menu

środa, 30 września 2026

XXVII Niedziela w ciągu roku - A

 Iz 5:1-7


Chcę zaśpiewać memu Przyjacielowi pieśń o Jego miłości ku swojej winnicy! Przyjaciel mój miał winnicę na żyznym pagórku. Otóż okopał ją i oczyścił z kamieni i zasadził w niej szlachetną winorośl; pośrodku niej zbudował wieżę, także i tłocznię w niej wykuł. I spodziewał się, że wyda winogrona, lecz ona cierpkie wydała jagody. Teraz więc, o mieszkańcy Jeruzalem i mężowie z Judy, rozsądźcie, proszę, między Mną a między winnicą moją. Co jeszcze miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej? Czemu, gdy czekałem, by winogrona wydała, ona cierpkie dała jagody? Więc dobrze! Pokażę wam, co uczynię winnicy mojej: rozbiorę jej żywopłot, by ją rozgrabiono; rozwalę jej ogrodzenie, by ją stratowano. Zamienię ją w pustynię, nie będzie przycinana ni plewiona, tak iż wzejdą osty i ciernie. Chmurom zakażę spuszczać na nią deszcz. Otóż winnicą Pana Zastępów jest dom Izraela, a ludzie z Judy szczepem Jego wybranym. Oczekiwał On tam sprawiedliwości, a oto rozlew krwi, i prawowierności, a oto krzyk grozy.

Flp 4:6-9

O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. W końcu, bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym - to miejcie na myśli! Czyńcie to, czego się nauczyliście, co przejęliście, co usłyszeliście i co zobaczyliście u mnie, a Bóg pokoju będzie z wami.

Mt 21:33-43

Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? Rzekli Mu: Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze. Jezus im rzekł: Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce.

Kamień odrzucony przez budujących

I znowu szokujące zachowanie Jezusa. Jakby szukał zwady i sam się napraszał o to, aby go uciszyć. Dlaczego tak bardzo naraża się kapłanom, przełożonym świątynnym i starszym. Czyż nie wie, że oni mogą się go pozbyć, uciszyć i po prostu załatwić? Po co opowiada im takie drażliwe historyjki, po co ich drażni i moralizuje? Czyż nie rozumie, że to raczej dyplomacją i w sposób ugodowy, kulturalny i grzeczny można coś załatwić? Po co drażnić najwyższych i najpotężniejszych historyjkami o przewrotnych dzierżawcach winnicy ... i jeszcze ten "kamień odrzucony przez budujących" .... toż to jest normalnie - szukanie guza.

Nie należy przypuszczać, że Chrystus zachęca do rewolty przeciwko wszystkim i do krytyki każdej władzy, ale czy ci, którzy są u władzy i są "głęboko" przekonani o słuszności swojego postępowanie, nie powinni stąd wyciągnąć jakichś wniosków? Czyż nie mamy tego przykładów w niedawnej polskiej przeszłości ... jedynie słuszna droga, jedyna ideologia, monopol na historyczną i społeczna prawdę ...??? A i w kościele, jakże często jest tak, że ci, którym oddano winnicę pod opiekę, stali się przewrotnymi dzierżawcami, a ci, których Chrystus powołał, aby byli pasterzami i aby strzegli depozytu, nie strzegą ale raczej strzygą swoje owieczki? Przecież nie chodzi o krytykanctwo czy negowanie wszelkiej władzy. Przecież nie chodzi o to, aby buntować się i sprzeciwiać na każdym kroku i na pewno nie to było i jest celem chrystusowych przypowieści. Zastanawiam jest  jednak, jak często my sami (my kapłani) umiemy pouczać i wyciągać budujące wnioski z Ewangelii, ale raczej dla "naszych owieczek". Czemu nie chcemy, czemu nie umiemy wyciągnąć takich samych, pouczających wniosków dla nas samych? Kto spróbuje w ten właśnie sposób zinterpretować dzisiejszą Ewangelię, aby nie być od razu posądzonym o negowanie Najwyższego Autorytetu Kościoła?

I nie chodzi wcale o relatywizm epistemologiczny, czy o "demokratyzację" prawdy. Prawda na pewno jest jedna i jedyna. Prawda na pewno jest do odkrycia, a nie do "wygłosowania" w demokratycznych wyborach, ale trzeba ją odkrywać w pokorze i bez monopolizacji, mając świadomość, że każdy może się mylić, nawet ci najwyżej postawieni. Chrystus jest tą Prawdą odwieczną i niewzruszoną. i nikt nie może Go sobie przywłaszczyć i zmonopolizować. On jest kamieniem węgielnym ... niestety nadal odrzucanym przez wielu budujących ... szczególnie tych którzy szukają raczej swoich racji i władzy, a nie prawdy ...

A ileż to kamieni ja sam odrzuciłem już przy budowie mojego życia?

Homilia alternatywna

Ewangelia w moim życiu codziennym

Przypowieść o nieuczciwych i zbuntowanych dzierżawcach winnicy to oczywiście obraz samego Izraela i jego duchowych przywódców, którzy zbuntowali się przeciwko Bogu i odrzucili jego proroków i wysłanników, a nawet samego Syna Bożego. Może to być także obraz mojego własnego życia, w którym odrzucam prawa Boże i sam próbuję sobie rządzić po swojemu i według moich zachcianek i „widzimisię”, odrzucając Boże napomnienia i przykazania, „zabijając” Bożych wysłanników, i lekceważąc sobie nawet samego Syna Bożego.

Kiedy Jezus mówi o nieuczciwych najemnikach winnicy można to odnieść także do naszych społecznych i zawodowych relacji, do naszego życia i naszej pracy. Niestety słowa takie jak uczciwość, rzetelność, prawość, sprawiedliwość stają się coraz bardziej obce w naszej społecznej i zawodowej rzeczywistości. Można je znaleźć już tylko bardzo często w słownikach i to wyrazów obcych. Liczy się raczej chciwość, przebiegłość, pazerność, spryt, siła i efekciarstwo. Pracodawca, który jest uczciwy bardzo często jest posądzany o niezaradność i brak realizmu. Uczciwy i rzetelny pracownik to fajtłapa i niedołęga, nie umiejący dbać i walczyć o swoje. Relacje międzyludzkie stają się coraz częściej podobne do relacji w dżungli, gdzie tylko silniejszy i sprytniejszy ma szansę przeżycia. Ewangeliczni dzierżawcy winnicy nie liczą się z podpisaną przez siebie umową. Dla nich liczy się tylko szybki i spektakularny zysk. Dla niego są zdolni nawet zabić wysłanników. Niestety takie postawy w naszym życiu społecznym i zawodowym nie są rzadkością. Podpisane umowy się zrywa, słowo honoru i zawodowa uczciwość nie mają wartości, a wprost przeciwnie są wydrwione i ośmieszone.

Pracownik i jego dobro się nie liczą. Liczy się zysk i ekonomiczne prawa. Nie liczy się także bardzo często pracodawca i jego prawa. Okraść pracodawcę, sprytnie „przykombinować”, to nie grzech, to wyraz zaradności i inteligencji. Niestety zabory, dwie wojny światowe i prawie 50 lat komuny, kiedy niejednokrotnie, aby przeżyć trzeba było oszukiwać, okłamywać, być zaradnym i przebiegłym, zrobiły niemałe spustoszenia w naszej mentalności. I do dzisiaj nie umiemy się z tego wyzwolić. Ewangelia jest bardzo odległą od naszej rzeczywistości utopią, a życie jest trudne i rządzi się swoimi, twardymi prawami rynku, podaży i popytu.

Warto być może w kontekście dzisiejszej Ewangelii pomyśleć także o tym, jaki wpływ –tak naprawdę- ma Ewangelia na moje życie? Czy nie jest nadal tak, że wiarę „ubieram” w niedzielę, jak odświętne ubranie, a w życiu codziennym liczą się mnie zupełnie inne wartości i rządzą nim zupełnie inne, nie ewangeliczne normy?



Homilia alternatywna II

Nie jesteśmy właścicielami winnicy

Dzisiejsza Ewangelia zaczyna się od obrazu, który wydaje się bardzo piękny: gospodarz zakłada winnicę, otacza ją murem, wykopuje tłocznię, buduje wieżę, a potem oddaje ją rolnikom. Wszystko zostało przygotowane. Niczego nie zaniedbał. Podobny obraz znajdujemy w Księdze Izajasza: Bóg mówi o swojej winnicy i pyta z bólem: „Co jeszcze miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej?”. I właśnie tutaj dotykamy pierwszej prawdy, która nie jest wygodna, ale jest niezwykle ważna dla naszego dorosłego życia: człowiek nie zaczyna od niczego. Zanim cokolwiek zbudowaliśmy własnymi rękami, otrzymaliśmy życie, zdrowie, czas, talenty, ludzi spotkanych na drodze, możliwości, których sami sobie nie stworzyliśmy. Otrzymaliśmy również wiarę, słowo Boże, sakramenty, Kościół, możliwość powrotu po upadku. Winnica jest więc obrazem naszego życia — życia powierzonego, a nie posiadanego absolutnie. Człowiek współczesny bardzo łatwo mówi: „To jest moje życie, będę z nim robił, co chcę”. Chrystus przypomina jednak, że życie jest rzeczywiście nasze, ale nie jesteśmy jego ostatecznymi właścicielami. Jesteśmy dzierżawcami. A dzierżawca ma prawo korzystać z winnicy, lecz ma także obowiązek wydać owoc.

I może właśnie tutaj zaczyna się najbardziej poważne pytanie dzisiejszej liturgii: jaki owoc wydaje moje życie? Nie chodzi o to, ile posiadamy, ile osiągnęliśmy, ilu ludzi nas zna, jaką mamy pozycję, ile spraw udało się załatwić i jak wiele rzeczy znajduje się na naszym koncie. Bóg nie pyta przede wszystkim o rozmiar naszej winnicy, lecz o jakość jej owoców. Izajasz mówi bardzo konkretnie: Bóg oczekiwał sprawiedliwości, a zobaczył rozlew krwi; oczekiwał prawowierności, a usłyszał krzyk. Innymi słowy: można mieć pięknie urządzoną winnicę, a jednocześnie produkować cierpkie owoce. Można prowadzić porządne życie na zewnątrz, a wewnątrz nosić egoizm, pychę, nieprzebaczenie, pogardę, cynizm albo obojętność. Można nawet być człowiekiem religijnym i jednocześnie nie wydawać owoców Ewangelii. To jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ religijność bez nawrócenia daje człowiekowi złudzenie bezpieczeństwa. Można modlić się ustami, a żyć w sposób całkowicie sprzeczny z modlitwą. Można przychodzić do kościoła, a nie pozwolić Bogu wejść do własnego charakteru, do własnych relacji, do własnych decyzji, do własnych pieniędzy, ambicji i ran.

Jest w tej przypowieści jeszcze coś bardziej przejmującego. Gospodarz posyła sługi, a rolnicy ich odrzucają. Posyła kolejnych — spotyka ich to samo. W końcu mówi: „Uszanują mojego syna”. I właśnie wtedy ujawnia się cała prawda o ludzkim sercu. Problemem tych rolników nie jest brak informacji. Oni wiedzą, że gospodarz istnieje. Wiedzą, że winnica do niego należy. Wiedzą nawet, że przychodzi czas oddania plonu. Ich problem polega na tym, że chcą, aby wszystko należało do nich. Chcą korzystać z daru bez uznania Dawcy. I czyż nie jest to także dramat człowieka wszystkich epok? Nie tyle odrzucamy Boga dlatego, że Go nie znamy, ile często dlatego, że nie chcemy, aby Jego obecność cokolwiek od nas wymagała. Chcemy Jego pocieszenia, ale niekoniecznie Jego przykazań. Chcemy przebaczenia, ale nie zawsze chcemy przebaczać. Chcemy pokoju, ale nie zawsze chcemy zerwać z tym, co ten pokój niszczy. Chcemy, aby Bóg błogosławił nasze decyzje, lecz niekoniecznie pytamy, czy nasze decyzje są zgodne z Jego wolą.

Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że gospodarz nie przestaje działać nawet po kolejnych odrzuceniach. W końcu posyła syna. W świetle Ewangelii nie trzeba długo zgadywać, kim jest ten Syn. To Chrystus. Winnica staje się obrazem historii zbawienia, a posłanie Syna objawia coś niesłychanego: Bóg po odrzuceniu nie wycofuje swojej miłości. Człowiek może powiedzieć „nie”, może się buntować, może zamknąć drzwi, może przez lata żyć tak, jakby Boga nie było — a Bóg jeszcze raz wychodzi ku niemu. Chrystus przychodzi nie tylko jako nauczyciel moralności, lecz jako Syn, którego człowiek może przyjąć albo odrzucić. Dlatego centralnym pytaniem dzisiejszej Ewangelii nie jest tylko: „Czy jestem dobrym człowiekiem?”, ale pytanie znacznie głębsze: co robię z Chrystusem? Czy jest On dla mnie rzeczywiście Panem mojego życia, czy tylko elementem religijnego krajobrazu? Czy Jego słowo ma prawo mnie osądzić, skorygować, zatrzymać, zmusić do zmiany? Czy pozwalam Mu wejść tam, gdzie sam od lat nie wpuszczam nikogo?

Jezus mówi następnie o kamieniu odrzuconym przez budujących, który stał się kamieniem węgielnym. To jest logika Boga zupełnie inna od naszej. Człowiek odrzuca to, co uważa za niewygodne, słabe, niepasujące do jego planu. Bóg potrafi właśnie z tego uczynić fundament nowego początku. To jest ogromna nadzieja również dla tych, którzy patrzą dziś na własne życie i widzą w nim rzeczy zmarnowane, decyzje błędne, relacje popękane, lata przeżyte w sposób, którego nie da się już cofnąć. Winnica nie wraca do stanu z dnia poprzedniego, ale Bóg nadal może sprawić, że wyda nowy owoc. Chrześcijaństwo nie jest religią tych, którzy nigdy nie popełnili błędu. Jest drogą ludzi, którzy nauczyli się wracać do Boga. Czasem największym cudem nie jest to, że człowiek nigdy się nie przewrócił, lecz to, że po wielu latach potrafił jeszcze raz uklęknąć. Nie wolno nam więc mówić: „Już za późno”. Dopóki człowiek żyje, dopóty historia jego winnicy nie jest ostatecznie zamknięta.

I tutaj doskonale łączy się Ewangelia z Listem św. Pawła do Filipian. Apostoł mówi: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”, a następnie kieruje nas ku temu, co prawdziwe, godne, sprawiedliwe, czyste i szlachetne. To nie jest banalne wezwanie do pozytywnego myślenia. Święty Paweł nie mówi: „Nie przejmujcie się problemami”. Mówi raczej: nie pozwólcie, aby troska przejęła władzę nad waszym sercem. Można przecież mieć winnicę pełną problemów i mimo to zachować pokój. Można mieć kłopoty zdrowotne, rodzinne, finansowe, można przeżywać samotność, starość, rozczarowanie czy niepewność jutra, a jednak nie pozwolić, aby lęk stał się panem życia. Pokój Boży nie polega na tym, że wszystko układa się po naszej myśli. Pokój Boży polega na tym, że nawet wtedy, gdy nie rozumiemy wszystkiego, wiemy, komu powierzamy swoją winnicę. Człowiek zaczyna naprawdę dojrzewać wtedy, gdy przestaje rozpaczliwie próbować być właścicielem wszystkiego i uczy się być wiernym dzierżawcą tego, co otrzymał.

Dlatego dzisiejsza liturgia stawia przed nami bardzo konkretne zadanie. Nie pyta najpierw, czy jesteśmy podziwiani, skuteczni i zabezpieczeni. Pyta: czy nasze życie wydaje owoce? Czy ktoś dzięki mnie doświadczył dobra? Czy komuś łatwiej było uwierzyć, ponieważ mnie spotkał? Czy moje dzieci, współmałżonek, rodzice, sąsiedzi, współpracownicy i ludzie, których spotykam, czują przy mnie więcej pokoju czy więcej lęku? Czy po moich słowach zostaje zgoda czy rana? Czy po moich decyzjach zostaje sprawiedliwość czy krzywda? Czy moja wiara przynosi owoce miłości, czy tylko daje mi przekonanie, że mam rację? I wreszcie: czy Chrystus rzeczywiście jest kamieniem węgielnym mojego życia, czy też próbuję tak urządzić swoją winnicę, aby Jego obecność była jak najmniej wymagająca?

Pan nie żąda od nas doskonałości, ale oczekuje owocu. Nie żąda, aby każda gałąź naszego życia była idealna, lecz abyśmy nie przestali pozwalać Mu się pielęgnować, przycinać i oczyszczać. Czasem potrzebne jest Boże przycinanie, które boli: rezygnacja z pychy, pojednanie, przyznanie się do winy, zerwanie z grzechem, naprawienie wyrządzonej krzywdy, zmiana sposobu myślenia. Winnica, której nikt nie przycina, zarasta. Serce, którego człowiek nie poddaje Bogu, również zarasta. Dlatego nie bójmy się, kiedy Bóg pokazuje nam to, co wymaga zmiany. Bardziej niebezpieczne od bolesnego cięcia jest pozostawienie człowieka w przekonaniu, że wszystko jest dobrze. Prośmy więc dzisiaj nie o to, aby Bóg po prostu pobłogosławił naszą winnicę, ale o coś więcej: aby nauczył nas być jej wiernymi dzierżawcami, aby nie pozwolił nam odrzucić Syna i aby nasze życie — mimo swoich ran, ograniczeń i późnych jesieni — mogło jeszcze przynieść owoc, którego Bóg od nas oczekuje. Wtedy spełni się również obietnica świętego Pawła: „Bóg pokoju będzie z wami”. A kiedy Bóg jest z człowiekiem, nawet trudna winnica nie przestaje być miejscem nadziei.

Homilia alternatywna III

Komu naprawdę należy się moja winnica?

Bracia i Siostry! Dzisiejsze słowo Boże nie pozwala nam spokojnie przejść obok siebie. Ono nie pyta nas o kogoś innego. Ono pyta o nas. Nie o świat, który nas denerwuje, nie o Kościół, który ma swoje problemy, nie o ludzi, którzy nas zawiedli, lecz o tę winnicę, którą każdy z nas otrzymał. Izajasz mówi: „Winnicą Pana Zastępów jest dom Izraela”, a Ewangelia pokazuje tę samą winnicę raz jeszcze, ale tym razem jej obraz staje się jeszcze bardziej przejmujący. Gospodarz przygotował wszystko: okopał, oczyścił z kamieni, obsadził szlachetną winoroślą, zbudował wieżę, przygotował tłocznię. A potem oczekiwał owocu. Bóg nie stworzył człowieka jako istoty przypadkowej. Nie dał nam życia po to, abyśmy jedynie konsumowali kolejne dni. Dał nam życie jako zadanie, jako powołanie, jako przestrzeń, w której ma pojawić się dobro. Dał nam czas — i pyta, co z nim zrobiliśmy. Dał nam ludzi — i pyta, jak ich potraktowaliśmy. Dał nam sumienie — i pyta, czy go słuchaliśmy. Dał nam swoją łaskę — i pyta, czy pozwoliliśmy jej działać. Dał nam Ewangelię — i pyta, czy naprawdę nią żyliśmy. I dlatego pytanie tej niedzieli brzmi niezwykle poważnie: jaki owoc wydaje moja winnica?

Możemy bowiem przez całe życie być bardzo zajęci i prawie nigdy nie zadać sobie tego pytania. Możemy budować domy, pomnażać majątek, załatwiać sprawy, zdobywać znaczenie, zabiegać o uznanie, troszczyć się o wygodę, planować kolejne lata, a nie zauważyć, że nasza dusza powoli pustoszeje. Można mieć wiele i jednocześnie nie mieć pokoju. Można być otoczonym ludźmi i być wewnętrznie samotnym. Można wiele mówić o wartościach i jednocześnie ranić najbliższych. Można przychodzić do kościoła, modlić się, przyjmować sakramenty, a jednocześnie żyć tak, jakby Bóg nie miał żadnego prawa wejść w moje decyzje. Można znać wszystkie religijne słowa, a nie znać smaku miłości. I dlatego Izajasz wypowiada to przejmujące zdanie: Bóg oczekiwał sprawiedliwości, a zobaczył niesprawiedliwość; oczekiwał prawowierności, a usłyszał krzyk. To znaczy: Bóg patrzy nie tylko na to, co deklarujemy, ale na to, co z nas wyrasta. Nie na etykietę, lecz na owoc. Nie na pozory, lecz na prawdę.

A jednak najstraszniejsze w tej przypowieści nie jest to, że winnica nie wydała owocu. Najstraszniejsze jest to, że rolnicy zaczęli uważać cudzą własność za swoją. To tutaj znajduje się źródło buntu. Gospodarz mówi: „moja winnica”, a oni w głębi serca mówią: „nasza”. Gospodarz mówi: „oddajcie plon”, a oni odpowiadają swoim zachowaniem: „nic ci do tego”. I czyż nie jest to pokusa, która wraca w każdym pokoleniu? Człowiek chce dar zatrzymać dla siebie i jednocześnie zapomnieć o Dawcy. Mówi: „moje życie”, „moje pieniądze”, „moje decyzje”, „moja przyszłość”, „moje ciało”, „moja sprawa”, jakby samo słowo „moje” rozwiązywało problem. Tymczasem chrześcijaństwo przypomina: otrzymałeś życie, ale nie stworzyłeś siebie. Otrzymałeś czas, ale nie jesteś jego właścicielem. Otrzymałeś ludzi, ale nie są twoją własnością. Otrzymałeś świat, ale nie jesteś jego panem. Jesteś dzierżawcą. A dzierżawca pewnego dnia musi zdać rachunek.

I właśnie wtedy przypowieść staje się naprawdę dramatyczna. Gospodarz posyła sługi. Jednego biją, drugiego zabijają, trzeciego kamienują. Posyła następnych — i spotyka ich ten sam los. Jak długo można odrzucać człowieka, którego posyła Bóg? Jak długo można zagłuszać sumienie? Jak długo można mówić: „jeszcze nie teraz”? Jak długo można odkładać spowiedź, przebaczenie, pojednanie, nawrócenie? Jak długo można słyszeć Ewangelię i pozostawać dokładnie takim samym człowiekiem? Bóg jednak nie rezygnuje. I wtedy pada zdanie, które powinno nami wstrząsnąć: „W końcu posłał do nich swego syna”. W końcu! Po wszystkim! Po całym uporze człowieka Bóg posyła nie kolejne ostrzeżenie, ale Syna. To jest centrum całej Ewangelii. Bóg nie pozostaje na zewnątrz ludzkiej historii. Wchodzi w nią osobiście. Syn przychodzi do winnicy, która należy do Ojca, i zostaje odrzucony. Chcą Go wyrzucić poza winnicę i zabić. Czy można wyobrazić sobie większy paradoks? Człowiek odrzuca Tego, który przyszedł go ocalić.

I teraz dochodzimy do zdania, które jest sercem tej niedzieli: „Kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła”. Bracia i Siostry, to nie jest tylko piękny obraz. To jest pytanie skierowane prosto do naszego sumienia: co ja robię z Chrystusem? Bo Chrystusa można czcić, ale można Go też odrzucać. Można mieć Go na obrazie, a nie mieć Go w życiu. Można mówić o Nim z szacunkiem, a jednocześnie nie liczyć się z Jego słowem. Można przyjmować Komunię Świętą, a zaraz potem wrócić do starej nienawiści, starego kłamstwa, starego grzechu. Można mówić „Panie, Panie”, a jednocześnie budować życie tak, jakby Jego prawa nie istniały. Kamień węgielny albo kamień odrzucony — innej możliwości nie ma. Chrystus nie chce być ozdobą naszego życia. Nie chce być religijnym dodatkiem do gotowego projektu. On chce być fundamentem. A fundament nie służy do dekoracji. Fundament decyduje o tym, czy cały dom przetrwa.

Może więc właśnie dlatego niektóre nasze życie tak bardzo przypomina budowlę, która z zewnątrz jeszcze stoi, ale wewnątrz zaczyna pękać. Zabrakło fundamentu. Na pieniądzach nie można zbudować sensu. Na ludzkiej opinii nie można zbudować pokoju. Na zdrowiu nie można zbudować wieczności. Na sukcesie nie można zbudować zbawienia. Nawet rodzina, choć jest wielkim darem, nie może zastąpić Boga. Wszystko to jest ważne, ale nic z tego nie może stać się naszym bogiem. Kiedy człowiek bierze coś stworzonego i próbuje oprzeć na tym całe swoje życie, prędzej czy później odkrywa, że zbudował na piasku. Chrystus mówi dziś: Nie wystarczy, że coś w twoim życiu stoi. Pytanie brzmi: na czym stoi?

Dlatego święty Paweł nie daje nam taniej pociechy. Mówi: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”, a zaraz potem pokazuje drogę do pokoju: modlitwa, błaganie, dziękczynienie i kierowanie myśli ku temu, co prawdziwe, godne, sprawiedliwe, czyste i szlachetne. To bardzo ważne, bo człowiek często niszczy własną winnicę najpierw w swoim wnętrzu. Zanim pojawi się zło w działaniu, pojawia się w myśli. Zanim człowiek kogoś zrani słowem, nieraz miesiącami nosi w sobie osąd, pogardę i gniew. Zanim pojawi się zdrada, najpierw pojawia się przyzwolenie w sercu. Zanim człowiek odejdzie od Boga, najpierw przestaje o Nim myśleć. Święty Paweł wie, że trzeba strzec nie tylko rąk, ale także myśli. Nie wystarczy więc pytać: „Czy nic złego nie zrobiłem?”. Trzeba zapytać głębiej: czym karmią się moje myśli? Co noszę w sercu? Co dojrzewa we mnie każdego dnia? Bo z tego właśnie później powstanie owoc.

I może ktoś z nas słucha tej Ewangelii i myśli: „Moja winnica jest już zniszczona. Za wiele się wydarzyło. Za dużo błędów. Za dużo lat. Za dużo ran”. Ale Ewangelia nie kończy się na potępieniu winnicy. Ewangelia kończy się tajemnicą kamienia odrzuconego, który stał się fundamentem. To jest również tajemnica naszego życia. To, co wydawało się końcem, Bóg może uczynić początkiem. To, co było raną, może stać się miejscem dojrzewania. To, co było grzechem, może stać się początkiem prawdziwego nawrócenia — pod warunkiem że człowiek przestanie usprawiedliwiać zło, a zacznie je oddawać Chrystusowi. Nie możemy zmienić przeszłości. Nie możemy cofnąć wypowiedzianych słów. Nie możemy przywrócić utraconych lat. Nie możemy zawsze naprawić wszystkiego, co zostało zniszczone. Ale możemy jeszcze dziś zdecydować, kto będzie Panem naszej winnicy.

Bracia i Siostry! Nie pytajmy dzisiaj przede wszystkim, czy inni wydają dobry owoc. Nie patrzmy na cudzą winnicę. Bóg pyta o moją. Co wyrosło w moim życiu? Miłość czy egoizm? Przebaczenie czy uraza? Prawda czy wygodne kłamstwo? Wierność czy zdrada? Pokój czy nieustanna wojna? Wiara czy tylko przyzwyczajenie? Nadzieja czy rozpamiętywanie własnych klęsk? A przede wszystkim: czy pośród całego mojego życia stoi Chrystus? Nie na marginesie. Nie w kącie. Nie tylko od święta. Nie tylko w chwili choroby i lęku. W centrum. Jako kamień węgielny.

Bo nadejdzie dzień, kiedy gospodarz wróci do swojej winnicy. Nadejdzie dzień, kiedy każdy z nas stanie przed Bogiem. Wtedy nie zapytają nas, ile mieliśmy winnic. Zapytają o owoce. Nie zapytają, ilu ludzi się nas bało. Zapytają, ilu ludzi dzięki nam odnalazło dobro. Nie zapytają, jak skutecznie broniliśmy własnego „ja”. Zapytają, czy potrafiliśmy kochać. Nie zapytają, czy zawsze mieliśmy rację. Zapytają, czy potrafiliśmy stanąć w prawdzie przed Bogiem. I dlatego dzisiaj nie uciekajmy od tej Ewangelii. Pozwólmy jej osądzić nasze życie, zanim osądzi nas wieczność. Winnica jest jeszcze w naszych rękach. Czas łaski jeszcze trwa. Chrystus jeszcze mówi. Kamień, który świat może odrzucić, może stać się kamieniem węgielnym naszego życia. Trzeba tylko przestać udawać właściciela i powiedzieć Bogu: „Panie, to jest Twoja winnica. Naucz mnie nią wiernie zarządzać. Oczyść to, co we mnie chore. Przytnij to, co wydaje cierpkie owoce. I spraw, abym u kresu życia nie przyszedł do Ciebie z pustymi rękami”. Wtedy nawet pośród trudów, lęków, przemijania i niepewności usłyszymy spełniające się słowa świętego Pawła: „Bóg pokoju będzie z wami”. A człowiek, który ma Boga w sercu, nie musi bać się ani życia, ani przemijania, ani nawet ostatniej godziny, ponieważ wie, że winnica, którą powierzył mu Bóg, zmierza ku żniwu wieczności.

Homilia alternatywna IV

Poniżej homilia utrzymana w tonie bardziej retorycznym i pogłębionym, z mocnym akcentem na odpowiedzialność człowieka za owoce otrzymanych darów.

Dzisiejsza liturgia słowa mówi o winnicy. Obraz winnicy może nam się wydawać odległy, niemal egzotyczny, bo nie wszyscy znamy trud pracy człowieka, który od wczesnej wiosny aż po jesienne zbiory troszczy się o krzewy, przycina je, oczyszcza, zabezpiecza i czeka na owoc. A jednak pod tym prostym obrazem kryje się bardzo poważna prawda o naszym życiu. Prorok Izajasz mówi: „Miał winnicę na żyznym pagórku. Okopał ją i oczyścił z kamieni, zasadził w niej szlachetną winorośl, zbudował wieżę i wykuł tłocznię”. Trudno wyobrazić sobie większą troskę. Gospodarz zrobił wszystko, co było potrzebne. Niczego nie zaniedbał. Przygotował ziemię, usunął kamienie, zasadził to, co najlepsze, zabezpieczył winnicę i stworzył warunki, aby mogła przynosić dobre owoce. A jednak zamiast słodkich winogron pojawiły się cierpkie jagody. W tym miejscu zaczyna się dramat człowieka, bo Bóg nie mówi: „Nie dałem ci niczego”. Przeciwnie. Najpierw pokazuje wszystko, co dał. Życie. Czas. Ludzi, których postawił na naszej drodze. Możliwość kochania. Sumienie. Rozum. Wiarę. Sakramenty. Słowo Boże. Przebaczenie. Możliwość rozpoczęcia od nowa. Tyle razy może nawet nie zauważamy, ile dobra zostało przygotowane wokół nas. Żyjemy tak, jakby wszystko nam się należało, a tymczasem Ewangelia przypomina, że człowiek jest nie właścicielem, lecz dzierżawcą. To jedno słowo może bardzo zmienić sposób patrzenia na całe życie. Dzierżawca korzysta z winnicy, ale winnica do niego nie należy. Otrzymuje ją po to, aby przyniosła owoc. A więc pytanie Boga nie brzmi przede wszystkim: „Ile miałeś?”, lecz: „Co zrobiłeś z tym, co ci powierzyłem?”

I właśnie tutaj przypowieść Chrystusa staje się niepokojąco współczesna. Rolnicy z Ewangelii nie odrzucają winnicy. Przeciwnie – bardzo chętnie z niej korzystają. Chcą korzystać z plonów, chcą mieć bezpieczeństwo, dochód, własną korzyść. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy przychodzą wysłannicy gospodarza i przypominają im, że winnica nie jest ich własnością. Człowiek bardzo łatwo przyjmuje od Boga dary, a jednocześnie nie chce przyjąć prawa Dawcy do własnego życia. Chcemy życia, ale nie zawsze chcemy jego sensu. Chcemy wolności, ale czasem chcemy wolności od odpowiedzialności. Chcemy błogosławieństwa, ale nie zawsze chcemy posłuszeństwa. Chcemy, aby Bóg był obecny wtedy, gdy cierpimy, chorujemy, boimy się i czegoś potrzebujemy, ale niekoniecznie wtedy, gdy trzeba podjąć decyzję, przebaczyć, zrezygnować z egoizmu, naprawić krzywdę czy uznać, że nie wszystko wolno tylko dlatego, że człowiek potrafi to zrobić. Człowiek chciałby czasami mieć Boga jako źródło pomocy, ale bez Boga jako Pana. Tymczasem Ewangelia mówi jasno: winnica jest powierzona, a nie sprywatyzowana. Życie nie jest moją absolutną własnością. Drugi człowiek nie jest moją własnością. Moje dzieci nie są moją własnością. Moja rodzina, moje stanowisko, pieniądze, zdrowie, czas, zdolności, nawet moje przekonania – wszystko to jest darem powierzonym mi na pewien czas. I kiedy przychodzi dzień rozliczenia, nie będzie najważniejsze to, jak wielką miałem winnicę, lecz to, jaki owoc z niej wyrósł.

Najbardziej przejmujące w tej Ewangelii jest jednak to, że gospodarz nie reaguje natychmiast przemocą. Posyła kolejnych sług. Jednego po drugim. A kiedy ich odrzucają, nie rezygnuje. Wreszcie posyła własnego syna. To jest logika Boga, której człowiek często nie rozumie. Bóg daje kolejną szansę nawet wtedy, gdy poprzednia została zmarnowana. Człowiek mówi: „Dość”. Bóg mówi: „Spróbuj jeszcze raz”. Człowiek mówi: „Ten człowiek nigdy się nie zmieni”. Bóg potrafi odpowiedzieć: „Jeszcze nie skończyłem z jego sercem”. Człowiek widzi przeszłość i wydaje wyrok. Bóg widzi możliwość nawrócenia. Ale właśnie dlatego odrzucenie Syna jest tak dramatyczne. Nie jest już tylko pomyłką. Jest decyzją: „Chcemy winnicy, ale nie chcemy właściciela”. I tutaj dotykamy centrum Ewangelii. Synem gospodarza jest Chrystus. Zostaje wyrzucony „z winnicy” i zabity. To zapowiedź krzyża. Chrystus przychodzi do świata, który chce darów Boga, ale nie chce Boga. Przychodzi do człowieka, który chciałby urządzić świat po swojemu i najlepiej ustanowić siebie jego właścicielem. A jednak Bóg nie cofa się przed odrzuceniem. Syn wchodzi w samo centrum ludzkiego buntu. I właśnie tam, gdzie człowiek odrzuca Boga, Bóg rozpoczyna dzieło zbawienia.

Dlatego słowa Chrystusa o kamieniu odrzuconym przez budujących są czymś więcej niż komentarzem do przypowieści. Są objawieniem tajemnicy całego chrześcijaństwa: „Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła”. To, co człowiek uznał za niepotrzebne, Bóg uczynił fundamentem. Krzyż, który wyglądał jak klęska, stał się miejscem zwycięstwa. Odrzucony Chrystus stał się fundamentem Kościoła. I tutaj Ewangelia stawia nam bardzo osobiste pytanie: co z Chrystusem zrobiliśmy w naszej własnej winnicy? Nie pytam, czy mamy krzyż na ścianie, obraz w domu czy wpisaną religię w metryce. Pytanie jest głębsze: czy Chrystus rzeczywiście jest kamieniem węgielnym mojego życia? Czy kiedy podejmuję ważne decyzje, pytam nie tylko: „Czy mi się to opłaca?”, ale również: „Czy jest to dobre i prawdziwe?”. Czy w moim małżeństwie, rodzinie, pracy, relacjach z ludźmi Chrystus jest fundamentem, czy tylko dodatkiem? Można przecież być bardzo religijnym na zewnątrz, a wewnątrz urządzić sobie życie tak, jakby Boga nie było. Można mieć wiele praktyk religijnych i jednocześnie nie wydawać owocu sprawiedliwości, miłości i prawdy. Można przychodzić do świątyni, a nie pozwolić Bogu wejść do własnego sumienia.

Prorok Izajasz mówi, czego Bóg oczekiwał od swojej winnicy: „Oczekiwał sprawiedliwości, a oto rozlew krwi, i prawowierności, a oto krzyk grozy”. To niezwykle ważne, bo owocem winnicy nie są religijne deklaracje, lecz konkretne życie. Bóg nie pyta jedynie, ile razy człowiek wypowiedział słowa modlitwy. Pyta także, czy potrafił być uczciwy, kiedy uczciwość kosztowała. Czy potrafił przebaczyć, kiedy bolało. Czy stanął po stronie słabszego, kiedy łatwiej było milczeć. Czy nie skrzywdził drugiego człowieka swoim językiem. Czy nie budował własnego bezpieczeństwa na czyjejś krzywdzie. Czy nie wykorzystywał swojej przewagi. Czy nie udawał dobrego człowieka tam, gdzie należało najpierw naprawić wyrządzone zło. Chrześcijaństwo nie jest konkursem na najbardziej religijny wizerunek człowieka. Jest drogą przynoszenia owocu. I dlatego czasami najbardziej religijnym człowiekiem w naszym otoczeniu może być nie ten, który najwięcej mówi o Bogu, lecz ten, który po prostu nie krzywdzi, umie przeprosić, umie przebaczyć, zachowuje uczciwość, dotrzymuje słowa i pozostaje wierny wtedy, gdy nikt go nie obserwuje.

A jednak w drugiej części dzisiejszych czytań pojawia się ton zupełnie inny. Święty Paweł mówi: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”. Czy nie brzmi to dziwnie wobec dramatu winnicy? Człowiek żyje przecież w świecie pełnym problemów, napięć, chorób, rozczarowań i niepewności. Paweł nie proponuje jednak beztroski ani ucieczki od rzeczywistości. Mówi: „w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem”. To znaczy: nie noś całego świata tak, jakby wszystko zależało tylko od ciebie. Możesz być odpowiedzialny, nie będąc wszechmocnym. Możesz troszczyć się, nie żyjąc w ciągłym lęku. Możesz walczyć ze złem, nie pozwalając, aby zło zamieszkało w twoim sercu. Człowiek, który wie, że winnica należy do Boga, nie musi żyć w rozpaczliwej potrzebie kontrolowania wszystkiego. Nie jest właścicielem całego świata. Jest jego odpowiedzialnym dzierżawcą. I właśnie dlatego może powierzyć Bogu to, czego sam nie potrafi unieść. „A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie”. Zauważmy: Paweł nie obiecuje, że znikną problemy. Obiecuje coś głębszego – że problemy nie muszą zniszczyć wnętrza człowieka.

W końcu zostaje więc jedno pytanie: jak wygląda moja winnica? Nie winnica sąsiada. Nie Kościół widziany z daleka. Nie rodzina kogoś innego. Moja. Co Bóg we mnie zasiał? Ile dobra otrzymałem? Ilu ludzi postawił na mojej drodze? Ile razy przemawiał przez Pismo Święte, przez sumienie, przez drugiego człowieka, przez wydarzenia, których nie chciałem, a które mogły mnie czegoś nauczyć? I co z tego wszystkiego wyrosło? Słodycz czy cierpkie jagody? Pokój czy ciągła wojna? Wdzięczność czy roszczenie? Miłosierdzie czy pamiętliwość? Prawda czy wygodne usprawiedliwienia? Wiara czy tylko religijny zwyczaj? To jest rachunek, przed którym wcześniej czy później stanie każdy z nas. I może najtrudniejsza prawda dzisiejszej Ewangelii polega na tym, że można zmarnować bardzo dobrą winnicę. Można otrzymać wiele i wydać mało. Można mieć całe życie obsadzone możliwościami, a na końcu pozostać duchowo jałowym.

Ale ta Ewangelia nie kończy się rozpaczą. Kamień odrzucony stał się kamieniem węgielnym. A skoro Chrystus zmartwychwstał, żadna historia nie musi zakończyć się tak, jak wygląda dzisiaj. Dopóki człowiek żyje, dopóty może jeszcze oczyścić winnicę, wyciąć to, co chore, usunąć kamienie, przyjąć Słowo i pozwolić Bogu rozpocząć pracę od nowa. Być może ktoś przychodzi dziś do Boga ze świadomością wielu zmarnowanych lat. Być może ktoś patrzy na własne życie i widzi więcej cierpkich jagód niż dobrych owoców. Nie trzeba wtedy udawać, że było inaczej. Trzeba oddać Bogu prawdę. Bo właściciel winnicy nie przestaje być gospodarzem tylko dlatego, że winnica została zaniedbana. Dlatego dzisiejsze słowo nie pyta nas wyłącznie o przeszłość. Pyta o teraźniejszość. Co zrobisz z winnicą, która jeszcze jest ci powierzona? Co uczynisz z człowiekiem, którego jeszcze możesz kochać? Co z przebaczeniem, którego jeszcze możesz udzielić? Co z prawdą, którą jeszcze możesz wypowiedzieć? Co z dobrem, które jeszcze możesz zrobić? Być może właśnie dziś Chrystus nie żąda od ciebie rzeczy wielkich. Być może żąda jednego dobrego owocu. Jednej uczciwej decyzji. Jednego przebaczenia. Jednego zerwania ze złem. Jednego powrotu do modlitwy. Jednego kroku ku człowiekowi, którego od dawna unikasz. Winnica nadal istnieje. Gospodarz nadal czeka. I może właśnie na tym polega największa nadzieja dzisiejszej Ewangelii: Bóg nie pyta jeszcze, dlaczego wczoraj nie było owocu. Bóg pyta, jaki owoc wydasz dzisiaj.

Homilia alternatywna V

Bóg zaryzykował wszystko. Oczyszczał glebę, dźwigał kamienie, budował wieżę, sadził najlepszą winorośl. Kiedy czytamy Proroka Izajasza i Ewangelię, łatwo przeoczyć najważniejsze: to nie jest opowieść o chłodnym inwestorze, który skrupulatnie liczy zyski. To pieśń o szalonej miłości. Bóg zainwestował w nas całe swoje serce.

A potem oddał winnicę w dzierżawę i wyjechał. I w tym miejscu zaczyna się nasz dramat.

W pewnym momencie rolnicy uwierzyli w kłamstwo. Pomyśleli, że skoro tu mieszkają, pracują i zbierają owoce, to cała ziemia należy do nich. Ulegli złudzeniu posiadania. Sługi właściciela pobili i ukamienowali, a jego Syna wyrzucili za mur i zabili.

Dlaczego? Bo chcieli być panami. Chcieli dziedzictwa, ale bez Ojca.

C.S. Lewis w Listach starego diabła do młodego odsłonił ten mechanizm z niezwykłą precyzją. Stary diabeł Krętacz poucza w nich swojego siostrzeńca, że jednym z najskuteczniejszych oszustw Piekła jest wmawianie człowiekowi poczucia własności. Diabły uczą nas mówić z dumą: „mój czas”, „moje ciało”, „moje życie”. Lewis zauważa w tym tragiczną ironię: rościmy sobie prawo do czasu, którego nie potrafimy stworzyć ani zatrzymać choćby na sekundę. Mówimy „moje”, chociaż wszystko bez wyjątku otrzymaliśmy w dzierżawę.

Gdy zaczynasz myśleć, że twoje życie, twoja rodzina, twoje zdrowie czy twój czas są wyłącznie twoją własnością, wchodzisz dokładnie w buty rolników z dzisiejszej Ewangelii. Każde wymaganie Boga zaczynasz traktować jak zamach na swoją wolność. Każde słowo upomnienia – płynące z Pisma, z sumienia czy od drugiego człowieka – odbierasz jak atak intruza, którego trzeba zniszczyć lub uciszyć.

I co wtedy rodzi taka winnica?

Izajasz odpowiada krótko: cierpkie, dzikie jagody. Zamiast sprawiedliwości – krzywda. Zamiast pokoju – ciągła walka.

Kiedy próbujemy brać wszystko w posiadanie, nasza dusza karłowacieje. Stajemy się spięci, podejrzliwi i agresywni. Bierzemy na siebie ciężar, do którego nie zostaliśmy stworzeni – ciężar bycia absolutnym właścicielem świata.

I właśnie tutaj uderza słowo świętego Pawła z drugiego czytania: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”.

Zwróćmy uwagę na ten głęboki związek. Nasz paraliżujący lęk, nerwowość i wieczne zamartwianie się nie biorą się znikąd. Wyrastają z pychy posiadania. Kiedy wmawiasz sobie, że sam musisz ze wszystkim sobie poradzić i nad wszystkim panować, lęk staje się twoim cieniem. Pokój Boży pojawia się dopiero wtedy, gdy oddajesz klucze do winnicy Prawdziwemu Właścicielowi. Gdy potrafisz powiedzieć w modlitwie: „Boże, to jest Twoje. Moje małżeństwo, moje dzieci, moja praca, mój czas. Ja jestem tylko dzierżawcą. Ty tu jesteś Panem”.

Paweł wzywa nas, byśmy karmili umysł tym, co prawdziwe, czyste, miłe i godne. To higiena serca kogoś, kto żyje we wdzięczności, a nie w ciągłej obronie swojego terytorium.

Jezus przypomina na koniec o kamieniu, który odrzucili budujący, a który stał się głowicą węgła. Tym odrzuconym kamieniem jest On sam. Możemy wyrzucić Boga za mur własnego życia, żeby udawać niepodległość. Ale bez Niego cała nasza budowla się zawali.

Pytanie, z którym dzisiaj wychodzimy, jest bardzo konkretne: jakie owoce rodzi moja winnica? Słodkie winogrona zaufania, wdzięczności i miłości czy cierpkie jagody kontroli, pretensji i lęku?

Przestańmy grać rolę właścicieli. Bóg jest znacznie lepszym Gospodarzem naszego życia niż my sami.

poniedziałek, 21 września 2026

XXVI Niedziela w ciągu roku - A

 


Ez 18:25-28

Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – mówi Pan - a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył? Wy mówicie: Sposób postępowania Pana nie jest słuszny. Słuchaj jednakże, domu Izraela: Czy mój sposób postępowania jest niesłuszny, czy raczej wasze postępowanie jest przewrotne? Jeśli sprawiedliwy odstąpił od sprawiedliwości, dopuszczał się grzechu i umarł, to umarł z powodu grzechów, które popełnił. A jeśli bezbożny odstąpił od bezbożności, której się oddawał, i postępuje według prawa i sprawiedliwości, to zachowa duszę swoją przy życiu. Zastanowił się i odstąpił od wszystkich swoich grzechów, które popełniał, i dlatego na pewno żyć będzie, a nie umrze.

Flp 2:1-11

Jeśli więc jest jakieś napomnienie w Chrystusie, jeśli - jakaś moc przekonująca Miłości, jeśli jakiś udział w Duchu, jeśli jakieś serdeczne współczucie - dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego, a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich! To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM - ku chwale Boga Ojca.

Mt 21:28-32

Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć.


Grzesznicy i cudzołożnice wejdą przed wami do Królestwa Bożego

Jakby na to nie patrzeć, zdanie powyższe jest zdecydowanie szokujące, tak jak i cała dzisiejsza Ewangelia. Powiedzieć do kapłanów i starszych, do przełożonych i ludzi ogólnie szanowanych, że prostytutki i pogardzani poborcy podatkowi będą pierwsi w Królestwie Bożym, to tak, jakby powiedzieć dzisiaj te same słowa do księży, biskupów, a może nawet kilku kardynałów ...  Szokujące i obraźliwe!! Toż jest to zamach na  Kościół i szarganie świętości!

Ale gdyby Tobie Chrystus powiedział: "Ludzie którymi pogardzasz i których ty uważasz za grzeszników, wejdą przed tobą do Królestwa Bożego ...", to i czy Ty nie czułbyś się upokorzony i zagrożony w Twojej sprawiedliwości i rzekomej prawości? Nie zapominaj jednak, że Chrystus powiedział też: "Nie ci, którzy mi mówią Panie, Panie, wejdą do Królestwa, ale ci, którzy pełnią wolę Ojca..." Nie wystarczy więc nawet regularne chodzenie do kościoła i codzienne pacierze, nie wystarczy spełnianie wszystkich przepisów prawa i twoja własna doskonałość ... jeśli za tym nie idą czyny miłosierdzia i konkretne działania wobec bliźniego.

Święty Augustyn - bardzo zaskakujące są jego spostrzeżenia i uwagi - powiedział:
Pan Bóg przegotowuje  dla każdego z nas trzy wielkie niespodzianki w życiu przyszłym:
pierwsza to ta, że spotkamy tam tych, którzy według nas, być tam nie powinni - np. grzesznicy i cudzołożnicy, twój sąsiad, czy krewny, którym pogardzasz – spotkasz ich w niebie,
druga, to ta, że nie spotkamy tam tych, którzy według nas, tam być powinni - np. ci wssycy pozornie uczciwi i dobrzy na pokaz w piekle,
i trzecia, największa.... że sami się tam znaleźliśmy... np........

Nie bądź pewny swojej świętości, ani też nie osądzaj innych,
abyś przypadkiem nie był zaskoczony tą trzecią niespodzianką w wieczności ...


Homilia alternatywna I

Nawrócenie, a z czego i po co?

Słowa dzisiejszego pierwszego czytania są bardzo pocieszające. Bogu nie zależy na potępieniu, na karaniu, na zemście, na udowadnianiu swoich racji. Ustami proroka Ezechiela przypomina: „Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – mówi Pan - a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył?”

Problem jest jednak w tym że my sami nie wierzymy Bogu, nie ufamy Mu. Dla wielu z nas Bóg nie jest Miłosiernym Ojcem, ale surowym i mściwym sędzią, który jedynie czyha na nasze pomyłki i potyczki, aby nas od razu srogo ukarać. Taka postawa, rodzi oczywiście bunt i odrzucenie Boga i Jego przykazań, które -w tej perspektywie- stają się nieznośnym ograniczeniem naszej wolności. W takiej sytuacji znajduje się wielu letnich katolików „z metryki”, którzy odrzucają jakiekolwiek normy moralne, bo Miłosierny Bóg kojarzy im się z dobrotliwym staruszkiem, który powinien raczej -z uśmiechem wyrozumiałości- pozwalać nam na spełnianie naszych najbardziej wymyślnych kaprysów i zachcianek. Dla takich ludzi słowo „nawrócenie” jest co najmniej niezrozumiałe, bo Bóg dał nam przecież wolność i powinien tę swoją decyzję szanować pozwalając nam na całkowitą i anarchiczną realizację danej nam wolności. Przy takim rozumieniu wolności i Boga, nie ma oczywiście mowy ani o grzechu -bo nic nie jest grzechem, skoro Bóg dał mi wolność- ani  o nawróceniu, bo z czego miałby się nawracać, skoro wolność moja daje mi nieograniczone możliwości realizacji samego siebie.

Gdzieś na internecie znalazłem porażający manifesty liberałów szeroko szermujących fałszywym pojęciem „tolerancji”. Oto kilka jego punktów:

mogę robić co mi się podoba i nikt ma najmniejszego prawa zwrócić mi uwagi, jakakolwiek próba zwrócenia mi uwagi czy korekcji mojego postępowania jest nieuprawnioną ingerencja w moją prywatność i zamachem na moją wolność. Ja przecież nic złego nie robię,

Bóg stworzył mnie wolnym i nie ma prawa ograniczać mnie jakimikolwiek przykazaniami, nakazami lub zakazami, czy normami moralnymi, jakiekolwiek przykazania są co najwyżej pobożnymi życzeniami, które mogę -ale absolutnie nie muszę zachowywać,

pojęcie grzechu, winy dobra i zła, jest bezsensowne skoro to ja i tylko ja decyduję o tym co jest dobre a co złe, to co zazwyczaj nazywamy grzechem to ewentualnie jakieś drobne pomyłki wynikające z zaistniałej sytuacji i zbiegu okoliczności nie podlegające przecież żadnemu osądowi moralnemu,

idiotyzmem i nieporozumieniem jest nawoływanie do nawrócenia, zmiany życia, korekcji i poprawy skoro Bóg stworzywszy mnie wolnym, kocha mnie takim jaki jestem. To nie ja mam się nawracać i zmieniać cokolwiek w moim życiu, to inni mają obowiązek zaakceptować mnie takim jakim jestem zgodnie ze wspaniałą i niezastąpioną zasadą tolerancji.

Iluż ludzi, a szczególnie młodych zbuntowanych katolików utożsamia się z tymi słowami?

Taka butna i zarozumiała filozofia życiowa nie będzie nigdy w stanie zrozumieć słów Miłosiernego Boga z dzisiejszego pierwszego czytania, ani tym bardziej słów Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii. Nie może się bowiem nawrócić i doznać Miłosierdzia Bożego ktoś, kto uparcie twierdzi, że nie ma grzechów. Jak takim ludziom głosić Dobrą Nowinę o zbawieniu, skoro oni nie tego oczekują, ale anarchii?


Homilia alternatywna II

„Dzisiaj w winnicy”
Kiedy słuchamy dzisiejszej Ewangelii, odpowiedź nasuwa się sama: wolę Ojca spełnił drugi syn. Ten, który najpierw powiedział „nie chcę”, a potem się opamiętał. Jezus jednak nie opowiada tej przypowieści po to, byśmy poprawnie rozwiązali test. Opowiada ją nam, dorosłym, ludziom religii, ludziom, którzy przyszli na Mszę i znają właściwą odpowiedź. I właśnie dlatego ta przypowieść jest wyrokiem, a zarazem szansą.

Bo łatwo potępić pierwszego syna. „Idę, panie” – a potem nie poszedł. Kto z nas tak nie mówi? „Panie, będę lepszy”, „Panie, zmienię się”, „Panie, przebaczę”, „Panie, poświęcę więcej czasu”. A potem winnica zostaje nietknięta. Nie dlatego, że Bóg wymaga rzeczy nadzwyczajnych. Dlatego, że nasze „idę” nie stało się ciałem. Pobożność bez nawrócenia jest jak piękny list, którego nigdy nie wysłano.

Drugi syn jest inny. Mówi „nie chcę”. To boli. To szczere, może nawet bezczelne. Ale potem „opamiętał się”. W języku Biblii to więcej niż żal. To zawrócenie. To zmiana kierunku. Metanoia. Człowiek widzi, że szedł w stronę śmierci, i odwraca się ku życiu. Jezus mówi, że celnicy i nierządnice wyprzedzają nas w królestwie niebieskim nie dlatego, że ich grzech był dobry, ale dlatego, że uwierzyli i się nawrócili. Ich prawda o sobie stała się bramą do Miłosierdzia.

Pierwsze czytanie dotyka tego samego korzenia. Izrael mówi: „Sposób postępowania Pana nie jest słuszny”. Bóg odpowiada: „Czy mój sposób postępowania jest niesłuszny, czy raczej wasze postępowanie jest przewrotne?”. My też mamy w sobie taki cichy trybunał, w którym osądzamy Boga. Kiedy ktoś, kto nas skrzywdził, dostaje przebaczenie, czujemy się niesprawiedliwie. Kiedy grzesznik wraca i Bóg go przyjmuje, myślimy: „A co z jego ofiarami? A co z przeszłością?”. Bóg wtedy pyta: czy ty naprawdę chcesz mojej sprawiedliwości, czy tylko mojej kary dla innych? Bo moja sprawiedliwość nie jest archiwum krzywd. Jest ogniem, który oczyszcza, ale nie gasi człowieka. Bóg mówi: „Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego? Nie, raczej na tym, by się nawrócił i żył”. Bóg nie jest księgowym, który szuka długu. Jest Ojcem, który szuka syna.

A jednak to nie znaczy, że wszystko jedno, jak żyjemy. Właśnie dlatego drugie czytanie jest tak ważne. Paweł nie mówi: bądźcie mili i pobłażliwi. Mówi: „To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie”. Chrystus, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi. To jest Ewangelia w Ewangelii. Prawdziwe nawrócenie nie polega tylko na tym, że przestajemy robić złe rzeczy. Polega na tym, że zaczynamy myśleć jak Chrystus: nie „co ja z tego będę miał?”, ale „komu mogę się oddać?”. Nie „jak mnie widzą?”, ale „jak służyć?”. Nie „jak zachować twarz?”, ale „jak umyć czyjeś stopy?”.

Winnica Ojca to nie tylko kościół, zakrystia, parafialne inicjatywy. Winnica to twój dom, twoje małżeństwo, twoja praca, twoja samotność, twoje relacje z tymi, którzy są trudni. To miejsce, gdzie twoje „idę” ma stać się konkretem: dzisiaj. Nie jutro. Nie, gdy będę miał siłę. Nie, gdy inni się zmienią. Dzisiaj. Może to jedno słowo przebaczenia. Może to jedna godzina rozmowy z dzieckiem. Może to wierność w rzeczach ukrytych. Może to rezygnacja z ostatniego słowa, które rani. Może to powrót do spowiedzi, do której odkładasz od lat.
Jest jednak jeszcze jedna postać w tej przypowieści. Nie pierwszy syn, nie drugi, ale Ojciec. Ojciec, który posyła. Ojciec, który nie przestaje zapraszać. Ojciec, który czeka na „później” drugiego syna. I jest w tej przypowieści ktoś jeszcze: Syn, który powiedział „Idę” i naprawdę poszedł – aż na krzyż. Jezus Chrystus. To On jest prawdziwym Synem, który nie tylko wypowiedział wolę Ojca, ale ją wypełnił. Jego posłuszeństwo nie było słowem, ale Ciałem wydanym i Krwią wylaną. Dlatego nasze nawrócenie nie jest naszym wielkim wysiłkiem. Jest uczestnictwem w Jego „Idę”. On wchodzi w naszą winnicę, w nasze jałowe ziemie, i mówi: „Nie ty mnie zbawiasz. Ja ciebie zbawiam. Ale chodź ze Mną”.

Za chwilę przy ołtarzu usłyszymy: „To jest Ciało moje”. To nie jest metafora. To jest kenosis. Bóg, który się ogołaca, aby nas napełnić. Kiedy odpowiemy „Amen”, nie odpowiadamy tylko ustami. Odpowiadamy życiem. Amen znaczy: „Tak, Panie, wierzę. I idę”. Idę dzisiaj. Może nie umiem jeszcze powiedzieć „chcę”. Może mówię „nie chcę”. Ale przychodzę. A Bóg potrafi z „nie chcę” zrobić „idę”. Potrafi z późnego nawrócenia zrobić świętość. Potrafi z celnika zrobić apostoła.

Nie bójmy się więc prawdy o sobie. Nie bójmy się Boga, który jest sprawiedliwszy niż nasze lęki. Nie zamykajmy Go w naszym ciasnym pojęciu sprawiedliwości. Prośmy o jedno: aby nasze „Panie, Panie” stało się chodzeniem do winnicy. A gdy upadniemy, abyśmy się opamiętali. Dzisiaj. Bo Bóg nie czeka na naszą śmierć. Czeka na nasze życie.


Homilia alternatywna III

Ci, którzy wchodzą przed nami

I. Zarzut wierzących
Zdanie, które Ezechiel powtarza jak zarzut odczytany na sali sądowej — „sposób postępowania Pana nie jest słuszny" — nie padło z ust pogan. Wypowiedzieli je ludzie wierzący. Wygnańcy w Babilonie, ci, którzy stracili świątynię, a nie przestali się modlić. Hebrajski czasownik, którego tu użyto, pochodzi ze słownika kupców i budowniczych: znaczy mniej więcej tyle, co „odmierzyć", „zważyć", „wypoziomować". Izrael mówi Bogu: Twoja waga jest nierówna. Masz fałszywe odważniki.

O co właściwie mają do Niego pretensję? Nie o to, że karze. O to, że pozwala człowiekowi zacząć od początku. Że łotr, który się opamięta, będzie żył, a sprawiedliwy, który się złamie, nie ma odłożonego kapitału, z którego mógłby jeszcze przez chwilę żyć. Bóg odmawia prowadzenia księgi rachunkowej. I to jest cały zarzut: Panie Boże, Ty nie liczysz.

Warto usłyszeć, jak bardzo to boli, zanim zbyt szybko przyznamy Bogu rację. Jeśli Bóg nie prowadzi rachunków, to nikt nie jest u Niego zabezpieczony — ani grzesznik skazany raz na zawsze, ani pobożny ubezpieczony raz na zawsze. Nasza przeszłość, ta zła i ta dobra, przestaje być własnością, którą można gdzieś zdeponować. Zostaje tylko dzisiaj. Człowiek, który przez trzydzieści lat chodził prosto, jutro rano znowu musi wybrać. Człowiek, który przez trzydzieści lat brnął w błocie, jutro rano też może wybrać. To jest ta sama wolność, widziana z dwóch stron, i dlatego ten sam tekst brzmi jak groźba albo jak amnestia, zależnie od tego, gdzie akurat stoimy.

II. Sędziowie we własnej sprawie
Jezus opowiada dzisiejszą przypowieść w świątyni, kilka minut po tym, jak arcykapłani i starsi odmówili odpowiedzi na Jego pytanie o chrzest Jana. Powiedzieli: „nie wiemy". Nie było to wyznanie niewiedzy, tylko decyzja, żeby się nie wychylić. Wtedy Jezus pyta o coś innego, pozornie niewinnego: „Co myślicie?" — i opowiada o dwóch synach.

I oni odpowiadają. Odpowiadają bezbłędnie. „Ten drugi." Mają nienaganny zmysł sprawiedliwości. Rozpoznają fałsz w jednej chwili, potrafią nazwać po imieniu pustą deklarację i docenić spóźnione posłuszeństwo. Tak jak Dawid, który wysłuchał opowieści Natana o jedynej owieczce ubogiego i wydał wyrok natychmiast, w gniewie, celnie i sprawiedliwie — na siebie samego.

To jest pierwsza rzecz, której ta Ewangelia od nas chce: żebyśmy zauważyli, jak sprawnie działa nasze sumienie, dopóki sprawa dotyczy kogoś innego. Umiemy ocenić parafię obok, poprzednie pokolenie, tego z drugiej strony ławki. Nasz zmysł moralny nie jest uszkodzony. On jest tylko skierowany na zewnątrz, jak reflektor zamontowany na czole — oświetla wszystko poza tym, kto go nosi.

III. „Idę, panie!"
Zauważmy, że ojciec nie wydaje rozkazu. Mówi: „Dziecko". Nie „sługo", nie „robotniku". To nie jest werbunek, tylko zaproszenie do rodzinnego interesu — winnica należy przecież i do syna.

Pierwszy syn mówi: „Idę, panie!" I nie idzie.
Najłatwiej uznać go za kłamcę. Ale być może wcale nie kłamał. Być może powiedział to szczerze, z ciepłem, z pewnym wzruszeniem nawet, i dopiero potem dzień potoczył się swoim torem. Być może — i to jest wersja najbardziej niepokojąca — to „idę" było dla niego wystarczająco satysfakcjonujące, żeby przestało być potrzebne pójście. Powiedział i poczuł się dobrze. A dobre samopoczucie jest dziwnym substytutem: zaspokaja dokładnie ten głód, który miało obudzić.

Tu jest pytanie dla ludzi religijnych, czyli dla nas, bo to my jesteśmy specjalistami od obrzędu zgody. Mamy „amen", mamy „wierzę", mamy „chcę" wypowiedziane przy ołtarzu i przy chrzcielnicy. Mamy całą gramatykę mówienia „tak" Bogu i wykonujemy ją naprawdę pięknie. Niebezpieczeństwo polega na tym, że można przyjąć małą dawkę Boga i uodpornić się na Niego. Że słowo powiedziane w kościele zaczyna zastępować to, do czego miało nas popchnąć. Pierwszy syn nie jest cynikiem. Pierwszy syn jest człowiekiem, któremu wystarczyła rozmowa z ojcem.

IV. „Nie chcę"
Drugi syn nie jest wcale sympatyczniejszy. Odpowiada ojcu w twarz, chamsko, publicznie: „Nie chcę". Jezus go nie upiększa i nie robi z niego bohatera szczerości. Po prostu mówi, że później „opamiętał się".

Greckie słowo, którego używa tu Mateusz, nie jest tym wielkim słowem oznaczającym nawrócenie. To słowo o zmianie uczucia, o żalu, o wracaniu myślami. Ten sam Ewangelista użyje go jeszcze raz — o Judaszu, który rzucił trzydzieści srebrników. I to jest ostrzeżenie wpisane w samo słownictwo: sam żal nie zbawia. Judasz żałował. Różnica między nim a drugim synem nie polega na tym, kto bardziej cierpiał, ale na tym, dokąd ten żal zaprowadził nogi. Jeden poszedł do winnicy. Drugi nie poszedł już nigdzie.

Ezechiel opisuje to samo jednym krótkim zdaniem: „Zastanowił się i odstąpił". Najpierw zobaczył. Nawrócenie nie zaczyna się od wysiłku, tylko od spojrzenia, a właściwie od przestania uciekania przed spojrzeniem. Ten człowiek nie stał się kimś innym. On wrócił do siebie. Bo grzech nie jest byciem sobą, tylko przebywaniem poza sobą — dlatego syn marnotrawny u Łukasza „wszedł w siebie", zanim wstał i poszedł.

I tutaj widać całe nieszczęście pierwszego syna. On nigdy nie musiał wracać do siebie, bo nie zauważył, że gdzieś wyszedł.

V. „Przed wami"
A potem pada zdanie, które w tej Ewangelii jest ostrzem: „Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego".

Nie „zamiast was". Przed wami. Drzwi nie zostały zamknięte, ustalona została kolejność. Jezus nie ogłasza wyroku skazującego — ogłasza procesję, w której arcykapłani idą za tymi, którymi gardzili przez całe życie.

I to jest prawdziwy dramat dzisiejszej niedzieli. Nie to, że ktoś zostaje wyrzucony, tylko to, czy zgodzi się wejść jako drugi. Bo istnieje duma, która wolałaby zostać na zewnątrz, niż wejść za celnikiem. Starszy brat z przypowieści o synu marnotrawnym stoi przecież przed domem w chwili, gdy nikt go nie wyprosił i wszystkie drzwi są otwarte. Stoi tam dobrowolnie, bo nie może znieść tego, kto siedzi przy stole. Jest w Kościele bardzo szczególny sposób oddalenia się od Boga: nazywa się „mam do Niego pretensję o ludzi, których przyjął".

VI. Droga, która schodzi w dół
I dopiero teraz można usłyszeć hymn z Listu do Filipian, bo on jest odpowiedzią na zarzut z Ezechiela.

Izrael mówił: „droga Pana nie jest prosta". I miał rację bardziej, niż przypuszczał. Droga Pana nie jest prosta, bo prowadzi w dół. „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie". Nie potraktował własnej pozycji jako czegoś, co trzeba zagarnąć i przy sobie utrzymać. Adam w ogrodzie wyciągnął rękę, żeby być jak Bóg. Chrystus, będąc Bogiem, cofnął rękę i zszedł niżej niż wszyscy.

To znaczy, że On wszedł ostatni. Ten, przed którym zegnie się każde kolano, sam ustąpił miejsca wszystkim. Jeśli więc celnicy i nierządnice mają wejść przede mną, to nie jest degradacja — to jest dokładnie ta droga, którą Syn przeszedł pierwszy i sam, aż do krzyża.

Dlatego Pawłowe „w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie" nie jest ćwiczeniem w udawaniu, że inni są lepsi. Nikt nie potrafi w to szczerze uwierzyć na komendę. To jest coś znacznie prostszego i trudniejszego: rezygnacja z prowadzenia listy miejsc. Pokora nie polega na myśleniu o sobie źle, tylko na tym, że przestaje się w ogóle ustawiać ludzi w szeregu. Człowiek, który nie musi bronić swojego miejsca, jest wolny — i tylko taki człowiek może naprawdę zobaczyć drugiego, „mieć na oku nie tylko swoje własne sprawy".

VII. Dzisiaj
W przypowieści jest jeszcze jedno słowo, obok którego łatwo przejść. Ojciec mówi: „Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy".

Cały ten dramat mieści się w jednym dniu. Poranna odpowiedź obu synów niczego nie przesądziła — ani ta uprzejma, ani ta grubiańska. Rozstrzygnęło się to gdzie indziej, w ciągu dnia, bez świadków, bez słów, w drodze albo w domu. I dzień wciąż trwa. Jest popołudnie.

Za chwilę powiemy „Amen" i przyjmiemy Komunię. To „Amen" znaczy dokładnie tyle, co „Idę, panie". Czy jest ono słowem pierwszego, czy drugiego syna, nie rozstrzygnie się tutaj. Rozstrzygnie się po wyjściu z kościoła, w tym jednym konkretnym miejscu, które każdy z nas w tej chwili doskonale zna — bo winnica nigdy nie jest abstrakcyjna. To zawsze jest jakiś człowiek, do którego nie zadzwoniłem, jakaś sprawa, którą omijam od miesięcy, jakieś przebaczenie, które odkładam, bo mam do niego prawo, którego nie chcę stracić.

Nie pytaj więc dziś, którym synem byłeś rano. Zapytaj, gdzie zastanie cię wieczór.


Homilia alternatywna IV

„Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego”.

To zdanie musiało boleć. Jezus nie wykrzyczał go w stronę ulicznych opryszków. Skierował je do ludzi wykształconych religijnie, szanowanych, stałych bywalców świątyni. Do tych, którzy na każde wezwanie Boga potrafili natychmiast odpowiedzieć: „Tak, Panie! Róbmy to”.

A potem nie robili nic.
Pierwszy syn z dzisiejszej Ewangelii reprezentuje naszą najczęstszą pokusę: pomyłkę deklaracji z rzeczywistością. Mówi ojcu dokładnie to, co ten chce usłyszeć. Wykazuje się nienaganną kulturą. Zna właściwe formułki, uśmiecha się, kiwa głową. I zostaje na kanapie.

Łatwo stworzyć sobie iluzję, że skoro znamy pacierz i stoimy co niedzielę w ławce, to nasza relacja z Bogiem jest ułożona. Pobożność słowna daje poczucie bezpieczeństwa. Zwalnia z realnego wysiłku.

C.S. Lewis w książce Chrześcijaństwo po prostu napisał bezlitosne, ale ożywcze słowa: „Zimny, samowystarczalny faryzeusz, który regularnie chodzi do kościoła, może być o wiele bliżej piekła niż prostytutka”.

Dlaczego? Bo prostytutka i celnik nie mają złudzeń co do swojego stanu. Nie ubierają duchowej pustki w elegancki garnitur. Wiedzą, że utonęli. Kiedy więc dociera do nich prawda o Bożej miłości, przebija ich na wylot. Rzucają się ku niej jak rozbitkowie.

Drugi syn odpowiedział ojcu krótko: „Nie chcę”. Był szorstki, wręcz bezczelny. Ale w pewnym momencie coś się w nim przełamało. Ewangelia używa tu greckiego słowa metameletheis – poczuł żal, zmienił myślenie. Zobaczył bezsens swojego oporu. Nie wszedł w dyskusję, nie składał nowych obietnic. Po prostu wstał i poszedł do winnicy.

Bóg z proroctwa Ezechiela działa dokładnie na tej samej zasadzie. On nie prowadzi skrupulatnej księgowości naszej przeszłości. Nie rozlicza nas z tego, co było wczoraj, jeśli dzisiaj wybieramy życie. „Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – mówi Pan – a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył?”. Boga nie interesuje nasza dawna reputacja. Interesuje Go nasze serce w tej konkretnej minucie.

Żeby jednak zrobić krok ze strefy obłudy do winnicy, trzeba stracić coś bardzo cennego dla naszego ego: potrzebę posiadania racji i dbania o wizerunek. Trzeba umieć się uniżyć.

Paweł w Liście do Filipian pokazuje Chrystusa, który „ogołocił samego siebie”. On nie trzymał się zazdrośnie swojej pozycji ani autorytetu. Zszedł w sam środek ludzkiej słabości i posłuszeństwa.

Wiara to nie teatr dobrych manier. Bóg nie szuka aktorów, którzy recytują pobożne scenariusze. Szuka ludzi autentycznych. Tych, którzy potrafią przyznać: „Pomyliłem się. Powiedziałem «nie», ale chcę wracać”.

Zamiast więc zastanawiać się, jak ładnie odpowiedzieć dzisiaj Bogu, warto zadać sobie jedno pytanie: co jest tą konkretną pracą w winnicy, od której odwracam wzrok? I po prostu tam pójść.


Homilia alternatywna V

Słowa, Które Ważą i Słowa, Które Wieją

Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami... To zdanie Jezusa musiało boleć szanowanych słuchaczy. Prawda często boli. Bo prawda nie jest tym, co mówimy o sobie, ale tym, co robimy.

Pierwszy syn z dzisiejszej Ewangelii to mistrz wizerunku. "Tak, Panie!". Krótka, ładna, pobożna deklaracja. Ale po niej następuje pustka. To nasza stała pokusa. Łatwo jest mieć w ustach słowa o Bogu, sprawiedliwości i miłości, a jednocześnie nie robić nic, by to stało się ciałem. Taka powierzchowna pobożność jest wygodna. Daje nam spokój ducha, póki nie zmusi nas do wejścia w brud i trud "winnicy" – w prawdziwe życie, w realną pomoc, w autentyczne przeprosiny. Wolimy dbać o wygląd niż o rzeczywistość.

Drugi syn powiedział: "Nie chcę." Brzmi to jak bunt. Może był szczery w swoim odrzuceniu, albo po prostu zmęczony. Ale Ewangelia mówi, że "opamiętał się". I to jest ta chwila, którą Bóg ceni najbardziej, o czym mówi prorok Ezechiel. Ten chłopak poczuł żal, zobaczył bezsens swojej odmowy. Nie zaczął nagle wygłaszać nowych kazań o posłuszeństwie. Po prostu wstał i poszedł pracować. Nie deklarował, ale stawał się posłuszny. To jest nawrócenie: zmiana kursu, nie zmiana słów.

Thomas Merton, mnich trapista, napisał kiedyś mądre zdanie: „Pycha czyni nas sztucznymi; pokora czyni nas prawdziwymi”. Pierwszy syn był sztuczny. Wiedział, jak się zachować, co powiedzieć, by wypaść dobrze. Drugi syn stał się prawdziwy. Pozwolił, by jego czyn, nie słowo, zdefiniował go.

Dlaczego "grzesznicy" wchodzą pierwsi? Bo wiedzą, że ich deklaracje zawiodły. Nie mają nic do stracenia w swojej szczerości. Wiedzą, że potrzebują uzdrowienia. Pierwszy syn, w swojej samowystarczalności, czuje się bezpiecznie. On "już poszedł".

Paweł w Liście do Filipian pokazuje Chrystusa, który "ogołocił samego siebie". On, Bóg, uniżył się i stawał się posłuszny aż do śmierci. To ogołocenie jest kluczem. Musimy ogołocić się ze złudzeń, ze strachu przed pracą, z chęci dbania o wizerunek. Nawrócenie wymaga pokory – przyznania, że nasza pierwsza odmowa była błędem, i wejścia do pracy.

Nie ważne, ile razy powiedzieliśmy Bogu "Tak" w świątyni, jeśli nasze życie w domu, w pracy, w relacjach mówi "Nie." Nie ważne, jak głośno śpiewamy "Hosanna," jeśli nie podnosimy rąk do pracy. I odwrotnie: nie ważne, jak daleko kiedyś odeszliśmy, jeśli dzisiaj wstajemy i wchodzimy do winnicy. Boga nie interesują nasze wczorajsze obietnice, ale dzisiejsza decyzja o pracy. Co dzisiaj jest twoją winnicą? Pójdziesz?

poniedziałek, 14 września 2026

XXV Niedziela w ciągu roku – A

 


Iz 55:6-9

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a Ten się nad nim zmiłuje, i do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu. Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi.

Flp 1:20c-24.-27a

Lecz jak zawsze, tak i teraz, z całą swobodą i jawnością Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele: czy to przez życie, czy przez śmierć. Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele - to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was konieczne. Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej, abym ja - czy to gdy przybędę i ujrzę was, czy też będąc z daleka - mógł usłyszeć o was, że trwacie mocno w jednym duchu, jednym sercem walcząc wspólnie o wiarę w Ewangelię.

Mt 20:1-16

Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.


I tak oto, ostatni będą pierwszymi

Dzisiejsza przypowieść Chrystusa o robotnikach w winnicy idzie całkowicie pod prąd zdrowemu rozsądkowi i wydaje się zaprzeczać wszelkiemu poczuciu sprawiedliwości. Jakże ten, który pracował tylko godzinę, może otrzymać taka samą zapłatę jak ten, który pracował 12 godzin?!?! Toż to jest zaprzeczeniem wszelkiego ludzkiego poczucia sprawiedliwości i zdrowego rozsądku.

I gdyby tylko po ludzku widzieć tę przypowieść, to na pewno nie można by się z nią zgodzić; ani zaakceptować jej przesłania. Jakże można się zgodzić na zrównanie pierwszych z ostatnimi? Czyż nie przypomina to socjalistycznej idei egalitaryzmu - każdemu według jego potrzeb, czyli czy się stoi czy się leży 1500 się należy? Ale przecież Chrystus nie chce nam wmawiać, że słuszną jest jawna niesprawiedliwość. Chrystus mówi tu o czymś innym, o miłości i o dobroci tego, który ludzi do pracy najmował. "Czyż na to patrzysz krzywym okiem, że ja jestem dobry?" Chrystus mówi tutaj także o bezinteresownej zazdrości. Ci, którzy pracowali 12 godzin otrzymali godziwą zapłatę i nie powinni mieć pretensji o to, że ich skrzywdzono. To tylko ich zazdrość powodowała, że nie mogli się zgodzić na dobroć najemcy i na fakt, że zapłacił on innym tę samą cenę.

To bardzo trudna do przełknięcia lekcja, szczególnie dla nas Polaków. Jest taka złośliwa opowiastka o tym jak, jakiś wysokiej rangi polityk wizytuje piekło. W sali niemieckiej kotły się palą, smoła się gotuje, Niemcy w kotłach się smażą, diabły pilnują żeby żaden z potępieńców głowy z kotła nie wystawił. Podobnie jest w sali amerykańskiej, angielskiej, szkockiej, wszędzie to samo, diabły pilnują. W końcu wizytujący przychodzi do sali polskiej. Kotły dymią, smoła się gotuje ale nikogo ani w kotłach, ani przy kotłach nie widać.

Pyta więc przewodnika: A co tu nie ma Polaków?

Nie, no są - mówi przewodnik

A gdzie są, nie widać nikogo żeby głowę z kotła wystawiał. No i nikt ich nie pilnuje? -  pyta dalej zwiedzający.

E, -odpowiada przewodnik – ich nie trzeba pilnować, oni sami się wzajemnie pilnują, żeby żaden nie miał lepiej, nikt głowy z kotła nie wystawi, żeby go inni zaraz na dół nie ściągnęli...

Złośliwe??? Na pewno tak, ale....

Ileż to razy w naszym życiu codziennym zachowujemy się jak owi robotnicy najęci do pracy rano, którzy przy wypłacie poczuli się skrzywdzeni? Ileż to razy w naszym życiu codziennym bierze w nas górę zwykła, niczym nieuzasadniona ludzka zazdrość? Ileż to razy zazdrośni jesteśmy tylko dlatego, że ktoś inny - według mnie niezasłużenie - otrzymał coś, co mu się nie należało.

Gdybym to ja był tym, któremu niesprawiedliwie wypłacono więcej niż należało... to... naturalnie nie miałbym nic przeciwko temu, ale że to ktoś inny, to... oczywiście jest to niesprawiedliwe i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie, zazdrość jest na pewno uczuciem najbardziej nieekonomicznym i niezrozumiałym. Niektórzy mówią, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami, ale inni dodają, że po jego ulicach chodzą tylko zazdrośnicy.

I tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi i pierwsi, którzy będą ostatnimi. Czy więc warto –tak na dobrą sprawę- być pierwszym i ubiegać się o wszystkie przywileje i zaszczyty? Czy warto?

A gdybym tak był w życiu bardziej życzliwy i mniej zazdrosny ...

Czy coś bym na tym stracił?????


Homilia alternatywna I

Złe oko wobec dobrego Boga

Kiedy słuchamy przypowieści o robotnikach w winnicy, odruchowo stajemy po stronie pierwszych. „To niesprawiedliwe” – mówimy. I dobrze, że ten odruch w nas powstaje, bo Jezus właśnie tam chce nas spotkać: w naszym poczuciu krzywdy, w naszej zazdrości, w naszym cichym pretensjonalnym rachunku wobec Boga.

Gospodarz nie postępuje niesprawiedliwie. Pierwszym wypłaca dokładnie to, na co się umówili. Jego „wina” nie polega na tym, że komuś odebrał, ale że jest dobry. To dobroć Boga staje się skandalem dla serca, które pracuje tylko za zapłatę. Pierwsi robotnicy nie mówią: „Dziękujemy, że mamy pracę i chleb”. Mówią: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami”. Nie chodzi im o sprawiedliwość. Chodzi o to, że nie znoszą dobra drugiego. To jest „złe oko” – oko, które nie potrafi się radować, gdy ktoś otrzymuje więcej, niż na to zasłużył. To oko, które chce Boga zamknąć w naszych księgach i naszych miarach.

Prorok Izajasz woła dziś: „Myśli moje nie są myślami waszymi ani drogi moje – drogami waszymi”. To nie jest tylko pocieszenie. To wezwanie do nawrócenia. Bóg nie jest większą wersją naszych rachunków. On jest święty. Jego sprawiedliwość nie jest ludzką równością, ale wiernością miłości. On nie daje każdemu tyle samo „pieniędzy”, bo nie o pieniądze tu chodzi. On daje każdemu siebie. A jeśli ktoś przyjmuje Boga, to nie można dać więcej niż Boga. Wszyscy, którzy Go mają, mają wszystko.

Dlatego św. Paweł może napisać: „Dla mnie żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. Paweł nie kalkuluje. On nie pyta, czy więcej zyska w życiu, czy w śmierci. On jest zakochany. Chrystus stał się dla niego nie dodatkiem do życia, ale samym życiem. I właśnie dlatego jest wolny od zawiści. Nie musi porównywać się z innymi apostołami. Nie musi liczyć, kto dłużej pracował, kto więcej cierpiał, kto bardziej się poświęcił. Jeśli masz Chrystusa, nie możesz mieć więcej. Możesz tylko bardziej Go kochać.

A jednak Paweł mówi: „pozostawać w ciele – to bardziej dla was konieczne”. To odwrotność pierwszych robotników. Oni chcieli więcej dla siebie. Paweł chce dłużej zostać dla innych. On gotów jest odłożyć własne pragnienie nieba, aby służyć wspólnocie. To jest prawdziwa wolność dziecka Bożego: nie „należy mi się”, ale „mogę się dać”. Nie „dlaczego on dostał?”, ale „co mogę dla niego zrobić?”. Paweł prosi też, abyśmy trwali „mocno w jednym duchu, jednym sercem walcząc wspólnie o wiarę w Ewangelię”. Jedność nie polega na jednakowości ani na równych stawkach. Polega na wspólnym zdumieniu łaską. Walczymy nie przeciw sobie, ale razem o wiarę, która pozwala nam widzieć dobroć Boga także w drugim człowieku.

Przypowieść pokazuje Boga, który wychodzi o wschodzie, o trzeciej, o szóstej, o dziewiątej i o jedenastej. Bóg nie przestaje szukać. Rynek to miejsce, gdzie ludzie stoją i czekają. Ilu jest dziś takich, którzy mówią: „Nikt nas nie najął”? Ilu czuje się niepotrzebnych w Kościele, w rodzinie, w pracy? Ilu uważa, że ich życie już się nie liczy, że Bóg ich przegapił, że są za późno? A Bóg właśnie do nich mówi: „Idźcie i wy do mojej winnicy”. Nie musisz zaczynać od rana. Musisz zacząć teraz. „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć” – to „teraz” jest godziną jedenastą twojego życia. Nie odkładaj nawrócenia, ale też nie myśl, że jesteś spóźniony. Bóg nie patrzy na zegarek. Patrzy na serce.

Ale ta przypowieść jest także ostrzeżeniem dla tych, którzy są w winnicy od dawna. Można pracować w Kościele całe życie i nosić w sercu gorzkie „dlaczego on?”. Można być blisko Boga i jednocześnie daleko od Jego serca. Można przyjmować Komunię św. i nie umieć się cieszyć, że Bóg jest dobry dla kogoś innego. Wtedy trzeba usłyszeć pytanie gospodarza: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. To pytanie nie potępia. Ono leczy. Gospodarz mówi do szemrzącego: „Przyjacielu”. Bóg nie odrzuca nawet naszego szemrania. On chce nawrócić nasze oczy.

Eucharystia jest szkołą tego nawrócenia. Tutaj wszyscy otrzymujemy tego samego Chrystusa. Nie ma lepszych i gorszych miejsc przy tym stole. Nie ma stażu, który daje więcej. Jest tylko dar. „Eucharystia” znaczy „dziękczynienie”. Jeśli chcemy uleczyć złe oko, uczmy się dziękować. Nie porównujmy. Nie liczmy. Nie zazdrośćmy. Przyjmijmy Boga, a w Nim wszystko.

Niech ta Msza św. będzie naszą godziną jedenastą. Niech Bóg da nam swoje myśli i swoje drogi. Niech przemieni nasze złe oko w oko czyste, które potrafi się radować, że On jest dobry – dla mnie i dla każdego. Amen.


Homilia alternatywna II

Bóg nie jest księgowym. A my bardzo chcielibyśmy, żeby nim był.

Gdy słuchamy przypowieści o robotnikach w winnicy, w większości z nas budzi się wewnętrzny sprzeciw. Związkowiec w naszej głowie krzyczy: niesprawiedliwość! Przecież ci, którzy harowali w upale przez całe dnie, dostali tyle samo, co spryciarze z jedenastej godziny. Gdzie tu logika? Gdzie premia za staż?

Izajasz odpowiada krótko: „Moje myśli nie są myślami waszymi”. Nasza ludzka sprawiedliwość to prosta matematyka: ile dałeś, tyle dostajesz. Płacisz i wymagasz. Bóg rozsadza ten system. Jego sprawiedliwością jest miłość. Walutą w Królestwie Niebieskim nie jest zasługa, lecz łaska. Denar z przypowieści to nie dniówka. To zbawienie. Zbawienia nie da się pokroić na kawałki w zależności od przepracowanych godzin. Masz je całe, albo nie masz wcale.

Spójrzcie na Jacques'a Fescha. Zamożny Francuz, życiowy lekkoduch. W latach pięćdziesiątych podczas napadu rabunkowego zabił policjanta. Sąd skazał go na śmierć. Czekając w celi na egzekucję, ten morderca przeżył potężne nawrócenie. Na kilka godzin przed gilotyną pisał w dzienniku z niesamowitą czułością o Bogu, który na niego czeka. Zginął z imieniem Jezusa na ustach. Dziś Kościół prowadzi jego proces beatyfikacyjny.

Szokujące? Dla wielu z nas bardzo. Jak morderca z celi śmierci może stać w tym samym rzędzie zbawionych co karmelitanka, która spędziła w klasztorze pół wieku na klęczkach?

Może. Gospodarz winnicy mówi nam to prosto w twarz: „Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”.

Problem polega na tym, że często zachowujemy się w Kościele jak najemnicy, a nie jak synowie. Odhaczamy pacierze, niedzielne msze, zaliczamy spowiedzi. Zbieramy duchowe punkty lojalnościowe. Spoglądamy z góry na tych, którzy żyją daleko od Boga, i w głębi serca myślimy: ja na swoje niebo zapracowałem, a oni co? To pycha. Pycha ubrana w pobożne szaty. Znosimy ciężar dnia i spiekoty nie z miłości, ale z wyrachowania.

Święty Paweł z drugiego czytania ma zupełnie inną optykę. Pisze: „Dla mnie żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk”. On nie kalkuluje. Nie pyta Boga, co mu się opłaca. Paweł pojął kluczową prawdę: praca w winnicy Pana nie jest pańszczyzną, za którą należy się odszkodowanie. Jest przywilejem. Samo przebywanie blisko Boga stanowi największą nagrodę.

Przestańmy się z Bogiem licytować. Nie pracujemy w korporacji, gdzie walczymy o awans kosztem innych. Jesteśmy w winnicy, w której Gospodarz po prostu chce, byśmy przy Nim byli. Zamiast patrzeć zazdrośnie na denara w ręku kogoś, kto nawrócił się za pięć dwunasta, ucieszmy się. Bóg uratował kolejnego człowieka.

Nie pytajmy, czy Bóg jest sprawiedliwy. Podziękujmy Mu, że sprawiedliwy nie jest. Gdyby sądził nas wyłącznie według naszych zasług, nikt z nas nie ostałby się przed Jego obliczem. Bóg jest hojny w przebaczaniu. To jedyna matematyka, która ratuje nam życie.


Homilia alternatywna III

Jest w dzisiejszej Ewangelii coś, co człowieka dorosłego może zaboleć bardziej niż niejeden wyrzut sumienia. Gospodarz winnicy wypłaca wszystkim po denarze: tym, którzy pracowali od świtu, i tym, którzy przyszli dopiero o jedenastej godzinie. A przecież my wiemy, ile kosztuje cały dzień. Wiemy, czym jest wstawanie, kiedy jeszcze jest ciemno, odpowiedzialność za rodzinę, praca, której nikt nie zauważa, troska o dzieci, opieka nad chorym, uczciwość, kiedy inni oszukują. Wiemy też, jak wygląda życie człowieka, który przez lata próbował być dobry, wierny, przyzwoity. I nagle słyszymy, że ktoś, kto pojawił się niemal na końcu, otrzymuje tyle samo.

Pierwsza reakcja może być bardzo ludzka: „To niesprawiedliwe”. I być może właśnie w tym miejscu Jezus chce nas zatrzymać. Nie po to, żeby nam powiedzieć, że sprawiedliwość się nie liczy. Chce nam pokazać, że istnieje coś większego niż sprawiedliwość, którą potrafimy sobie wyliczyć. Istnieje miłość Boga, której nie da się zamknąć w systemie zasług. A to jest różnica nie tylko między naszym myśleniem a myśleniem Boga. To jest różnica między religią, w której człowiek próbuje zasłużyć na Boga, a Ewangelią, w której Bóg wychodzi człowiekowi naprzeciw, zanim ten zdąży na cokolwiek zasłużyć. „Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami” – mówi Pan przez proroka Izajasza. Te słowa często brzmią jak pocieszenie, kiedy nie rozumiemy cierpienia, kiedy modlitwa nie przynosi odpowiedzi, kiedy życie układa się inaczej, niż planowaliśmy.

Ale dzisiaj trzeba je usłyszeć w jeszcze bardziej wymagający sposób: Boże myśli są inne również wtedy, gdy Bóg okazuje dobroć komuś, komu my tej dobroci nie chcemy dać. Boże drogi są inne także wtedy, gdy prowadzą do winnicy człowieka, którego my już dawno skreśliliśmy. I może właśnie dlatego ta Ewangelia jest trudniejsza dla człowieka porządnego niż dla człowieka, który wie, że się pogubił. Grzesznik czasem potrafi przyjść do Boga z pustymi rękami. Człowiek sprawiedliwy bywa kuszony, żeby przyjść z rachunkiem. „Panie Boże, zobacz, ile zrobiłem. Zobacz, czego nie zrobiłem. Zobacz, ilu rzeczy sobie odmówiłem. Zobacz, jak długo jestem wierny”. I oczywiście, wierność ma ogromną wartość. Jezus nie mówi, że godziny przepracowane w winnicy są bez znaczenia. Ale pyta nas o coś głębszego: Czy twoja wierność doprowadziła cię do miłości, czy tylko do przekonania, że jesteś lepszy od tych, którzy przyszli później? Czy twoje lata modlitwy uczyniły twoje serce bardziej podobnym do serca Ojca? Czy raczej sprawiły, że coraz dokładniej widzisz, kto na co zasługuje? To pytanie nie jest skierowane wyłącznie do ludzi chodzących do kościoła od wielu lat. Ono dotyka każdego, kto w jakikolwiek sposób zbudował swoją wartość na porównywaniu się z innymi.

Można być człowiekiem bardzo religijnym i żyć w środku jak najemnik. Można wykonywać wszystkie obowiązki, odmawiać wszystkie modlitwy, zachowywać wszystkie zasady, a jednak nosić w sercu ukryte przekonanie: „Bóg powinien mi się odwdzięczyć”. I wtedy modlitwa przestaje być spotkaniem z Ojcem, a staje się negocjacją. Dobro staje się inwestycją, przykazania – umową, a bliźni – konkurencją.

Tymczasem gospodarz z Ewangelii wychodzi na rynek nieustannie. Wychodzi rano, o trzeciej, o szóstej, o dziewiątej, wreszcie o jedenastej. To niezwykły obraz Boga, który nie siedzi zamknięty w swoim domu, czekając, aż człowiek sam się odnajdzie. Bóg wychodzi. Bóg szuka. Bóg nie rezygnuje z człowieka, który zmarnował większość dnia. I może ktoś z nas potrzebuje dzisiaj usłyszeć, że nawet jeśli wiele lat życia zostało zmarnowanych, nawet jeśli były decyzje, których nie da się cofnąć, nawet jeśli człowiek sam sobie odebrał czas, którego już nie odzyska – to nie znaczy, że dla Boga jest za późno.

Jedenasta godzina nie jest godziną, w której Bóg przestaje kochać. Jest godziną, w której człowiek może jeszcze usłyszeć: „Idź i ty do mojej winnicy”. Zwróćmy uwagę na odpowiedź tych ostatnich: „Bo nas nikt nie najął”. Nie mówią: „Nie chciało nam się”. Nie mówią: „Woleliśmy nic nie robić”. Mówią: „Nikt nas nie najął”. Być może byli odrzuceni, pomijani, niewidzialni. Być może nikt nie dostrzegł ich możliwości, nikt nie dał im szansy, nikt nie wypowiedział nad nimi słowa zaufania.

Jezus nie wyjaśnia nam, dlaczego stali na rynku. Ale pokazuje, że gospodarz ich zauważył. A to może być dla nas bardzo ważne: Bóg widzi człowieka, którego nie widzą inni. Widzi matkę, której praca jest tak oczywista, że nikt jej nie dziękuje. Widzi ojca, który wraca zmęczony, choć nie potrafi już opowiadać o swoim zmęczeniu. Widzi człowieka samotnego, który od dawna czeka na czyjąś obecność. Widzi kogoś, kto po rozwodzie, po uzależnieniu, po życiowej porażce próbuje po raz pierwszy od dawna uwierzyć, że jeszcze może być dobry. Widzi także człowieka, który całe życie spędził w Kościele, ale dziś odkrywa, że jego serce stało się twarde. I do jednego, i do drugiego mówi: „Idź do mojej winnicy”. Nie mówi: „Najpierw napraw całe swoje życie, a potem przyjdź”. Nie mówi: „Najpierw udowodnij, że jesteś godny”. Mówi: „Idź”. Bo łaska Boga nie jest nagrodą za to, że jesteśmy gotowi. Łaska jest tym, co czyni nas zdolnymi, żeby w ogóle zacząć. Ale jest tu jeszcze jedna rzecz, której nie wolno przeoczyć. Jezus nie mówi, że człowiek może całe życie żyć byle jak, a potem spokojnie zażądać nieba.

Nie mówi, że nasze wybory nie mają konsekwencji. Mówi, że kiedy Bóg przychodzi z łaską, nie pyta najpierw o długość naszego stażu. Pyta, czy jesteśmy gotowi wejść do Jego winnicy. Czy jesteśmy gotowi pozwolić, żeby On nas przemienił.

Bo łaska, która nie prowadzi do przemiany, pozostaje przez nas nieprzyjęta. Człowiek może otrzymać denara, a mimo to nie wejść naprawdę w radość gospodarza. Może otrzymać przebaczenie, ale nadal żyć tak, jakby był więźniem swojej winy. Może usłyszeć, że jest kochany, a jednak wciąż uważać, że musi zasłużyć na miłość. Dlatego pierwsze czytanie mówi: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko”. To nie jest groźba, że Bóg za chwilę się oddali.

To jest wezwanie do decyzji. Nie odkładaj spotkania z Bogiem na później. Nie czekaj, aż będziesz lepszym człowiekiem, spokojniejszym człowiekiem, bardziej poukładanym człowiekiem. Szukaj Go teraz, w tym życiu, które masz. W tej rodzinie, która jest trudna. W tej samotności, której nie wybrałeś. W tej winie, której nie umiesz sobie wybaczyć. W tym sercu, które od dawna nie potrafi się modlić. Bóg jest blisko nie tylko wtedy, gdy czujesz Jego obecność. Jest blisko również wtedy, gdy nie czujesz nic. I może najgłębsza wiara dorosłego człowieka zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się religijna pewność, że wszystko musi być tak, jak sobie wyobrażam. Święty Paweł w drugim czytaniu mówi: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. To zdanie jest niezwykle mocne, bo Paweł nie mówi: „Dla mnie żyć – to sukces”. Nie mówi: „Dla mnie żyć – to zdrowie, bezpieczeństwo, uznanie, spokojna przyszłość”. Mówi: „Żyć – to Chrystus”.

A więc Chrystus nie jest dodatkiem do jego życia. Nie jest jednym z ważnych punktów obok pracy, rodziny, odpoczynku, planów i marzeń. Chrystus jest centrum, dzięki któremu wszystko inne otrzymuje swoje miejsce. Paweł stoi między dwiema rzeczywistościami: pragnie być z Chrystusem, ale wie, że jego pozostanie na ziemi jest potrzebne innym. I to jest bardzo dojrzała wiara. Nie chodzi o to, że człowiek przestaje kochać życie. Chodzi o to, że przestaje uważać własne życie za własność, którą musi za wszelką cenę zabezpieczyć. Paweł jest wolny, bo wie, do kogo należy. I dlatego może powiedzieć: „Czy przez życie, czy przez śmierć – Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele”. Warto zapytać siebie: Czy Chrystus jest uwielbiony w moim ciele? Nie tylko w moich słowach, nie tylko w moich deklaracjach, ale w moim sposobie reagowania, w mojej pracy, w moim małżeństwie, w moim stosunku do pieniędzy, w moim traktowaniu ludzi słabszych, w mojej cierpliwości, kiedy ktoś mnie zawodzi. Czy Chrystus jest uwielbiony w moim ciele, kiedy jestem zmęczony? Kiedy ktoś mnie niesprawiedliwie ocenia? Kiedy moje dziecko nie spełnia moich oczekiwań? Kiedy ktoś, kto przez lata żył daleko od Boga, nagle wraca i otrzymuje od wspólnoty tyle samo miłości, co ja?

Bo być może największym sprawdzianem naszej wiary nie jest to, czy potrafimy powiedzieć: „Jezu, ufam Tobie”. Największym sprawdzianem jest to, czy potrafimy powiedzieć: „Jezu, ufam Tobie także wtedy, gdy Twoja dobroć obejmuje kogoś, komu ja nie chcę jej dać”. To jest moment, w którym Ewangelia przestaje być opowieścią o robotnikach i staje się opowieścią o nas. W każdym z nas jest trochę tego pierwszego robotnika, który chce, żeby Bóg był sprawiedliwy według jego rachunków.

W każdym z nas jest też ktoś z ostatniej godziny – człowiek, który sam potrzebuje miłosierdzia, drugiej szansy, cierpliwości. I może właśnie dlatego Bóg nie pozwala nam wybrać, którą postacią chcemy być.

Pozwala nam zobaczyć obie. Bo człowiek, który naprawdę spotkał Chrystusa, nie mówi już: „Dlaczego tamten dostał tyle samo?”. Zaczyna mówić: „Panie, dziękuję Ci, że ja również otrzymałem więcej, niż mogłem sobie wypracować”. To jest przemiana serca: przejście od zazdrości do wdzięczności, od porównywania do miłości, od kalkulowania do zaufania. I nie jest to przemiana łatwa. Wymaga, żebyśmy przestali być właścicielami własnej sprawiedliwości. Wymaga, żebyśmy pozwolili Bogu być Bogiem. „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” – pyta gospodarz. To pytanie jest skierowane do każdego z nas. Czy przeszkadza mi dobroć Boga? Czy potrafię się cieszyć, kiedy ktoś zostaje uratowany, choć nie zasłużył na to według mojej miary? Czy umiem przyjąć, że Bóg może kochać mojego bliźniego inaczej, niż ja go oceniam? Czy potrafię przestać żyć w cieniu cudzych win?

A może wciąż noszę w sobie listę ludzi, którym Bóg powinien coś wypomnieć? Współmałżonek, który mnie zranił. Dziecko, które zawiodło. Brat, który od lat się nie odzywa. Sąsiad, który mnie skrzywdził. Człowiek, który odszedł od Kościoła i teraz wraca. Być może nosimy te osoby w sercu nie jako ludzi, ale jako wyroki. A Bóg mówi: „Ja chcę także temu ostatniemu dać tak samo jak tobie”. Nie dlatego, że zło nie ma znaczenia. Nie dlatego, że krzywda nie boli. Ale dlatego, że miłosierdzie Boga jest większe niż nasza zdolność do wymierzania sprawiedliwości.

Nie możemy wymagać od Boga, żeby był dobry tylko dla tych, których my uznajemy za godnych dobra. Bo wtedy nie chcemy już Boga. Chcemy Boga, którego sami sobie stworzyliśmy. A prawdziwy Bóg jest większy. Jego dobroć nie jest pobłażliwością. Jest mocą, która potrafi podnieść człowieka z miejsca, w którym sam już nie widzi dla siebie przyszłości. I dlatego dzisiejsza Ewangelia nie jest przede wszystkim opowieścią o wynagrodzeniu. Jest opowieścią o tym, kim jest Bóg. On jest gospodarzem, który wychodzi. On jest Ojcem, który szuka. On jest Panem, który nie rezygnuje z człowieka.

On jest Tym, który w Jezusie Chrystusie przyszedł do nas nie po to, żeby rozliczyć nasze zasługi, ale żeby dać nam samego siebie. I tutaj dochodzimy do tajemnicy denara. Czym jest ten denar? Możemy powiedzieć: jest znakiem łaski, życia, zbawienia. Ale dla chrześcijanina denar ma jeszcze głębsze znaczenie. Ostateczną zapłatą Boga nie jest rzecz. Nie jest nagroda. Nie jest nawet samo niebo rozumiane jako miejsce szczęścia. Ostatecznym darem Boga jest On sam.

Chrystus jest naszym denarem. To On jest tym, czego potrzebujemy, niezależnie od tego, czy przyszliśmy do winnicy o świcie, czy o jedenastej godzinie. Człowiek, który pracował cały dzień, nie otrzymuje mniej Chrystusa. Człowiek, który przyszedł na końcu, nie otrzymuje Chrystusa gorszego. Bo Chrystus nie jest rzeczą, którą można podzielić na większą i mniejszą porcję. Jest miłością, która daje się cała. Dlatego Eucharystia jest tak niezwykła. Przychodzimy do ołtarza z różnymi historiami. Jeden z nas niesie lata wierności, drugi – świeżo odkrytą wiarę. Jeden przychodzi z sercem pełnym wdzięczności, drugi – z sercem pełnym wstydu. Jeden od dawna służy Kościołowi, drugi dopiero uczy się modlitwy.

A Chrystus daje się wszystkim. Nie dlatego, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Ale dlatego, że wszyscy potrzebujemy tej samej miłości. Nie przychodzimy do Komunii Świętej jako ludzie, którzy wypracowali sobie prawo do Boga. Przychodzimy jako ci, których Bóg pierwszy umiłował. I może warto dzisiaj, zanim podejdziemy do ołtarza, zrobić w sercu miejsce na tę prawdę. Niech odejdzie od nas rachunek. Niech odejdzie porównywanie. Niech odejdzie pytanie: „Czy ja dostanę więcej?”. Niech pojawi się pytanie: „Czy pozwolę, żeby Chrystus przemienił moje serce?”. Bo można całe życie stać w winnicy i nigdy nie poznać gospodarza. Można być blisko Kościoła i daleko od jego serca. Można znać wszystkie modlitwy, a nie znać smaku przebaczenia. Można wiele zrobić dla Boga, a jednak nie pozwolić Bogu zrobić czegoś w nas.

I dlatego słowa świętego Pawła są dla nas wezwaniem: „Sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej”. Godnie Ewangelii nie znaczy bezbłędnie. Znaczy tak, żeby nasze życie było coraz bardziej podobne do życia Chrystusa. A Chrystus nie żył z kalkulatorem w ręku. Nie pytał, kto zasłużył na Jego obecność. Nie omijał człowieka dlatego, że ten był daleko. Nie czekał, aż grzesznik stanie się godny, żeby go dotknąć. Jezus wychodził do ludzi. I dlatego także my jesteśmy posłani do winnicy. Nie po to, żeby pilnować, kto ma prawo wejść. Nie po to, żeby kontrolować, czy ktoś pracuje wystarczająco długo. Jesteśmy posłani, żeby być świadkami dobroci gospodarza. Żeby człowiek, który stoi na rynku swojego życia i myśli, że nikt go nie potrzebuje, usłyszał od nas: „Chodź. Jest dla ciebie miejsce”. Żeby ktoś, kto po wielu latach wraca do Boga, nie spotkał w nas zazdrości starszego brata, ale radość Ojca. Żeby ktoś, kto upadł, nie usłyszał najpierw: „Jak mogłeś?”, lecz: „Dobrze, że jesteś”. Żeby ktoś, kto całe życie był wierny, nie usłyszał: „To nic takiego”, lecz: „Twoja wierność jest cenna.

A teraz pozwól, żeby stała się miłością”. Bracia i Siostry, może dzisiejsza Ewangelia zaprasza nas do bardzo konkretnego rachunku sumienia. Z kim porównuję się w swoim życiu? Komu zazdroszczę łaski? Czy jest ktoś, komu nie potrafię życzyć dobra, bo uważam, że na nie, nie zasługuje?

Czy moja religijność czyni mnie bardziej miłosiernym, czy tylko bardziej przekonanym o własnej racji? Czy potrafię przyjąć, że Bóg może prowadzić kogoś inną drogą niż mnie? Czy umiem podziękować za to, że ktoś, kto był daleko, zbliża się do Boga? I wreszcie: Czy sam wierzę, że dla mnie nie jest za późno? Bo być może największym problemem nie jest to, że jesteśmy zazdrośni o łaskę dla innych. Być może największym problemem jest to, że nie wierzymy w łaskę dla siebie. Że myślimy: „Dla mnie już za późno. Zbyt wiele zmarnowałem. Zbyt wiele razy zawiodłem. Bóg może przebaczyć innym, ale mnie już nie”. Dzisiejsza Ewangelia mówi: Nie. Gospodarz nadal wychodzi. Nadal szuka. Nadal mówi: „Idź do mojej winnicy”. I nie chodzi o to, żebyś dzisiaj od razu naprawił całe życie. Chodzi o to, żebyś zrobił pierwszy krok. Żebyś przestał uciekać. Żebyś poszedł do spowiedzi, jeśli tego potrzebujesz. Żebyś zadzwonił do człowieka, z którym od dawna nie rozmawiasz. Żebyś przebaczył sobie to, co Bóg już dawno chce ci przebaczyć. Żebyś przestał odkładać miłość na jutro. Bo jutro nie jest nam obiecane. Jest tylko ta godzina. Ta jedna, w której gospodarz wychodzi i mówi: „Idź i ty”. A kiedy wieczorem przyjdzie czas wypłaty, nie będziemy mogli powiedzieć: „Panie, daj mi tyle, ile wypracowałem”.

Bo wtedy zobaczymy, że wszystko, co mamy, było darem. Nasza wiara, nasze nawrócenie, nasze dobre czyny, nasza wierność, nasze pragnienie Boga – wszystko było odpowiedzią na Jego pierwsze wyjście ku nam. I wtedy być może zrozumiemy, dlaczego ostatni mogą być pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. Nie dlatego, że Bóg lubi odwracać kolejność. Ale dlatego, że w Jego królestwie pierwszy jest ten, kto najbardziej pozwolił się umiłować. Pierwszy jest ten, kto nie musi już udowadniać swojej wartości. Pierwszy jest ten, kto potrafi cieszyć się dobrem drugiego człowieka. Pierwszy jest ten, kto umie powiedzieć: „Panie, nie mam nic, czego Ty byś nie dał. Nie mam nic, czym mógłbym Cię kupić. Mam tylko siebie. I chcę wejść do Twojej winnicy”. Drodzy Bracia i Siostry, prośmy dzisiaj o łaskę takiej wiary, która nie będzie tylko poprawna, ale żywa. Prośmy o serce, które nie będzie liczyć, ale kochać. O wierność, która nie będzie powodem do pychy, lecz wdzięczności. O pokorę, która pozwoli nam przyjąć, że Bóg jest większy od naszych rachunków. I o odwagę, żebyśmy sami stali się ludźmi, przez których gospodarz winnicy wychodzi do innych.

A kiedy przyjdzie wieczór naszego życia, kiedy skończy się dzień, niech nie będzie w nas lęku, że Bóg wypłaci nam według naszych zasług. Niech będzie w nas nadzieja, że spotkamy Tego, który od początku do końca chciał nam dać nie tylko denara, nie tylko nagrodę, ale swoje własne serce.


Homilia alternatywna IV

Denar, którego nie da się podzielić

Zacznę od zdania, które w dzisiejszej przypowieści pada niepozornie, a jest kluczem do całej reszty: „Weź, co twoje, i odejdź”. To słowa gospodarza do robotnika, który pracował od świtu, otrzymał dokładnie to, na co się umówił – i mimo to wychodzi z tej sceny jako człowiek nieszczęśliwy. Nie okradziony. Nieszczęśliwy. To rozróżnienie jest sercem dzisiejszej Ewangelii.

Zauważmy: nikt w tej przypowieści nie został oszukany. Robotnicy z porannej zmiany dostali dokładnie denara, na jakiego się umówili – umowa dotrzymana co do grosza. A jednak „szemrali przeciw gospodarzowi”. Szemrali nie dlatego, że im czegoś zabrakło, tylko dlatego, że komuś innemu nie zabrakło. Ich cierpienie nie wypływa z niedostatku, lecz z porównania. To jest właściwie definicja zazdrości – jedynego grzechu, który nie daje żadnej przyjemności, tylko samo cierpienie, i to cierpienie z powodu czyjegoś dobra, nie własnego zła.

Jezus kończy przypowieść pytaniem, które w oryginale brzmi ostrzej, niż w naszym tłumaczeniu: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. W języku biblijnym „złe oko” to utrwalony idiom oznaczający skąpstwo serca, zazdrość – przeciwieństwo „oka dobrego”, czyli szczodrości spojrzenia. Gospodarz pyta więc dosłownie: czy twoje oko zachorowało od patrzenia na moją dobroć wobec kogoś innego? To pytanie nie jest wymierzone w tych „z rynku”. Jest wymierzone w tych, którzy „od świtu dźwigali ciężar dnia i spiekoty”. W wiernych. W ludzi Kościoła. W nas, którzy się staramy.

Dlaczego gospodarz może tak postąpić, nie czyniąc nikomu krzywdy?

Bo zapłata w tej przypowieści nie jest towarem, który da się rozdzielić proporcjonalnie do wysiłku. Tą zapłatą jest on sam – jego obecność, jego „tak” wypowiedziane nad człowiekiem. A obecności nie da się wydać w ratach. Nie istnieje osiemdziesiąt procent komunii z Bogiem dla tych, którzy „zasłużyli mniej”, i sto dwadzieścia procent dla tych, którzy „zasłużyli więcej”. Denar w tej przypowieści to nie wynagrodzenie – to znak, że ktoś przestał stać bezczynnie na rynku i został przyjęty do winnicy, nazwany przez gospodarza „swoim”. A „swoim” się jest albo się nie jest. Nie ma tu stopni pośrednich.

To właśnie mówi dziś Izajasz: „myśli moje nie są myślami waszymi”. Nasza myśl o sprawiedliwości jest myślą księgową: tyle pracy, tyle zapłaty, proporcja, ekwiwalent. Myśl Boga jest myślą oblubieńczą: albo kocha się kogoś całego, albo się go nie kocha wcale. Nie istnieje „kochać kogoś na sześćdziesiąt procent, bo pojawił się później”. Dystans między tymi dwiema logikami Izajasz mierzy odległością nieba od ziemi – nie dlatego, żeby nas onieśmielić, ale żeby nas ostrzec: jeśli osądzamy Boga naszą miarką, będziemy Go stale posądzać o niesprawiedliwość tam, gdzie On po prostu jest hojny.

Warto zatrzymać się też przy tych z jedenastej godziny. Ewangelista każe im samym wytłumaczyć swoją bezczynność: „Bo nas nikt nie najął”. To nie jest wymówka leniwych – to opis losu wielu ludzi, których spotykamy w konfesjonale, w rozmowach, czasem we własnej rodzinie. Ludzi, którzy przez pół życia stali na rynku, bo nikt po nich nie przyszedł – wiara nie została im przekazana, Kościół ich zranił, życie potoczyło się tak, że Bóg wydawał się nieosiągalny, aż nagle, w chorobie, na starość, w jakimś kryzysie, ktoś wreszcie po nich przyszedł. Dla takich osób ta przypowieść nie jest teorią. Jest ewangelią w najdosłowniejszym sensie – dobrą nowiną, że jedenasta godzina liczy się tak samo jak pierwsza, bo liczy się nie długość stażu, ale fakt spotkania.

Święty Paweł pokazuje, jak wygląda serce człowieka, który przestał już liczyć godziny.

Pisze z więzienia, u kresu bardzo wypełnionego, życia apostolskiego – i nie porównuje się z nikim, nie dopomina się niczego. „Dla mnie żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. Zwróćmy uwagę, że nawet między życiem a śmiercią Paweł nie potrafi wybrać, co „bardziej mu się opłaca” – bo przestał już myśleć kategoriami opłacalności. Jego jedynym kryterium jest to, co „bardziej dla was konieczne”. Człowiek, który wszedł głęboko w logikę daru, przestaje pytać „ile mi się należy”, a zaczyna pytać „komu jestem jeszcze potrzebny”. To jest dokładna odwrotność szemrania robotników z porannej zmiany – i to jest dojrzałość, do której ta niedziela nas zaprasza.

I tu wracamy do pierwszego czytania, do wezwania, które otwiera dzisiejszą liturgię słowa: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko”. Zwykle słyszymy to jako wezwanie skierowane do „bezbożnych”, do tych „z rynku”. Dziś warto usłyszeć je inaczej: może to właśnie ci, którzy pracują od świtu, muszą dziś na nowo szukać Boga. Nie dlatego, że odeszli z winnicy, ale dlatego, że zdążyli w niej zamienić relację w rozliczenie, dar w wypłatę, miłość w umowę o pracę. Można stać w winnicy całe życie i mimo to potrzebować nawrócenia – nawrócenia oka: przejścia od oka złego, które liczy cudzą zapłatę, do oka dobrego, które umie się cieszyć, że komuś innemu jest dobrze.

Rachunek sumienia na ten tydzień mógłby więc brzmieć nie: „co jestem Bogu winien”, ale: „gdzie moje oko robi się złe, gdy widzę, że Bóg jest dobry dla kogoś, kto – według mnie – na to nie zasłużył”. Dla nawróconego więźnia. Dla dalekiego od Kościoła krewnego, który wraca po latach. Dla kogoś, kto „dostał” łatwiej niż my. Bo tam, gdzie pojawia się to ukłucie, tam właśnie stoi dziś Gospodarz i pyta: „Przyjacielu, czy uczyniłem ci krzywdę?”. I tam czeka odpowiedź, którą każdy z nas musi dać osobiście.