórzu Moria Bóg objawił się jako Ten, który „widzi” i „zapewnia”. Na wzgórzu Getsemani i na wzgórzu Kalwarii Bóg objawił się jako Kapłan, który nie oszczędził samego Siebie, by każda ludzka ofiara, każdy ból i każdy akt wyrzeczenia, włączone w Jego ofiarę, miały wartość wieczną. Nie jesteśmy już jak Izaak, drżący pod nożem. Jesteśmy odkupieni Krwią Baranka i zaproszeni, by razem z Nim, w Jego Duchu, wołać do Ojca: „Niech się stanie wola Twoja”. Ufajmy temu Kapłanowi, który przeszedł przez trwogę śmierci, by nas uczynić królestwem i kapłanami dla Boga. Niech Maryja, która na Kalwarii trwała w doskonałym zjednoczeniu z ofiarą Syna, wyprasza nam łaskę czujnego serca, gotowego nieustannie powtarzać: „Oto ja, służebnica Pańska”. Amen.
Homilia III
Dzisiejsza liturgia prowadzi nas na dwa wzgórza. Pierwsze to Moria, gdzie Abraham w milczeniu wiary wiąże swego syna Izaaka i sięga po nóż. Drugie to Getsemani, a za nim Kalwaria, gdzie Syn Boży z krzykiem i trwogą pada na twarz przed Ojcem. Te dwie sceny odsłaniają przed nami jedną, niezwykłą tajemnicę: czym naprawdę jest kapłaństwo Jezusa Chrystusa.
Posłuchajmy raz jeszcze kluczowych słów. Bóg mówi do Abrahama: „Nie odmówiłeś Mi syna twego jedynego”. Abraham w ostatniej chwili słyszy „nie podnoś ręki” i znajduje barana uwikłanego w zaroślach. Ofiara zostaje zastąpiona. Bóg objawia się jako Ten, który nie chce śmierci dziecka – jako Jahwe Jireh, „Pan widzi” i „Pan się zatroszczy”.
A teraz spojrzyjmy na Jezusa w Ogrójcu. On nie jest jak Izaak, nieświadomy i złożony na ołtarzu cudzą ręką. On sam jest Kapłanem, który składa ofiarę. I co składa? Nie barana, nie czyjeś życie – lecz swoją własną wolę. W tym właśnie tkwi istota Jego wiecznego kapłaństwa. Słyszymy to w modlitwie: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty niech się stanie!”.
To „nie jak Ja chcę, ale jak Ty” jest najświętszym aktem kapłańskim w dziejach. Jezus, prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek, doświadcza śmiertelnej trwogi. Jego ludzka wola wzdraga się przed cierpieniem – i właśnie w tym zmaganiu, w pocie krwawym, oddaje ją Ojcu. Na górze Moria Bóg Ojciec powstrzymał rękę Abrahama. Na Kalwarii nikt nie powstrzyma Jego własnej ręki. „Własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał”. Baranek z zarośli był tylko zapowiedzią. Teraz sam Bóg staje się Barankiem. Kapłan staje się Żertwą.
Na czym więc polega nowość kapłaństwa Chrystusa? Nie polega ono na składaniu czegoś na zewnątrz, ale na ofiarowaniu samego siebie w posłuszeństwie. Jezus nie przychodzi z krwią kozłów i cielców, ale ze swoją własną Krwią wchodzi do prawdziwego Miejsca Świętego. A to ofiarowanie zaczyna się nie na krzyżu, lecz tutaj – w Getsemani, w ciemności nocy, gdy uczniowie śpią. To tam dokonuje się Jego wewnętrzna liturgia: przemiana ludzkiego lęku w synowskie fiat.
I tu dochodzimy do nas. Jezus mówi do Piotra i do nas wszystkich: „Czuwajcie ze Mną”. To zaproszenie do udziału w Jego kapłaństwie. Każdy z nas, na mocy chrztu, jest namaszczony, by razem z Nim składać duchowe ofiary. Nasze „Getsemani” – chwile trwogi, smutku, ciemności, kielichy, które napotykamy – nie są przekleństwem, lecz miejscem naszego kapłańskiego dojrzewania. Gdy razem z Jezusem, w szczerości serca, mówimy: „Ojcze, nie jak ja chcę, ale jak Ty”, wówczas nasze słabości i cierpienia przestają być tylko ciężarem. Stają się materią ofiary, którą On, jedyny Kapłan, składa Ojcu w Duchu Świętym.
Dlatego to święto jest świętem nadziei. Na ołtarzach całego świata Chrystus uobecnia swoje Getsemani i swoją Kalwarię w każdej Eucharystii. Ten sam kielich, przed którym drżał w Ogrójcu, podaje nam jako Kielich Nowego Przymierza. Kiedy przyjmujemy Komunię, jednoczymy się z Kapłanem, który oddał za nas swoją wolę i swoje życie. Obyśmy, umocnieni tą obecnością, mieli odwagę powtarzać każdego dnia: „Niech się stanie wola Twoja”. Niech Maryja, Służebnica Pańska, uczy nas tego czuwania serca, które nie zasypia, ale ufnie składa Bogu całe swoje istnienie. Amen.
Homilia IV
Między zatrzymanym mieczem a wypitym kielichem
Często, kiedy myślimy o kapłaństwie, przed oczami stają nam obrazy pełne majestatu: uroczyste liturgie, rzeźbione ołtarze, złote naczynia i podniosłe śpiewy. Jednak dzisiejsza uroczystość Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana odziera nas z tych estetycznych złudzeń. Słowo Boże prowadzi nas dziś w dwa miejsca surowe, ciemne i na wskroś ludzkie: na wietrzne wzgórze Moria oraz do wilgotnego, nocnego ogrodu Getsemani.
To tam rodzi się i dopełnia prawdziwe kapłaństwo.
Paradoks dwóch wzgórz
Popatrzmy na te dwie sceny. Na górze Moria Abraham podnosi nóż nad swoim jedynym, wyczekanym synem, Izaakiem. To moment granicznego posłuszeństwa. I wtedy interweniuje Bóg – zatrzymuje rękę ojca. Mówi: „Dość”. Zamiast człowieka ginie baranek zaplątany w zaroślach. Bóg oszczędza Izaaka, a Abraham nazywa to miejsce: „Pan widzi” lub „Pan się troszczy”.
Wiele wieków później, na innym wzgórzu, w Ogrodzie Oliwnym, rozgrywa się scena bliźniacza, a jednak dramatycznie inna. Jezus – jedyny, umiłowany Syn Boga – pada na twarz. Nie ma wokół Niego podniosłej atmosfery, jest tylko paraliżująca samotność, lęk i uczniowie, którzy smacznie śpią, nie potrafiąc czuwać ani godziny. Jezus krzyczy w ciemność: „Ojcze, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich”.
I jaka jest odpowiedź Nieba? Tym razem żadna anielska dłoń nie powstrzymuje biegu wydarzeń. Nie ma zastępczego baranka w zaroślach. Dlaczego? Ponieważ to Jezus jest tym Barankiem.
Kapłan, który wie, co to lęk
To właśnie w Getsemani najpełniej objawia się tajemnica kapłaństwa Chrystusa. On nie jest arcykapłanem z bezpiecznej, niebiańskiej wieży z kości słoniowej. Nie jest kimś, kto patrzy na nasze ludzkie dramaty z dystansem.
„Smutna jest dusza moja aż do śmierci” – to wyznanie Boga, który przyjął ludzkie ciało, powinno nas głęboko poruszyć.
Jezus doświadcza lęku przed cierpieniem, przed odrzuceniem, przed bezsensem. Jego kapłaństwo nie polega na bezdusznym sprawowaniu kultu, ale na radykalnej solidarności z człowiekiem w jego najgłębszym mroku. Jezus składa w ofierze nie krew kozłów czy cielców, ale samego siebie – swoją wolę, swoje emocje, swoje życie.
Mówi do Ojca: „Nie jak Ja chcę, ale jak Ty niech się stanie”. To nie jest rezygnacja skazańca, który poddaje się losowi. To jest najwyższy akt wolności i miłości. Jezus zgadza się na wypicie kielicha do dna, aby żaden z naszych ludzkich kielichów goryczy nie musiał być wypijany w samotności.
Nasze codzienne Getsemani
Co to oznacza dla nas, dorosłych ludzi, zmagających się z prozą życia?
Każdy z nas ma w swoim życiu takie momenty, kiedy czuje się jak w Getsemani. Kiedy przychodzi choroba, kryzys w małżeństwie, ból po stracie kogoś bliskiego, czy poczucie, że wszystko, co budowaliśmy, zaczyna się walić. Często modlimy się wtedy jak Jezus: „Ojcze, zabierz to ode mnie, nie chcę tego”. I czasem mamy pretensje do Boga, że nie interweniuje tak spektakularnie, jak w historii z Izaakiem – że nie zatrzymuje biegu wydarzeń.
Dzisiejsze święto przypomina nam, że Wieczny Kapłan, Jezus, klęczy wtedy tuż obok nas. On nie zawsze zabiera kielich, ale zawsze daje moc, by go udźwignąć. Przełamuje naszą samotność. Sprawia, że nasze osobiste cierpienie, złączone z Jego ofiarą, przestaje być tylko ślepym losem, a staje się miejscem odkupienia.
Kiedy więc w Waszym życiu zrobi się ciemno, pamiętajcie o słowach Abrahama: „Na wzgórzu Pan się ukazuje”. On widzi. Widzi Wasz trud, Wasz lęk i Wasze zmęczenie. I jako Najwyższy Kapłan, bierze to wszystko w swoje dłonie, by przemienić w błogosławieństwo. Amen.










