menu

środa, 14 października 2026

XXIX Niedziela w ciągu roku - A

 Iz 45,1.4-6

Tak mówi Pan o swym pomazańcu Cyrusie: Ja mocno ująłem go za prawicę, aby ujarzmić przed nim narody i królom odpiąć broń od pasa, aby otworzyć przed nim podwoje, żeby się bramy nie zatrzasnęły. Z powodu sługi mego Jakuba, Izraela, mojego wybrańca, nazwałem ciebie twoim imieniem, pełnym zaszczytu, chociaż Mnie nie znałeś.  Ja jestem Pan, i nie ma innego. Poza Mną nie ma Boga. Przypaszę ci broń, chociaż Mnie nie znałeś, aby wiedziano od wschodu słońca aż do zachodu, że beze Mnie nie ma niczego. Ja jestem Pan, i nie ma innego

1Tes 1,1-5b

Paweł, Sylwan i Tymoteusz do Kościoła Tesaloniczan w Bogu Ojcu i Panu Jezusie Chrystusie. Łaska wam i pokój! Zawsze dziękujemy Bogu za was wszystkich, wspominając o was nieustannie w naszych modlitwach, pomni przed Bogiem i Ojcem naszym na wasze dzieło wiary, na trud miłości i na wytrwałą nadzieję w Panu naszym Jezusie Chrystusie. Wiemy, bracia przez Boga umiłowani, o wybraniu waszym, bo nasze głoszenie Ewangelii wśród was nie dokonało się przez samo tylko słowo, lecz przez moc i przez Ducha Świętego, z wielką siłą przekonania. Wiecie bowiem, jacy byliśmy dla was, przebywając wśród was.

Mt 22,15-21

Wtedy faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by podchwycić Go w mowie. Posłali więc do Niego swych uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby Mu powiedzieli: Nauczycielu,  wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: Czemu Mnie wystawiacie na próbę, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową! Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? Odpowiedzieli: Cezara. Wówczas rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.


HOMILIA I

Oddajcie Bogu, to co należy do Boga

Czyżby Chrystus nawoływał do konformizmu i ugodowości wobec nielegalnej i uzurpatorskiej władzy? Przecież cesarz rzymski nie był legalnym władcą Palestyny. Co znaczą słowa: "To, co cesarskie oddajcie cesarzowi"? Czyż Chrystus każąc (? ) płacić podatek nielegalnej władzy, nie namawia nas do konformizmu i uległości? Czy w ogóle kazał płacić podatek?

Sądzę, że w dzisiejszej Ewangelii nie ma w ogóle mowy o płaceniu podatku i sprawach politycznych. Chrystus nie miesza się i nie chce się mieszać w politykę, ale zwraca nam uwagę, że skoro tacy pilni jesteśmy w wypełnianiu naszych obywatelskich obowiązków, to dlaczego zapominamy o naszych obowiązkach wobec Boga? Jego wymijająca odpowiedź nie jest ani zachętą do konformizmu, ani tym bardziej podburzaniem przeciwko władzy (nawet uzurpatorskiej i okupacyjnej). Oczywiście, że nie mamy się z życia doczesnego i politycznego izolować i alienować, bo nie żyjemy na księżycu, ani na pustyni, bo tworzymy społeczność ludzką, a każda ludzka społeczność jest z natury polityczna (jak mówi Platon człowiek to dzoon politikon - zwierzę społeczne). Ale to nie jest wcale cel wypowiedzi Chrystusa. Gdybyśmy mieli przełożyć jego słowa na język współczesny, można by je i tak ująć: "Nie zaniedbujcie waszych obywatelskich i społecznych obowiązków, troszczcie się o wasze życie doczesne (oddajcie Cezarowi, to co należy do Cezara), ale nie zapominajcie przede wszystkim o waszych zobowiązaniach wobec Boga, o waszym życiu wiecznym, o waszej duszy (oddajcie Bogu, to co należy do Boga)." A ja, czy rzeczywiście oddaję Bogu to, co Jemu się należy?

Stwierdzenie Jezusa, że Cezarowi należy oddać co cesarskie z całą pewnością nie jest więc żądaniem, by Jego uczniowie zawsze byli poddani każdej władzy. Bo zwyczajnie władzy czasem się to nie należy. Szczególnie wtedy, gdy władza ta wchodzi w prerogatywy Boga i próbuje stawiać człowieka na miejscu tylko Bogu należnym. Ileż to przykładów mamy w naszej najnowszej historii, kiedy prawo ludzkie staje w jaskrawej sprzeczności z prawem Boskim (np. przykazanie nie zabijaj i "prawo" dopuszczające aborcję !!!). Przestrzegając stanowione prawa ludzkie musimy zawsze pamiętać, że ponad nim jest prawo dobrze ukształtowanego sumienia, albo obiektywne prawo naturalne, prawo boskie.

Czy w moim codziennym zabieganiu i zaaferowaniu nie zapominam tym, co należy do Boga? Czy nie jest tak, że jestem bardziej pilny w oddawaniu cesarzowi, tego co mu się nawet nie należy, a jednocześnie nie oddaję Bogu tego co Mu się należy?


HOMILIA II
„Czyj jest ten obraz i napis?”

To pytanie Jezusa brzmi dziś jak echo w naszych uszach. Nie jest to pytanie z katechizmu dla dzieci. To pytanie dorosłego człowieka, który wie, że życie nie dzieli się na łatwe kategorie. Faryzeusze i herodianie przyszli do Niego z pułapką. Chcieli, żeby powiedział „tak” albo „nie”. A On im nie odpowiedział. Wziął monetę i zapytał: „Czyj jest ten obraz i napis?”.
My też nosimy w kieszeniach, w portfelach, na ekranach telefonów różne monety. I one mają obrazy. Cezara. Prezesa. Karty kredytowej. Naszego własnego „ja”. A Jezus patrzy na nas i pyta: Czyj obraz nosisz ty sam?
Bóg, który zaskakuje
Pierwsze czytanie z Izajasza jest jednym z najbardziej zaskakujących fragmentów Starego Testamentu. Bóg mówi o Cyrusie, pogańskim królu Persji, który nie znał Boga Izraela. I nazywa go „swoim pomazańcem”, „swoim wybrańcem”. Bóg używa go, by wyzwolić swój lud. Bóg nie boi się działać poza utartymi schematami. Nie zamyka się w naszych religijnych granicach. On jest Panem historii – także tej, która pisze się w gabinetach polityków, w salach konferencyjnych, w mediach, które nie wspominają Jego imienia.
To trudna prawda dla nas, dorosłych. Bo my lubimy Boga, który działa tak, jak my Mu każemy. Który jest po naszej stronie. Który popiera nasze racje. A Bóg mówi: „Ja jestem Pan, i nie ma innego. Poza Mną nie ma Boga. Przypaszę ci broń, chociaż Mnie nie znałeś”. Bóg nie potrzebuje naszych etykietek. On może użyć każdego – nawet tego, którego uważamy za wroga. To uczy pokory. I otwiera oczy.
Moneta, która należy do Boga
W Ewangelii Jezus nie odpowiada wprost na pytanie o podatek. On je przekracza. „Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. To zdanie nie jest prostym podziałem na sferę świecką i religijną. To nie jest „bądź dobrym obywatelem i chodź w niedzielę do kościoła”. To coś znacznie głębszego. Jezus pyta o obraz. Moneta ma obraz Cezara – więc do niego należy. Ale człowiek ma obraz Boga – więc do Boga należy.
I tu jest sedno. Nie chodzi o to, czy płacić podatki. Chodzi o to, komu oddajesz siebie. Cezarowi można oddać monetę. Cezarowi można oddać nawet posłuszeństwo obywatelskie. Ale nie można mu oddać duszy. Nie można mu oddać sumienia. Nie można mu oddać serca. Bo serce człowieka należy do Boga.
Współczesny Cezar nie nosi togi. Nosi garnitur. Albo dres. Albo kitel. Albo uniform. Cezar to każda siła, która chce zawłaszczyć twoje życie. Może to być praca, która domaga się 24 godzin na dobę. Może to być konsumpcja, która mówi: „Jesteś tym, co masz”. Może to być polityka, która chce, żebyś nienawidził tych, którzy myślą inaczej. Może to być nawet religijność, która jest tylko maską. Cezar mówi: „Oddaj mi siebie”. A Jezus mówi: „Nie. Oddaj Bogu to, co Boskie”.
Wiara, która nie jest tylko słowem
W drugim czytaniu Paweł dziękuje Tesaloniczanom za „dzieło wiary, trud miłości i wytrwałą nadzieję”. I dodaje: „nasze głoszenie Ewangelii wśród was nie dokonało się przez samo tylko słowo, lecz przez moc i przez Ducha Świętego”. To ważne dla nas, dorosłych. Wiara nie jest teorią. Nie jest deklaracją. Nie jest wpisem na profilu. Wiara jest mocą, która przemienia życie. Jest trudem miłości, który nie szuka zapłaty. Jest wytrwałą nadzieją, która nie gaśnie, gdy wszystko się wali.
Paweł mówi o „wybraniu”. Bóg wybrał Tesaloniczan. Bóg wybrał i nas. Ale wybranie nie jest przywilejem. Jest misją. Jesteśmy wybrani, aby nieść Ewangelię – nie tylko słowem, ale przede wszystkim życiem. A życie dorosłego człowieka toczy się w konkrecie: w pracy, w małżeństwie, w samotności, w chorobie, w sukcesach i porażkach. To tam mamy oddawać Bogu to, co Boskie.
Czyj obraz nosisz?
Wróćmy do pytania Jezusa. „Czyj jest ten obraz i napis?”. Spójrz na swoje życie. Na swoje wybory. Na swój czas. Na swoje relacje. Na to, co cię zajmuje, gdy nikt nie patrzy. Czyj obraz tam widzisz? Czy twoje życie nosi podobiznę Cezara – tego czy innego? Czy nosi obraz Boga?
Jeśli nosi obraz Boga, to znaczy, że jesteś wolny. Możesz płacić podatki, możesz angażować się w politykę, możesz pracować zawodowo – ale nie oddasz temu serca. Bo twoje serce należy do Boga. Możesz być obywatelem tego świata, ale jesteś przede wszystkim dzieckiem Bożym. I to jest twoja godność. To jest twoja wolność. To jest twoja siła.
Bóg nie potrzebuje twoich monet. On potrzebuje twojego serca. Nie potrzebuje twoich deklaracji. On potrzebuje twojego życia. Nie potrzebuje twojego „Cezara”. On potrzebuje ciebie.
Zakończenie
Dorośli w wierze, którzy znacie życie i jego trudy. Dziś Jezus bierze do ręki monetę i pyta: „Czyj jest ten obraz i napis?”. A potem patrzy na ciebie. I pyta: „A ty? Czyj obraz nosisz?”.
Nie bój się oddać Cezarowi tego, co cesarskie. Ale nie oddawaj mu tego, co Boskie. Nie oddawaj mu siebie. Bo jesteś obrazem Boga. Jesteś Jego dzieckiem. Jesteś Jego wybrańcem. I tylko w Jego rękach twoje życie staje się pełne. Tylko w Jego rękach twoja wolność jest prawdziwa. Tylko w Jego rękach twoje serce jest w domu.


HOMILIA III
„Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, ale Bogu to, co należy do Boga.”

Te słowa słyszeliśmy wszyscy niezliczoną ilość razy. Stały się one niemal przysłowiem, zwrotem, którym – w zależności od potrzeby – albo usprawiedliwiamy naszą obojętność wobec spraw publicznych, albo próbujemy zamknąć usta Kościołowi, gdy przypomina o wartościach Ewangelii w życiu społecznym. Ale czy naprawdę rozumiemy, co Jezus miał na myśli? Czy nie jest tak, że przez wieki spłyciliśmy tę odpowiedź do wygodnej formuły, która pozwala nam rozdzielić życie na dwie szczelne przegrody: „sferę świecką” i „sferę religijną”, i w tej pierwszej robić, co nam się podoba, byleby w niedzielę oddać Bogu należną Mu część?
Dzisiejsza Ewangelia to nie jest lekcja z zakresu prawa podatkowego ani teorii państwa. To scena, w której Jezus demaskuje obłudę i stawia pytanie o to, kto tak naprawdę jest właścicielem człowieka.
Pułapka, która miała zniszczyć prawdę
Faryzeusze i zwolennicy Heroda – dwa obozy, które na co dzień się nienawidziły – połączyły siły, by zastawić sidła na Jezusa. Ich pytanie brzmiało niewinnie: „Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?” Ale w tle kryła się pułapka doskonała. Żydzi, którzy płacili podatek rzymskiemu okupantowi, byli uważani przez wielu za zdrajców i kolaborantów. Z kolei odmowa płacenia oznaczała bunt i donos do władz. Każda odpowiedź mogła Jezusa zgubić.
Ich komplementy – „Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz” – były jak trucizna w kielichu miodu. Judasz, jak wiemy z Ewangelii, też zdradził pocałunkiem. Jezus przejrzał ich przewrotność i nazwał ich obłudnikami. Nie dał się zwieść pochlebstwom, bo widział serca.
Obraz i napis – klucz do wszystkiego
Jezus nie odpowiada wprost. Prosi o monetę. „Czyj jest ten obraz i napis?” – pyta. „Cezara” – odpowiadają. I wtedy wypowiada zdanie, które jest nie tylko odpowiedzią na ich pytanie, ale przede wszystkim objawieniem prawdy o człowieku.
Ojcowie Kościoła, zwłaszcza św. Augustyn i św. Hilary z Poitiers, odczytali w tej scenie głęboką metaforę. Cezar zostawia swój wizerunek na monecie, która jest jego własnością. Bóg natomiast zostawił swój wizerunek w człowieku – „na Jego obraz zostaliśmy stworzeni”. Św. Augustyn mówił wprost: „Cezar szuka swojego obrazu na monecie, Bóg szuka swojego obrazu w twojej duszy. Jeśli płaczesz nad zgubioną monetą, czy nie powinieneś płakać nad zniszczonym obrazem Boga w sobie?”.
Nie chodzi więc o podatek. Chodzi o to, co jest wyryte w naszym wnętrzu. Denar, monetę, którą trzymali w rękach, można oddać bez żalu. Ale siebie samego – swojego sumienia, swojej duszy, swojej woli – nie można oddać żadnemu Cezarowi. To należy do Boga i tylko do Boga.
Cezar kontra Bóg – czy naprawdę musimy wybierać?
Wielu współczesnych ludzi, patrząc na ten fragment, zadaje sobie pytanie: czy Jezus nawołuje do konformizmu wobec władzy, nawet tej nielegalnej i uzurpatorskiej? Przecież rzymski cesarz nie był prawowitym władcą Palestyny. Czy Jezus każe nam być biernymi wobec niesprawiedliwości?
Odpowiedź brzmi: nie. Jezus nie mówi „oddajcie Cezarowi wszystko, czego żąda”, ale „oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara”. A Cezarowi należy się tylko to, co nosi jego obraz – moneta, podatek, doczesne zobowiązania obywatelskie. Jeśli władza przekracza swoje granice i zaczyna rościć sobie prawo do tego, co boskie – do sumienia, do wiary, do życia – wtedy nie jest już Cezarem, ale uzurpatorem.
Historia Kościoła zna wiele takich momentów. Pierwsi chrześcijanie płacili podatki i modlili się za cesarza, ale gdy ten żądał oddania mu czci boskiej, szli na śmierć. Męczennicy nie buntowali się przeciw władzy politycznej jako takiej. Oni tylko odmawiali oddania jej tego, co należało do Boga. Św. Hilary mówił: „Oddając więc cesarzowi wasze bogactwa, dla Boga zachowajcie nieskazitelne sumienia”.
A my? Co oddajemy Cezarowi, a co Bogu?
Dziś nie mamy cesarza. Ale mamy swoich „cezarów”: pracę, karierę, pieniądze, ambicje, opinie innych, polityczne zaangażowanie. Wszystko to są rzeczy dobre i potrzebne – dopóki nie zajmują miejsca, które należy się tylko Bogu.
Zadajmy sobie pytanie: czy nie jest tak, że jesteśmy pilni w oddawaniu Cezarowi tego, co mu się nawet nie należy, a jednocześnie nie oddajemy Bogu tego, co Mu się należy bezspornie? Czy nie zdarza się, że dla pracy, dla awansu, dla społecznego uznania poświęcamy czas, który należałby się modlitwie, rodzinie, Kościołowi? Czy nie jest tak, że godzimy się na kompromisy w sprawach wiary, bo „tak wypada”, bo „trzeba być nowoczesnym”, bo „nie chcę być osądzany”?
Jezus nie wzywa nas do ucieczki ze świata. Jesteśmy obywatelami, płacimy podatki, angażujemy się w życie społeczne, bo – jak powiedział Platon – „człowiek to zwierzę polityczne”. Nasza wiara nie jest ucieczką od rzeczywistości. Ale jest w niej hierarchia wartości. Bogu należy się pierwszeństwo.
Zakończenie
Dziś, gdy trzymamy w rękach ten sam denar – symbol naszej doczesnej egzystencji – Jezus patrzy nam w oczy i pyta: „Czyj jest ten obraz i napis?” Każdy z nas nosi w sobie obraz Boga, wypisany nie atramentem, ale łaską. Ten obraz może zostać zamazany przez grzech, zaniedbany przez obojętność, zakopany przez lęk.
„Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.” Nie chodzi o to, żeby oddać Bogu resztki czasu i uwagi, które zostały po wypełnieniu wszystkich innych obowiązków. Chodzi o to, żeby oddać Bogu siebie – swoje serce, swoją wolę, swoje życie. Bo tylko wtedy, gdy oddamy Bogu to, co boskie, wszystko inne – praca, rodzina, społeczeństwo – zacznie na nowo nosić właściwy obraz. Obraz Tego, który jest dawcą wszystkiego.


HOMILIA IV


Co należy do Cezara, a co należy do Boga?

Ewangelia dzisiejszej niedzieli stawia przed nami pytanie, które sięga znacznie głębiej niż sprawa podatków: komu człowiek powinien służyć i kto ma prawo rozstrzygać o jego życiu? Faryzeusze zastawiają na Jezusa pułapkę, pytając, czy wolno płacić podatek Cezarowi. Jezus jednak nie daje się wciągnąć w ich grę i odpowiada: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. To zdanie nie jest jedynie zręczną odpowiedzią. Jest przypomnieniem, że choć mamy obowiązki wobec państwa i społeczeństwa, żadna ziemska władza nie może zająć miejsca Boga ani rościć sobie prawa do ludzkiego sumienia.

Jezus wskazuje na monetę z wizerunkiem Cezara. Moneta nosi obraz władcy, ale człowiek nosi w sobie obraz Boga. Księga Rodzaju przypomina, że zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo. Dlatego najważniejsze pytanie dzisiejszej Ewangelii brzmi: skoro moneta należy do Cezara, to komu należy się człowiek? Odpowiedź jest jasna: człowiek należy do Boga, od którego otrzymał życie, godność i powołanie do wieczności. Oddać Bogu to, co należy do Boga, oznacza zatem oddać Mu nie tylko godzinę niedzielnej modlitwy czy pewną część naszych dochodów, lecz przede wszystkim własne serce, sumienie, wolę i codzienne decyzje. Można bowiem uczestniczyć w nabożeństwach, mówić o wierze, a jednocześnie nie pozwalać Ewangelii wpływać na swoje postępowanie.

Właśnie tutaj kryje się pokusa, której niełatwo się oprzeć. Chcemy, aby Bóg pocieszał nas w cierpieniu, pomagał w trudnościach i błogosławił naszym planom, lecz gdy domaga się przebaczenia, uczciwości, pokory czy rezygnacji z zemsty, zaczynamy stawiać warunki. Mówimy: „To moja sprawa”, „Takie są czasy”, „Wszyscy tak robią”. W ten sposób próbujemy zachować dla siebie prawo do decydowania, co jest dobre, a co złe. Tymczasem Bóg nie chce odebrać nam wolności, lecz uwolnić nas od egoizmu, pychy i niewoli grzechu. Prawdziwa wolność nie polega na tym, że nikt nie ma prawa niczego ode mnie wymagać, ale na tym, że potrafię wybierać dobro nawet wtedy, gdy jest ono trudne i nie przynosi natychmiastowej korzyści.

Pierwsze czytanie przypomina słowa Boga: „Ja jestem Pan i nie ma innego”. Prorok Izajasz ukazuje Cyrusa, pogańskiego władcę, którego Bóg potrafi wykorzystać do realizacji swoich zamierzeń, choć sam Cyrus Go nie znał. To ważna lekcja pokory: nie wszystko zależy od człowieka, a żadna ziemska potęga nie jest wszechmocna. Wiara nie oznacza, że wszystko ułoży się według naszych planów, ale że nawet w wydarzeniach, których nie rozumiemy, Bóg nie przestaje być Panem historii. Nie zwalnia nas to z odpowiedzialności za świat. Przeciwnie, mamy uczciwie pracować, troszczyć się o dobro wspólne, respektować sprawiedliwe prawa i odważnie bronić prawdy. Nie wolno nam jednak poświęcać sumienia dla pieniędzy, kariery, politycznych sympatii czy aprobaty otoczenia.

Święty Paweł w Liście do Tesaloniczan wskazuje trzy znaki autentycznej wiary: „dzieło wiary, trud miłości i wytrwałą nadzieję”. Wiara musi przekładać się na czyny, miłość wymaga nieraz cierpliwego wysiłku, a nadzieja pozwala trwać przy Bogu także wtedy, gdy życie przynosi cierpienie i rozczarowania. Nie wielkość naszych religijnych deklaracji świadczy o bliskości Boga, lecz to, czy stajemy się uczciwsi, bardziej miłosierni i wierniejsi Ewangelii. Można wiele mówić o Bogu, a swoim zachowaniem zasłaniać Jego oblicze. Można też bez rozgłosu czynić dobro i właśnie w ten sposób dawać innym świadectwo wiary.

Drodzy Bracia i Siostry, zapytajmy więc dziś samych siebie: co należy do Cezara, a co należy do Boga w moim życiu? Społeczeństwu należą się nasze uczciwie wypełniane obowiązki i troska o wspólne dobro. Bogu należy się jednak coś, czego nie da się wyrazić żadną monetą: nasze serce i ostateczna wierność. Oddać Mu siebie oznacza powierzyć Mu własną pychę, lęki, urazy, pragnienie zemsty i te sprawy, nad którymi chcielibyśmy zachować wyłączną kontrolę. Oznacza pamiętać, że nasza godność nie zależy od pieniędzy, stanowiska ani opinii ludzi, lecz od Boga, na którego obraz zostaliśmy stworzeni.

Monetę można oddać Cezarowi, ale człowieka nie wolno sprzedać żadnej ziemskiej potędze. Nie oddawajmy więc Bogu jedynie reszty naszego czasu i serca. Żyjmy tak, aby nasze codzienne decyzje potwierdzały, że należymy do Niego. Bo ostatecznie nie pieniądz, nie władza i nie ludzka sława są naszym celem, lecz Bóg, od którego wszystko pochodzi i ku któremu wszystko zmierza. Amen.


HOMILIA V
Co należy do Cezara, a co należy do Boga? Homilia dla dorosłych

Drodzy Bracia i Siostry! Ewangelia dzisiejszej niedzieli rozpoczyna się od pytania, które pozornie dotyczy podatków, w rzeczywistości jednak odsłania jeden z najważniejszych problemów ludzkiego życia: komu człowiek powinien być posłuszny, komu ma służyć i do kogo ostatecznie należy? Faryzeusze i zwolennicy Heroda przychodzą do Jezusa z pozornie niewinnym pytaniem: „Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?”. Nie szukają jednak prawdy. Chcą zastawić pułapkę. Jeżeli Jezus odpowie, że należy płacić podatek, może zostać oskarżony o popieranie rzymskiego okupanta i utracić przychylność ludu. Jeżeli odpowie, że nie należy płacić, będzie można oskarżyć Go przed władzą rzymską. W ich zamyśle jest to pytanie bez dobrego wyjścia. Jezus jednak nie daje się zamknąć w granicach cudzej intrygi. Nie przyjmuje fałszywej alternatywy, jak gdyby człowiek musiał wybierać między wiernością Bogu a odpowiedzialnością za życie społeczne. Odpowiada zdaniem, które przetrwało wieki: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Nie jest to jedynie zręczna odpowiedź na podstęp przeciwników. To słowo, które podważa wszystkie próby uczynienia z jakiejkolwiek ziemskiej rzeczywistości najwyższego pana ludzkiego sumienia.

Zwróćmy uwagę na szczegół, który łatwo przeoczyć. Jezus prosi o monetę podatkową i pyta: „Czyj jest ten obraz i napis?”. Odpowiadają: „Cezara”. Moneta nosi zatem obraz władcy, a jego wizerunek przypomina, czyją władzę reprezentuje pieniądz używany w publicznym obiegu. Jezus przyjmuje tę odpowiedź, ale nie pozwala, by moneta stała się miarą całego ludzkiego życia. Cezar może rościć sobie prawa do podatku, może organizować życie państwa, stanowić sprawiedliwe prawa i wymagać wypełniania uczciwych obowiązków obywatelskich. Nie może jednak ogłosić się panem ludzkiej duszy. Nie może żądać dla siebie tego, co należy wyłącznie do Boga. Państwo jest potrzebne, ale nie jest Bogiem. Pieniądz jest potrzebny, ale nie jest ostatecznym celem człowieka. Władza może służyć porządkowi i dobru wspólnemu, lecz żadna władza nie daje człowiekowi prawa do przekroczenia granic prawdy i sumienia. Historia wielokrotnie pokazywała, jak niebezpieczne staje się życie społeczne wtedy, gdy władza przestaje uznawać jakiekolwiek granice i zaczyna wymagać nie tylko posłuszeństwa, lecz także bezwarunkowego oddania człowieka swojej ideologii, ambicjom czy interesom. Jezus nie zachęca do pogardy wobec obowiązków obywatelskich. Odbiera natomiast ziemskiej władzy prawo do zajęcia miejsca Boga.

Ale najważniejsze pytanie brzmi: co właściwie należy do Boga? Zatrzymajmy się nad tym pytaniem, bo bardzo łatwo zredukować religię do pewnej części życia. Bogu oddamy niedzielną godzinę, modlitwę przed snem, czasem ofiarę na kościół, może jeszcze kilka religijnych gestów. Resztę pozostawimy sobie: nasze plany, pieniądze, ambicje, sposób traktowania innych, decyzje podejmowane w pracy, a nawet te obszary życia, w których świadomie odchodzimy od Ewangelii. Wówczas Bóg staje się kimś w rodzaju urzędnika, któremu płacimy należną należność, aby nie ingerował w pozostałą część naszego życia. Tymczasem Ewangelia prowadzi znacznie głębiej. Jeśli moneta należy do Cezara, ponieważ nosi jego obraz, to komu należy się człowiek, który nosi obraz Boga? Księga Rodzaju odpowiada: człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Nie pieniądz, nie stanowisko, nie społeczna pozycja i nie ludzka popularność określają najgłębszą tożsamość osoby. Człowiek należy do Boga, ponieważ od Boga otrzymał istnienie, godność i powołanie do wieczności. Dlatego oddać Bogu to, co należy do Boga, oznacza nie tylko coś Mu ofiarować, ale oddać Mu siebie: swoje serce, sumienie, wolność, zdolność kochania, sposób myślenia i kierunek całego życia. Można płacić wszystkie podatki, przestrzegać wielu przepisów, spełniać społeczne obowiązki, a jednocześnie pozostawić Bogu jedynie niewielki skrawek własnego wnętrza. I właśnie wtedy pojawia się pytanie, którego nie da się rozstrzygnąć za pomocą żadnej monety: czy naprawdę należę do Boga, czy tylko zachowuję zewnętrzne oznaki religijności?

W tym miejscu dotykamy jednej z najbardziej subtelnych pokus człowieka wierzącego. Polega ona na tym, że potrafimy uznawać Boga słowami, a odmawiać Mu prawa do kształtowania naszych decyzji. Chcemy, aby Bóg pocieszał nas w cierpieniu, pomagał w trudnościach, chronił rodzinę i błogosławił naszym planom. Kiedy jednak Ewangelia wymaga przebaczenia, uczciwości, rezygnacji z zemsty, obrony słabszego albo przyznania się do własnego błędu, zaczynamy negocjować. Wtedy pojawia się nasze osobiste królestwo, w którym sami ustalamy granice dobra i zła. Mówimy: „To moja sprawa”, „Takie są czasy”, „Wszyscy tak robią”, „Nie można być naiwnym”. Nie zauważamy, że w ten sposób próbujemy zachować dla siebie właśnie to, co powinno zostać poddane przemieniającej mocy łaski. Bóg nie jest właścicielem jedynie tych dziedzin życia, które chętnie Mu oddajemy. Jest Panem także tych miejsc w nas, których wolelibyśmy przed Nim nie otwierać. Nie dlatego, że chce odebrać człowiekowi wolność, lecz dlatego, że pragnie go wyzwolić z niewoli egoizmu, lęku, pychy i grzechu. Chrześcijańska wolność nie polega na tym, że nikt nie ma prawa niczego ode mnie wymagać. Polega na tym, że nie muszę już być niewolnikiem własnych żądz, cudzych oczekiwań ani opinii świata. Mogę wybierać dobro nawet wtedy, gdy jest trudne, i pozostać wierny prawdzie nawet wtedy, gdy przestaje mi się to opłacać.

Pierwsze czytanie przynosi nam niezwykły obraz działania Boga w historii. Prorok Izajasz mówi o Cyrusie, pogańskim władcy perskim, którego Bóg nazywa swoim pomazańcem, choć Cyrus Go nie znał. To zaskakujące: Bóg może posłużyć się człowiekiem spoza ludu przymierza, a nawet takim, który nie rozpoznaje Jego obecności, aby doprowadzić do realizacji swoich zamierzeń. Nie oznacza to, że każda decyzja władcy jest wolą Bożą ani że każdą władzę należy uznać za świętą. Przeciwnie, tekst przypomina nam, że to nie człowiek jest ostatecznym panem historii. Bóg potrafi działać także poprzez wydarzenia i osoby, których my nie rozumiemy, których nie wybieramy, a niekiedy których postępowania nie potrafimy zaakceptować. Żadna ziemska potęga nie jest wszechmocna, a żadna epoka nie może ogłosić się ostatnim słowem w dziejach ludzkości. Prorok powtarza: „Ja jestem Pan i nie ma innego”. To zdanie nie jest jedynie religijną deklaracją. To fundament nadziei, która pozwala człowiekowi nie absolutyzować sukcesu ani nie popadać w rozpacz z powodu klęski. Jeśli Bóg jest Panem historii, nie musimy udawać, że wszystko zależy od nas, ale nie wolno nam również zwalniać się z odpowiedzialności. Mamy rozumnie działać, uczciwie pracować, troszczyć się o wspólne dobro i odważnie bronić tego, co słuszne, a jednocześnie pamiętać, że nasze możliwości są ograniczone, podczas gdy Boża Opatrzność nie mieści się w granicach naszych przewidywań. Wiara nie polega na przekonaniu, że wszystko ułoży się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Polega na zaufaniu, że nawet pośród rzeczywistości, której nie kontrolujemy, Bóg nie przestaje być Bogiem.

Święty Paweł w Liście do Tesaloniczan pokazuje natomiast, po czym można rozpoznać, że Ewangelia rzeczywiście zakorzeniła się w ludzkim życiu. Nie wymienia spektakularnych sukcesów, nadzwyczajnych zdolności ani społecznego prestiżu wspólnoty. Dziękuje Bogu za „dzieło wiary”, „trud miłości” i „wytrwałą nadzieję”. Te trzy określenia stanowią znakomity sprawdzian naszej przynależności do Chrystusa. Wiara jest dziełem, ponieważ nie może pozostać tylko deklaracją; musi wpływać na decyzje, postawy i czyny. Miłość jest trudem, ponieważ prawdziwa miłość nie ogranicza się do uczuć i nie zawsze przynosi natychmiastową satysfakcję. Wymaga cierpliwości wobec trudnego człowieka, obecności przy chorym, uczciwości wtedy, gdy można oszukać, i przebaczenia wtedy, gdy łatwiej byłoby podtrzymywać urazę. Nadzieja jest wytrwała, ponieważ nie znika w chwili pierwszego rozczarowania, nie uzależnia się całkowicie od pomyślnych okoliczności i nie kapitul­uje przed cierpieniem. W ten sposób Apostoł podpowiada nam ważną prawdę: o tym, czy naprawdę oddajemy Bogu to, co należy do Boga, nie świadczy przede wszystkim liczba naszych religijnych deklaracji, ale to, czy pod wpływem Ewangelii stajemy się bardziej wierni, bardziej zdolni do miłości i bardziej wytrwali w dobru. Można wiele mówić o Bogu, a swoim postępowaniem zasłaniać Jego oblicze. Można też przeżywać wiarę po cichu, bez rozgłosu i podziwu, a jednak sprawiać, że przez codzienną uczciwość, cierpliwość i miłosierdzie inni zaczynają dostrzegać, że Bóg rzeczywiście jest obecny pośród nas.

Drodzy Bracia i Siostry, słowa Jezusa mają również bardzo konkretne znaczenie dla naszego życia publicznego. Chrześcijanin nie powinien uciekać od odpowiedzialności za społeczeństwo, tak jakby troska o sprawiedliwość, uczciwość, pokój i dobro wspólne nie miała nic wspólnego z wiarą. Powinien rzetelnie wykonywać swoje obowiązki, respektować sprawiedliwe prawo, uczciwie płacić należne podatki i troszczyć się o dobro wspólne. Nie może jednak pozwolić, aby przynależność partyjna, interes ekonomiczny, presja otoczenia czy osobista korzyść zastąpiły mu sumienie. Żaden polityczny szyld nie sprawia automatycznie, że wszystko, co dzieje się pod jego znakiem, staje się moralnie słuszne; żadna deklaracja religijna nie zwalnia z obowiązku sprawdzania czynów w świetle prawdy. Również Kościół nie może traktować Boga jako narzędzia do zdobywania ziemskich wpływów. Ewangelia nie została dana po to, aby uświęcać ludzkie ambicje, lecz aby nawracać człowieka i przemieniać świat mocą prawdy oraz miłości. Dlatego odpowiedzialny chrześcijanin musi umieć powiedzieć „tak” temu, co służy sprawiedliwości, oraz „nie” temu, co poniża człowieka, nawet jeśli sprzeciw wymaga odwagi i niesie ze sobą osobiste koszty. Nie wolno nam mylić pokoju z obojętnością ani posłuszeństwa z bezkrytycznym przyzwoleniem na zło. Najpierw jednak musimy zapytać samych siebie, czy nie potępiamy cudzych nadużyć, a jednocześnie usprawiedliwiamy własne; czy nie żądamy prawdy od innych, podczas gdy dla siebie zachowujemy prawo do wygodnych wyjątków. Ewangelia nie jest przede wszystkim narzędziem do osądzania przeciwników. Jest światłem, które najpierw ma odsłonić prawdę o nas samych.

Pozostaje więc najważniejsze pytanie: co dzisiaj mam oddać Cezarowi, a co oddać Bogu? Cezarowi, czyli życiu społecznemu, należą się moje uczciwie wypełniane obowiązki, odpowiedzialność obywatelska i troska o dobro wspólne. Bogu należy się jednak coś, czego nie da się wyrazić w żadnej walucie: moje serce i ostateczna wierność. Oddać Bogu to, co do Niego należy, oznacza pozwolić Mu wejść w te obszary życia, nad którymi najchętniej zachowalibyśmy wyłączną kontrolę. Oznacza oddać Mu swoją pychę, aby nauczyć się pokory; swoją krzywdę, aby nie żyć pragnieniem zemsty; swój lęk, aby nie budować całego życia na zabezpieczeniach; swoje plany, aby umieć przyjąć również to, czego nie przewidzieliśmy. Oznacza wreszcie zrozumieć, że nasza godność nie pochodzi od Cezara, od pieniędzy, od opinii ludzi ani od stanowiska, jakie zajmujemy. Pochodzi od Boga i dlatego nie można jej ostatecznie kupić, sprzedać ani odebrać żadnym ludzkim wyrokiem. Kiedy staniemy przed Chrystusem, nie zapyta nas jedynie o to, ile zgromadziliśmy, ile osiągnęliśmy i jaką pozycję zdobyliśmy w świecie. Zapyta również o to, co uczyniliśmy z życiem, które zostało nam powierzone, czy potrafiliśmy kochać, czy broniliśmy prawdy i czy pozwoliliśmy, aby Jego łaska przemieniała nasze serca. Monetę można oddać Cezarowi, ale siebie nie wolno sprzedać żadnej ziemskiej potędze. Człowiek nosi bowiem w sobie obraz Boga i tylko w Bogu odnajduje pełnię swojej prawdy. Prośmy więc dzisiaj, abyśmy nie byli ludźmi, którzy Bogu oddają jedynie resztę swojego czasu, uwagi i serca, lecz takimi, którzy wypełniając uczciwie ziemskie obowiązki, nie zapominają, że ich ostatecznym przeznaczeniem nie jest Cezar, nie jest pieniądz i nie jest świat, lecz Bóg, od którego wszystko pochodzi i ku któremu wszystko zmierza. Amen.

czwartek, 8 października 2026

XXVIII Niedziela w ciągu roku – A

 Iz 25:6-10a


Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć. Wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza, odejmie hańbę od swego ludu na całej ziemi, bo Pan przyrzekł. I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg, Ten, któremuśmy zaufali, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność: cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia! Albowiem ręka Pana spocznie na tej górze.

Flp 4:12-14.19-20

Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. W każdym razie dobrze uczyniliście, biorąc udział w moim ucisku. A Bóg mój według swego bogactwa zaspokoi wspaniale w Chrystusie Jezusie każdą waszą potrzebę. Bogu zaś i Ojcu naszemu chwała na wieki wieków! Amen.

Mt 22:1-14

A Jezus znowu w przypowieściach mówił do nich: Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę! Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy ich, pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. Wtedy rzekł swoim sługom: Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego? Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych.


Homilia I

Zaproszeni nie byli godni ...

Ileż to razy byłem zapraszany na Ucztę .....? Ileż to razy posyłał Pan do mnie swoje sługi z zaproszeniem? I jakoś zawsze znajdowałem wymówkę ......? Miałem zazwyczaj coś ważniejszego do zrobienia, byłem zmęczony,  nie miałem czasu, albo po prostu mi się nie chciało  ... Na ponawiane zaproszenia reagowałem z coraz większym zniecierpliwieniem, tłumaczyłem innym i sobie samemu, że przecież jestem wolnym człowiekiem, że będę na to miał czas na starość, że niemiła Bogu przymuszona ofiara ... itd., itp.

Czy zdaję sobie sprawę, Komu ustawicznie odmawiam? Czy znajdując ustawicznie  wymówki rzeczywiście wybieram to, co lepsze, to co ważniejsze, to co bardziej cenne  ...? Czy zdaję sobie sprawę, że ostatecznie nie zostanę zaproszony na tę najważniejszą ucztę w wieczności, a może zostanę  uznany za niegodnego i z niej wyrzucony?

Bóg się nie męczy powianiem zaproszenia, ale też ustawicznie lekceważony nie będzie się napraszał i zmuszał nikogo. To ja sam decyduję czy zaproszenie przyjąć, czy też ej odrzucić i ostatecznie nie powinienem mieć pretensji do nikogo, kiedy nie znajdę się wśród ucztujących w Królestwie Niebieskim. Sam się o to napraszam i sam –lekceważąc ponawiane zaproszenia- skazuję się na „płacz i zgrzytanie zębów”.

Jak długo można sobie lekceważyć zaproszenie samego Boga ...?
Bóg mnie ustawicznie zaprasza. Czemu stale Go lekceważę?


Homilia II

„Uczta, na którą nie chcemy przyjść"

Zacznę od pytania, które może wydać się dziwne, a które noszę w sobie od dawna: czy zdarzyło się wam być na przyjęciu, na którym byliście obecni ciałem, ale nie duchem? Może na weselu kogoś bliskiego, a wy patrzyliście na zegarek. Może na spotkaniu rodzinnym, gdzie wszyscy się śmieją, a wy myślicie o tym, co zostawiliście w pracy. Może na Mszy świętej, gdzie wasze ciało klęczy, a myśli błądzą gdzieś daleko.

To doświadczenie bycia „obecnym nieobecnym" jest jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń naszych czasów. I myślę, że Jezus dzisiejszą przypowieścią dotyka właśnie tego nerwu. Dotyka nas — ludzi, którzy przyszli na ucztę, ale nie weszli w nią. ludzi, którzy są w Kościele, ale nie są w Królestwie.

1. Król, który zaprasza — nie przymusza
Król wyprawia ucztę weselną swojemu synowi. To nie jest zwykłe przyjęcie. W kulturze żydowskiej uczta weselna trwała dni, a zaproszenie na nią było zaszczytem, którego się nie odrzucało. Ale zauważmy coś, co jest fundamentem całej tej przypowieści: król zaprasza. Nie rozkazuje. Nie wysyła wojska, żeby przymusić gości. Wysyła sługi.

Bóg nie jest Bogiem, który przymusza. Jest Bogiem, który zaprasza. I w tym zaproszeniu zawarta jest cała godność człowieka — możemy powiedzieć „tak" albo „nie". Bóg nie chce nas mieć pod przymusem. Chce nas mieć z miłości. To jest istota wolności, którą nas obdarzył. Ale to właśnie ta wolność staje się naszym przekleństwem, kiedy jej nadużywamy.

Bo czyż nie jest tak, że łatwiej byłoby nam, gdyby Bóg nas zmuszał? Gdyby postawił nas pod ścianą i powiedział: „Masz być święty, bo inaczej…“? Wtedy nie mielibyśmy wyboru. Nie musielibyśmy podejmować decyzji. Nie musielibyśmy ryzykować. Ale Bóg nie chce niewolników. Bóg chce dzieci. A dziecko to ktoś, kto może powiedzieć „nie” — i właśnie dlatego jego „tak" ma wartość.

2. Dlaczego odrzucamy zaproszenie?
Zauważmy, że zaproszeni nie mówią: „Nie, bo król jest zły". Nie mówią: „Nie, bo uczta jest głupia". Mówią… właściwie nic nie mówią. Po prostu idą: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa.

To nie jest bunt. To jest obojętność. To jest coś gorszego niż bunt. Bunt jest dramatem, jest walką, jest relacją. Obojętność to jest zamknięcie drzwi bez słowa. To jest odejście bez pożegnania. To jest powiedzenie Bogu: „Nie jesteś dla mnie wystarczająco ważny, żebym się z tobą liczył".

I pomyślmy: pole i kupiectwo to nie są złe rzeczy. To są dobre rzeczy. Praca, troska o byt, odpowiedzialność za rodzinę — to wszystko jest dobre. Problem nie polega na tym, że ci ludzie robią coś złego. Problem polega na tym, że dobre rzeczy stają się dla nich rzeczami ostatecznymi. Że pole i kupiectwo przesłaniają im ucztę. Że to, co ważne, przesłania to, co najważniejsze.

Czyż nie jest to nasz problem? Nie jesteśmy ludźmi, którzy mówią Bogu „nie". Jesteśmy ludźmi, którzy mówią Bogu „poczekaj". „Poczekaj, aż skończę ten projekt". „Poczekaj, aż dzieci dorosną". „Poczekaj, aż będę na emeryturze". „Poczekaj, aż uporządkuję swoje sprawy". „Poczekaj, aż będę lepszy". I tak mijają lata. A uczta trwa. A my wciąż jesteśmy na polu. Wciąż w kupiectwie. Wciąż gdzieś indziej.

To jest najbardziej subtelna forma odrzucenia Boga — nie przez nienawiść, ale przez obojętność. Nie przez bunt, ale przez roztargnienie. Nie przez „nie", ale przez „później".

3. Przemoc wobec sług
Ale jest w tej przypowieści coś jeszcze bardziej wstrząsającego. Niektórzy nie tylko odrzucają zaproszenie — oni chwytają sługi, znieważają ich i zabijają.

Dlaczego? Co takiego zrobili słudzy? Przynieśli zaproszenie. Przynieśli dobrą nowinę. A jednak stają się ofiarami.

To jest tajemnica zła. Zło nie zawsze jest prostym „nie" wobec Boga. Zło często jest „nie" wobec tych, którzy przynoszą Boże zaproszenie. Wobec proroków. Wobec Kościoła. Wobec tych, którzy przypominają nam, że jest coś więcej niż pole i kupiectwo.

I tu musimy zadać sobie pytanie: czy my czasem nie zabijamy sług? Nie fizycznie, ale duchowo? Czy nie znieważamy tych, którzy przypominają nam o Bogu? Czy nie odrzucamy z pogardą tych, którzy mówią nam, że życie to coś więcej niż praca, zakupy, rozrywka? Czy nie uciszamy w sobie tego cichego głosu, który wzywa nas na ucztę?

Każdy z nas ma w sobie takie „sługi" — ludzi, słowa, sytuacje, które Bóg posyła, żeby nas zaprosić. I każdego dnia podejmujemy decyzję: czy ich przyjmiemy, czy ich odrzucimy. Czy ich wysłuchamy, czy ich zagłuszymy.

4. Bóg nie rezygnuje z uczty
I oto coś, co mnie zawsze porusza w tej przypowieści: król nie odwołuje uczty. Nie mówi: „Skoro nie chcą, to nie będzie uczty". Nie mówi: „Skoro mnie odrzucili, to ja ich odrzucę". Uczta jest przygotowana i uczta się odbędzie. Król posyła sługi na rozstajne drogi.

„Rozstajne drogi"
— to miejsca, gdzie ludzie się zatrzymują, gdzie podejmują decyzje, gdzie nie mają jeszcze ustalonej drogi. To miejsca, gdzie spotyka się ludzi, którzy nie mają nic do stracenia. Król nie idzie do tych, którzy są pewni siebie, którzy mają wszystko poukładane. Idzie do tych, którzy są w drodze. Do tych, którzy szukają. Do tych, którzy może nawet nie wiedzą, czego szukają.

I sprowadza „złych i dobrych". To jest szokujące. Król nie robi selekcji. Nie sprawdza CV. Nie pyta o referencje. Nie sprawdza, czy ktoś jest „wystarczająco dobry". Zaprasza wszystkich.

To jest Kościół. Kościół to nie jest klub dla doskonałych. To jest szpital dla chorych. To jest dom dla tych, którzy nie mają domu. To jest uczta dla tych, którzy nie zasługują na ucztę. I jeśli myślimy inaczej — jeśli myślimy, że Kościół jest dla nas, bo jesteśmy „dobrzy" — to nie zrozumieliśmy Ewangelii.

5. Strój weselny — co to właściwie jest?
I wtedy pojawia się ten fragment, który zawsze budzi nasz niepokój. Król wchodzi, patrzy i widzi człowieka bez stroju weselnego. I ten człowiek zostaje wyrzucony. Co to jest strój weselny?

Nie chodzi o ubranie. Chodzi o coś o wiele głębszego. Ojcowie Kościoła mówią nam jasno: strojem weselnym jest miłość. Ale nie miłość, którą sami sobie wypracowaliśmy. To miłość, którą otrzymaliśmy. To łaska. To nowa tożsamość, którą Bóg nam daje.

Ten człowiek wszedł na ucztę, ale nie chciał się zmienić. Chciał być na uczcie, ale nie chciał być ucztą. Chciał dostać, ale nie chciał dać. Chciał być na weselu, ale nie chciał być weselnikiem. Chciał być w Królestwie, ale nie chciał, żeby Królestwo było w nim.

To jest fundamentalne pytanie dla każdego z nas: czy ja przychodzę do Boga po to, żeby coś dostać, czy po to, żeby się przemienić? Czy moja religia jest transakcją, czy relacją? Czy ja wchodzę do kościoła, żeby Bóg mi pobłogosławił, czy żeby Bóg mnie ukształtował? Czy ja się modlę, żeby Bóg spełnił moje oczekiwania, czy żeby Bóg zmienił moje serce?

Strój weselny to jest decyzja, żeby nie być tylko obserwatorem. To jest decyzja, żeby wejść w tę ucztę całym sobą. To jest decyzja, żeby nie traktować Mszy świętej jako obowiązku, ale jako spotkanie. To jest decyzja, żeby nie traktować modlitwy jako listy życzeń, ale jako rozmowę. To jest decyzja, żeby nie traktować bliźniego jako przeszkody, ale jako dar.

Strój weselny to jest postawa serca, która mówi: „Panie, przychodzę nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę. Przychodzę nie po to, żeby coś załatwić, ale po to, żeby być z Tobą. Przychodzę nie dlatego, że jestem godny, ale dlatego, że Ty mnie zapraszasz."

6. Milczenie, które jest piekłem
I zwróćmy uwagę na coś, co jest straszne: ten człowiek „oniemiał". Nie usprawiedliwiał się. Nie tłumaczył. Nie prosił o jeszcze jedną szansę. Oniemiał.

To jest piekło. Piekło to nie miejsce, gdzie Bóg nas nienawidzi. Piekło to miejsce, gdzie nie mamy już nic do powiedzenia. Gdzie wszystkie nasze wymówki się skończyły. Gdzie stajemy przed Bogiem nadzy i nie mamy nic, co moglibyśmy powiedzieć na swoją obronę.

I wtedy król mówi: „Zwiążcie mu ręce i nogi". To jest gorzka ironia. On chciał być wolny — wolny od zobowiązań, wolny od miłości, wolny od Boga. I właśnie ta jego wolność staje się jego więzieniem. Ręce i nogi, które nie chciały się wyciągnąć do innych, które nie chciały iść na ucztę, które nie chciały objąć miłości — zostają związane.

To jest paradoks wolności. Kiedy chcemy być wolni od wszystkiego, stajemy się niewolnikami siebie. Kiedy chcemy być wolni od miłości, stajemy się niewolnikami samotności. Kiedy chcemy być wolni od Boga, stajemy się niewolnikami śmierci.

7. „Wielu jest powołanych, lecz mało wybranych"
To zdanie jest jednym z najbardziej tajemniczych w Ewangelii. Nie znaczy: „Bóg wybiera niektórych, a innych odrzuca". To znaczy: „Wielu słyszy zaproszenie, ale niewielu pozwala, żeby to zaproszenie ich przemieniło".

Powołanie to nie jest kwestia tego, czy Bóg mnie wybrał. Bóg wybrał wszystkich. Bóg zaprasza wszystkich. Powołanie to kwestia mojej odpowiedzi. Czy ja przyjmuję to zaproszenie? Czy ja przyjmuję je nie tylko jako zaproszenie na ucztę, ale jako zaproszenie do przemiany?

„Mało wybranych" — nie dlatego, że Bóg jest skąpy. Ale dlatego, że mało jest takich, którzy chcą być wybrani. Mało jest takich, którzy chcą się zmienić. Mało jest takich, którzy chcą założyć strój weselny.

To nie jest pesymizm. To jest realizm. To jest wezwanie do czujności. To jest wołanie: „Obudź się! Uczta trwa! Załóż strój! Wejdź!"

8. Co to znaczy dla nas dzisiaj?
Drodzy, ta przypowieść nie jest opowieścią o odległych czasach. To jest opowieść o nas. O naszym tu i teraz.

Każdy z nas jest zaproszony. Każdy z nas siedzi przy stole. Ale nie każdy z nas jest ubrany w strój weselny.

Jak wygląda ten strój w praktyce? To jest decyzja, żeby nie być tylko obserwatorem. To jest decyzja, żeby wejść w tę ucztę całym sobą. To jest decyzja, żeby nie traktować Mszy świętej jako obowiązku, ale jako spotkanie. To jest decyzja, żeby nie traktować modlitwy jako listy życzeń, ale jako rozmowę. To jest decyzja, żeby nie traktować bliźniego jako przeszkody, ale jako dar.

To jest decyzja, żeby powiedzieć Bogu: „Panie, nie jestem godny, ale Ty mnie zapraszasz. Nie jestem gotowy, ale Ty mnie ubierasz. Nie jestem święty, ale Ty mnie uświęcasz."

I to jest decyzja, którą podejmujemy każdego dnia. Nie raz na zawsze. Codziennie. W każdej Mszy świętej. W każdej modlitwie. W każdym spotkaniu z drugim człowiekiem.

9. Eucharystia jako przedsmak uczty
Za chwilę będziemy uczestniczyć w Eucharystii. To jest ta uczta. To jest ten stół. To jest to wesele Baranka.

I pytanie brzmi: czy ja przychodzę na tę ucztę w stroju weselnym? Czy ja przychodzę jako ten, który chce się przemienić? Czy ja przychodzę jako ten, który chce być nie tylko na uczcie, ale który chce być ucztą dla innych?

Nie chodzi o to, żebyśmy byli doskonali. Chodzi o to, żebyśmy byli otwarci. Nie chodzi o to, żebyśmy nie mieli grzechów. Chodzi o to, żebyśmy przychodzili z sercem, które chce być uzdrowione. Nie chodzi o to, żebyśmy byli święci. Chodzi o to, żebyśmy chcieli być święci.

Bóg nie wymaga od nas, żebyśmy przyszli na ucztę czyści. Bóg wymaga od nas, żebyśmy przyszli na ucztę otwarci. Żebyśmy pozwolili Mu się obmyć. Żebyśmy pozwolili Mu się ubrać. Żebyśmy pozwolili Mu się przemienić.

10. Zakończenie
Bracia i Siostry, Bóg przygotował ucztę. Uczta jest gotowa. Zaproszenie zostało wysłane. Nie odkładajmy tego zaproszenia na później. Nie mówmy: „Poczekaj, aż skończę". Nie mówmy: „Poczekaj, aż będę lepszy". Nie mówmy: „Poczekaj, aż będę gotowy".

Bóg zaprasza nas teraz. W tej chwili. W tym miejscu. Z tym wszystkim, co w nas jest — z naszymi grzechami, z naszymi lękami, z naszymi słabościami. Ale zaprasza nas nie po to, żebyśmy tacy zostali. Zaprasza nas, żeby nas przemienić. Zaprasza nas, żeby nas ubrać w strój weselny. Zaprasza nas, żeby nas napełnić swoją miłością.

Niech ta Eucharystia będzie dla nas momentem, w którym zdejmiemy z siebie wszystkie nasze wymówki, wszystkie nasze maski, wszystkie nasze „poczekaj", i staniemy przed Bogiem tacy, jacy jesteśmy — ale z sercem, które chce być przemienione.

I niech Bóg, który jest hojnym Gospodarzem, ubierze nas w strój godny Jego uczty. Niech nas napełni swoją miłością. Niech nas uczyni nie tylko gośćmi, ale uczestnikami. Nie tylko obserwatorami, ale świadkami. Nie tylko tymi, którzy są na uczcie, ale tymi, którzy są ucztą dla innych.

„Wielu jest powołanych, lecz mało wybranych" — nie dlatego, że Bóg jest skąpy, ale dlatego, że mało jest takich, którzy chcą być wybrani. Mało jest takich, którzy chcą się zmienić. Mało jest takich, którzy chcą założyć strój weselny. Bądźmy wśród tych niewielu.

Homilia III

Dlaczego jednego wyrzucono?

Wyobraźmy sobie tę scenę. Słudzy zgarniają z dróg każdego, kogo napotkają. Biednych i bogatych, dobrych i złych. Miejsca się zapełniają, uczta wrze, panuje radość. Nagle wchodzi Król, spogląda na gości i dostrzega człowieka, który nie ma na sobie stroju weselnego. Pytanie jest krótkie, odpowiedź – milczenie. Chwilę później ten człowiek zostaje powiązany i wyrzucony w ciemność.

Na pierwszy rzut oka ta ewangeliczna historia brzmi niesprawiedliwie. Jak można wymagać wykwintnego garnituru od kogoś, kogo zgarnięto prosto z zakurzonej drogi? Zaskakuje nas surowość gospodarza.

Gdy jednak spojrzymy na realia Bliskiego Wschodu w tamtych czasach, obraz się zmienia. Zgodnie z obyczajem bogaty władca sam zapewniał swoim gościom szatę przed wejściem do sali. Zaproszenie było darmowe, a strój – gotowy i podany na progu.

Ów człowiek nie był biedny. On był lekceważący. Wszedł, usiadł przy stole, skosztował jedzenia, ale odmówił założenia szaty, którą oferował Król. Chciał być na uczcie, ale całkowicie na własnych warunkach. Bez szacunku dla gospodarza i bez chęci dopasowania się do miejsca, w którym się znalazł.

Niemiecki teolog Dietrich Bonhoeffer nazwał postawę tego człowieka koncepcją „taniej łaski”. Tania łaska to przebaczenie bez pokuty, chrzest bez nawrócenia, Komunia bez intencji zmiany życia. To przekonanie, że skoro Bóg jest dobry i zaprasza wszystkich, to my możemy pozostać dokładnie tacy sami – bezrefleksyjni, zamknięci w swoich starych nawykach.

Bóg przyjmuje nas takimi, jacy jesteśmy. Przypowieść jasno mówi: słudzy przyprowadzili zły i dobrych. Nikt nie musiał najpierw udowadniać swojej doskonałości, żeby wejść do środka. Ale Bóg kocha nas za bardzo, by zostawić nas w miejscu, w którym nas znalazł.

Zastanówmy się na chwilę nad pierwszymi zaproszonymi. Oni w ogóle nie przyszli. Mieli swoje pola, kupiectwo, biznesy. Przeliczyli koszty i uznali, że Bóg po prostu im się nie opłaca. Człowiek bez szaty wybrał inną drogę – przyszedł, ale spróbował połączyć dwa światy. Chciał mieć udział w Królestwie, nie rezygnując ze swoich starych łachmanów.

Ewangeliarz przypomina nam dzisiaj o szacie chrzcielnej. Kiedy przyjmujemy chrzest, słyszymy słowa: „Stałeś się nowym stworzeniem i przyoblekłeś się w Chrystusa”. Biała szata to nie jest ozdoba do pamiątkowego zdjęcia. To decyzja, by w codzienne życie wnieść przebaczenie, uczciwość, cierpliwość i miłość.

Łaska jest darmowa, ale nie jest tania. Kosztowała krzyż Syna Bożego.

Pytanie na dzisiaj dotyczy naszych ubrań. Czy idąc przez życie i przychodząc na Eucharystię, nie próbujemy siadać do Bożego stołu w brudnym ubraniu złości, pychy albo obojętności? Czy pozwalamy, by spotkanie z Bogiem naprawdę nas zmieniało?

Bóg daje nam zaproszenie i daje nam szatę. Do nas należy decyzja, czy zrzucimy stare łachmany i pozwolimy Mu przekształcić nasze serca.

środa, 30 września 2026

XXVII Niedziela w ciągu roku - A

 Iz 5:1-7


Chcę zaśpiewać memu Przyjacielowi pieśń o Jego miłości ku swojej winnicy! Przyjaciel mój miał winnicę na żyznym pagórku. Otóż okopał ją i oczyścił z kamieni i zasadził w niej szlachetną winorośl; pośrodku niej zbudował wieżę, także i tłocznię w niej wykuł. I spodziewał się, że wyda winogrona, lecz ona cierpkie wydała jagody. Teraz więc, o mieszkańcy Jeruzalem i mężowie z Judy, rozsądźcie, proszę, między Mną a między winnicą moją. Co jeszcze miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej? Czemu, gdy czekałem, by winogrona wydała, ona cierpkie dała jagody? Więc dobrze! Pokażę wam, co uczynię winnicy mojej: rozbiorę jej żywopłot, by ją rozgrabiono; rozwalę jej ogrodzenie, by ją stratowano. Zamienię ją w pustynię, nie będzie przycinana ni plewiona, tak iż wzejdą osty i ciernie. Chmurom zakażę spuszczać na nią deszcz. Otóż winnicą Pana Zastępów jest dom Izraela, a ludzie z Judy szczepem Jego wybranym. Oczekiwał On tam sprawiedliwości, a oto rozlew krwi, i prawowierności, a oto krzyk grozy.

Flp 4:6-9

O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. W końcu, bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym - to miejcie na myśli! Czyńcie to, czego się nauczyliście, co przejęliście, co usłyszeliście i co zobaczyliście u mnie, a Bóg pokoju będzie z wami.

Mt 21:33-43

Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? Rzekli Mu: Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze. Jezus im rzekł: Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce.

Kamień odrzucony przez budujących

I znowu szokujące zachowanie Jezusa. Jakby szukał zwady i sam się napraszał o to, aby go uciszyć. Dlaczego tak bardzo naraża się kapłanom, przełożonym świątynnym i starszym. Czyż nie wie, że oni mogą się go pozbyć, uciszyć i po prostu załatwić? Po co opowiada im takie drażliwe historyjki, po co ich drażni i moralizuje? Czyż nie rozumie, że to raczej dyplomacją i w sposób ugodowy, kulturalny i grzeczny można coś załatwić? Po co drażnić najwyższych i najpotężniejszych historyjkami o przewrotnych dzierżawcach winnicy ... i jeszcze ten "kamień odrzucony przez budujących" .... toż to jest normalnie - szukanie guza.

Nie należy przypuszczać, że Chrystus zachęca do rewolty przeciwko wszystkim i do krytyki każdej władzy, ale czy ci, którzy są u władzy i są "głęboko" przekonani o słuszności swojego postępowanie, nie powinni stąd wyciągnąć jakichś wniosków? Czyż nie mamy tego przykładów w niedawnej polskiej przeszłości ... jedynie słuszna droga, jedyna ideologia, monopol na historyczną i społeczna prawdę ...??? A i w kościele, jakże często jest tak, że ci, którym oddano winnicę pod opiekę, stali się przewrotnymi dzierżawcami, a ci, których Chrystus powołał, aby byli pasterzami i aby strzegli depozytu, nie strzegą ale raczej strzygą swoje owieczki? Przecież nie chodzi o krytykanctwo czy negowanie wszelkiej władzy. Przecież nie chodzi o to, aby buntować się i sprzeciwiać na każdym kroku i na pewno nie to było i jest celem chrystusowych przypowieści. Zastanawiam jest  jednak, jak często my sami (my kapłani) umiemy pouczać i wyciągać budujące wnioski z Ewangelii, ale raczej dla "naszych owieczek". Czemu nie chcemy, czemu nie umiemy wyciągnąć takich samych, pouczających wniosków dla nas samych? Kto spróbuje w ten właśnie sposób zinterpretować dzisiejszą Ewangelię, aby nie być od razu posądzonym o negowanie Najwyższego Autorytetu Kościoła?

I nie chodzi wcale o relatywizm epistemologiczny, czy o "demokratyzację" prawdy. Prawda na pewno jest jedna i jedyna. Prawda na pewno jest do odkrycia, a nie do "wygłosowania" w demokratycznych wyborach, ale trzeba ją odkrywać w pokorze i bez monopolizacji, mając świadomość, że każdy może się mylić, nawet ci najwyżej postawieni. Chrystus jest tą Prawdą odwieczną i niewzruszoną. i nikt nie może Go sobie przywłaszczyć i zmonopolizować. On jest kamieniem węgielnym ... niestety nadal odrzucanym przez wielu budujących ... szczególnie tych którzy szukają raczej swoich racji i władzy, a nie prawdy ...

A ileż to kamieni ja sam odrzuciłem już przy budowie mojego życia?

Homilia alternatywna

Ewangelia w moim życiu codziennym

Przypowieść o nieuczciwych i zbuntowanych dzierżawcach winnicy to oczywiście obraz samego Izraela i jego duchowych przywódców, którzy zbuntowali się przeciwko Bogu i odrzucili jego proroków i wysłanników, a nawet samego Syna Bożego. Może to być także obraz mojego własnego życia, w którym odrzucam prawa Boże i sam próbuję sobie rządzić po swojemu i według moich zachcianek i „widzimisię”, odrzucając Boże napomnienia i przykazania, „zabijając” Bożych wysłanników, i lekceważąc sobie nawet samego Syna Bożego.

Kiedy Jezus mówi o nieuczciwych najemnikach winnicy można to odnieść także do naszych społecznych i zawodowych relacji, do naszego życia i naszej pracy. Niestety słowa takie jak uczciwość, rzetelność, prawość, sprawiedliwość stają się coraz bardziej obce w naszej społecznej i zawodowej rzeczywistości. Można je znaleźć już tylko bardzo często w słownikach i to wyrazów obcych. Liczy się raczej chciwość, przebiegłość, pazerność, spryt, siła i efekciarstwo. Pracodawca, który jest uczciwy bardzo często jest posądzany o niezaradność i brak realizmu. Uczciwy i rzetelny pracownik to fajtłapa i niedołęga, nie umiejący dbać i walczyć o swoje. Relacje międzyludzkie stają się coraz częściej podobne do relacji w dżungli, gdzie tylko silniejszy i sprytniejszy ma szansę przeżycia. Ewangeliczni dzierżawcy winnicy nie liczą się z podpisaną przez siebie umową. Dla nich liczy się tylko szybki i spektakularny zysk. Dla niego są zdolni nawet zabić wysłanników. Niestety takie postawy w naszym życiu społecznym i zawodowym nie są rzadkością. Podpisane umowy się zrywa, słowo honoru i zawodowa uczciwość nie mają wartości, a wprost przeciwnie są wydrwione i ośmieszone.

Pracownik i jego dobro się nie liczą. Liczy się zysk i ekonomiczne prawa. Nie liczy się także bardzo często pracodawca i jego prawa. Okraść pracodawcę, sprytnie „przykombinować”, to nie grzech, to wyraz zaradności i inteligencji. Niestety zabory, dwie wojny światowe i prawie 50 lat komuny, kiedy niejednokrotnie, aby przeżyć trzeba było oszukiwać, okłamywać, być zaradnym i przebiegłym, zrobiły niemałe spustoszenia w naszej mentalności. I do dzisiaj nie umiemy się z tego wyzwolić. Ewangelia jest bardzo odległą od naszej rzeczywistości utopią, a życie jest trudne i rządzi się swoimi, twardymi prawami rynku, podaży i popytu.

Warto być może w kontekście dzisiejszej Ewangelii pomyśleć także o tym, jaki wpływ –tak naprawdę- ma Ewangelia na moje życie? Czy nie jest nadal tak, że wiarę „ubieram” w niedzielę, jak odświętne ubranie, a w życiu codziennym liczą się mnie zupełnie inne wartości i rządzą nim zupełnie inne, nie ewangeliczne normy?



Homilia alternatywna II

Nie jesteśmy właścicielami winnicy

Dzisiejsza Ewangelia zaczyna się od obrazu, który wydaje się bardzo piękny: gospodarz zakłada winnicę, otacza ją murem, wykopuje tłocznię, buduje wieżę, a potem oddaje ją rolnikom. Wszystko zostało przygotowane. Niczego nie zaniedbał. Podobny obraz znajdujemy w Księdze Izajasza: Bóg mówi o swojej winnicy i pyta z bólem: „Co jeszcze miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej?”. I właśnie tutaj dotykamy pierwszej prawdy, która nie jest wygodna, ale jest niezwykle ważna dla naszego dorosłego życia: człowiek nie zaczyna od niczego. Zanim cokolwiek zbudowaliśmy własnymi rękami, otrzymaliśmy życie, zdrowie, czas, talenty, ludzi spotkanych na drodze, możliwości, których sami sobie nie stworzyliśmy. Otrzymaliśmy również wiarę, słowo Boże, sakramenty, Kościół, możliwość powrotu po upadku. Winnica jest więc obrazem naszego życia — życia powierzonego, a nie posiadanego absolutnie. Człowiek współczesny bardzo łatwo mówi: „To jest moje życie, będę z nim robił, co chcę”. Chrystus przypomina jednak, że życie jest rzeczywiście nasze, ale nie jesteśmy jego ostatecznymi właścicielami. Jesteśmy dzierżawcami. A dzierżawca ma prawo korzystać z winnicy, lecz ma także obowiązek wydać owoc.

I może właśnie tutaj zaczyna się najbardziej poważne pytanie dzisiejszej liturgii: jaki owoc wydaje moje życie? Nie chodzi o to, ile posiadamy, ile osiągnęliśmy, ilu ludzi nas zna, jaką mamy pozycję, ile spraw udało się załatwić i jak wiele rzeczy znajduje się na naszym koncie. Bóg nie pyta przede wszystkim o rozmiar naszej winnicy, lecz o jakość jej owoców. Izajasz mówi bardzo konkretnie: Bóg oczekiwał sprawiedliwości, a zobaczył rozlew krwi; oczekiwał prawowierności, a usłyszał krzyk. Innymi słowy: można mieć pięknie urządzoną winnicę, a jednocześnie produkować cierpkie owoce. Można prowadzić porządne życie na zewnątrz, a wewnątrz nosić egoizm, pychę, nieprzebaczenie, pogardę, cynizm albo obojętność. Można nawet być człowiekiem religijnym i jednocześnie nie wydawać owoców Ewangelii. To jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ religijność bez nawrócenia daje człowiekowi złudzenie bezpieczeństwa. Można modlić się ustami, a żyć w sposób całkowicie sprzeczny z modlitwą. Można przychodzić do kościoła, a nie pozwolić Bogu wejść do własnego charakteru, do własnych relacji, do własnych decyzji, do własnych pieniędzy, ambicji i ran.

Jest w tej przypowieści jeszcze coś bardziej przejmującego. Gospodarz posyła sługi, a rolnicy ich odrzucają. Posyła kolejnych — spotyka ich to samo. W końcu mówi: „Uszanują mojego syna”. I właśnie wtedy ujawnia się cała prawda o ludzkim sercu. Problemem tych rolników nie jest brak informacji. Oni wiedzą, że gospodarz istnieje. Wiedzą, że winnica do niego należy. Wiedzą nawet, że przychodzi czas oddania plonu. Ich problem polega na tym, że chcą, aby wszystko należało do nich. Chcą korzystać z daru bez uznania Dawcy. I czyż nie jest to także dramat człowieka wszystkich epok? Nie tyle odrzucamy Boga dlatego, że Go nie znamy, ile często dlatego, że nie chcemy, aby Jego obecność cokolwiek od nas wymagała. Chcemy Jego pocieszenia, ale niekoniecznie Jego przykazań. Chcemy przebaczenia, ale nie zawsze chcemy przebaczać. Chcemy pokoju, ale nie zawsze chcemy zerwać z tym, co ten pokój niszczy. Chcemy, aby Bóg błogosławił nasze decyzje, lecz niekoniecznie pytamy, czy nasze decyzje są zgodne z Jego wolą.

Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że gospodarz nie przestaje działać nawet po kolejnych odrzuceniach. W końcu posyła syna. W świetle Ewangelii nie trzeba długo zgadywać, kim jest ten Syn. To Chrystus. Winnica staje się obrazem historii zbawienia, a posłanie Syna objawia coś niesłychanego: Bóg po odrzuceniu nie wycofuje swojej miłości. Człowiek może powiedzieć „nie”, może się buntować, może zamknąć drzwi, może przez lata żyć tak, jakby Boga nie było — a Bóg jeszcze raz wychodzi ku niemu. Chrystus przychodzi nie tylko jako nauczyciel moralności, lecz jako Syn, którego człowiek może przyjąć albo odrzucić. Dlatego centralnym pytaniem dzisiejszej Ewangelii nie jest tylko: „Czy jestem dobrym człowiekiem?”, ale pytanie znacznie głębsze: co robię z Chrystusem? Czy jest On dla mnie rzeczywiście Panem mojego życia, czy tylko elementem religijnego krajobrazu? Czy Jego słowo ma prawo mnie osądzić, skorygować, zatrzymać, zmusić do zmiany? Czy pozwalam Mu wejść tam, gdzie sam od lat nie wpuszczam nikogo?

Jezus mówi następnie o kamieniu odrzuconym przez budujących, który stał się kamieniem węgielnym. To jest logika Boga zupełnie inna od naszej. Człowiek odrzuca to, co uważa za niewygodne, słabe, niepasujące do jego planu. Bóg potrafi właśnie z tego uczynić fundament nowego początku. To jest ogromna nadzieja również dla tych, którzy patrzą dziś na własne życie i widzą w nim rzeczy zmarnowane, decyzje błędne, relacje popękane, lata przeżyte w sposób, którego nie da się już cofnąć. Winnica nie wraca do stanu z dnia poprzedniego, ale Bóg nadal może sprawić, że wyda nowy owoc. Chrześcijaństwo nie jest religią tych, którzy nigdy nie popełnili błędu. Jest drogą ludzi, którzy nauczyli się wracać do Boga. Czasem największym cudem nie jest to, że człowiek nigdy się nie przewrócił, lecz to, że po wielu latach potrafił jeszcze raz uklęknąć. Nie wolno nam więc mówić: „Już za późno”. Dopóki człowiek żyje, dopóty historia jego winnicy nie jest ostatecznie zamknięta.

I tutaj doskonale łączy się Ewangelia z Listem św. Pawła do Filipian. Apostoł mówi: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”, a następnie kieruje nas ku temu, co prawdziwe, godne, sprawiedliwe, czyste i szlachetne. To nie jest banalne wezwanie do pozytywnego myślenia. Święty Paweł nie mówi: „Nie przejmujcie się problemami”. Mówi raczej: nie pozwólcie, aby troska przejęła władzę nad waszym sercem. Można przecież mieć winnicę pełną problemów i mimo to zachować pokój. Można mieć kłopoty zdrowotne, rodzinne, finansowe, można przeżywać samotność, starość, rozczarowanie czy niepewność jutra, a jednak nie pozwolić, aby lęk stał się panem życia. Pokój Boży nie polega na tym, że wszystko układa się po naszej myśli. Pokój Boży polega na tym, że nawet wtedy, gdy nie rozumiemy wszystkiego, wiemy, komu powierzamy swoją winnicę. Człowiek zaczyna naprawdę dojrzewać wtedy, gdy przestaje rozpaczliwie próbować być właścicielem wszystkiego i uczy się być wiernym dzierżawcą tego, co otrzymał.

Dlatego dzisiejsza liturgia stawia przed nami bardzo konkretne zadanie. Nie pyta najpierw, czy jesteśmy podziwiani, skuteczni i zabezpieczeni. Pyta: czy nasze życie wydaje owoce? Czy ktoś dzięki mnie doświadczył dobra? Czy komuś łatwiej było uwierzyć, ponieważ mnie spotkał? Czy moje dzieci, współmałżonek, rodzice, sąsiedzi, współpracownicy i ludzie, których spotykam, czują przy mnie więcej pokoju czy więcej lęku? Czy po moich słowach zostaje zgoda czy rana? Czy po moich decyzjach zostaje sprawiedliwość czy krzywda? Czy moja wiara przynosi owoce miłości, czy tylko daje mi przekonanie, że mam rację? I wreszcie: czy Chrystus rzeczywiście jest kamieniem węgielnym mojego życia, czy też próbuję tak urządzić swoją winnicę, aby Jego obecność była jak najmniej wymagająca?

Pan nie żąda od nas doskonałości, ale oczekuje owocu. Nie żąda, aby każda gałąź naszego życia była idealna, lecz abyśmy nie przestali pozwalać Mu się pielęgnować, przycinać i oczyszczać. Czasem potrzebne jest Boże przycinanie, które boli: rezygnacja z pychy, pojednanie, przyznanie się do winy, zerwanie z grzechem, naprawienie wyrządzonej krzywdy, zmiana sposobu myślenia. Winnica, której nikt nie przycina, zarasta. Serce, którego człowiek nie poddaje Bogu, również zarasta. Dlatego nie bójmy się, kiedy Bóg pokazuje nam to, co wymaga zmiany. Bardziej niebezpieczne od bolesnego cięcia jest pozostawienie człowieka w przekonaniu, że wszystko jest dobrze. Prośmy więc dzisiaj nie o to, aby Bóg po prostu pobłogosławił naszą winnicę, ale o coś więcej: aby nauczył nas być jej wiernymi dzierżawcami, aby nie pozwolił nam odrzucić Syna i aby nasze życie — mimo swoich ran, ograniczeń i późnych jesieni — mogło jeszcze przynieść owoc, którego Bóg od nas oczekuje. Wtedy spełni się również obietnica świętego Pawła: „Bóg pokoju będzie z wami”. A kiedy Bóg jest z człowiekiem, nawet trudna winnica nie przestaje być miejscem nadziei.

Homilia alternatywna III

Komu naprawdę należy się moja winnica?

Bracia i Siostry! Dzisiejsze słowo Boże nie pozwala nam spokojnie przejść obok siebie. Ono nie pyta nas o kogoś innego. Ono pyta o nas. Nie o świat, który nas denerwuje, nie o Kościół, który ma swoje problemy, nie o ludzi, którzy nas zawiedli, lecz o tę winnicę, którą każdy z nas otrzymał. Izajasz mówi: „Winnicą Pana Zastępów jest dom Izraela”, a Ewangelia pokazuje tę samą winnicę raz jeszcze, ale tym razem jej obraz staje się jeszcze bardziej przejmujący. Gospodarz przygotował wszystko: okopał, oczyścił z kamieni, obsadził szlachetną winoroślą, zbudował wieżę, przygotował tłocznię. A potem oczekiwał owocu. Bóg nie stworzył człowieka jako istoty przypadkowej. Nie dał nam życia po to, abyśmy jedynie konsumowali kolejne dni. Dał nam życie jako zadanie, jako powołanie, jako przestrzeń, w której ma pojawić się dobro. Dał nam czas — i pyta, co z nim zrobiliśmy. Dał nam ludzi — i pyta, jak ich potraktowaliśmy. Dał nam sumienie — i pyta, czy go słuchaliśmy. Dał nam swoją łaskę — i pyta, czy pozwoliliśmy jej działać. Dał nam Ewangelię — i pyta, czy naprawdę nią żyliśmy. I dlatego pytanie tej niedzieli brzmi niezwykle poważnie: jaki owoc wydaje moja winnica?

Możemy bowiem przez całe życie być bardzo zajęci i prawie nigdy nie zadać sobie tego pytania. Możemy budować domy, pomnażać majątek, załatwiać sprawy, zdobywać znaczenie, zabiegać o uznanie, troszczyć się o wygodę, planować kolejne lata, a nie zauważyć, że nasza dusza powoli pustoszeje. Można mieć wiele i jednocześnie nie mieć pokoju. Można być otoczonym ludźmi i być wewnętrznie samotnym. Można wiele mówić o wartościach i jednocześnie ranić najbliższych. Można przychodzić do kościoła, modlić się, przyjmować sakramenty, a jednocześnie żyć tak, jakby Bóg nie miał żadnego prawa wejść w moje decyzje. Można znać wszystkie religijne słowa, a nie znać smaku miłości. I dlatego Izajasz wypowiada to przejmujące zdanie: Bóg oczekiwał sprawiedliwości, a zobaczył niesprawiedliwość; oczekiwał prawowierności, a usłyszał krzyk. To znaczy: Bóg patrzy nie tylko na to, co deklarujemy, ale na to, co z nas wyrasta. Nie na etykietę, lecz na owoc. Nie na pozory, lecz na prawdę.

A jednak najstraszniejsze w tej przypowieści nie jest to, że winnica nie wydała owocu. Najstraszniejsze jest to, że rolnicy zaczęli uważać cudzą własność za swoją. To tutaj znajduje się źródło buntu. Gospodarz mówi: „moja winnica”, a oni w głębi serca mówią: „nasza”. Gospodarz mówi: „oddajcie plon”, a oni odpowiadają swoim zachowaniem: „nic ci do tego”. I czyż nie jest to pokusa, która wraca w każdym pokoleniu? Człowiek chce dar zatrzymać dla siebie i jednocześnie zapomnieć o Dawcy. Mówi: „moje życie”, „moje pieniądze”, „moje decyzje”, „moja przyszłość”, „moje ciało”, „moja sprawa”, jakby samo słowo „moje” rozwiązywało problem. Tymczasem chrześcijaństwo przypomina: otrzymałeś życie, ale nie stworzyłeś siebie. Otrzymałeś czas, ale nie jesteś jego właścicielem. Otrzymałeś ludzi, ale nie są twoją własnością. Otrzymałeś świat, ale nie jesteś jego panem. Jesteś dzierżawcą. A dzierżawca pewnego dnia musi zdać rachunek.

I właśnie wtedy przypowieść staje się naprawdę dramatyczna. Gospodarz posyła sługi. Jednego biją, drugiego zabijają, trzeciego kamienują. Posyła następnych — i spotyka ich ten sam los. Jak długo można odrzucać człowieka, którego posyła Bóg? Jak długo można zagłuszać sumienie? Jak długo można mówić: „jeszcze nie teraz”? Jak długo można odkładać spowiedź, przebaczenie, pojednanie, nawrócenie? Jak długo można słyszeć Ewangelię i pozostawać dokładnie takim samym człowiekiem? Bóg jednak nie rezygnuje. I wtedy pada zdanie, które powinno nami wstrząsnąć: „W końcu posłał do nich swego syna”. W końcu! Po wszystkim! Po całym uporze człowieka Bóg posyła nie kolejne ostrzeżenie, ale Syna. To jest centrum całej Ewangelii. Bóg nie pozostaje na zewnątrz ludzkiej historii. Wchodzi w nią osobiście. Syn przychodzi do winnicy, która należy do Ojca, i zostaje odrzucony. Chcą Go wyrzucić poza winnicę i zabić. Czy można wyobrazić sobie większy paradoks? Człowiek odrzuca Tego, który przyszedł go ocalić.

I teraz dochodzimy do zdania, które jest sercem tej niedzieli: „Kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła”. Bracia i Siostry, to nie jest tylko piękny obraz. To jest pytanie skierowane prosto do naszego sumienia: co ja robię z Chrystusem? Bo Chrystusa można czcić, ale można Go też odrzucać. Można mieć Go na obrazie, a nie mieć Go w życiu. Można mówić o Nim z szacunkiem, a jednocześnie nie liczyć się z Jego słowem. Można przyjmować Komunię Świętą, a zaraz potem wrócić do starej nienawiści, starego kłamstwa, starego grzechu. Można mówić „Panie, Panie”, a jednocześnie budować życie tak, jakby Jego prawa nie istniały. Kamień węgielny albo kamień odrzucony — innej możliwości nie ma. Chrystus nie chce być ozdobą naszego życia. Nie chce być religijnym dodatkiem do gotowego projektu. On chce być fundamentem. A fundament nie służy do dekoracji. Fundament decyduje o tym, czy cały dom przetrwa.

Może więc właśnie dlatego niektóre nasze życie tak bardzo przypomina budowlę, która z zewnątrz jeszcze stoi, ale wewnątrz zaczyna pękać. Zabrakło fundamentu. Na pieniądzach nie można zbudować sensu. Na ludzkiej opinii nie można zbudować pokoju. Na zdrowiu nie można zbudować wieczności. Na sukcesie nie można zbudować zbawienia. Nawet rodzina, choć jest wielkim darem, nie może zastąpić Boga. Wszystko to jest ważne, ale nic z tego nie może stać się naszym bogiem. Kiedy człowiek bierze coś stworzonego i próbuje oprzeć na tym całe swoje życie, prędzej czy później odkrywa, że zbudował na piasku. Chrystus mówi dziś: Nie wystarczy, że coś w twoim życiu stoi. Pytanie brzmi: na czym stoi?

Dlatego święty Paweł nie daje nam taniej pociechy. Mówi: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”, a zaraz potem pokazuje drogę do pokoju: modlitwa, błaganie, dziękczynienie i kierowanie myśli ku temu, co prawdziwe, godne, sprawiedliwe, czyste i szlachetne. To bardzo ważne, bo człowiek często niszczy własną winnicę najpierw w swoim wnętrzu. Zanim pojawi się zło w działaniu, pojawia się w myśli. Zanim człowiek kogoś zrani słowem, nieraz miesiącami nosi w sobie osąd, pogardę i gniew. Zanim pojawi się zdrada, najpierw pojawia się przyzwolenie w sercu. Zanim człowiek odejdzie od Boga, najpierw przestaje o Nim myśleć. Święty Paweł wie, że trzeba strzec nie tylko rąk, ale także myśli. Nie wystarczy więc pytać: „Czy nic złego nie zrobiłem?”. Trzeba zapytać głębiej: czym karmią się moje myśli? Co noszę w sercu? Co dojrzewa we mnie każdego dnia? Bo z tego właśnie później powstanie owoc.

I może ktoś z nas słucha tej Ewangelii i myśli: „Moja winnica jest już zniszczona. Za wiele się wydarzyło. Za dużo błędów. Za dużo lat. Za dużo ran”. Ale Ewangelia nie kończy się na potępieniu winnicy. Ewangelia kończy się tajemnicą kamienia odrzuconego, który stał się fundamentem. To jest również tajemnica naszego życia. To, co wydawało się końcem, Bóg może uczynić początkiem. To, co było raną, może stać się miejscem dojrzewania. To, co było grzechem, może stać się początkiem prawdziwego nawrócenia — pod warunkiem że człowiek przestanie usprawiedliwiać zło, a zacznie je oddawać Chrystusowi. Nie możemy zmienić przeszłości. Nie możemy cofnąć wypowiedzianych słów. Nie możemy przywrócić utraconych lat. Nie możemy zawsze naprawić wszystkiego, co zostało zniszczone. Ale możemy jeszcze dziś zdecydować, kto będzie Panem naszej winnicy.

Bracia i Siostry! Nie pytajmy dzisiaj przede wszystkim, czy inni wydają dobry owoc. Nie patrzmy na cudzą winnicę. Bóg pyta o moją. Co wyrosło w moim życiu? Miłość czy egoizm? Przebaczenie czy uraza? Prawda czy wygodne kłamstwo? Wierność czy zdrada? Pokój czy nieustanna wojna? Wiara czy tylko przyzwyczajenie? Nadzieja czy rozpamiętywanie własnych klęsk? A przede wszystkim: czy pośród całego mojego życia stoi Chrystus? Nie na marginesie. Nie w kącie. Nie tylko od święta. Nie tylko w chwili choroby i lęku. W centrum. Jako kamień węgielny.

Bo nadejdzie dzień, kiedy gospodarz wróci do swojej winnicy. Nadejdzie dzień, kiedy każdy z nas stanie przed Bogiem. Wtedy nie zapytają nas, ile mieliśmy winnic. Zapytają o owoce. Nie zapytają, ilu ludzi się nas bało. Zapytają, ilu ludzi dzięki nam odnalazło dobro. Nie zapytają, jak skutecznie broniliśmy własnego „ja”. Zapytają, czy potrafiliśmy kochać. Nie zapytają, czy zawsze mieliśmy rację. Zapytają, czy potrafiliśmy stanąć w prawdzie przed Bogiem. I dlatego dzisiaj nie uciekajmy od tej Ewangelii. Pozwólmy jej osądzić nasze życie, zanim osądzi nas wieczność. Winnica jest jeszcze w naszych rękach. Czas łaski jeszcze trwa. Chrystus jeszcze mówi. Kamień, który świat może odrzucić, może stać się kamieniem węgielnym naszego życia. Trzeba tylko przestać udawać właściciela i powiedzieć Bogu: „Panie, to jest Twoja winnica. Naucz mnie nią wiernie zarządzać. Oczyść to, co we mnie chore. Przytnij to, co wydaje cierpkie owoce. I spraw, abym u kresu życia nie przyszedł do Ciebie z pustymi rękami”. Wtedy nawet pośród trudów, lęków, przemijania i niepewności usłyszymy spełniające się słowa świętego Pawła: „Bóg pokoju będzie z wami”. A człowiek, który ma Boga w sercu, nie musi bać się ani życia, ani przemijania, ani nawet ostatniej godziny, ponieważ wie, że winnica, którą powierzył mu Bóg, zmierza ku żniwu wieczności.

Homilia alternatywna IV

Poniżej homilia utrzymana w tonie bardziej retorycznym i pogłębionym, z mocnym akcentem na odpowiedzialność człowieka za owoce otrzymanych darów.

Dzisiejsza liturgia słowa mówi o winnicy. Obraz winnicy może nam się wydawać odległy, niemal egzotyczny, bo nie wszyscy znamy trud pracy człowieka, który od wczesnej wiosny aż po jesienne zbiory troszczy się o krzewy, przycina je, oczyszcza, zabezpiecza i czeka na owoc. A jednak pod tym prostym obrazem kryje się bardzo poważna prawda o naszym życiu. Prorok Izajasz mówi: „Miał winnicę na żyznym pagórku. Okopał ją i oczyścił z kamieni, zasadził w niej szlachetną winorośl, zbudował wieżę i wykuł tłocznię”. Trudno wyobrazić sobie większą troskę. Gospodarz zrobił wszystko, co było potrzebne. Niczego nie zaniedbał. Przygotował ziemię, usunął kamienie, zasadził to, co najlepsze, zabezpieczył winnicę i stworzył warunki, aby mogła przynosić dobre owoce. A jednak zamiast słodkich winogron pojawiły się cierpkie jagody. W tym miejscu zaczyna się dramat człowieka, bo Bóg nie mówi: „Nie dałem ci niczego”. Przeciwnie. Najpierw pokazuje wszystko, co dał. Życie. Czas. Ludzi, których postawił na naszej drodze. Możliwość kochania. Sumienie. Rozum. Wiarę. Sakramenty. Słowo Boże. Przebaczenie. Możliwość rozpoczęcia od nowa. Tyle razy może nawet nie zauważamy, ile dobra zostało przygotowane wokół nas. Żyjemy tak, jakby wszystko nam się należało, a tymczasem Ewangelia przypomina, że człowiek jest nie właścicielem, lecz dzierżawcą. To jedno słowo może bardzo zmienić sposób patrzenia na całe życie. Dzierżawca korzysta z winnicy, ale winnica do niego nie należy. Otrzymuje ją po to, aby przyniosła owoc. A więc pytanie Boga nie brzmi przede wszystkim: „Ile miałeś?”, lecz: „Co zrobiłeś z tym, co ci powierzyłem?”

I właśnie tutaj przypowieść Chrystusa staje się niepokojąco współczesna. Rolnicy z Ewangelii nie odrzucają winnicy. Przeciwnie – bardzo chętnie z niej korzystają. Chcą korzystać z plonów, chcą mieć bezpieczeństwo, dochód, własną korzyść. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy przychodzą wysłannicy gospodarza i przypominają im, że winnica nie jest ich własnością. Człowiek bardzo łatwo przyjmuje od Boga dary, a jednocześnie nie chce przyjąć prawa Dawcy do własnego życia. Chcemy życia, ale nie zawsze chcemy jego sensu. Chcemy wolności, ale czasem chcemy wolności od odpowiedzialności. Chcemy błogosławieństwa, ale nie zawsze chcemy posłuszeństwa. Chcemy, aby Bóg był obecny wtedy, gdy cierpimy, chorujemy, boimy się i czegoś potrzebujemy, ale niekoniecznie wtedy, gdy trzeba podjąć decyzję, przebaczyć, zrezygnować z egoizmu, naprawić krzywdę czy uznać, że nie wszystko wolno tylko dlatego, że człowiek potrafi to zrobić. Człowiek chciałby czasami mieć Boga jako źródło pomocy, ale bez Boga jako Pana. Tymczasem Ewangelia mówi jasno: winnica jest powierzona, a nie sprywatyzowana. Życie nie jest moją absolutną własnością. Drugi człowiek nie jest moją własnością. Moje dzieci nie są moją własnością. Moja rodzina, moje stanowisko, pieniądze, zdrowie, czas, zdolności, nawet moje przekonania – wszystko to jest darem powierzonym mi na pewien czas. I kiedy przychodzi dzień rozliczenia, nie będzie najważniejsze to, jak wielką miałem winnicę, lecz to, jaki owoc z niej wyrósł.

Najbardziej przejmujące w tej Ewangelii jest jednak to, że gospodarz nie reaguje natychmiast przemocą. Posyła kolejnych sług. Jednego po drugim. A kiedy ich odrzucają, nie rezygnuje. Wreszcie posyła własnego syna. To jest logika Boga, której człowiek często nie rozumie. Bóg daje kolejną szansę nawet wtedy, gdy poprzednia została zmarnowana. Człowiek mówi: „Dość”. Bóg mówi: „Spróbuj jeszcze raz”. Człowiek mówi: „Ten człowiek nigdy się nie zmieni”. Bóg potrafi odpowiedzieć: „Jeszcze nie skończyłem z jego sercem”. Człowiek widzi przeszłość i wydaje wyrok. Bóg widzi możliwość nawrócenia. Ale właśnie dlatego odrzucenie Syna jest tak dramatyczne. Nie jest już tylko pomyłką. Jest decyzją: „Chcemy winnicy, ale nie chcemy właściciela”. I tutaj dotykamy centrum Ewangelii. Synem gospodarza jest Chrystus. Zostaje wyrzucony „z winnicy” i zabity. To zapowiedź krzyża. Chrystus przychodzi do świata, który chce darów Boga, ale nie chce Boga. Przychodzi do człowieka, który chciałby urządzić świat po swojemu i najlepiej ustanowić siebie jego właścicielem. A jednak Bóg nie cofa się przed odrzuceniem. Syn wchodzi w samo centrum ludzkiego buntu. I właśnie tam, gdzie człowiek odrzuca Boga, Bóg rozpoczyna dzieło zbawienia.

Dlatego słowa Chrystusa o kamieniu odrzuconym przez budujących są czymś więcej niż komentarzem do przypowieści. Są objawieniem tajemnicy całego chrześcijaństwa: „Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła”. To, co człowiek uznał za niepotrzebne, Bóg uczynił fundamentem. Krzyż, który wyglądał jak klęska, stał się miejscem zwycięstwa. Odrzucony Chrystus stał się fundamentem Kościoła. I tutaj Ewangelia stawia nam bardzo osobiste pytanie: co z Chrystusem zrobiliśmy w naszej własnej winnicy? Nie pytam, czy mamy krzyż na ścianie, obraz w domu czy wpisaną religię w metryce. Pytanie jest głębsze: czy Chrystus rzeczywiście jest kamieniem węgielnym mojego życia? Czy kiedy podejmuję ważne decyzje, pytam nie tylko: „Czy mi się to opłaca?”, ale również: „Czy jest to dobre i prawdziwe?”. Czy w moim małżeństwie, rodzinie, pracy, relacjach z ludźmi Chrystus jest fundamentem, czy tylko dodatkiem? Można przecież być bardzo religijnym na zewnątrz, a wewnątrz urządzić sobie życie tak, jakby Boga nie było. Można mieć wiele praktyk religijnych i jednocześnie nie wydawać owocu sprawiedliwości, miłości i prawdy. Można przychodzić do świątyni, a nie pozwolić Bogu wejść do własnego sumienia.

Prorok Izajasz mówi, czego Bóg oczekiwał od swojej winnicy: „Oczekiwał sprawiedliwości, a oto rozlew krwi, i prawowierności, a oto krzyk grozy”. To niezwykle ważne, bo owocem winnicy nie są religijne deklaracje, lecz konkretne życie. Bóg nie pyta jedynie, ile razy człowiek wypowiedział słowa modlitwy. Pyta także, czy potrafił być uczciwy, kiedy uczciwość kosztowała. Czy potrafił przebaczyć, kiedy bolało. Czy stanął po stronie słabszego, kiedy łatwiej było milczeć. Czy nie skrzywdził drugiego człowieka swoim językiem. Czy nie budował własnego bezpieczeństwa na czyjejś krzywdzie. Czy nie wykorzystywał swojej przewagi. Czy nie udawał dobrego człowieka tam, gdzie należało najpierw naprawić wyrządzone zło. Chrześcijaństwo nie jest konkursem na najbardziej religijny wizerunek człowieka. Jest drogą przynoszenia owocu. I dlatego czasami najbardziej religijnym człowiekiem w naszym otoczeniu może być nie ten, który najwięcej mówi o Bogu, lecz ten, który po prostu nie krzywdzi, umie przeprosić, umie przebaczyć, zachowuje uczciwość, dotrzymuje słowa i pozostaje wierny wtedy, gdy nikt go nie obserwuje.

A jednak w drugiej części dzisiejszych czytań pojawia się ton zupełnie inny. Święty Paweł mówi: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”. Czy nie brzmi to dziwnie wobec dramatu winnicy? Człowiek żyje przecież w świecie pełnym problemów, napięć, chorób, rozczarowań i niepewności. Paweł nie proponuje jednak beztroski ani ucieczki od rzeczywistości. Mówi: „w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem”. To znaczy: nie noś całego świata tak, jakby wszystko zależało tylko od ciebie. Możesz być odpowiedzialny, nie będąc wszechmocnym. Możesz troszczyć się, nie żyjąc w ciągłym lęku. Możesz walczyć ze złem, nie pozwalając, aby zło zamieszkało w twoim sercu. Człowiek, który wie, że winnica należy do Boga, nie musi żyć w rozpaczliwej potrzebie kontrolowania wszystkiego. Nie jest właścicielem całego świata. Jest jego odpowiedzialnym dzierżawcą. I właśnie dlatego może powierzyć Bogu to, czego sam nie potrafi unieść. „A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie”. Zauważmy: Paweł nie obiecuje, że znikną problemy. Obiecuje coś głębszego – że problemy nie muszą zniszczyć wnętrza człowieka.

W końcu zostaje więc jedno pytanie: jak wygląda moja winnica? Nie winnica sąsiada. Nie Kościół widziany z daleka. Nie rodzina kogoś innego. Moja. Co Bóg we mnie zasiał? Ile dobra otrzymałem? Ilu ludzi postawił na mojej drodze? Ile razy przemawiał przez Pismo Święte, przez sumienie, przez drugiego człowieka, przez wydarzenia, których nie chciałem, a które mogły mnie czegoś nauczyć? I co z tego wszystkiego wyrosło? Słodycz czy cierpkie jagody? Pokój czy ciągła wojna? Wdzięczność czy roszczenie? Miłosierdzie czy pamiętliwość? Prawda czy wygodne usprawiedliwienia? Wiara czy tylko religijny zwyczaj? To jest rachunek, przed którym wcześniej czy później stanie każdy z nas. I może najtrudniejsza prawda dzisiejszej Ewangelii polega na tym, że można zmarnować bardzo dobrą winnicę. Można otrzymać wiele i wydać mało. Można mieć całe życie obsadzone możliwościami, a na końcu pozostać duchowo jałowym.

Ale ta Ewangelia nie kończy się rozpaczą. Kamień odrzucony stał się kamieniem węgielnym. A skoro Chrystus zmartwychwstał, żadna historia nie musi zakończyć się tak, jak wygląda dzisiaj. Dopóki człowiek żyje, dopóty może jeszcze oczyścić winnicę, wyciąć to, co chore, usunąć kamienie, przyjąć Słowo i pozwolić Bogu rozpocząć pracę od nowa. Być może ktoś przychodzi dziś do Boga ze świadomością wielu zmarnowanych lat. Być może ktoś patrzy na własne życie i widzi więcej cierpkich jagód niż dobrych owoców. Nie trzeba wtedy udawać, że było inaczej. Trzeba oddać Bogu prawdę. Bo właściciel winnicy nie przestaje być gospodarzem tylko dlatego, że winnica została zaniedbana. Dlatego dzisiejsze słowo nie pyta nas wyłącznie o przeszłość. Pyta o teraźniejszość. Co zrobisz z winnicą, która jeszcze jest ci powierzona? Co uczynisz z człowiekiem, którego jeszcze możesz kochać? Co z przebaczeniem, którego jeszcze możesz udzielić? Co z prawdą, którą jeszcze możesz wypowiedzieć? Co z dobrem, które jeszcze możesz zrobić? Być może właśnie dziś Chrystus nie żąda od ciebie rzeczy wielkich. Być może żąda jednego dobrego owocu. Jednej uczciwej decyzji. Jednego przebaczenia. Jednego zerwania ze złem. Jednego powrotu do modlitwy. Jednego kroku ku człowiekowi, którego od dawna unikasz. Winnica nadal istnieje. Gospodarz nadal czeka. I może właśnie na tym polega największa nadzieja dzisiejszej Ewangelii: Bóg nie pyta jeszcze, dlaczego wczoraj nie było owocu. Bóg pyta, jaki owoc wydasz dzisiaj.

Homilia alternatywna V

Bóg zaryzykował wszystko. Oczyszczał glebę, dźwigał kamienie, budował wieżę, sadził najlepszą winorośl. Kiedy czytamy Proroka Izajasza i Ewangelię, łatwo przeoczyć najważniejsze: to nie jest opowieść o chłodnym inwestorze, który skrupulatnie liczy zyski. To pieśń o szalonej miłości. Bóg zainwestował w nas całe swoje serce.

A potem oddał winnicę w dzierżawę i wyjechał. I w tym miejscu zaczyna się nasz dramat.

W pewnym momencie rolnicy uwierzyli w kłamstwo. Pomyśleli, że skoro tu mieszkają, pracują i zbierają owoce, to cała ziemia należy do nich. Ulegli złudzeniu posiadania. Sługi właściciela pobili i ukamienowali, a jego Syna wyrzucili za mur i zabili.

Dlaczego? Bo chcieli być panami. Chcieli dziedzictwa, ale bez Ojca.

C.S. Lewis w Listach starego diabła do młodego odsłonił ten mechanizm z niezwykłą precyzją. Stary diabeł Krętacz poucza w nich swojego siostrzeńca, że jednym z najskuteczniejszych oszustw Piekła jest wmawianie człowiekowi poczucia własności. Diabły uczą nas mówić z dumą: „mój czas”, „moje ciało”, „moje życie”. Lewis zauważa w tym tragiczną ironię: rościmy sobie prawo do czasu, którego nie potrafimy stworzyć ani zatrzymać choćby na sekundę. Mówimy „moje”, chociaż wszystko bez wyjątku otrzymaliśmy w dzierżawę.

Gdy zaczynasz myśleć, że twoje życie, twoja rodzina, twoje zdrowie czy twój czas są wyłącznie twoją własnością, wchodzisz dokładnie w buty rolników z dzisiejszej Ewangelii. Każde wymaganie Boga zaczynasz traktować jak zamach na swoją wolność. Każde słowo upomnienia – płynące z Pisma, z sumienia czy od drugiego człowieka – odbierasz jak atak intruza, którego trzeba zniszczyć lub uciszyć.

I co wtedy rodzi taka winnica?

Izajasz odpowiada krótko: cierpkie, dzikie jagody. Zamiast sprawiedliwości – krzywda. Zamiast pokoju – ciągła walka.

Kiedy próbujemy brać wszystko w posiadanie, nasza dusza karłowacieje. Stajemy się spięci, podejrzliwi i agresywni. Bierzemy na siebie ciężar, do którego nie zostaliśmy stworzeni – ciężar bycia absolutnym właścicielem świata.

I właśnie tutaj uderza słowo świętego Pawła z drugiego czytania: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”.

Zwróćmy uwagę na ten głęboki związek. Nasz paraliżujący lęk, nerwowość i wieczne zamartwianie się nie biorą się znikąd. Wyrastają z pychy posiadania. Kiedy wmawiasz sobie, że sam musisz ze wszystkim sobie poradzić i nad wszystkim panować, lęk staje się twoim cieniem. Pokój Boży pojawia się dopiero wtedy, gdy oddajesz klucze do winnicy Prawdziwemu Właścicielowi. Gdy potrafisz powiedzieć w modlitwie: „Boże, to jest Twoje. Moje małżeństwo, moje dzieci, moja praca, mój czas. Ja jestem tylko dzierżawcą. Ty tu jesteś Panem”.

Paweł wzywa nas, byśmy karmili umysł tym, co prawdziwe, czyste, miłe i godne. To higiena serca kogoś, kto żyje we wdzięczności, a nie w ciągłej obronie swojego terytorium.

Jezus przypomina na koniec o kamieniu, który odrzucili budujący, a który stał się głowicą węgła. Tym odrzuconym kamieniem jest On sam. Możemy wyrzucić Boga za mur własnego życia, żeby udawać niepodległość. Ale bez Niego cała nasza budowla się zawali.

Pytanie, z którym dzisiaj wychodzimy, jest bardzo konkretne: jakie owoce rodzi moja winnica? Słodkie winogrona zaufania, wdzięczności i miłości czy cierpkie jagody kontroli, pretensji i lęku?

Przestańmy grać rolę właścicieli. Bóg jest znacznie lepszym Gospodarzem naszego życia niż my sami.