poniedziałek, 13 lipca 2026

XVI Niedziela w ciągu roku - A

 Mdr 12:13-19

Nie ma oprócz Ciebie boga, co ma pieczę nad wszystkim, abyś miał dowodzić, że nie sądzisz niesprawiedliwie, Podstawą Twojej sprawiedliwości jest Twoja potęga, wszechwładza Twa sprawia, że wszystko oszczędzasz. Moc swą przejawiasz, gdy się nie wierzy w pełnię Twej potęgi i karzesz zuchwalstwo świadomych. Potęgą władasz, a sądzisz łagodnie i rządzisz nami z wielką oględnością, bo do Ciebie należy moc, gdy zechcesz. Nauczyłeś lud swój tym postępowaniem, że sprawiedliwy powinien być dobrym dla ludzi. I wlałeś synom swym wielką nadzieję, że po występkach dajesz nawrócenie.

Rz 8:26-27

Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą.

Mt 13:24-43

Inną przypowieść im przedłożył: Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast? Odpowiedział im: Nieprzyjazny człowiek to sprawił. Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza.

Inną przypowieść im przedłożył: Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach.

Powiedział im inną przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło.

To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata. Wtedy odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście!

On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!


HOMILIA I

Wyrywać czy nie wyrywać?

Przypowieść z dzisiejszej Ewangelii wydaję się być dosyć trudna do zrozumienia w świetle np. wydarzenia, które ten sam ewangelista św. Mateusz przedstawia kilka (pięć) rozdziałów dalej, a mianowicie:

Powiedział Jezus do swoich uczniów: Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. (...)

Gdy brat twój zgrzeszy, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata.

Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa.

Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” (Mt 18:8-9,15-17)

No to jak?

Mamy walczyć z tym kąkolem czy nie walczyć?
Mamy walczyć z grzechem czy nie?
Mamy plewić te chwasty czy raczej pozwolić, żeby zagłuszyły dobre ziarno?
Mamy upominać brata (siostrę) czy pozostawić ich samym sobie aż do żniwa?

Dylematy …

Nie zdradzając tajemnicy spowiedzi, ale mówiąc ogólnie,

siedzę w konfesjonale, słucham grzechów i tak sobie myślę: czy mam plewić ten kąkol, wyrywać i niszczyć, czy też zostawić, niech sobie rośnie aż do żniwa, do końca świata, a Pan Bóg sobie z tym poradzi?

Uczę w szkole i obserwuję dzieci, ich zachowanie, słucham ich słów czasami bardzo wulgarnych, widzę ich zachowanie (czasami bardzo dziwne) i zastanawiam się czy mam plewić ten kąkol, czy zostawić, niech sobie rośnie aż do żniwa, do końca świata, a Pan Bóg sobie z tym poradzi?

Rozmawiam ze znajomym, czy krewnym, który chodzi – powiedzmy – regularnie do kościoła, przystępuje do sakramentu spowiedzi i Komunii świętej, jest więc… katolikiem. Ale według niego eutanazja ludzi chorych i starszych jest uzasadniona, aborcja szczególnie dzieci upośledzonych jest nawet wskazana, związki homoseksualne, a nawet małżeństwo jednopłciowe jest jak najbardziej OK. I tak się zastanawiam, czy mam plewić ten kąkol, czy zostawić, niech sobie rośnie aż do żniwa, do końca świata, a Pan Bóg sobie z tym poradzi?

Ojciec lub matka zauważają, że ich 14 – 15 letni syn popala papierosy, czasami czuć od niego alkoholem, na komputerze czy na smartfonie ogląda pornografię…I zastanawiają się czy mają plewić ten kąkol, czy zostawić, niech sobie rośnie aż do żniwa, do końca świata, a Pan Bóg sobie z tym poradzi?

Wyrywać, czy nie wyrywać? Współczesna ideologia totalnej tolerancji rozumianej jako „róbta co chceta” odpowie: zostawić, nie wtrącać się, pozwolić na nieskrępowany rozwój osobowości!! Nie tłamsić ludzkiej wolności

A tą przypowieść z dzisiejszej Ewangelii o pszenicy i kąkolu, bardzo przewrotnie wykorzystują zwolennicy owej absolutnej tolerancji. Jeśli tylko spróbuję zareagować, zwrócić uwagę, naprostować myślenie, to od razu jestem oskarżany o brak tolerancji, o brak miłosierdzia, o religijny fanatyzm, o HEJT, bo przecież Pan Jezus kazał nie reagować, zostawić kąkol, niech sobie rośnie aż do żniwa, a Pan Bóg sobie z tym poradzi.

Nawet i teraz mam dylemat, czy w ogóle powinienem nauczać, głosić Słowo Boże, ukazywać błędy, próbować wyrwać kąkol, który pleni się obficie…? Czy też zostawić to w spokoju, niech sobie rośnie aż do żniwa, a Pan Bóg sobie z tym poradzi?

Ja nie mam odpowiedzi na te pytania. Zostawiam Was z nimi, a najbardziej z tym pytaniem:

Czy mam być tolerancyjny i pozwolić, żeby chwasty rosły w Waszym życiu? A może tam w ogóle nie ma chwastów!?

Bo ja osobiście wolałbym, żeby ktoś pokazał mi moje błędy, żeby próbował wyplenić kąkol w moim ogródku, niż żebym dopiero na końcu usłyszał straszliwe słowa: „Zbierzcie chwast i powiążcie go w snopki i wrzućcie w ogień nieugaszony”.

„A kto ma uszy, niechaj słucha!”

Myślę, że odpowiedź jest raczej dosyć jednoznaczna.

Grzeb w ogródku, ale swoim, wyrywaj chwasty, walcz z kąkolem ale na swoim polu.

Ale jeśli już chcesz grzebać w ogródku brata, czy walczyć z kąkolem na polu sąsiada, to bądź bardzo ostrożny, bo możesz podeptać dobro i zniszczyć człowieka. I w żadnym wypadku nie używaj pestycydów, bo zatrujesz wszystko!!!

Ileż to razy zdarzyło mi się, że w ferworze „walki z grzechem”, w zapale i gorliwości „o Królestwo Boże” podeptałem człowieka?

Co więc robić, kiedy widzę, że ktoś ewidentnie potrzebuje pomocy? Poproś Pana Boga, aby posłał anioła do ogródka twego bliźniego, ale przy okazji, żeby i w twoim ogródku zrobił porządek.


HOMILIA II

Jestem pszenicą czy kąkolem?

Czytając przypowieści dzisiejszej Ewangelii zadaję sobie wiele pytań. A jedno z nich to pytanie o to, jak rozwija się rzeczywistość Królestwa Bożego we mnie samym? W przypowieści o chwaście posianym pomiędzy pszenicę warto sobie też zadać pytanie: "Czy jestem dobrą pszenicą przynoszącą obfity plon, czy może tylko chwastem posianym przez nieprzyjaciela?" Czy przy końcu czasów, kiedy nadejdzie dzień żniwa zostanę zebrany do spichrza, czy też przeznaczony na spalenie jak nieużyteczny chwast?

Jest jednak i inny problem jaki pojawia się w czasie lektury tej przypowieści. Można ją odczytać w bardzo przewrotny sposób. Wielu ludzi odczytuje w niej zachętę do bierności wobec zła, do tolerancji zła w imię jakiejś dziwnej i pomieszanej grzeczności lub cierpliwości nawet samego Pana Boga. Argumentują: „przecież sam Chrystus kazał czekać z wyrywaniem chwastów do żniw”. Ale czy rzeczywiście kazał? Czy to właśnie można znaleźć w wyjaśnieniu przypowieści danym Apostołom? Czy rzeczywiście mam być bierny, pasywny, nijaki wobec zła które pleni się we mnie i dookoła mnie? Czy Boża cierpliwość może być zachętą do permisywizmu i liberalizmu, do pozwalania sobie na wszystko w imię fałszywe rozumianej tolerancji? Czy można rzeczywiście postawić znak równości pomiędzy kąkolem i pszenicą, złem i dobrem? Czy tego naprawdę naucza Chrystus w tej przypowieści? Tego rodzaju swoista „egzegeza” tej przypowieści jest niebezpiecznym przeinaczaniem jej sensu i całego nauczania Jezusa. Nawoływać bowiem do bierności czy pasywności wobec zła i uzasadniać to twierdzeniem: „przecież Bóg jest cierpliwy i czeka aż do żniw”, to jakaś przewrotność, która nie ma nic wspólnego z nauczaniem Chrystusa. Warto jednak dokładniej prześledzić wyjaśnienia samego Chrystusa do tej przypowieści.

Czytając przypowieść o ziarnku gorczycy warto zapytać samego siebie, czy Królestwo Boże rozwija się we mnie, czy też jest rachityczne i niedorozwinięte? Skończyłem swoją religijną edukację w szkole podstawowej i .... nic więcej. Królestwo Boże we mnie zamarło, zatrzymało się w rozwoju. nie wzrasta, nie rozwija się w mocne i potężne drzewo.

I w końcu czytając przypowieść o zaczynie, znowu kilka pytań i refleksji. Z jednej strony, czy ja sam jestem właśnie takim zaczynem, który stymuluje środowisko w którym żyję, czy też jestem raczej nijaki, bez wyrazu, bez smaku, jak zwietrzała sól? Ale z drugiej strony czy dbam o to, aby i we mnie Królestwo Boże działało na zasadzie zaczynu, czy poszukuję takich właśnie momentów i wartości w moim życiu, które by -na zasadzie zaczynu- we mnie działały? Czy może raczej zagłuszam w sobie ten głos, który chce mnie prowadzić?

Wiele takich i tym podobnych pytań zadaję sobie czytając przypowieści dzisiejszej Ewangelii. Warto je sobie zadawać, aby nie zgnuśnieć, aby nie stać się bezużytecznym kąkolem, zwietrzałą solą, kwasem zakwaszającym, ale nie powodującym fermentacji, drzewem nie przynoszącym owoców ...

Oby wzrastała we mnie rzeczywistość Królestwa Bożego,
obym jej nie uśmiercał swoją gnuśnością ....


HOMILIA III

Czytania: Mdr 12, 13. 16-19; Ps 86; Rz 8, 26-27; Ewangelia: Mt 13, 24-43

Każdy, kto choć raz uprawiał ogród albo działkę, wie, jak trudno utrzymać go w idealnym porządku. Nawet jeśli zasiejemy najlepsze nasiona, zadbamy o glebę i podlewanie, prędzej czy później między uprawianymi roślinami pojawi się chwast. Można go wyrywać, ale często razem z nim wyrywa się też młodą, delikatną roślinę, której korzenie splotły się z korzeniami chwastu.

Dokładnie taki obraz przynosi nam dzisiejsza Ewangelia. Pan Jezus opowiada przypowieść o gospodarzu, który zasiał na swoim polu dobre ziarno, a nieprzyjaciel, korzystając z nocy i nieuwagi, dosiał między pszenicę kąkolu. Gdy słudzy pytają, czy mają go wyrwać, gospodarz odpowiada: „Nie, byście zbierając kąkol, nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa”.

To zdanie jest kluczem do całej dzisiejszej liturgii słowa. Bóg objawia się w niej nie jako sędzia, który natychmiast i bezwzględnie karze zło, ale jako cierpliwy Gospodarz, dający czas na wzrost i nawrócenie.

Cierpliwość Boga nie jest słabością

Pierwsze czytanie z Księgi Mądrości mogłoby na pierwszy rzut oka zaskakiwać: „Panujesz nad wszystkim, więc wszystkim przebaczasz”. Ktoś mógłby zapytać: czy Bóg, który jest wszechmocny, nie powinien raczej od razu rozprawić się ze złem? Autor natchniony odpowiada inaczej: to właśnie moc prawdziwa, moc Boża, objawia się w łagodności. Ten, kto jest naprawdę silny, nie musi udowadniać swojej siły przemocą czy natychmiastowym unicestwieniem przeciwnika. Bóg „sądzi z łagodnością” i daje człowiekowi czas, „nadzieję, że po popełnieniu grzechów pozwoli nawrócić się”.

To bardzo ważna prawda dla naszej wiary. Czasem w naszym sercu rodzi się pytanie: dlaczego Bóg pozwala, aby zło i dobro rosły razem – w świecie, w Kościele, a nawet w nas samych? Dlaczego nie wyrwie od razu tego, co złe? Odpowiedź przypowieści jest prosta i głęboka zarazem: ponieważ w tym życiu dobro i zło są ze sobą tak splecione, że pochopne, gwałtowne działanie mogłoby zniszczyć również to, co dobre.

Pole to także nasze serce

Ojcowie Kościoła od wieków przypominali, że pole z przypowieści to nie tylko świat czy Kościół – to również ludzkie serce. W każdym z nas rośnie pszenica i kąkol jednocześnie. Nie ma świętego bez cienia słabości, ale też – co pocieszające – nie ma grzesznika, w którym nie kiełkowałoby jeszcze ziarno dobra. Linia podziału między dobrem a złem nie przebiega gdzieś na zewnątrz, między „nami” a „nimi”. Przebiega przez środek każdego ludzkiego serca.

To wezwanie do pokory. Zanim zaczniemy z łatwością oceniać i wyrywać „kąkol” u innych – w rodzinie, w pracy, we wspólnocie parafialnej – warto spojrzeć najpierw na własne pole. Ile w nas samych jeszcze chwastu: zazdrości, pychy, obojętności na drugiego człowieka, małych codziennych nieuczciwości? Jezus nie mówi nam, żebyśmy byli naiwni wobec zła. Mówi jednak wyraźnie: sąd ostateczny należy do Boga, nie do nas. „Zostawcie obojgu róść aż do żniwa”.

Ile razy w historii, także w historii Kościoła, próba przedwczesnego „wypielenia pola” kończyła się krzywdą niewinnych? Ile razy w naszych rodzinach osąd wydany zbyt szybko, bez cierpliwości i miłosierdzia, zamykał drzwi, które mogłyby się jeszcze otworzyć? Bóg jest cierpliwy nie dlatego, że zło Go nie obchodzi, ale dlatego, że kocha także tego, w którym dobro jeszcze nie dojrzało.

Ziarnko gorczycy i zaczyn – nadzieja mimo pozorów

Ewangelia dodaje jeszcze dwie krótkie przypowieści: o ziarnku gorczycy, najmniejszym z nasion, które wyrasta na wielkie drzewo, oraz o odrobinie zaczynu, który sprawia, że całe ciasto wyrasta. Te obrazy uzupełniają przypowieść o kąkolu. Królestwo Boże nie zawsze objawia się w sposób spektakularny. Często wzrasta po cichu, niepozornie, wśród przeciwności, w cieniu zła, które zdaje się dominować. A jednak – wzrasta.

To słowo otuchy dla nas, dorosłych, którzy czasem zmęczeni jesteśmy widokiem zła w świecie, w mediach, czasem we własnym domu. Bóg działa cierpliwie, ale skutecznie. Nasza wiara, nasza modlitwa, nasza dobroć okazywana bliźnim mogą wydawać się małe jak ziarnko gorczycy – ale to właśnie z takich małych gestów wyrasta coś większego, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Duch Święty wspiera naszą słabość

Święty Paweł w Liście do Rzymian dodaje jeszcze jeden istotny rys tej niedzielnej nauki: „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami”.

To piękne uzupełnienie obrazu pola. Nie jesteśmy zostawieni sami sobie w walce z kąkolem, który rośnie w naszym sercu. Duch Święty działa w nas dyskretnie, często niezauważalnie, jak zaczyn w cieście, pomagając nam wzrastać w dobrym, nawet wtedy, gdy sami nie potrafimy nazwać swoich pragnień czy trudności. Warto o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, gdy modlitwa wydaje się jałowa, gdy nie mamy słów, gdy zmagamy się z własną słabością. Bóg nie czeka na nasze perfekcyjne modlitwy – On sam się za nami wstawia.

Co to znaczy dla nas dzisiaj

Drodzy Bracia i Siostry, z dzisiejszego słowa Bożego płyną dla nas konkretne wskazania na ten tydzień.

Po pierwsze – cierpliwość wobec innych. Nie spieszmy się z ostatecznymi wyrokami wobec ludzi, którzy nas zawiedli, zranili czy po prostu są inni, niż byśmy chcieli. Dajmy im czas, tak jak Bóg daje czas nam.

Po drugie – cierpliwość wobec samych siebie. Jeśli widzimy w sobie kąkol – nałóg, słabość, grzech, który wraca – nie poddawajmy się rozpaczy. Bóg nie wyrywa nas gwałtownie z ziemi za pierwszym potknięciem. Daje czas na wzrost, na nawrócenie, na dojrzewanie.

Po trzecie – ufność, że małe dobro ma wielką moc. Nasze skromne, codzienne gesty wiary, uczciwości, miłości bliźniego nie są stracone, nawet jeśli świat wokół zdaje się temu przeczyć. To ziarnko gorczycy, to odrobina zaczynu, które Bóg przemienia w coś większego.

Prośmy dziś Pana, aby dał nam serce cierpliwe jak Jego serce – abyśmy umieli czekać na żniwo, ufając Jego sprawiedliwości i miłosierdziu, a jednocześnie każdego dnia starali się być dobrą pszenicą na Jego polu.


HOMILIA IV

Wyobraźmy sobie gospodarza, który wieczorem wychodzi obejrzeć swoje pole. Ziarno wschodzi pięknie, łan zaczyna się zielenić. Ale gdy przygląda się uważniej, zauważa coś jeszcze: pomiędzy źdźbłami pszenicy wyrasta chwast, którego nikt nie siał. Słudzy chcą natychmiast działać - wyrwać, wyplenić, oczyścić pole. Gospodarz mówi im: poczekajcie. Pozwólcie obojgu rosnąć aż do żniwa, żebyście wyrywając chwast, nie wyrwali razem z nim pszenicy.

To jeden z najbardziej realistycznych obrazów, jakie znajdziemy w całym Piśmie Świętym. Bo dokładnie tak wygląda świat, w którym żyjemy. I - jeśli mamy odwagę spojrzeć uczciwie do środka - dokładnie tak wygląda serce każdego z nas.

  1. Pole, na którym rośnie i dobro, i zło

Chcielibyśmy świata podzielonego wyraźnie: tu dobrzy, tam źli. Tymczasem Jezus mówi coś znacznie trudniejszego do przyjęcia - pszenica i chwast rosną razem, wymieszane, aż do żniwa. Nie tylko w świecie, w historii, w Kościele. Także w nas samych. Święty Paweł doświadczał tego samego rozdarcia: chciał czynić dobro, a jednak odkrywał w sobie skłonność do zła. Kto z nas tego nie zna? Ten sam człowiek, który potrafi kochać ofiarnie, potrafi też zranić. Ta sama wspólnota, w której jest tyle dobra, nosi w sobie także grzech, zazdrość, obojętność.

Pokusa jest zawsze taka sama: chcemy natychmiast wyrywać chwast. U innych - bo łatwiej dostrzec cudze wady niż własne. Czasem nawet u siebie - przez surowość, która bardziej niszczy niż leczy.

  1. Dlaczego Bóg czeka

Pierwsze czytanie, z Księgi Mądrości, daje nam klucz do zrozumienia tej Bożej cierpliwości. Autor natchniony mówi, że to właśnie panowanie nad wszystkim pozwala Bogu być łagodnym wobec wszystkich. Kto jest naprawdę silny, nie musi się spieszyć ani reagować gwałtownie. Bóg nie zwleka z osądem dlatego, że jest obojętny na zło - zwleka, bo daje czas na nawrócenie. Jego cierpliwość nie jest słabością. Jest formą miłości, która wierzy, że nawet ten, kto dziś wygląda jak chwast, jutro może wydać ziarno.

To bardzo ważna prawda, zwłaszcza dzisiaj, kiedy tak łatwo o osąd - szybki, ostateczny, bez apelacji. Gospodarz z przypowieści mówi coś, co brzmi niemal jak przestroga dla nas: nie wyrywajcie za wcześnie, bo razem z chwastem możecie wyrwać pszenicę. Ile razy nasza pochopna ocena drugiego człowieka - że się nie zmieni, że z niego nic nie będzie, że to przypadek stracony - zamiast pomóc, zamyka drzwi, które Bóg jeszcze trzymał otwarte?

  1. Cierpliwość wobec siebie samych

Drugie czytanie, z Listu do Rzymian, dodaje coś bardzo osobistego. Święty Paweł mówi, że Duch Święty przychodzi z pomocą naszej słabości, kiedy nawet nie wiemy, o co się modlić. To piękne wyznanie: nie musimy być doskonali, żeby się modlić. Nie musimy mieć pola wyplewionego z każdego chwastu, żeby zbliżyć się do Boga. Duch wstawia się za nami błaganiem, którego nie potrafimy wyrazić słowami - właśnie tam, gdzie czujemy się najsłabsi i najbardziej pomieszani.

To zaproszenie, by przestać czekać, aż będziemy „czyści", by zacząć naprawdę żyć wiarą już teraz. Pole naszego serca może być pełne chwastu - a mimo to Bóg już w nim działa, już się w nim modli przez swojego Ducha.

  1. Ziarnko gorczycy i odrobina zaczynu

Ewangelia dodaje jeszcze dwa krótkie obrazy: ziarnko gorczycy, najmniejsze z nasion, które wyrasta na spore drzewo, i odrobinę zaczynu, która sprawia, że rośnie całe ciasto. Oba obrazy mówią to samo: Królestwo Boże nie zaczyna się od czegoś wielkiego i widowiskowego. Zaczyna się od małego, ukrytego, prawie niezauważalnego gestu - i rośnie po cichu, swoim tempem, niezależnie od tego, czy je pilnujemy, czy nie.

To pociecha dla każdego, kto czuje, że jego wiara, jego dobro, jego wysiłek są zbyt małe, by cokolwiek zmienić. Jedna rozmowa, jeden gest przebaczenia, jedna modlitwa odmówiona w ciemności - to może być właśnie takie ziarnko gorczycy, z którego wyrośnie coś, czego dziś nie potrafimy sobie nawet wyobrazić.

  1. Co z tym zrobić w tym tygodniu

Może warto dziś zadać sobie proste pytanie: gdzie w moim życiu chcę zbyt szybko wyrywać chwast? Wobec kogo w rodzinie, w pracy, we wspólnocie wydałem już ostateczny wyrok, zamykając drzwi, które Bóg jeszcze trzyma otwarte? A może to pytanie trzeba skierować najpierw do siebie: czy potrafię być dla siebie tak cierpliwy, jak cierpliwy jest Bóg, czekając, aż to, co we mnie dobre, dojrzeje?

Żniwo należy do Boga. Nie do nas. Naszym zadaniem nie jest sąd, ale wzrastanie - i cierpliwe towarzyszenie wzrastaniu innych. Niech to Słowo pomoże nam w tym tygodniu odłożyć pochopny osąd, a wziąć do ręki cierpliwość - tę samą, jaką Bóg okazuje każdemu z nas każdego dnia.

czwartek, 9 lipca 2026

Wspieramy misję Siostry Rity na Jamajce





"Alfabet Bożego Miłosierdzia cz.2 od N do Z"
Można zamówić na stronie:
www.mow4.kazania.org.

W październiku 2025 huragan Melissa jeden z najpotężniejszych w i najbardziej niszczycielskich cyklonów tropikalnych w historii wyspy zniszczył także misję Sióstr Sercanek, gdzie pracuje Nowotarżanka Siostra Rita. Można tę misję wesprzeć albo bezpośrednio wpłacając na konta:

Zgromadzenie Sióstr Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego, ul. Garncarska 24, 31-115 Kraków

Zloty :
IBAN PL 13 1240 1431 1111 0000 1046 0654
Euro :
IBAN PL 92 1240 1431 1978 0000 1046 0696
Dolary :
IBAN PL 26 1240 1431 1787 0000 1046 0667

Albo kupując powyższą książkę z której całkowity dochód jest przeznaczony na tę misję.

Do tej pory ze sprzedaży tej książki przekazano 16 000

 


środa, 8 lipca 2026

XV Niedziela w ciągu roku - A

 Wprowadzenie:    W czasie każdej Mszy św. Chrystus karmi nas swoim Słowem i swoim Ciałem. Z naszej strony jednak musimy się na to przygotować, otworzyć nasze uszy na przyjęcie Słowa Bożego i oczyścić nasze serca na przyjęcie Chrystusa w Eucharystii. Uciszmy nasze myśli prosząc: „mów Panie, bo słucha twój słucha”. Przygotujmy nasze serca wyznając z pokorą nasze grzechy i przyjmijmy z wdzięcznością pokarm Słowa Bożego i Ciała Pańskiego.

Iz 55:10-11

Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa.

 Rz 8:18-23

Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności - nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał - w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy, oczekując <przybrania za synów> - odkupienia naszego ciała.

Mt 13:1-23

Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami:

Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.

Kto ma uszy, niechaj słucha!

Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich? On im odpowiedział: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli.

Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy!

Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny.


Homilia

Niektóre ziarna padły na drogę ...

Bardzo często doświadczamy w naszym osobistym życiu tego o czym mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. Często słyszymy Jego słowo, zachwycamy się nim, widzimy w nim mądrość i wartości jakie w sobie niesie, ale jakoś dziwnie szybko o nim zapominamy. Różnego rodzaju ptaki je wydziobują, troski dnia powszedniego je zagłuszają, wysycha i więdnie w nas, bo jest bez korzenia. A my na to pozwalamy, nie staramy się tegoż ziarna w sobie zachować, nie dbamy o jego wzrost i rozwój. Czyż i nam miałby Chrystus zarzucić: "Słuchacie a nie rozumiecie, patrzycie a nie widzicie, bo stwardniało wasze serce i uszy wasze stępiały"?

Jak to się dzieje, że o tylu już lat słucham Słowa Bożego, chociażby tylko w czasie niedzielnych Mszy świętych i jakoś jest mi ono nadal obce, nie rozumiem go i nawet nie próbuję zapamiętać?

Przed laty pracując w niewielkiej parafii zrobiłem taki mały eksperyment. Po niedzielnych Mszach świętych wychodziłem przed kościół i w przyjacielskiej rozmowie pytałem znajomych o różne drobne wydarzenia minionego tygodnia. Było to w czasie jakichś rozgrywek piłkarskich, więc pytałem o wyniki meczów, o to kto strzelił bramkę, w której minucie ... itp. drobnostki. I co ciekawe większość z nich była doskonale w tym zorientowana. Tylko nieliczni usprawiedliwiali się, że ich to za bardzo nie interesuje, lub że nie pamiętają. Na zakończenie takiej rozmowy zadawałem jeszcze jedno niewinne pytanie: "A czy pamięta Pani (Pan) jakie były czytania dzisiejszej Mszy świętej?" I co ciekawe tylko nieliczni, bardzo nieliczni umieli mi na to pytanie odpowiedzieć. Większość usprawiedliwiała się brakiem pamięci, znużeniem, nieuwagą.... Jednym uchem wleciało, drugim... uleciało... ptaki niebieskie wydziobały, ciernie zagłuszyły, słońce wypaliło... Słowo Boże z mego serca....

Daj mi Panie uwagę i skupienie w słuchaniu Twego Słowa,
abym nie był jałowym polem, drogą po której wszyscy przechodzą, ziemią wyschniętą.
Czy Słowo Boże nawodniło glebę mojego serca? Czy użyźniło moją duszę? – to bardzo ważne pytania.


Homilia alternatywna I

Utopieni w słowach bez znaczenia

Zdewaluowało się słowo w dzisiejszym świecie. Cieknie one zewsząd w nadmiarze i topi nas swoją pustką i bezsensem.  Bezsensowne i okrągłe mowy polityków, jałowe dyskusje, które do niczego nie prowadzą, wszechobecna i arogancka reklama, hałaśliwa muzyka... wszystko to powoduje, że nasz słuch tępieje, że wyłączamy się i nie słuchamy co się do nas mówi. Widoczne to jest na przykład w rozmowach między ludźmi, ktoś coś mówi, a jego słuchacz bezwiednie kiwa głową i beznamiętnie powtarza: „no, no, tak, oczywiście” zupełnie nie zwracając uwagi na to, co inny do niego mówi. Jesteśmy zmęczeni hałasem, szumem, potokami i strumieniami lejącego się zewsząd słowa, które nie niesie ze sobą żadnych istotnych treści. I aby się przed tym bronić zamykamy uszy. Niby słuchamy, ale nie słyszymy, czasami słuchamy i słyszymy, ale nie rozumiemy, a nawet kiedy rozumiemy to niejednokrotnie nie akceptujemy tego co słyszymy. Pojawia się jakaś wielostopniowa i wielopoziomowa głuchota. Słuchając i słysząc, rozumiejąc i nawet czasami akceptując, niejednokrotnie nie umiemy lub po prostu nie chcemy pójść za usłyszanym słowem, zastosować tego na co wyraziliśmy nawet naszą zgodę.

Dobrze, że się w ten sposób bronimy przed zalewem i powodzią słów bezsensownych, bez znaczenia, bez głębszej, wewnętrznej treści. Inaczej przecież nasz system nerwowy eksplodowałby w krótkim czasie z przesytu i nadmiaru absurdu, który nas próbuje zagarnąć. Co więcej, rozpowszechniony sceptycyzm i relatywizm powoduje, że do wszystkiego odnosimy się z dużą rezerwą, że wszystko co do nas dociera odbieramy i przyjmujemy z nieufnością i podejrzliwością, zostawiając sobie zawsze furtkę w postaci: „może tak, a może nie, kto to wie?” I znowu należy powiedzieć: „to dobrze, że jesteśmy nieufni, bo gdybyśmy tak wszystko przyjmowali bezkrytycznie, to przecież tyle bzdur i zła próbuje się nam wciskać, że od ich nadmiaru można by zwariować”.

Z drugiej jednak strony ten wszechobecny i męczący hałas i szum, wszechogarniający sceptycyzm i podejrzliwość mają i swoje ujemne skutki. Wszystkie te systemy obronne przenosimy bowiem bezkrytycznie na stosunek do Słowa Bożego. Nie słuchamy Go, wyłączamy się i Ono do nas nie dociera. A kiedy nawet do nas dociera, bardzo często nie zdajemy sobie trudu, aby je zgłębić czy zrozumieć. Niejednokrotnie nawet zrozumiawszy, nie chcemy Go zaakceptować, bo zbyt wiele od nas wymaga, bo jest czasami dla nas za bardzo radykalne. Słuchając jesteśmy głusi, rozumiejąc nie chcemy przyjąć, przyjmując nie umiemy Słowa Bożego wprowadzić w czyn, bo tak wiele nam w tym przeszkadza.

O tym wszystkim mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii używając paraboli o siewcy, podsumowując ją na zakończenie: "Słuchacie a nie rozumiecie, patrzycie a nie widzicie, bo stwardniało wasze serce i uszy wasze stępiały" Czy zdajemy sobie sprawę z tego, ze w ten sposób odcinamy się od Prawdy, od Życia, od samego Boga, Który przecież posłał swoje Słowo Przedwieczne nie po to, aby Ono nas zalało powodzią bezsensu i pustki, ale po to, aby nas zbawić?

I tak oto -z naszej winy- Słowo Boże pozostaje bezskuteczne i bezowocne w naszym życiu, bo słuchając Go nie słyszymy, nie rozumiemy, nie akceptujemy, nie zgłębiamy i nie wprowadzamy w życie, bo wydziobują je ptaki sceptycyzmu, bo zagłuszają je ciernie lenistwa i trosk codziennych, bo wysycha ono na pustyni naszych zatwardziałych serc.

A gdybyśmy Je przyjęli wydałoby Ono w nas plon ... wielokrotny plon dobra.


Homilia alternatywna II

Wyobraźmy sobie rolnika, który wychodzi na pole z workiem ziarna. Nie sprawdza dokładnie, gdzie pada ziemia żyzna, a gdzie kamienista. Sieje szeroko, hojnie, jakby nie liczył się z ryzykiem straty. Część ziarna faktycznie ginie – na drodze, wśród cierni, na skale. A jednak reszta wydaje plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny, stukrotny.

To jest obraz Boga, jaki daje nam dzisiejsza Ewangelia. Bóg nie jest oszczędnym gospodarzem, który sieje tylko tam, gdzie ma pewność plonu. On sieje wszędzie – w sercu twardym jak ubita droga, w sercu płytkim jak skalisty grunt, w sercu zajętym troskami tego świata jak pole pełne cierni. Sieje Słowo bez wyjątku, bo miłość Boża nie kalkuluje, komu opłaca się dać szansę.

Ziemia, nie ziarno

Zwróćmy uwagę, że w tej przypowieści to nie ziarno jest problemem. Ziarno – Słowo Boże – jest zawsze takie samo: żywe, mocne, zdolne wydać plon. Problemem bywa ziemia, czyli my sami. Jezus opisuje cztery rodzaje gleby, a każdy z nas rozpoznaje w nich fragment własnego serca.

Czasem jesteśmy jak droga – stwardniali od pośpiechu, hałasu, przyzwyczajenia. Słowo pada, ale ślizga się po powierzchni, bo nie mamy czasu, by je przyjąć. Czasem jesteśmy jak grunt skalisty – entuzjastyczni w chwili wzruszenia, ale bez korzeni, gdy przychodzi trudność albo prześladowanie. Czasem jesteśmy polem pełnym cierni – szczerze chcemy wierzyć, ale troski, ambicje, pogoń za posiadaniem duszą w nas to, co Bóg zasiał.

A jednak jest też ziemia żyzna. I to jest nasza nadzieja – bo Jezus nie kończy przypowieści na porażce, lecz na obfitości.

Cierpliwość siewcy

Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu przypomina nam coś ważnego: deszcz i śnieg nie wracają do nieba, dopóki nie napoją ziemi. Podobnie słowo, które wychodzi z ust Boga, nie wraca do Niego bezowocne. Bóg jest cierpliwy. Nie zniechęca się tym, że ziarno pada na drogę czy między ciernie. Sieje dalej, bo wie, że nawet z jednego ziarna, które trafi na dobrą glebę, wyrośnie plon stokrotny.

To wielka pociecha dla nas, gdy patrzymy na nasze wspólnoty, na nasze rodziny, czasem na nasze własne życie duchowe, i widzimy więcej cierni niż plonu. Bóg się nie poddaje. On sieje w nas wciąż na nowo – przez Mszę świętą, przez sakramenty, przez spotkane osoby, przez ciszę modlitwy.

Co możemy zrobić?

Święty Paweł w drugim czytaniu mówi o całym stworzeniu, które „wzdycha i wciąż jest w bólach rodzenia”, oczekując objawienia się chwały. To obraz napięcia między tym, co już jest, a tym, co jeszcze się nie spełniło. My też jesteśmy w drodze – nie jesteśmy jeszcze ziemią całkowicie żyzną, ale możemy nią stawać się z dnia na dzień.

Możemy pytać siebie szczerze: co w moim życiu jest drogą – stwardniałą obojętnością? Co jest skałą – entuzjazmem bez głębi? Co jest cierniem – zbyt wieloma troskami, które duszą to, co ważne? A potem, zamiast się zniechęcać, możemy prosić Boga o łaskę, by On sam pomógł nam użyźnić tę glebę: przez modlitwę, przez sakrament pojednania, przez odważne uporządkowanie priorytetów.

Zakończenie

Dzisiejsza przypowieść nie jest wyrokiem, lecz zaproszeniem. Bóg wciąż sieje w nas swoje Słowo, z hojnością, która nie zważa na nasze słabości. Nie traćmy nadziei, patrząc na kamienie i ciernie w naszym sercu – prośmy raczej, byśmy stawali się ziemią żyzną, zdolną przynieść owoc: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny, stokrotny.


Homilia alternatywna III

Dzisiejsza Ewangelia mówi nam o ziarnie, które pada na różne rodzaje gleby. Część z niego pada na drogę i zostaje wydziobana przez ptaki. Część pada na grunt skalisty – wschodzi szybko, ale bez korzenia usycha w słońcu. Część pada między ciernie, które je zaduszają.

Kiedy słuchamy tej przypowieści, łatwo pomyśleć, że opisuje ona kogoś innego – ludzi obojętnych na wiarę, tych, którzy nigdy nie przychodzą do kościoła. A jednak jeśli spojrzymy uczciwie w głąb siebie, odkrywamy, że ta przypowieść mówi bardzo często o nas samych. My też słyszymy Słowo Boże, zachwycamy się jego mądrością, a potem – zaskakująco szybko – o nim zapominamy. Codzienne troski je zagłuszają, rozproszenia je wydziobują, a ono usycha w nas, bo nie zapuściło korzenia.

Ile zostaje po niedzieli?

Warto zadać sobie proste, ale niewygodne pytanie: ile ze Słowa, które słyszymy w niedzielę, zostaje z nami choćby do wieczora tego samego dnia?

Znam historię pewnego księdza, który pracując w niewielkiej parafii postanowił to sprawdzić w praktyce. Po Mszy świętej stawał przed kościołem i w swobodnej rozmowie pytał parafian o różne drobne sprawy minionego tygodnia – na przykład o wynik jakiegoś meczu, kto strzelił bramkę, w której minucie. Okazywało się, że niemal każdy pamiętał te szczegóły bez trudu. Dopiero gdy pytał na koniec, jakie czytania słyszeli przed chwilą na Mszy świętej, w większości przypadków zapadała cisza albo padała odpowiedź: „nie pamiętam", „byłem zmęczony", „nie zwróciłem uwagi".

To bardzo trafna ilustracja tego, o czym mówi dzisiejsza Ewangelia. Potrafimy zapamiętać mnóstwo rzeczy, które naprawdę nas interesują – bo poświęcamy im uwagę, wracamy do nich myślami, rozmawiamy o nich z innymi. A Słowo Boże? Wchodzi jednym uchem, wychodzi drugim. Ptaki niebieskie je wydziobują, zanim zdążymy je choćby przemyśleć.

Dlaczego tak się dzieje?

Nie dlatego, że Słowo Boże jest mniej wartościowe niż wynik meczu. Dzieje się tak, bo nie dajemy mu miejsca, by zapuściło korzeń. Prorok Izajasz przypomina nam dziś, że słowo wychodzące z ust Boga jest jak deszcz i śnieg – nawadnia ziemię, sprawia, że wydaje ona plon. Ale deszcz, który spada na ziemię ubitą i twardą, po prostu spływa po niej, nie wsiąkając. Podobnie dzieje się ze Słowem Bożym, kiedy nasze serce jest zbyt zabiegane, zbyt hałaśliwe, zbyt stwardniałe od rutyny, by pozwolić mu się w nas zakorzenić.

Jezus mówi wprost o sercu, które słyszy, ale nie rozumie, patrzy, ale nie widzi – bo stwardniało i stępiało. To niepokojące słowa, ale warto je usłyszeć właśnie teraz, zanim znów wyjdziemy z kościoła i wrócimy do codziennych spraw.

Co możemy zrobić?

Nie chodzi o to, by czuć się winnym i zniechęconym. Chodzi o to, by zacząć coś zmieniać – małymi krokami. Można na przykład po Mszy świętej zadać sobie proste pytanie: co dzisiaj usłyszałem? Można zapisać jedno zdanie z czytań, które szczególnie mnie poruszyło. Można wrócić do niego wieczorem, zanim zaśniemy, i zapytać się, co ono znaczy dla mojego dnia. To niewiele, ale to właśnie taka uwaga sprawia, że ziarno zaczyna zapuszczać korzenie.

Święty Paweł mówi nam dziś, że całe stworzenie oczekuje objawienia się chwały, wzdychając jak w bólach rodzenia. Nasze serca też są w drodze – nie są jeszcze ziemią całkowicie żyzną, ale mogą się nią stawać, jeśli pozwolimy Słowu w nas wzrastać.

Zaorać drogę

Jest jeszcze jeden obraz, który warto tu dodać, bo pochodzi wprost z życia ludzi uprawiających ziemię. Ubita droga, po której chodzą ludzie i jeżdżą wozy, nie staje się żyzna sama z siebie – nawet najlepszy deszcz spłynie po niej, nie wsiąkając ani o centymetr głębiej. Rolnik, który chce coś na niej zasiać, musi ją najpierw zaorać. Musi wbić lemiesz pługa w grunt, który latami był ubijany krok za krokiem, i rozbić tę twardą skorupę, choćby ziemia stawiała opór.

To dokładnie to samo dzieje się w naszym wnętrzu. Serce nie staje się twarde od razu i nie zmiękcza się samo. Ubija je codzienny pośpiech, ubija je przyzwyczajenie do słuchania bez słuchania, ubija je tysiąc drobnych spraw, które przechodzą przez nasze myśli każdego dnia, zostawiając ślad jak koła wozu na drodze. Dlatego zanim Słowo Boże w ogóle będzie miało szansę wsiąknąć, potrzebna jest jakaś forma „orki" – chwila ciszy przed Mszą świętą zamiast pospiesznego wbiegania w ostatniej chwili, kilka minut wieczornego rachunku sumienia, w którym pytamy nie tylko o grzechy, ale o to, co Bóg chciał nam dzisiaj powiedzieć. Bez tej pracy nad sobą najpiękniejsze kazanie i najgłębsze czytanie spłynie po nas jak deszcz po ubitej drodze.

Zakończenie

Zapytajmy się dziś szczerze: czy Słowo Boże nawodniło glebę mojego serca? Czy naprawdę je usłyszałem, czy tylko przeszło obok mnie, jak przechodnie po drodze?

Prośmy Pana o uwagę i skupienie w słuchaniu Jego Słowa, byśmy nie byli jałowym polem, drogą, po której wszyscy przechodzą, ziemią wyschniętą – ale żyzną glebą, w której to Słowo wyda plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny, stokrotny.


Modlitwa wiernych

Wstęp:         Ojcze Przedwieczny, wypowiadający Stwórcze Słowo pozwól nam z uwagą słuchać Ciebie i z radością przyjmować Twoje Słowo Jezusa Chrystusa oraz mądrze i odważnie odpowiadać na Nie przez uczynki naszego życia.

1          Za Kościół Święty i Jego Pasterzy, za Papieża, biskupów i kapłanów, aby z odwagą, zapałem i hojnością siali ziarno Słowa Bożego... Ciebie prosimy,

2         Za słuchających Słowa Bożego, aby przyjmowali je z radością, z miłością pielęgnowali w swoich sercach i z odwagą wprowadzali w codzienne życie  ... Ciebie prosimy,

3         Za studiujących Słowo Boże na uniwersytetach i w seminariach, aby ich studia nie tylko pogłębiały ich wiedzę, ale także umacniały ich wiarę ... Ciebie prosimy,

4         Za tych, którzy Słowo Boże odrzucają, aby przez przykład naszego życia wiernego Słowu Bożemu umieli rozpoznać i usłyszeć przemawiającego do nich Ojca  ... Ciebie prosimy,

5         Za wszystkich zmarłych, a szczególnie tych, którzy oddali swoje życie głoszeniu Słowa Bożego, aby zaznali radości życia wiecznego... Ciebie prosimy,

Zakończenie:                    Boże, Który przez swoje Słowo stworzyłeś świat, a po upadku go odkupiłeś udzielaj nam głębokiej wiary w moc i skuteczność Twego Słowa Jezusa Chrystusa, Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen

Rozesłanie:            „Żywe jest Słowo Boże i skuteczne” mówi św. Paweł, ale na pewno nie będzie ono ani żywe ani skuteczne w naszym życiu jeśli nie będziemy Go słuchać i z pokorą przyjmować.

czwartek, 2 lipca 2026

XIV Niedziela w ciągu roku - A

 Za 9,9-10

 Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny - jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy. On zniszczy rydwany w Eframie i konie w Jeruzalem, łuk wojenny strzaska w kawałki, pokój ludom obwieści. Jego władztwo sięgać będzie od morza do morza, od brzegów Rzeki aż po krańce ziemi.

Rz 8,9.11-13

 Wy jednak nie żyjecie według ciała, lecz według Ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka. Jeżeli zaś kto nie ma Ducha Chrystusowego, ten do Niego nie należy. A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha. Jesteśmy więc, bracia, dłużnikami, ale nie ciała, byśmy żyć mieli według ciała. Bo jeżeli będziecie żyli według ciała, czeka was śmierć. Jeżeli zaś przy pomocy Ducha uśmiercać będziecie popędy ciała - będziecie żyli.

Mt 11,25-30

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.


Homilia I

Zakryłeś to przed mądrymi i roztropnymi a objawiłeś prostaczkom ...

Jak zrozumieć radykalizm Ewangelii?

Słowa Ewangelii poprzedniej niedzieli („Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. „Kto miłuje syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest mnie godzien” „Kto chce znaleźć swoje życie, straci je” „Kto straci swoje życie z Mego powodu, ten je znajdzie”) rozważane przez „mądrych i roztropnych” szokują i wydają się być wbrew wszelkiej logice i przeczyć wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi. Nie można przecież aż tak bardzo dosadnie i dokładnie interpretować Słowa Bożego. To nie jest na ludzką skalę i nie przystaje do realiów naszego życia! I rzeczywiście ludzka logika i ludzki zdrowy rozsadek (rodem ze świata biznesu nastawionego na sukces) się załamują, lub jakby to powiedziała młodzież „stają dęba”. Mądrość tego świata rzeczywiście nie jest w stanie „pokonać” radykalizmu Ewangelii i dlatego Bóg „zakrył to przed mądrymi i roztropnymi” tego świata, a „objawił prostaczkom o łagodnym i pokornym sercu”. Nie „dobierze się” nasz ludzki rozsądek i ludzka logika do głębi wiary i miłości zawartej w Ewangelii. Nasze kategorie rozumowania  i nasze miary intelektualne są bezsilne wobec Miłości Boga do człowieka. Rozum ludzki może jedynie dotrzeć do -jak mówił św. Tomasz z Akwinu- „preambula fidei - przedsionków wiary”, ale wtedy musi zmienić swoją strategię i przejść na wyższy poziom, dla naturalnego, ludzkiego rozumu nieosiągalny. Pokora serca i prostota, ufność i zawierzenie Bogu, Który stworzywszy człowieka, nie pragnie niczego innego, jak tylko jego dobra, chociaż czasami wydaje się ono tak trudne do przyjęcia ... to konieczne i nieodzowne warunki zrozumienia i przyjęcia Ewangelii. Oczywiście nie ma tu gotowych i uniwersalnych recept, ważnych dla każdego i w  każdej sytuacji. Każdy z nas musi sobie te wielkie i uniwersalne, ale zarazem ogólne i bardzo niepraktyczne prawdy „porozmieniać na drobne” codzienne sprawy naszego ludzkiego życia. Nie ma tu ogólnie ważnego algorytmu tłumaczenia Ewangelii na życie. Trzeba to zrobić w konkretnej sytuacji i w prostocie serca, a nie w pysze ludzkiego rozumu. I tylko w ten sposób radykalizm ewangeliczny może być zrozumiany i  przyjęty. Tylko w ten sposób, ludzkim sercem, a nie rozumem dostąpimy objawienia się samego Boga i Jego Miłości.

Tak wielu ludzi skarży się dzisiaj na niezrozumienie, na zagubienie, na kłopoty w życiu. Zdają się mówić: „Bóg o mnie zapomniał”. Ale to raczej oni zapomnieli o Bogu, to raczej oni zapomnieli o tym, co mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię ...

Naucz mnie Panie
pokornej mądrości serca,
która nie jest pyszną mądrością rozumu.
I naucz mnie cichości i pokory serca.


Homilia II

„Nieludzka” mądrość Ewangelii

Wyobraźmy sobie rzymskiego wodza, który wraca z udanej wyprawy wojennej. Jedzie na dumnym, rosłym koniu, otacza go blask zbroi, ryk tłumu i zapach kadzideł. To jest obraz władzy, który rozumiemy niemal instynktownie. Siła, dominacja, nieznoszący sprzeciwu triumf.

A teraz popatrzmy na proroka Zachariasza. Zapowiada Króla, który wjeżdża do Jerozolimy na osiołku. Nie na rączym rumaku, ale na roboczym zwierzęciu ubogich. Ten Król nie łamie ludzkich karków. On łamie wojenny łuk.

Jezus z dzisiejszej Ewangelii jest dokładnie tym Królem.

Często nosimy w sobie potworne zmęczenie. Codzienność potrafi docisnąć do ziemi. Obowiązki, lęki o przyszłość, poczucie, że musimy być samowystarczalni, silni i wiecznie zwycięscy. Próbujemy grać tych rzymskich wodzów na naszych prywatnych wojnach. I właśnie w ten moment największego wycieńczenia wchodzi Jezus ze swoimi słowami: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście”.

Zwróćmy uwagę na jedno słowo: jarzmo. „Weźcie moje jarzmo na siebie”. Brzmi to paradoksalnie, prawda? Jak ktoś, kto jest przeciążony, ma wziąć na plecy kolejne jarzmo, żeby poczuć ulgę?

W starożytnym Izraelu jarzmo rzadko kiedy zakładało się na jednego wołu. Zazwyczaj konstruowano je dla pary zwierząt. Kiedy młody, niedoświadczony wół miał uczyć się pracy, zaprzęgano go w parę ze starym, silnym i doświadczonym przewodnikiem. To ten starszy brał na siebie główny ciężar. Młody musiał po prostu iść obok, dotrzymywać kroku, uczyć się kierunku.

Jezus nie rzuca nam pod nogi nowego zestawu ciężkich przykazań. On mówi: „Wejdź w moje jarzmo. Idź obok Mnie. Przestań ciągnąć ten wózek sam”. Jego jarzmo jest słodkie nie dlatego, że nic nie waży, ale dlatego, że to On niesie jego najtrudniejszą część.

Simone Weil, francuska myślicielka i mistyczka, napisała kiedyś, że najwyższą formą wysiłku duchowego nie jest wcale napinanie woli, ale uwaga – totalna, bierna otwartość na Boga. To jest ten „prostaczek”, o którym mówi Jezus. Prostaczek to nie ktoś naiwny czy głupi. To człowiek, który zrezygnował z pychy kontrolowania wszystkiego. Który wie, że własnymi siłami nie zbawi świata ani nawet samego siebie.

Świat kapituluje przed siłą militarną, polityczną czy finansową. Bóg kapituluje tylko przed jednym: przed naszą bezradnością, którą Mu oddajemy.

Święty Paweł w liście do Rzymian idzie jeszcze głębiej. Pokazuje, skąd brać siłę do takiego życia. Mówi o Duchu, który w nas mieszka. To nie jest kwestia naszej silnej woli. Jeśli próbujemy uśmiercać nasze egoistyczne popędy wyłącznie własnym uporem, szybko staniemy się sfrustrowani i zgorzkniali. Paweł pisze jasno: „przy pomocy Ducha”. Chodzi o przyzwolenie, by Ktoś Inny działał we mnie. To jest chrześcijaństwo – nie heroiczny samorozwój, ale zgoda na to, by Chrystus żył we mnie.

Z czym dziś tutaj przyszliśmy? Co nas najbardziej spina, co nie pozwala zasnąć w nocy?

Jezus nie proponuje nam taniej rozrywki, która na chwilę zagłuszy ból. Proponuje Siebie. Cichego i pokornego Przewodnika. Możemy dziś zrzucić z ramion zbroję rzymskiego wodza. Nie musimy niczego nikomu udowadniać. Wystarczy podejść i dać się zaprząc w Jego miłość.


Homilia III

Słabość – siłą Chrystusa

W dzisiejszej liturgii słowa zderzają się ze sobą dwa obrazy, które na pierwszy rzut oka wydają się pochodzić z zupełnie różnych światów. Z jednej strony słyszymy proroka Zachariasza, który kreśli wizję królewskiego triumfu – Król sprawiedliwy i zwycięski, którego władztwo sięga od morza do morza. Z drugiej strony słyszymy Jezusa, który nie mówi o podbojach, ale o jarzmie; nie o triumfalnym wjeździe, ale o pokorze serca. Gdzie jest pomost między tymi obrazami? Klucz kryje się w jednym, niepozornym szczególe z proroctwa, który Jezus bierze na siebie w całej pełni: “Pokorny – jedzie na osiołku”.

To nie jest zwykła informacja o środku transportu. W starożytnym świecie koń był symbolem wojny, siły militarnej i ludzkiej pychy. Rydwany, o których mówi Zachariasz, to ówczesne czołgi. Tymczasem Król zapowiedziany przez proroka przybywa na ośle – zwierzęciu jucznym, cierpliwym, symbolu codziennej służby i pokoju. Już sam ten gest jest strzaskaniem łuku wojennego. Bóg nie odpowiada na przemoc świata eskalacją jeszcze większej siły. Jego odpowiedzią jest radykalnie inna logika – logika pokornej obecności, która od środka przemienia rzeczywistość.

I tu dochodzimy do serca dzisiejszej Ewangelii. Jezus modli się, wysławiając Ojca za to, że “zakrył te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je prostaczkom”. Co to za “rzeczy”? W kontekście całej Biblii nie chodzi tu o wiedzę teoretyczną czy ezoteryczne prawdy. Tą najgłębszą, zakrytą przed pysznymi tego świata “rzeczą” jest sam sposób działania Boga. Jest to objawienie, że Bóg jest Tym, który zasiada na oślęciu, a nie na rydwanie.

“Mądrzy i roztropni” w rozumieniu Ewangelii to nie ludzie inteligentni, ale ci, którzy zamknęli się w swoim schemacie myślenia o Bogu i świecie. To ci, którzy oczekują Boga tylko w spektakularnych znakach, w miażdżącej sile, w jednoznacznych triumfach. Oni nie są w stanie rozpoznać Boga w Człowieku, który mówi: “Weźcie moje jarzmo”. “Prostaczkowie” zaś – czyli ci, którzy mają serca nieprzesłonięte pychą, schematami i potrzebą kontroli – potrafią zobaczyć Wszechmoc w akcie uniżenia. Potrafią rozpoznać Króla Wszechświata w Kimś, kto klęka, by umyć nogi.

Tu dotykamy centrum chrześcijańskiego Objawienia. Jezus mówi: “Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić”. To nie jest informacja o poufnej znajomości. W języku biblijnym “znać” oznacza głęboką, egzystencjalną więź, jedność bytu. Jezus objawia, że tą najgłębszą tajemnicą Boga jest relacja – jest to wspólnota miłości między Ojcem a Synem, w której nie ma miejsca na rywalizację, dominację czy przemoc. I do tej właśnie rzeczywistości zostajemy zaproszeni.

Zaproszenie Jezusa: “Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście” nie jest tanim pocieszeniem. To propozycja wejścia w tę samą logikę. “Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem”. W świecie, który każe nam nieustannie udowadniać swoją wartość przez sukces, siłę i efektywność, Jezus proponuje jarzmo. Ale natychmiast dodaje paradoks: “jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”.

Jak to możliwe? Czym jest to jarzmo? Otóż jarzmo to narzędzie pracy, które zakładano zwierzętom, ale często w parze. Rabini mówili o “jarzmie Tory”. Jezus przeformułowuje to radykalnie. Jego jarzmo to nie zbiór przepisów, które trzeba dźwigać, by zasłużyć na Bożą miłość. Jego jarzmo to Jego własny sposób życia: całkowite zaufanie Ojcu, cichość i pokora serca. Jest to jarzmo więzi z Nim, jarzmo chodzenia w parze z Chrystusem. A gdzie dwóch niesie ten sam ciężar, tam brzemię staje się lekkie. Nasze życiowe ciężary – samotność, lęk, choroba, grzech, śmierć – nie znikają magicznie. Ale ich miażdżący ciężar zostaje przemieniony, gdy zaczyna je nieść z nami Ten, który jest “cichy i pokorny sercem”, Król na osiołku.

Święty Paweł w Liście do Rzymian daje nam klucz do zrozumienia, jak to się dzieje w naszym codziennym życiu. Mówi o uśmiercaniu “popędów ciała” przy pomocy Ducha. Nie chodzi tu o nienawiść do cielesności, ale o śmierć starego człowieka, który szuka ocalenia na własnych warunkach – przez wspinanie się po drabinie sukcesu, przez lękowe kontrolowanie wszystkiego, przez przemoc i dominację nad innymi. To jest to jarzmo świata, które naprawdę nas wykańcza. Jarzmo Chrystusa jest lekkie, bo jest jarzmem miłości. A jedynym wysiłkiem, jakiego się od nas wymaga, jest wysiłek porzucenia iluzji, że wszystko zależy od naszej własnej, mocarstwowej siły.

Dziś Chrystus nie wjeżdża do Jerozolimy naszych serc na rydwanie triumfu, miażdżąc nasze słabości i opory. Przychodzi cicho, pokornie, na oślęciu codzienności – w kruchości Słowa, w prostocie Eucharystii, w twarzy bliźniego. Przychodzi nie po to, by dołożyć nam kolejny religijny obowiązek, ale by zaprosić nas do paradygmatu swojego życia: do życia w Duchu, które jest życiem w relacji, w zaufaniu i w pokoju. Czy stać nas na wiarę “prostaczków”, by rozpoznać w tej pokornej obecności prawdziwego Króla? Czy pozwolimy, by zdjął z naszych ramion żelazne jarzmo naszych ambicji i lęków i włożył na nie swoje jarzmo, które jako jedyne prowadzi do wolności i ukojenia duszy?


Homilia IV

Słuchając dzisiejszej Ewangelii, łatwo wpaść w pułapkę taniego sentymentalizmu. Jezus mówi o „cichości”, „pokorze serca”, o „lekkim brzemieniu”. Brzmi to jak kojąca kołysanka dla zmęczonych życiem. Ale jeśli przyjrzymy się temu głębiej, odkryjemy, że to jedna z najbardziej rewolucyjnych i wymagających propozycji, jakie kiedykolwiek usłyszał świat. To nie jest wezwanie do bierności, ale do radykalnej zmiany sposobu, w jaki niesiemy swoje życie.

Zacznijmy od tego „jarzma”. W starożytnym Izraelu jarzmo rzadko kiedy zakładało się na jednego wołu. Zazwyczaj konstruowano je dla pary zwierząt. I to jest klucz do zrozumienia metafory Jezusa. Kiedy młody, niedoświadczony wół miał uczyć się pracy, zaprzęgano go w parę ze starym, silnym, doświadczonym przewodnikiem. To ten starszy brał na siebie główny ciężar. Młody musiał po prostu iść obok, dotrzymywać kroku, uczyć się kierunku.

Jezus nie rzuca nam pod nogi nowego zestawu przykazań, mówiąc: „Oto kolejny ciężar, noście go sami, żeby na Mnie zrobić wrażenie”. Nie. On mówi: „Zdejmij tę czarną kulę lęku i samowystarczalności, którą niesiesz sam, i wejdź ze Mną w jarzmo. Idź obok Mnie. Przestań ciągnąć ten wózek sam”. Jego jarzmo jest słodkie i lekkie nie dlatego, że nic nie waży, ale dlatego, że to On niesie jego najtrudniejszą część. To jest obietnica obecności, a nie magiczne usunięcie problemów.

Ale żeby wejść w to jarzmo, trzeba stać się jednym z tych „prostaczków”, o których mówi Jezus. „Wysławiam Cię, Ojcze... że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Tu nie chodzi o pochwałę niewiedzy. „Prostaczek” to człowiek, który zrezygnował z pychy kontrolowania wszystkiego. To ktoś, kto wie, że własnymi siłami nie zbawi świata ani nawet samego siebie. To człowiek, który przestał udawać przed Bogiem, że jest herosem, i odważył się powiedzieć: „Nie daję rady”.

W tym kontekście cichość i pokora serca, których mamy się uczyć od Jezusa, nie są słabością. Są najwyższą formą siły – siły, która nie musi krzyczeć, dominować, ani niczego udowadniać. To siła Króla, który wjeżdża do Jerozolimy na osiołku, jak zapowiada Zachariasz, a nie na dumnym, wojennym koniu. To siła, która wygrywa nie siłą militarną, ale miłością gotową na ofiarę.

Święty Paweł w liście do Rzymian idzie jeszcze głębiej. Pokazuje, skąd brać siłę do takiego życia. Mówi o Duchu, który w nas mieszka. To nie jest kwestia naszej silnej woli. Jeśli próbujemy uśmiercać nasze egoistyczne popędy wyłącznie własnym uporem, szybko staniemy się sfrustrowani i zgorzkniali. Paweł pisze jasno: „przy pomocy Ducha”. Chodzi o przyzwolenie, by Ktoś Inny działał we mnie. To jest chrześcijaństwo – nie heroiczny samorozwój, ale zgoda na to, by Chrystus żył we mnie.

Z czym dziś tutaj przyszliśmy? Co nas najbardziej spina, co nie pozwala zasnąć w nocy? Oddajmy Mu to jarzmo. Nie próbujmy go nieść sami. Nie musimy niczego nikomu udowadniać. Wystarczy podejść i dać się zaprząc w Jego miłość. To tam jest nasze pokrzepienie i ukojenie dla naszych dusz.


Homilia V

Wyobraźcie sobie obraz, który pewnie widzieliście w internecie: człowiek niesie na plecach ogromną, czarną kulę. Przyciska go do ziemi. Jest wykończony. Każdy krok to walka. Tak często wygląda nasze życie. Te kulą są nasze zmartwienia, plany, które się nie udały, lęk o dzieci, praca, która wysysa energię. Próbujemy to nieść sami, napinamy mięśnie woli, wmawiamy sobie: „Muszę dać radę, muszę być twardy”. I co? I pękamy.

Jezus dzisiaj mówi coś, co na pierwszy rzut oka brzmi jak absurd: „Chodźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie...”. Przecież to sprzeczność. Jak ktoś, kto już ledwo stoi, ma wziąć na plecy kolejne jarzmo, kolejny ciężar? A Chrystu smówi: "Ja chcę to wszystko nieść z tobą".

W starożytnym Izraelu jarzmo rzadko kiedy zakładało się na jednego wołu. Zazwyczaj konstruowano je dla pary zwierząt. I to jest ten klucz. Kiedy młody, niedoświadczony wół miał uczyć się pracy, zaprzęgano go w parę ze starym, silnym, doświadczonym przewodnikiem. To ten starszy brał na siebie główny ciężar. Młody musiał po prostu iść obok, dotrzymywać kroku. Jarzmo nie było po to, żeby go zmiażdżyć, ale żeby go prowadzić.

Jezus nie rzuca nam pod nogi nowego zestawu przykazań, które musimy bezwzględnie wypełnić, żeby na Nim zrobić wrażenie. Nie. On mówi: „Zdejmij tę czarną kulę, którą niesiesz sam, i wejdź ze Mną w jarzmo. Idź obok Mnie. Przestań ciągnąć ten wózek sam”. Jego jarzmo jest słodkie i lekkie nie dlatego, że nic nie waży, ale dlatego, że to On niesie jego najtrudniejszą część.

Kluczem do tego odpoczynku nie jest technika relaksacyjna, ale relacja. To dlatego Jezus najpierw modli się: „Wysławiam Cię, Ojcze...”. On odpoczywa w relacji z Ojcem. My odpoczywamy w relacji z Nim. Kiedy wchodzimy w to jarzmo, stajemy się tymi „prostaczkami”, o których mówi Ewangelia. To nie znaczy, że mamy być naiwni czy niemądrzy. „Prostaczek” to człowiek, który zrezygnował z pychy kontrolowania wszystkiego. Który wie, że własnymi siłami nie zbawi świata ani nawet samego siebie.

Niektórzy ludzie myślą, że chrześcijaństwo to herkulesowy wysiłek woli, ciągłe „muszę”, „powinienem”. Dzisiejsze czytania pokazują, że chrześcijaństwo to zgoda na to, by Bóg działał we mnie. „Jeżeli przy pomocy Ducha uśmiercać będziecie popędy ciała – będziecie żyli”. To nie ja sam, własną siłą, walczę ze swoim grzechem. Ja Go zapraszam do mojego jarzma, do moich słabości.

To jest ta „głupota krzyża”, o której mówi Paweł. Król, który wjeżdża do Jerozolimy na osiołku, jak zapowiada Zachariasz, a nie na dumnym, wojennym koniu. Król, który wygrywa nie siłą militarną, ale cichością i pokorą serca.

Więc co nas dzisiaj najbardziej spina? Z czym przyszliśmy? Oddajmy Mu to jarzmo. Nie próbujmy go nieść sami. Nie musimy niczego nikomu udowadniać. Wystarczy podejść i dać się zaprząc w Jego miłość. To tam jest nasze pokrzepienie.


Homilia VI

Dzisiejsza liturgia słowa stawia nas przed radykalnym wyborem, który dotyka samego rdzenia naszego życia duchowego. Wybór ten rozgrywa się nie tyle pomiędzy dobrem a złem, co pomiędzy dwoma rodzajami ciężaru i dwoma rodzajami odpoczynku. Zachariasz ukazuje nam Króla, który przychodzi, aby „zniszczyć rydwany i konie, strzaskać łuk wojenny”. Mateusz zaś notuje jedno z najgłębszych westchnień Jezusa, zaproszenie dla wszystkich „utrudzonych i obciążonych”. Co łączy te dwa obrazy? Kluczem jest słowo, które w dzisiejszym świecie stało się niemal podejrzane: pokora.

Zacznijmy od proroctwa. „Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku”. Ten obraz od razu przywodzi na myśl Niedzielę Palmową i wjazd Jezusa do Jerozolimy. Ale zatrzymajmy się na chwilę przy słowie „zwycięski” w zestawieniu z „pokorny”. Hebrajskie ‘ani można oddać jako „uniżony”, „ubogi”, „skrzywdzony” – a zarazem „zwycięski” przez samego Boga. Król ten nie zawdzięcza swojego zwycięstwa rydwanom ani koniom. Właśnie dlatego może je zniszczyć, bo Jego władza nie jest zbrojnym konkurowaniem z władcami tego świata. On demilitaryzuje nasze wyobrażenia o Bogu, a wraz z nimi – nasze wyobrażenia o nas samych. Przychodzi, by obwieścić pokój ludom, pokój, który nie jest jedynie brakiem wojny, ale biblijnym szalom: pełnią życia, pojednaniem, ukojeniem. Ten pokój dokonuje się przez wyniszczenie nie tyle wrogich armii, ile wewnętrznej logiki przymusu, rywalizacji i przemocy, która nami rządzi.

I tu dochodzimy do Ewangelii. Jezus modli się: „Wysławiam Cię, Ojcze, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Nie jest to pochwała ignorancji. „Mądrzy i roztropni” to nie ludzie uczeni, ale ci, którzy polegają wyłącznie na własnym rozumie, którzy uważają, że na rzeczywistość Boga można zapracować wiedzą, którzy w swojej religijności są „ekspertami” zamkniętymi na zaskoczenie. „Prostaczkowie” (gr. nepioi, dosłownie „niemowlęta”) to ci, którzy są gotowi przyjąć, którzy nie udają samowystarczalności. Im zostaje objawiona największa tajemnica wszechświata: wzajemne poznanie Ojca i Syna. To nie jest poznanie intelektualne, jak znajomość formuły teologicznej. To poznanie intymne, uczestniczące, jak oddech, jak bicie serca. W to poznanie możemy zostać wprowadzeni tylko przez Syna – i tylko na Jego warunkach, to znaczy stając się „prostaczkami”.

I wtedy pada to niesamowite zaproszenie: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. Zauważmy: Jezus nie mówi „przyjdźcie, a zdejmę z was wszelkie jarzmo”. Nie, On mówi: „weźcie moje jarzmo na siebie”. W judaizmie czasów Jezusa „jarzmem” nazywano Torę, Prawo – ciężar, ale i słodki dar prowadzący do życia. Jezus nie przychodzi znieść jarzma jako takiego, ale je przemienić. Przychodzi zastąpić nasze ciężkie jarzma – jarzmo oczekiwań społecznych, jarzmo perfekcjonizmu religijnego, jarzmo lęku o siebie, jarzmo wizerunku, który musimy nieustannie podtrzymywać – swoim jarzmem.

I tu tkwi teologiczne sedno: jarzmo Jezusa jest słodkie i lekkie nie dlatego, że wymaga mniej. Wymaga przecież miłości nieprzyjaciół, przebaczenia siedemdziesiąt siedem razy, tracenia życia, by je znaleźć. Jest ono słodkie i lekkie, ponieważ jest jarzmem noszonym razem z Nim. W starożytności jarzmo było często konstrukcją dwuosobową – zaprzęgano razem młodego, silnego wołu ze starym, doświadczonym, aby ten drugi uczył pierwszego i brał na siebie główny ciężar. „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem”. Jezus nie stoi obok i nie wydaje poleceń. On wkłada głowę w to samo jarzmo. Jego pokora nie jest strategią słabych. Jest wszechmocą miłości, która rezygnuje z przymusu. Król na osiołku pokornie usuwa z naszego życia rydwany bojowe i nie zostawia pustki – daje w zamian siebie jako współtowarzysza drogi.

Ileż w nas, dorosłych, zmęczenia, które bierze się stąd, że próbujemy nieść jarzmo życia w pojedynkę? Ileż ciężaru dokładamy sobie, próbując zasłużyć na Bożą miłość naszą „mądrością i roztropnością”: nienaganną teologią, skomplikowanymi praktykami, heroiczną moralnością, które – gdy nie wypływają z ufności dziecka – stają się źródłem wypalenia? Jezus nie chce naszej duchowej wydajności. Chce naszej bliskości. Chce, byśmy przestali Go nosić jako ciężar, a zaczęli nosić z Nim życie. „Znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” – to cytat z Księgi Jeremiasza (Jr 6,16), gdzie Bóg woła: „Stańcie na drogach i patrzcie, zapytajcie o odwieczne ścieżki, gdzie jest dobra droga, i idźcie nią, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”. Tą odwieczną ścieżką okazuje się Osoba – Jezus cichy i pokornego serca.

Dziś, w świecie zmęczonym hałasem, rywalizacją, nieustannym samo-udowadnianiem się, Bóg przychodzi do nas nie w rydwanie oczywistej potęgi, ale na osiołku bezbronnej miłości. Przychodzi i mówi: odłóż swoją broń – swoją potrzebę kontroli, swój wizerunek mądrego, swoją duchową pychę. Stań się prostaczkiem. Pozwól, by Syn objawił Ci Ojca nie jako surowego sędziego, ale jako Tego, któremu „tak się upodobało” dać Ci Siebie za darmo.

Weźmy więc Jego jarzmo. Niech w tym tygodniu naszą praktyką nie będzie dokładanie sobie kolejnych religijnych obowiązków, ale stawanie w prawdzie o naszym zmęczeniu i pytanie w ciszy: „Jezu, gdzie zaprzęgam się sam, zamiast iść w parze z Tobą?”. Przyjdźmy do Niego – utrudzeni i obciążeni. A On da nam pokój, którego świat dać nie może.

środa, 24 czerwca 2026

XIII Niedziela w ciągu roku - A

 2Krl 4:8-11.14-16a

Pewnego dnia Elizeusz przechodził przez Szunem. Była tam kobieta bogata, która zawsze nakłaniała go do spożycia posiłku. Ilekroć więc przechodził, udawał się tam, by spożyć posiłek. Powiedziała ona do swego męża: Oto jestem przekonana, że świętym mężem Bożym jest ten, który ciągle do nas przychodzi. Przygotujmy mały pokój górny, obmurowany, i wstawmy tam dla niego łóżko, stół, krzesło i lampę. Kiedy przyjdzie do nas, to tam się uda. Gdy więc pewnego dnia Elizeusz tam przyszedł, udał się do górnego pokoju i tamże położył się do snu. Powiedział do swego sługi Gechaziego: Co mogę uczynić dla tej kobiety? Odpowiedział Gechazi: Niestety, ona nie ma syna, a mąż jej jest stary. Rzekł więc: Zawołaj ją! Zawołał ją i stanęła przed wejściem. I powiedział: O tej porze za rok będziesz pieściła syna.

Rz 6:3-4.8-11

Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie - jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Otóż, jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie.

Mt 10:37-42

Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.
I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.
Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien.
Kto chce znaleźć swe życie, straci je,
a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.
Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje;
a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał.
Kto przyjmuje proroka, jako proroka, nagrodę proroka otrzyma.
Kto przyjmuje sprawiedliwego, jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma.
Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody.

Kto chce znaleźć swoje życie straci je ...

Bardzo trudne zdania mówi nam Chrystus dzisiaj. Bardzo trudne i bardzo wymagające.

"Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien"
"Kto miłuje syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien"
"Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest mnie godzien"
"Kto chce znaleźć swoje życie, straci je"
"Kto straci swoje życie z Mego powodu, ten je znajdzie"

Tego rodzaju wypowiedzi z ust Chrystusa wydają się być przesadą, albo rodzajem retorycznej gry słów, dla podkreślenia ważności przekazu lub dla zaszokowania słuchacza. Ale czy tak rzeczywiście jest? Czy rzeczywiście słowa te to przesada lub tylko retoryka?

W słowach tych wyraża się cały radykalizm Dobrej Nowiny, radykalizm Ewangelii, który zawiódł samego Chrystusa na krzyż. Czy może to być tylko przesada lub jedynie retoryczna gra słów? Czy Chrystus umarł na krzyżu tylko po to aby "zaszokować widzów"?

Warto sobie postawić kilka osobistych pytań:

"Co znaczy miłować Chrystusa bardziej niż ojca, matkę, syna czy córkę?"

"Co znaczy wziąć swój krzyż, aby iść za Chrystusem?"

"Co znaczy stracić swoje życie, aby je odzyskać na nowo?

Co to znaczy w  moim codziennym, prywatnym, osobistym życiu? Chrystus nie rzuca słów na wiatr i nie bawi się naszymi uczuciami. Stawiając wymagania, nawet bardzo szokujące i drastyczne, wie że jest to tylko i wyłącznie dla naszego zbawienia. Wie, że jest to jedyna droga, którą możemy podążać, aby osiągnąć życie wieczne.

A swoją drogą, czy podałem już -przysłowiowy- kubek wody do picia komuś, kto był spragniony ... To też nie jest tylko retoryka, ani gra słów !!!

Bardzo łatwo jest "zaokrąglać" Ewangelię i czytać, czy słuchać Jej tylko jako literackiej ciekawostki lub egzotycznej "księgi świętej". A co robię w moim życiu, aby te słowa stały się jego drogowskazem i normą mojego postępowania?

Panie pozwól mi zrozumieć i zrealizować w moim życiu radykalizm Twojej Dobrej Nowiny.


Homilia alternatywna

Mali goście Boga

Słowa Jezusa, które przed chwilą usłyszeliśmy, brzmią niczym dzwon alarmowy. „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swojego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Możemy odnieść wrażenie, że Chrystus stawia nam żądania niemożliwe do spełnienia, że chce zburzyć nasze naturalne, najpiękniejsze więzi. Czy naprawdę o to chodzi?

Klucz do zrozumienia tej Ewangelii leży w drugim czytaniu, w którym święty Paweł przypomina nam fundamentalną prawdę o naszym chrzcie. Bez tej prawdy słowa Jezusa pozostałyby jedynie ciężarem. Z nią stają się obietnicą nowego życia.

  1. Nowe życie z chrztu

Paweł pisze: „Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć?”. Chrzest nie jest tylko miłym obrzędem przyjęcia do wspólnoty. Jest radykalnym zanurzeniem w śmierć Chrystusa po to, byśmy – jak On – powstali do nowego życia. W chwili chrztu umarł w nas stary człowiek, zniewolony egoizmem, lękiem i grzechem, a narodził się człowiek nowy, który „żyje dla Boga w Chrystusie Jezusie”.

To jest tajemnica, która rzuca światło na trudną Ewangelię. Miłość do ojca, matki, syna czy córki nie jest zła – jest święta. Ale nawet te najświętsze więzi, przeżywane tylko po ludzku, bez zanurzenia w paschalnej miłości Chrystusa, mogą stać się więzieniem „starego człowieka”. Chrzest wyzwala nas z tego, co w naszych relacjach jest zaborcze, lękliwe, stawiające siebie w centrum. Dzięki łasce chrztu możemy kochać bliskich nie „bardziej niż” Chrystusa, ale „w Chrystusie” – to znaczy miłością, która jest darmowa, ofiarna i gotowa do straty, bo wie, że prawdziwe życie rodzi się z daru z siebie.

  1. Szunemitka – przyjąć Boga, przyjąć życie

Tę samą logikę nowego życia widzimy w pierwszym czytaniu. Bogata kobieta z Szunem dostrzega w Elizeuszu nie tylko wędrowca, ale „świętego męża Bożego”. Przygotowuje mu izbę, stół, krzesło i lampę – daje mu przestrzeń w swoim domu. Czyni to bezinteresownie, z czystej gościnności. I co się dzieje? Bóg, który nigdy nie pozwala się prześcignąć w hojności, obdarza ją życiem – synem, który jest zapowiedzią życia zmartwychwstałego.

Ta historia pokazuje nam, czym jest „branie krzyża” w codzienności. Krzyż to nie tylko wielkie cierpienia. To także otwieranie drzwi domu i serca, gdy jest to niewygodne. To przygotowanie „izby” dla drugiego człowieka, co kosztuje czas, spokój, wygodę. To zgoda na to, by Bóg, przychodzący w gościu, zaburzył nasze plany i – jak mówi Jezus dalej w Ewangelii – byśmy przyjęli „proroka” i „sprawiedliwego”.

  1. Kubek świeżej wody

A kim jest ten prorok, sprawiedliwy, najmniejszy uczeń? W świetle chrztu każdy z nas został zanurzony w potrójnej misji Chrystusa: prorockiej, kapłańskiej i królewskiej. Każdy ochrzczony jest „małym”, w którym pragnie zamieszkać Chrystus. Dlatego Jezus mówi z taką mocą: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje”.

Może właśnie tu dotykamy sedna dzisiejszej liturgii. Nasze domy, nasze parafie, nasze codzienne ścieżki wypełnione są ludźmi, którzy – często nieświadomie – są posłańcami Boga. To mógł być ten sąsiad, który w tym tygodniu zapukał w nieodpowiedniej porze, współmałżonek oczekujący uwagi, dziecko proszące o rozmowę, staruszek potrzebujący „kubka świeżej wody”, czyli zwykłej obecności. Nasza gościnność wobec nich nie jest tylko grzecznością – jest liturgią codzienności, w której przyjmujemy samego Jezusa i otrzymujemy „nagrodę proroka”, czyli udział w Bożym życiu.

„Kto straci swe życie z mego powodu, ten je znajdzie”. Te słowa nie są groźbą, ale opisem dynamiki chrztu. Codziennie na nowo „tracić życie” znaczy wybierać nie swój egoizm, ale miłość, która umiera dla siebie, by żyć dla innych. I to nie o własnych siłach. Człowiek ochrzczony czyni to mocą Tego, który pierwszy nas umiłował i który w Eucharystii staje się naszym Gościem – najmniejszym, bo ukrytym pod postacią chleba.

Zakończenie

Za chwilę na tym ołtarzu Chrystus stanie się „kubkiem świeżej wody”, który nam podaje – swoim Ciałem i Krwią. Przyjmijmy Go tak, jak Szunemitka przyjęła Elizeusza: dajmy Mu przestrzeń, przygotujmy izbę serca, a On obdarzy nas życiem, które nie zna końca.

Niech Najświętsza Maryja Panna, która jako pierwsza przyjęła Słowo i dała Mu mieszkanie w swoim łonie, wyprasza nam łaskę rozpoznawania Jej Syna w każdym człowieku, któremu możemy dziś podać choćby szklankę wody. Amen.


Homilia alternatywna I

Stracić, by odnaleźć – Ewangelia radykalnej miłości

Słowa, które przed chwilą usłyszeliśmy, należą do najbardziej wymagających w całej Ewangelii. „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. „Kto chce znaleźć swe życie, straci je”. Brzmi to jak wezwanie do zerwania najświętszych więzi i pójścia drogą cierpienia. Czy Jezus naprawdę chce, byśmy przestali kochać najbliższych? Czy chrześcijaństwo jest religią pogardy dla ludzkich uczuć?

Zatrzymajmy się nad tymi pytaniami, bo odpowiedź odsłania samo serce Ewangelii.

  1. Miłość uporządkowana – postawić Chrystusa w centrum

Gdy Jezus mówi o miłości do ojca, matki, syna czy córki, nie unieważnia czwartego przykazania. Nie przekreśla naturalnej, pięknej miłości rodzinnej. Mówi natomiast o hierarchii. Grzech wszedł na świat przez nieuporządkowaną miłość – przez to, że człowiek postawił „coś” lub „kogoś” w miejscu Boga. Nawet najpiękniejsza miłość, jeśli zajmie miejsce przynależne wyłącznie Stwórcy, staje się bożkiem. A bożek zawsze zniewala.

Jezus wzywa nas do miłości uporządkowanej. Do tego, by On – Bóg, który pierwszy nas umiłował – był fundamentem i źródłem każdej innej miłości. Dopiero wtedy, gdy nasza miłość do Niego stoi na pierwszym miejscu, miłość do rodziców, dzieci, współmałżonka staje się czysta, bezinteresowna i wyzwalająca. Inaczej, nieświadomie, kochamy bliskich „dla siebie” – po to, by oni zaspokoili nasze potrzeby, by nas docenili, by dali nam poczucie bezpieczeństwa. A wtedy każda zdrada, odrzucenie czy nawet zwykła ludzka słabość bliskiej osoby rozbija nas od środka.

Jezus mówi: kochaj Mnie ponad wszystko, a wtedy naprawdę będziesz zdolny kochać wszystkich – czysto, wiernie i do końca, nawet wtedy, gdy twoja miłość nie będzie odwzajemniona. Właśnie dlatego święci, którzy najbardziej radykalnie postawili Chrystusa na pierwszym miejscu, potrafili najbardziej bezinteresownie kochać ludzi.

  1. Krzyż – nie cierpienie dla cierpienia, ale znak miłości bez granic

„Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Jak rozumieć te słowa? Krzyż nie jest tu wezwaniem do szukania cierpienia dla cierpienia. Bóg nie jest sadystą. Krzyż w ustach Jezusa to konkretny kształt miłości – miłości, która oddaje się do końca, która nie kalkuluje, która nie cofa się przed ofiarą.

Wziąć swój krzyż znaczy przyjąć codzienność taką, jaka jest – z jej obowiązkami, z ludźmi trudnymi, z własnymi ograniczeniami, z chorobą czy osamotnieniem – i przeżywać ją nie z narzekaniem i goryczą, ale jako przestrzeń miłości. To znaczy przebaczać, gdy serce krzyczy o sprawiedliwość. To być wiernym, gdy uczucia wygasają. To służyć, gdy nikt nie docenia. Krzyż nie jest nieszczęściem – krzyż jest miłością, która kosztuje. Ale tylko taka miłość przynosi zmartwychwstanie.

  1. Paradoks Królestwa – stracić życie, by je znaleźć

„Kto chce znaleźć swe życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”. To jest centrum dzisiejszej Ewangelii. W tych słowach odsłania się logika całego chrześcijaństwa.

Człowiek „starego Adama” instynktownie chce swoje życie zachować, zabezpieczyć, zatrzymać dla siebie. Chce je „znaleźć”, czyli zrealizować według własnego planu. I w tym właśnie je gubi. Bo życie zatrzymane dla siebie kurczy się, obumiera, staje się puste. Życie oddane, rozlane, podarowane – rozkwita i wydaje owoc obfity. To nie jest poezja. To jest twarde prawo duchowe. Ziarno, które nie obumrze, zostaje samo. Ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity (por. J 12, 24).

„Stracić życie z mego powodu” znaczy: wejść w ten sam dynamizm miłości, który zaprowadził Jezusa na krzyż i który otworzył Go na zmartwychwstanie. W każdym geście zapomnienia o sobie – nawet tym najmniejszym – już teraz zakorzenia się w nas nowe życie.

  1. Kubek świeżej wody – Eucharystia codzienności

I tu dochodzimy do najbardziej pocieszającego fragmentu tej Ewangelii. Po słowach, które wstrząsają naszym poczuciem bezpieczeństwa, Jezus schodzi na ziemię – do zwykłego „kubka świeżej wody”.

Mówi: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje”. A potem dodaje: „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody”. To zdanie otwiera przed nami całą głębię chrześcijańskiej codzienności.

„Najmniejszy” to niekoniecznie ktoś wielki i wpływowy. To żebrak, samotna staruszka, trudne dziecko, niewygodny sąsiad, współmałżonek, który dziś nie ma siły się uśmiechnąć. W każdym z nich jest ukryta obecność Chrystusa. Nie teoretycznie, ale sakramentalnie realnie – bo Chrystus utożsamił się z najmniejszymi.

Podać kubek świeżej wody to coś tak małego, że prawie nic. To jeden uśmiech, jedno dobre słowo, pięć minut cierpliwego wysłuchania. A jednak Jezus obiecuje za to „nagrodę”. Nie chodzi o zapłatę w naszym ludzkim rozumieniu – nie o zdrowie, pieniądze czy powodzenie. Nagrodą jest On sam. Nagrodą jest to, że w tym maleńkim geście już tutaj, na ziemi, wchodzimy w komunię z Życiem wiecznym. Bo miłość – każda, nawet najmniejsza – już jest cząstką nieba.

Zakończenie – od ołtarza do codzienności

Za chwilę na ołtarzu dokona się cud. Jezus stanie się najmniejszym – ukrytym pod postacią chleba. Przyjmie nas jako Gości i sam stanie się Gościem naszych serc. To On poda nam „kubek świeżej wody” – swoją Krew – i zaprosi, byśmy poszli w świat i stali się Jego przedłużonymi rękami.

Niech ta Eucharystia nauczy nas tracić życie, by je znaleźć. Niech otworzy nam oczy na „najmniejszych”, w których czeka na nas Chrystus. I niech da nam odwagę, by kochać Boga nade wszystko, a bliźniego – jak siebie samego.


Homilia alternatywna II

Radykalizm, który zbawia

„Kto chce znaleźć swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z Mego powodu, znajdzie je”. W tych kilkunastu słowach streszcza się cała Ewangelia. Cała Dobra Nowina. I cały jej radykalizm.

Bardzo trudne zdania mówi nam dzisiaj Chrystus. Bardzo trudne i bardzo wymagające. „Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. „Kto miłuje syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Słysząc te słowa, możemy odruchowo pomyśleć: to przesada. To jakaś retoryczna gra, hiperbola, szokująca figura stylistyczna, którą Jezus chce nas po prostu obudzić z duchowego letargu. Może nie mówi tego całkiem serio?

Ale czy naprawdę tak jest? Czy rzeczywiście słowa te to tylko przesada lub literacka ozdoba?

Spójrzmy na krzyż. Ten sam Chrystus, który wypowiada te słowa, zawisł na nim między niebem a ziemią. Czy uczynił to tylko po to, by „zaszokować widzów”? Czy Jego konanie, opuszczenie, przebity bok i krew sącząca się z ran to wyłącznie teatralny gest obliczony na efekt? Nie. Krzyż to nie retoryka. Krzyż to rzeczywistość. To cena, jaką Bóg zapłacił za nasze zbawienie. I w tym świetle wszystkie wcześniejsze słowa Jezusa nabierają przeraźliwej dosłowności. W nich wyraża się cały radykalizm Dobrej Nowiny – radykalizm, który zawiódł Go na Golgotę.

Jeśli więc traktujemy Ewangelię poważnie – a przecież wierzymy, że jest ona Słowem Życia, a nie zbiorem ciekawostek – to nie możemy „zaokrąglać” ostrych kantów jej orędzia. Nie możemy jej czytać jak egzotycznej „księgi świętej”, która ma nas tylko mile połechtać po duszy. Musimy pozwolić, by te słowa wdarły się w nasze życie z całą swoją mocą. I dlatego warto – jak sugeruje nam dzisiejsza refleksja – postawić sobie trzy osobiste pytania.

Pierwsze: Co znaczy miłować Chrystusa bardziej niż ojca, matkę, syna czy córkę?

Nie chodzi o to, by przestać kochać najbliższych. Czwarte przykazanie jest nieodwołalne. Chodzi o hierarchię. O to, by żadna ludzka miłość – nawet najpiękniejsza, najczulsza, najbardziej związana z krwią – nie zajęła w moim sercu miejsca, które należy się wyłącznie Bogu. Bo kiedy ludzka miłość staje się bożkiem, przestaje być miłością prawdziwą – staje się zaborcza, lękowa, egoistyczna. Kochać Chrystusa bardziej nie znaczy kochać bliskich mniej. Znaczy kochać ich w Chrystusie – to znaczy taką miłością, która jest oczyszczona z egoizmu, która nie uzależnia, która potrafi oddać i wypuścić z rąk. Kto postawił Boga na pierwszym miejscu, ten dopiero naprawdę umie kochać człowieka.

Drugie: Co znaczy wziąć swój krzyż, aby iść za Chrystusem?

Krzyż to nie tylko wielkie tragedie, prześladowania czy heroiczne cierpienia. Krzyż to moja codzienność przyjęta z miłością. To zmęczenie, które ofiaruję bez narzekania. To obowiązek, którego nikt za mnie nie wykona. To przebaczenie komuś, kto na nie nie zasługuje. To wierność w małżeństwie, gdy uczucia osłabły. To opieka nad starzejącymi się rodzicami, gdy sił brakuje. To uczciwość w pracy, choć inni kombinują. Krzyż nie jest nieszczęściem – krzyż jest konkretnym kształtem miłości w moim życiu. I nikt nie weźmie go za mnie. Jest mój. Ale niesiony z Chrystusem przestaje być ciężarem nie do udźwignięcia, a staje się drogą do zmartwychwstania.

Trzecie: Co znaczy stracić swoje życie, aby je odzyskać na nowo?

To pytanie dotyka samego sedna. „Moje życie” w rozumieniu starego człowieka to życie skoncentrowane na sobie: moje plany, moje ambicje, moja wygoda, moje racje. I Jezus mówi: to musisz stracić. Nie po to, byś stał się nikim, ale po to, byś wreszcie stał się sobą – takim, jakim Bóg cię wymyślił od wieków. Stracić życie znaczy przestać kurczowo trzymać się własnych wyobrażeń o szczęściu i zaufać Temu, który wie lepiej, czego mi potrzeba. Znaczy codziennie umierać dla swojego egoizmu, by rodziło się we mnie życie Boże. Znaczy wypuścić z rąk ster i pozwolić, by prowadził Chrystus. Paradoksalnie – i doświadczają tego święci – dopiero wtedy człowiek odnajduje pełnię. Dopiero wtedy wie, czym jest prawdziwa wolność i pokój.

Kubek świeżej wody

A swoją drogą – czy podałem już przysłowiowy kubek świeżej wody komuś, kto był spragniony? To też nie jest retoryka ani gra słów.

Jezus po tych wszystkich mocnych, wstrząsających zdaniach schodzi na ziemię. Do konkretu. Do małego gestu. Bo radykalizm Ewangelii nie polega na wielkich deklaracjach i duchowych uniesieniach. Polega na miłości wyrażonej w czynie. Kubek wody podany „jednemu z tych najmniejszych” – oto sprawdzian autentyczności mojej wiary. Nie muszę szukać daleko. Najmniejszy jest obok mnie: zmęczona żona, zagoniony mąż, samotny sąsiad, dziecko domagające się uwagi. Czy zauważam ich pragnienie? Czy podaję im pić – choćby przez jedno dobre słowo, przez chwilę cierpliwego wysłuchania, przez uśmiech, przez odrobinę czułości?

Chrystus nie rzuca słów na wiatr. Nie bawi się naszymi uczuciami. Stawiając wymagania – nawet bardzo szokujące i drastyczne – wie, że jest to tylko i wyłącznie dla naszego zbawienia. Wie, że to jedyna droga, którą możemy podążać, aby osiągnąć życie wieczne.

Zakończenie

Bardzo łatwo jest „zaokrąglać” Ewangelię i czytać ją tylko jako literacką ciekawostkę. A co robię w moim życiu, aby te słowa stały się jego drogowskazem i normą postępowania?

Za chwilę na ołtarzu Chrystus poda nam kubek świeżej wody – swoją Krew przelaną za nas. Da nam do picia miłość, która nie jest retoryką, bo wypłynęła z Jego przebitego boku. Przyjmijmy tę Miłość. I pozwólmy, by nas przemieniła. Byśmy wracając do domów, do pracy, do codzienności, umieli tracić życie dla Niego – i tak je odnajdywać na wieki.

Panie, pozwól nam zrozumieć i zrealizować w naszym życiu radykalizm Twojej Dobrej Nowiny


Homilia alternatywna III

„Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”.

Mocne słowa. Jezus nie bawi się w dyplomację. Nie szuka taniej sympatii. Uderza w to, co mamy najdroższe – w nasze więzi, w nasze bezpieczeństwo, w to, co buduje naszą tożsamość.

Często myślimy, że Bóg to dopełnienie. Taka „wisienka na torcie” naszego poukładanego życia. Kocham rodzinę, dbam o pracę, mam pasje, a do tego w niedzielę wpadam na Mszę, żeby wszystko „domknąć” duchowo. Jezus mówi dziś: „Nie”. Jeśli Bóg jest tylko dodatkiem, to w ogóle Go nie ma.

Prawdziwa miłość do Boga to nie jest emocja. To jest radykalny wybór pierwszeństwa.

Wyobraźcie sobie alpinistów wspinających się w wysokich górach. Idą w zespole, związani liną. Każdy z nich ufa drugiemu, każdy o niego dba. Ale jest jedna zasada: kiedy przychodzi lawina, kiedy grunt usuwa się spod nóg, musisz najpierw solidnie wbić własny czekan w lód. Musisz mieć punkt oparcia w skale, która się nie rusza. Dopiero wtedy możesz utrzymać partnera. Jeśli w chwili próby puścisz wszystko, byle tylko kurczowo trzymać się człowieka, spadniecie obaj.

To jest obraz tego, o czym mówi Ewangelia. Nasze ludzkie miłości – do żony, męża, dzieci, rodziców – są piękne i święte. Ale stają się destrukcyjne, kiedy stają się naszym „Bogiem”. Kiedy oczekujemy od człowieka tego, co może dać tylko Stwórca: całkowitego ukojenia, sensu, zbawienia.

Jeśli nie zakotwiczysz swojego życia w Absolucie, będziesz szantażował bliskich swoją potrzebą bycia kochanym. Będziesz ich dusił. Kiedy jednak Bóg jest na pierwszym miejscu, paradoksalnie dopiero wtedy potrafisz kochać ludzi naprawdę wolną, bezinteresowną miłością. Bo nie potrzebujesz od nich już niczego dla siebie.

Jezus nie chce, żebyśmy przestali kochać bliskich. On chce, żebyśmy kochali ich przez Niego.

To jest ta „przepaść”, o której wspomina Mistrz. To przejście od miłości, która „bierze”, do miłości, która „daje”. Od miłości opartej na naszych potrzebach, do miłości opartej na Jego darze.

Spójrz dziś w swoje serce. Czy nie boisz się, że jeśli postawisz Boga na absolutnie pierwszym miejscu, stracisz coś z tego, co masz na ziemi? Prawda jest dokładnie odwrotna. Dopiero wtedy, gdy On staje się fundamentem, wszystko inne – dom, praca, relacje – wchodzi na swoje właściwe miejsce.

Dopiero wtedy, gdy Jezus jest Panem, stajesz się człowiekiem, który potrafi naprawdę kochać.

Czy w Twoim życiu zdarzył się ostatnio moment, w którym – mimo lęku o bliskich lub własne bezpieczeństwo – zdecydowałeś się zaufać Bogu, ryzykując utratę ludzkiej akceptacji lub spokoju?