menu

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Homilie na Msze  Św. dla ludzi starszych i chorych

 Czytanie pierwsze: Iz 46, 3–4

(Bóg, który dźwiga aż do siwizny)

„Słuchajcie Mnie, domu Jakuba, i wszystkie resztki domu Izraela, wy, których dźwigam od urodzenia, których noszę od łona. Aż do waszej starości Ja jestem ten sam, i aż do siwizny Ja was będę nosił. Ja stwarzałem i Ja będę dźwigał, Ja będę nosił i uratuję”.

Psalm responsoryjny: Ps 71, 5. 9. 14–15. 17

(Nie odrzucaj mnie w czasie starości)

„Bo Ty jesteś moją ucieczką, Panie,
moja nadzieja od młodości, Boże.

Nie odrzucaj mnie w czasie starości
gdy siły mnie opuszczą, nie opuszczaj mnie.

A ja zawsze będę ufaj i pomnażał wszelką Twoją chwałę.
Moje usta będą głosić Twoją sprawiedliwość,
przez cały dzień Twoją pomoc...

Boże, nauczyłeś mnie od mojej młodości
i do tej pory głoszę Twoje cuda”.

Czytanie drugie: 2 Kor 4, 16 – 5, 1

(Człowiek zewnętrzny niszczeje, ale wnętrze odnawia się z dnia na dzień)

Dlatego nie tracimy ducha. Chociaż bowiem nasz człowiek zewnętrzny niszczeje, to jednak wnętrze odnawia się z dnia na dzień. Albowiem nieznaczne uciski naszego życia trwają tylko chwilę i przygotowują nam ponad wszelką miarę wieczną chwałę. My bowiem nie patrzymy na to, co widzialne, ale na to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz ziemski dom w namiocie, mamy budowlę od Boga, dom nie ręką ludzką uczyniony, wieczny w niebie.

Ewangelia: J 21, 15–19
(Rozmowa Jezusa z Piotrem nad jeziorem: „gdy się zestarzejesz...”)

A gdy obiad skończyli, Jezus rzekł do Szymona Piotra: «Szymonie, synu Jana, czy Ty Mnie miłujesz bardziej aniżeli ci?» Odpowiedział Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł mu: «Paś baranki moje».

I znowu, po raz drugi, rzekł do niego: «Szymonie, synu Jana, czy Mnie miłujesz?» Odpowiedział Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł mu: «Paś owce moje».

Powiedział mu po raz trzeci: «Szymonie, synu Jana, czy Ty Mnie kochasz?»

Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: «Czy Ty Mnie kochasz?», i rzekł do Niego: «Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł

Jezus do niego: «Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz». To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmierć uwielbi Boga. A to rzekłszy, rzekł do niego: «Idź za Mną».


 



HOMILIA I

Patrzysz czasem przez okno swojego życia i widzisz zgliszcza. Świat, który znałeś, dawno minął. Dawni przyjaciele odeszli, siły uchodzą z dnia na dzień, a wokoło zmienia się wszystko tak szybko, że trudno nadążyć. Czujesz się jak w opuszczonym, zniszczonym pokoju, gdzie przez wybite szyby widać tylko dym i pożary ludzkich spraw.

Siedzisz przy stole. Przed tobą została tylko garść wspomnień, chleb codzienności i mapa. Dokąd teraz iść? Czego się trzymać? Starość bywa trudna. Przynosi poczucie bezradności, a czasem bolesne wrażenie, że stajesz się ciężarem dla innych.

Ale spójrz na to inaczej.

Święty Jan Paweł II w Liście do osób w podeszłym wieku przypominał, że jesień życia ma swój własny, niepowtarzalny urok i kryje w sobie głęboki sens. To nie jest czas bezużyteczności. To czas szczególnego przebywania z Bogiem. Kiedy cichną hałasy świata, otwierają się drzwi do głębszej modlitwy.

Apostoł Paweł zostawił nam zdumiewające słowa: „Choć nasz człowiek zewnętrzny niszczeje, to jednak wnętrze odnawia się z dnia na dzień”. Zauważ to. Bóg nie skupia się na gruzach. Bóg patrzy na twoje serce, które przez dziesiątki lat uczyło się kochać, wybaczać i ufać. Twoje zmarszczki to ślady stoczonych bitew i wygranych w ciszy zwycięstw.

Nie jesteś bezradnym uchodźcą. Jesteś wiernym pielgrzymem, który dociera do celu. Zostaw lęk przed tym, co wali się na zewnątrz. Otwórz tę mapę, którą trzymasz przed sobą – mapę zaufania i pamięci o Bożej miłości. Każdy dzień, nawet ten naznaczony cierpieniem i samotnością, zbliża cię do Domu, gdzie nikt już nie płacze, a wszystkie łzy zostają otarte.

Bóg czeka. On nie patrzy na twój zniszczony doczesny dom, bo już przygotował dla ciebie mieszkanie, które nigdy nie przeminie.

Często marnujemy mnóstwo energii na ratowanie fasad. Chcemy, żeby wszystko zostało po staremu – żeby sił nie ubywało, żeby relacje były bez skazy, a świat wokół trzymał się dawnych ram. Tymczasem słowo Boże stawia nas przed zupełnie inną perspektywą. Ono nie obiecuje, że tynk nie będzie odpadał. Ono pokazuje, gdzie rodzi się prawdziwe życie.

Posłuchaj, co pisze święty Paweł w Drugim Liście do Koryntian:

Dlatego nie tracimy ducha. Chociaż nasz człowiek zewnętrzny niszczeje, to jednak wnętrze odnawia się z dnia na dzień. Albowiem nieznaczne uciski naszego życia trwają tylko chwilę i przygotowują nam ponad wszelką miarę wieczną chwałę. My bowiem nie patrzymy na to, co widzialne, ale na to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie” (2 Kor 4, 16–18).

Zwróć uwagę na ten realizm. Paweł nie lukruje rzeczywistości. On przyznaje otwarcie: człowiek zewnętrzny niszczeje. Ciało słabnie, plany się kurczą, a zgliszcza dawnych wyobrażeń o sobie i świecie stają się codziennością. Ale właśnie w tym punkcie Apostoł otwiera drzwi do niesamowitej dynamiki ducha. Wnętrze odnawia się z dnia na dzień. To nie dzieje się samo z siebie przez czysty optymizm czy ludzką siłę woli. To owoc przebywania w Źródle.

Zajrzyjmy do Ewangelii według świętego Jana. Jezus mówi swoim uczniom podczas Ostatniej Wieczerzy coś fundamentalnego:

Św. Jan w swojej Ewangelii pisze:

Trwajcie we Mnie, a Ja w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie nie trwać będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wyście latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ bez Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 4–5).

To jest klucz do chrześcijańskiej dojrzałości. Prawdziwy owoc nie rodzi się z nerwowego wysiłku, z kurczowego trzymania się młodości albo ze strachu przed przemijaniem. Owoc rodzi się z trwania. Z cichej, codziennej zgody na to, by Jezus był w nas sokiem dającym życie, nawet wtedy, gdy gałązka wydaje się już sucha i popękana.

Popatrz na pisarza, który pod koniec życia przegląda swoje dawne rękopisy. Widzi błędy, skreślenia, naiwność wczesnych stron. Ale widzi też, jak przez lata doświadczeń ogień w nim stał się czystszy, mniej hałaśliwy, a bardziej istotny. Podobnie działa Bóg w naszym wnętrzu. On oczyszcza latorośle, żeby przynosiły owoc obfitszy – nie głośniejszy, ale głębszy.

Nie bójmy się więc tego, co przemija. Zgódźmy się na Boże działanie w tym, co kruche. Kiedy przestajemy walczyć o zachowanie fasady, odkrywamy, że fundament, na którym stoimy, jest nietknięty. Ten fundament ma na imię Jezus Chrystus.


HOMILIA II

Stary zegarmistrz traci wzrok. Jego ręka drży, gdy bierze do ręki pęsetę. Przez dziesięciolecia składał skomplikowane mechanizmy z chirurgiczną precyzją, a teraz gubi najmniejsze śrubki. Ktoś patrzący z boku pomyśli, że to już koniec jego użyteczności, czas zamknąć warsztat i oddać pole młodszym. Ale zegarmistrz nie próbuje już naprawiać małych trybików. Siedzi w ciszy i wsłuchuje się w miarowy rytm zegara. Słyszy bicie serca mechanizmu, którego wcześniej zagłuszał miejski hałas.

Starość stawia człowieka dokładnie w takim warsztacie.

Prorok Izajasz przypomina nam obietnicę Boga złożoną wprost w naszą ludzką kruchość: „Aż do waszej starości Ja jestem ten sam, i aż do siwizny Ja was będę dźwigał”. Bóg nie brzydzi się naszej słabości. Nie ucieka od zniszczonego ciała, wolniejszych kroków i pamięci, która czasem gubi wątek. On bierze nas na ramiona dokładnie wtedy, gdy własne nogi odmawiają posłuszeństwa.

Święty Paweł pisze o tym z realistyczną szczerością, odrzucając tani optymizm: „Choć nasz człowiek zewnętrzny niszczeje, to jednak wnętrze odnawia się z dnia na dzień”. Ciało odpada jak sucha kora. Siły uchodzą. I właśnie w tym punkcie otwiera się przestrzeń czystej wiary. Człowiek przestaje polegać na własnej sprawności, a zaczyna opierać się wyłącznie na łasce. Przestaje walczyć o zachowanie dawnej fasady, bo odkrywa głębszy fundament.

Popatrzcie na spotkanie Jezusa z Piotrem nad jeziorem Galilejskim. Zmartwychwstały Pan wypowiada zdanie, przed którym nasza ludzka niezależność się buntuje: „Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi”. Starzenie się i choroba to trudna sztuka zgody na to, by inni nas prowadzili. To bolesna lekcja pokory. Zgoda na własną zależność – najpierw od bliskich, a ostatecznie całkowicie od Boga.

Jan Paweł II w swoim liście do ludzi w podeszłym wieku przypominał, że modlitwa seniorów i chorych ma ogromną moc podtrzymywania świata. Wy nie musicie już biec, walczyć o pozycję ani udowadniać swojej wartości przez natłok zadań. Waszym zadaniem stało się trwanie przy Źródle. Wasze zmarszczki i trudy to zapisana przez życie historia, z której Bóg wypisuje dzieła wierności.

Nie bójcie się tego, co przemija i wali się w oczach świata. Złóżcie ręce do modlitwy, nawet jeśli drżą. Bóg nie patrzy na zgliszcza doczesności. On przygotował dla was dom, który trwa na wieki.


HOMILIA III

Michelangelo Buonarroti dłubał w marmurze Pietę Rondanini pod koniec życia. Miał prawie dziewięćdziesiąt lat. Jego ręce drżały. Dawna precyzja zniknęła. Postacie na kamieniu wyszły surowe, niedokończone, pozbawione gładkości z czasów, gdy tworzył potężnego Dawida. Zostawił w nich jednak coś zupełnie innego – czystą istotę bólu, kruchości i oddania. Kiedy ciało odmawia posłuszeństwa, człowiek odkrywa wreszcie sztukę rezygnacji z efektownych fasad.

Bóg nie szuka w nas młodzieńczej energii, która kruszy mury. Prorok Izajasz przypomina nam dzisiaj coś niesamowitego: „Aż do waszej starości Ja jestem ten sam, i aż do siwizny Ja was będę nosił”. Bóg nie brzydzi się twojej starości. Nie ucieka przed pomarszczoną twarzą ani przed bólem stawów. On mówi wprost, że bierze cię na ramiona, kiedy własne nogi grzęzną w codzienności.

Święty Paweł dodaje do tego trzeźwy rachunek życia. Mówi bez żadnego lukru: „nasz człowiek zewnętrzny niszczeje”. Każdy z nas to czuje na co dzień. Lustro rano zadaje bolesne pytania, a pamięć płata figle. Ale apostoł natychmiast stawia obok drugą wagę: „wnętrze odnawia się z dnia na dzień”. To nie jest tani optymizm ani zaklinanie rzeczywistości. To twarda, duchowa prawda. Zewnętrzna skorupa pęka, żeby ogień w środku mógł płonąć jaśniej. Zdejmujesz maski, bo już nie musisz nic nikomu udowadniać.

Popatrz na Jezusa rozmawiającego z Piotrem nad jeziorem. Stary Piotr słyszy zdanie, które burzy całą ludzką niezależność: „Gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi”. Starość to bolesna lekcja przyjmowania pomocy. Człowiek przez całe dziesięciolecia decydował, chodził, walczył. Teraz musi wyciągnąć ręce i pozwolić się prowadzić. To moment, w którym stajemy się jak dziecko. A właśnie o to chodzi w Królestwie Bożym.

Nie bójmy się więc ubywających sił. Zgódźmy się na tę zimową porę życia. Kiedy cichnie zewnętrzny hałas, łatwiej usłyszeć głos Tego, który trzyma nas od urodzenia aż do siwizny


HOMILIA IV

Często marnujemy mnóstwo energii na ratowanie fasad. Chcemy, żeby wszystko zostało po staremu – żeby siły nie ubywały, żeby relacje były bez skazy, a świat wokół trzymał się dawnych ram. Tymczasem słowo Boże stawia nas przed zupełnie inną perspektywą. Ono nie obiecuje, że tynk nie będzie odpadał. Ono pokazuje, gdzie rodzi się prawdziwe życie.

Posłuchaj, co pisze święty Paweł w Drugim Liście do Koryntian:
„Dlatego nie tracimy ducha. Chociaż bowiem nasz człowiek zewnętrzny niszczeje, to jednak wnętrze odnawia się z dnia na dzień. Albowiem nieznaczne uciski naszego życia trwają tylko chwilę i przygotowują nam ponad wszelką miarę wieczną chwałę. My bowiem nie patrzymy na to, co widzialne, ale na to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie” (2 Kor 4, 16–18).

Zwróć uwagę na ten realizm. Paweł nie lukruje rzeczywistości. On przyznaje otwarcie: człowiek zewnętrzny niszczeje. Ciało słabnie, plany się kurczą, a zgliszcza dawnych wyobrażeń o sobie i świecie stają się codziennością. Ale właśnie w tym punkcie apostoł otwiera drzwi do niesamowitej dynamiki ducha. Wnętrze odnawia się z dnia na dzień. To nie dzieje się samo z siebie przez czysty optymizm czy ludzką siłę woli. To owoc przebywania w Źródle. Zajrzyjmy do Ewangelii według świętego Jana. Jezus mówi swoim uczniom podczas Ostatniej Wieczerzy coś fundamentalnego:

„Trwajcie we Mnie, a Ja w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie nie trwać będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wyście latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ bez Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 4–5).

To jest klucz do chrześcijańskiej dojrzałości. Prawdziwy owoc nie rodzi się z nerwowego wysiłku, z kurczowego trzymania się młodości albo ze strachu przed przemijaniem. Owoc rodzi się z trwania. Z cichej, codziennej zgody na to, by Jezus był w nas sokiem dającym życie, nawet wtedy, gdy gałązka wydaje się już sucha i popękana. Popatrz na pisarza, który pod koniec życia przegląda swoje dawne rękopisy. Widzi błędy, skreślenia, naiwność wczesnych stron. Ale widzi też, jak przez lata doświadczeń ogień w nim stał się czystszy, mniej hałaśliwy, a bardziej istotny. Podobnie działa Bóg w naszym wnętrzu. On oczyszcza latorośle, żeby przynosiły owoc obfitszy – nie głośniejszy, ale głębszy. Nie bójmy się więc tego, co przemija. Zgódźmy się na Boże działanie w tym, co kruche. Kiedy  przestajemy walczyć o zachowanie fasady, odkrywamy, że fundament, na którym stoimy, jest nietknięty. Ten fundament ma na imię Jezus Chrystus.


HOMILIA V

Piotr słyszy nad jeziorem coś, co burzy krew w żyłach każdego, kto kocha
niezależność. Kiedy był młody, sam się opasywał i chodził, gdzie chciał. Sam decydował o kroku. Ale Jezus zapowiada mu godzinę, w której ktoś inny go opasze i poprowadzi tam, dokąd iść nie chce. Starość i choroba to właśnie ta trudna brama. Tracisz sterowność. Świat wokół wali się jak spalone budynki, siły uciekają przez palce, a pamięć gubi wątek. Paweł patrzy na to samo bez żadnego lukru. Mówi wprost: człowiek zewnętrzny niszczeje. Ciało boli, tynk odpada, fasada pęka. Żadna medycyna tego nie zatrzyma. Ale apostoł
natychmiast stawia obok drugą wagę. Wnętrze odnawia się z dnia na dzień.

Starszy wiek to nie jest czekanie na wyrok ani bezużyteczny przestój. To czas, w którym Bóg zdejmuje z nas ciężar udawania samowystarczalnych bogów. Pewien stary organistek spędził całe życie na budowaniu potężnych akordów, walcząc o każdą nutę i rejestr. Pod koniec życia ręce przestały go słuchać. Nie mógł już grać skomplikowanych fug. Siadł więc przy klawiaturze i trzymał tylko jeden ton – czysty, cichy akord, podczas gdy ktoś młodszy grał dalej. Zrozumiał wtedy, że nie musi już ogarniać całości. Wystarczy trzymać ton, który trzyma go Bóg. Izajasz niesie obietnicę wbitą w sam środek naszej kruchości: „Aż do siwizny Ja wam będę nosił”. Bóg nie brzydzi się twoich zmarszczek, twojego bólu ani twojej zależności. On nie czeka, aż znowu staniesz się silny. On bierze cię na ramiona właśnie wtedy, gdy nogi odmawiają posłuszeństwa. Przestań walczyć o ocalenie fasady. Zgódź się na to, żeby Bóg poprowadził cię tam, gdzie sam byś nie poszedł. Pod zniszczonym namiotem ciała czeka budowla, której żaden ogień
nie dosięgnie.


HOMILIA VI

Nie ma już dawnego rozmachu. Zostaje pokój z wybitą szybą, stół, kawałek chleba i kubek. Świat za oknem płonie, plany legły w gruzach, a siły uchodzą z każdym dniem. Starzenie się bywa właśnie takim siedzeniem na zgliszczach.

Rembrandt w swoich ostatnich autoportretach przestał dbać o pochlebstwa. Odrzucił barwne stroje i efektowne pozy z młodości. Z każdym rokiem malował mniej szczegółów, a więcej cienia. Zostawały tylko oczy – poorane zmarszczkami, ale niesamowicie jasne. Zrozumiał coś, przed czym młodość ucieka: żeby dostrzec światło, trzeba najpierw zgodzić się na ciemność.

Święty Paweł stawia sprawę bez owijania w bawełnę. Mówi wprost: człowiek zewnętrzny niszczeje. To nie jest retoryczny zabieg ani pocieszanie na siłę. To twardy fakt. Ciało boli, pamięć zawodzi, a dawna niezależność znika. Ale apostoł natychmiast dodaje drugą wagę: wnętrze odnawia się z dnia na dzień. Kiedy tynk odpada, budowla staje się przejrzysta. Bóg nie potrzebuje naszych fasad. On wchodzi dokładnie tam, gdzie zawalczyły się dawne ambicje.

Izajasz przynosi obietnicę, która brzmi jak ratunek w środku nocy. Bóg nie odwraca wzroku od naszej starości. Mówi: „Aż do siwizny Ja wam będę nosił”. Nie każe nam biec. Nie wymaga, żebyśmy udawali silnych. On bierze na ramiona to, co znużone.

Popatrz na Jezioro Tyberiadzkie i starego Piotra. Jezus mówi mu zdanie, przed którym buntuje się każda ludzka niezależność: „Gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi”. Starość i choroba to bolesna szkoła pokory. Uczymy się na niej zgody na to, że inni nas prowadzą. Najpierw bliski człowiek, a ostatecznie sam Bóg.

Nie bójmy się tego zniszczonego pokoju. Zostawmy za sobą lęk przed tym, co wali się na zewnątrz. Kiedy milkną hałasy świata, otwierają się drzwi do domu, który nie zależy od ludzkich rąk.

Piotr usłyszał nad jeziorem coś, co burzy krew w żyłach każdego, kto kocha niezależność. Kiedy był młody, sam się opasywał i chodził, gdzie chciał. Sam decydował o kroku. Ale Jezus zapowiada mu czas, w którym to inni go opaszą i poprowadzą tam, dokąd iść nie chce. Starość i choroba to właśnie ta trudna godzina. To moment, w którym człowiek traci sterowność, a życie zaczyna przypominać pokój z wybitą szybą, przez którą widać tylko dym i zgliszcza dawnych planów.

Święty Paweł patrzy na to samo doświadczenie bez żadnego lukru. Mówi wprost: człowiek zewnętrzny niszczeje. Ciało boli, pamięć roni wspomnienia, a siły wyciekają jak woda przez palce. To nie jest teoria. To codzienna, twarda anatomia przemijania.

Ale apostoł natychmiast stawia obok drugą wagę. Wnętrze odnawia się z dnia na dzień.

Gdy renesansowy rzeźbiarz stawał przed bryłą marmuru, nie dbał o to, żeby kamień zachował gładkość surowej skały. Uderzał dłuto, odpryskiwały wielkie kawałki, zniknęło to, co zbędne. Dopiero w zniszczeniach zewnętrznej formy rodziła się czysta, wewnętrzna prawda rzeźby.

Bóg nie ratuje naszej fasady. Nie obiecuje, że tynk nie odpadnie, a stawy przestaną trzeszczeć. On robi coś znacznie większego. Prorok Izajasz przypomina Jego obietnicę złożoną w sam środek ludzkiej słabości: aż do siwizny On sam nas nosi. Nie musimy już biec. Nie musimy udawać silnych, samowystarczalnych bohaterów, którzy trzymają w garści cały świat.

Kiedy człowiek zgadza się na tę bolesną zależność, dzieje się coś paradoksalnego. Zewnętrzny dom w namiocie niszczeje, ale otwiera się budowla od Boga – dom wieczny, nie zrobiony ludzką ręką. Zgliszcza doczesności przestają przerażać, bo pod nimi odsłania się fundament, którego żaden ogień nie dosięgnie.

XXIII Niedziela w ciągu roku - A



Ez 33:7-9

Ciebie, o synu człowieczy, wyznaczyłem na stróża domu Izraela po to, byś słysząc z mych ust napomnienia przestrzegał ich w moim imieniu. Jeśli do występnego powiem: Występny musi umrzeć - a ty nic nie mówisz, by występnego sprowadzić z jego drogi - to on umrze z powodu swej przewiny, ale odpowiedzialnością za jego śmierć obarczę ciebie. Jeśli jednak ostrzegłeś występnego, by odstąpił od swojej drogi i zawrócił, on jednak nie odstępuje od swojej drogi, to on umrze z własnej winy, ty zaś ocaliłeś swoją duszę.

Rz 13:8-10

Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo. Albowiem przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj, i wszystkie inne - streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Miłość nie wyrządza zła, bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa.

Mt 18:15-20

Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.


HOMILIA I

Nie wtrącaj się, to nie twoja sprawa ...

Jakże często słyszymy takie właśnie słowa, jako odpowiedź na nasze upomnienie, czy zwrócenie komuś uwagi? Zwrócenie uwagi, upomnienie kogoś, zareagowanie na ewidentne zło czy niesprawiedliwość ... stawia nas od razu w opozycji, naraża na zdecydowaną krytykę, na natychmiastowe odrzucenie, na nieprzychylne przyjęcie, na przyklejenie łatki "upierdliwy", niegrzeczny, niewychowany ... Trzeba się przecież umieć zachować i nie wtrącać w życie innych. Bądź bardziej dyplomatyczny i nie czepiaj się wszystkiego, co cię to obchodzi? Trzeba umieć żyć z ludźmi i nie szukać zwady.

Człowiek grzeczny i wychowany, człowiek kulturalny i dobrze ułożony nie zwraca nikomu uwagi i nie wtrąca się w nie swoje sprawy. A jeśli już się odważysz to zrobić, to wiedz komu, kiedy i co z tego dla ciebie wyniknie. Nawet rodzice nie powinni karcić i upominać swoich dzieci, czy zwracać im uwagi, aby ich nie stresować i nie przyprawiać o nerwicę ...  A w szkole, nauczyciele i wychowawcy ... nie mają żadnych praw i żadnych możliwości karcenia, czy nawet wychowywania dzieci, bo w przypadku wszelkich prób zwrócenia uczniom uwagi interweniują rodzice i ... do sądu z nauczycielem, bo skarcił i skrzywdził dziecko, które przecież jest aniołkiem ...

W ogóle dzisiejsza Ewangelia jest przestarzała i nie na czasie. Żyjemy w innym świecie i w innych warunkach, w innych realiach kulturowych i upominanie, zwracanie uwagi, karcenie, czy nie zgadzanie się ze złem jest niegrzeczne, świadczy o braku wychowania i kultury osobistej!!! Sąsiad źle się zachowuje i robi awantury po nocach ... nie, nikt nie zwróci mu uwagi, żeby nie być odsądzonym od czci i posądzonym o brak dobrego wychowania. Lekarz w szpitalu zachowuje się arogancko i traktuje pacjentów niegrzecznie ... nie, nikt nie zwróci mu uwagi, żeby się nie narazić. Panienka w okienku, czy sprzedawczyni w sklepie jest niegrzeczna i zarozumiała, bo ma odrobinę władzy nad klientem ... nie, nikt się nie narazi i nie przypomni jej o jej obowiązkach. Ona może być niegrzeczna, ale kiedy ty zwrócisz jej uwagę, to jesteś chamem. Dyrektor w zakładzie pracy robi szwindle i przekręty, okradając pracowników ... nie, nikt nie odważy się mu tego powiedzieć, bo w najlepszym wypadku zostanie to potraktowane, jak brak dobrego wychowania i niewdzięczność. I tak, od najmniejszych do najwyższych stanowisk z ministrami i posłami włącznie, królują: arogancja, złodziejstwo, nadużycia, szwindle, nieuczciwość i zwykłe chamstwo ... i nikt na to nie reaguje, nikt nie protestuje, nikt nie próbuje nawet się sprzeciwić, bo to niegrzeczne, niekulturalne ..., bo tak się nie robi, bo to nie przystoi, bo to jest szukanie dziury w całym.

Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy.” – tak proponuje nam Pan Jezus, ale my wiemy lepiej co robić, bo jesteśmy przecież uprzedzająco grzeczni. I zamiast upomnieć będziemy milczeć i co najwyżej obgadywać poza plecami z pełnym faryzejskiego zatroskania wyrazem twarzy.

Czasami i ja popełniam błędy, i ja się mylę, i ja mógłbym być skrytykowany, czy przywołany do porządku ... i też nie chcę, aby ktokolwiek zwracał mi uwagę, bo po co ktoś ma się wtrącać do nie swoich spraw??? Niech pilnuje swego nosa, bo nikt nie jest święty i nikt nie będzie mi mówił co i jak mam robić. Jestem dorosły i wiem co robię ...

Kiedyś napisałem artykuł "Krytykować czy nie krytykować - qui tacet consentire videtur". Efekt ... od razu przyklejono mi łatkę fundamentalisty, któremu brakuje dobrego wychowania. Polecam ... tylko dla tych, którzy ośmielają się czasem zrozumieć i pójść za słowami dzisiejszej Ewangelii.

Czemu się dziwię, że tyle zła wkoło mnie? Przecież ja się na nie zgadzam ...
Czemu się dziwię, że tyle zła we mnie?
Przecież i ja nie chcę, aby mi ktokolwiek pomógł w zwalczeniu, czy nawet zobaczeniu go we mnie ...

Znalazłem kiedyś taki oto tekst:

to mnie nie obchodzi ...

Nie protestowałem,
kiedy prześladowano:
żydów, muzułmanów, chrześcijan, buddystów i ...
to mnie nie obchodzi!

Nie protestowałem,
kiedy aresztowano:
polityków z prawicy, z lewicy, z centrum i ...
to mnie nie obchodzi!

Nie protestowałem kiedy niszczono i okradano:
biednych, ułomnych, słabych, niezaradnych i ...
to mnie nie obchodzi!

Nie protestowałem, kiedy wyrzucano siłą:
emigrantów, bezdomnych, zaniedbanych i ...
to mnie nie obchodzi!

Nie protestowałem, kiedy zwalniano z pracy setki i tysiące ludzi
aby przenieść zakłady pracy tam, gdzie inni ludzie, dzieci lub dorośli
zrobią za okruch chleba tę samą robotę w upokarzających warunkach.
to mnie nie obchodzi!

A kiedy mnie będą prześladować, aresztować, niszczyć, wyrzucać, zwalniać ...
Nie będzie nikogo, aby zaprotestować ...
kogo to będzie obchodzić !?



HOMILIA II

Nie mieszaj się do tego, to nie twoja sprawa...

Jakże często słyszymy te słowa w odpowiedzi na nasze upomnienie lub zwrócenie uwagi? Zwrócenie uwagi, zganienie kogoś, zareagowanie na ewidentne zło czy niesprawiedliwość... stawia nas od razu w opozycji, naraża na falę krytyki i natychmiastowe odrzucenie ze strony drugiej strony, przykleja łatkę „upierdliwego”, bezczelnego, niegrzecznego... Przecież trzeba być miłym, potrafić się powstrzymać i nie wtrącać w cudze życie. Być bardziej dyplomatycznym i nie czepiać się wszystkiego, co nas obchodzi? Trzeba umieć żyć z ludźmi i nie szukać kłopotów.

Człowiek grzeczny i ułożony, kulturalny i na poziomie nie zwraca nikomu uwagi i nie miesza się w cudze sprawy. A jeśli już się na to odważysz, to wiedzą, do kogo, kiedy i po co przyjdą. Nawet rodzice nie powinni strofować i upominać swoich dzieci ani zwracać im uwagi, żeby ich nie stresować i nie wpędzać w nerwicę... A w szkole nauczyciele i wychowawcy... nie mają praw ani możliwości dyscyplinowania czy wręcz wychowywania dzieci, bo przy jakiejkolwiek próbie zwrócenia uwagi uczniom rodzice interweniują... do sądu z nauczycielem, bo skrzyczał i skrzywdził dziecko, które przecież jest aniołkiem...

W ogóle dzisiejsza Ewangelia jest nieaktualna i nie na te czasy. Żyjemy w innym świecie i w innych warunkach, w innej rzeczywistości kulturowej, a upominanie, zwracanie uwagi, dyscyplinowanie czy brak zgody na zło jest niegrzeczne, świadczy o braku wykształcenia i kultury osobistej!!! Sąsiad zachowuje się źle i robi awantury w nocy... nie, nikt mu nie zwróci uwagi, żeby nie stracić szacunku i nie zostać oskarżonym o brak dobrego wychowania. Lekarz w szpitalu zachowuje się arogancko i opryskliwie traktuje pacjentów... nie, nikt mu nie zwróci uwagi, żeby się nie narażać. Panienka w okienku albo ekspedientka w sklepie jest opryskliwa i zarozumiała, bo ma odrobinę władzy nad klientem... nie, nikt jej nie przywoła do porządku i nie przypomni o obowiązkach. Ona może być opryskliwa, ale kiedy zwrócisz jej uwagę, to ty jesteś gburem. Dyrektor w zakładzie pracy robi przekręty i oszustwa, okrada pracowników... nie, nikt nie odważy się mu tego powiedzieć, bo w najlepszym razie zostanie to uznane za brak dobrych manier i niezdrową wdzięczność. I tak, od najmniejszych stanowisk aż po najwyższe, z ministrami i posłami włącznie, królują: arogancja, złodziejstwo, nadużycia, oszustwa, nieuczciwość i zwykłe chuligaństwo... i nikt na to nie reaguje, nikt nie protestuje, nikt nawet nie próbuje się sprzeciwić, bo to niegrzeczne, bo to nie wypada, bo tak się nie robi, bo to czepianie się.

„Gdy brat twój zgrzeszy przeciwko tobie, idź i upomnij go w cztery oczy” – to proponuje nam Jezus, ale my przecież wiemy lepiej, co robić, bo jesteśmy aż nadto kulturalni. I zamiast upomnienia będziemy milczeć, a co najwyżej obgadywać za plecami z wyrazem pełnej faryzejskiej troski na twarzy.

Czasami i ja popełniam błędy, i ja się mylę, i też nie chciałem być krytykowany ani przywoływany do porządku... i nie chciałem, żeby ktoś zwracał mi uwagę, bo co kogo obchodzą moje sprawy, no nie??? Niech każdy pilnuje własnego nosa, bo nikt nie jest święty i nikt nie będzie mi mówił, jak i co mam robić. Jestem dorosły i wiem, co robię...

Napisałem kiedyś artykuł „Krytykować czy nie krytykować – qui tacet consentire videtur”. Efekt... od razu przypięto mi łatkę fundamentalisty pozbawionego dobrych manier. Polecam... tylko tym, którzy mają odwagę czasem zrozumieć i pójść za słowami dzisiejszej Ewangelii.

Dlaczego dziwisz się, że wokół ciebie jest tyle zła?
Przecież trzeba się sprzeciwić...
Dlaczego dziwisz się, że we mnie jest tyle zła?
Przecież nie chcę, żeby ktoś pomagał mi w walce, ani nawet by to we mnie widział...



HOMILIA III

Czy nie jest paradoksem, że w czasach, gdy jesteśmy ze sobą połączeni bardziej niż kiedykolwiek w historii ludzkości, tak dotkliwie odczuwamy samotność i wzajemną obcość? Mamy setki znajomych w mediach społecznościowych, wysyłamy tysiące wiadomości, a jednocześnie boimy się prawdziwego spotkania twarzą w twarz. Dzisiejsze Słowo Boże wkracza w tę naszą skomplikowaną rzeczywistość z niezwykle odważnym i wymagającym przesłaniem. Mówi o świętym obowiązku, który wypływa z miłości – o upomnieniu braterskim.

Brzmi to archaicznie, prawda? „Upomnienie braterskie”. Kojarzy się nam z wścibstwem, moralizatorstwem albo świętoszkowatością. Wyznajemy zasadę: „pilnuj swego nosa”, „nie mieszaj się w cudze sprawy”, „żyj i daj żyć innym”. Uważamy, że to jest właśnie nowoczesna tolerancja. Ale czy aby na pewno? Czy to, co nazywamy tolerancją, nie jest czasem po prostu obojętnością, wygodnym zasłonięciem oczu na ból i zagubienie drugiego człowieka?

Prorok Ezechiel słyszy dziś od Boga twarde słowa: „Ciebie, o synu człowieczy, wyznaczyłem na stróża domu Izraela”. Bóg stawia go na murze miasta, aby wypatrywał niebezpieczeństwa. Ale nie chodzi o wroga z zewnątrz. Chodzi o „występnego”, o człowieka, który sam kroczy drogą do samozagłady. Bóg mówi: „Jeśli go nie ostrzeżesz, odpowiedzialnością za jego śmierć obarczę ciebie”. To szokujące. Bóg nie czyni nas odpowiedzialnymi za cudze zbawienie, ale czyni nas odpowiedzialnymi za nasze milczenie. Za to, że widząc brata, który błądzi i rani samego siebie, odwracamy wzrok.

To jest klucz do zrozumienia dzisiejszej Ewangelii. Jezus nie daje nam instrukcji, jak kogoś zbesztać, jak udowodnić mu winę i jak go potępić. On daje nam procedurę ratunkową. Celem nie jest sąd, ale „pozyskanie swego brata”. To ogromna różnica. Nie chodzi o to, by wygrać spór, ale by wygrać człowieka.

Dlatego pierwszym krokiem jest rozmowa „w cztery oczy”. To jest najtrudniejsze. Nie obgadywanie za plecami. Nie anonimowe listy. Nie szeptanie po kątach z sąsiadami. Nie posty w internecie, które mają sprawić, że ktoś inny poczuje się winny. Jezus mówi: idź do niego. Bezpośrednio. Z drżeniem serca, z miłością. To jest właśnie to, czego boimy się najbardziej – konfrontacji w prawdzie i miłości. Wolimy milczeć, bo tak jest wygodniej. Ale nasze milczenie nie jest złotem, jest tchórzostwem, a czasem – jak u Ezechiela – staje się współudziałem.

Święty Paweł w Liście do Rzymian daje nam klucz do odczytania tej postawy: „Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością”. Jesteśmy dłużnikami miłości. A miłość, jak mówi Paweł, „nie wyrządza zła bliźniemu”. Czy jest większe zło niż pozwolić komuś trwać w grzechu, który niszczy jego życie, jego rodzinę, jego relację z Bogiem? Miłość, która milczy w obliczu zła, nie jest miłością, jest jej karykaturą. Prawdziwa miłość potrafi powiedzieć trudne „nie”. Potrafi zaryzykować przyjaźń, spokój, swoją wygodę, aby tylko uratować drugiego człowieka z pułapki.

Procedura opisana przez Jezusa – rozmowa sam na sam, potem ze świadkami, potem wobec wspólnoty – nie jest eskalacją konfliktu, ale poszerzaniem kręgu miłości. To poszukiwanie nowych szans na dotarcie do serca błądzącego. A jeśli to wszystko zawiedzie, „niech ci będzie jak poganin i celnik”. Jak Jezus traktował pogan i celników? Nie potępiał ich z góry. Jadł z nimi, rozmawiał, szukał ich. To nie jest ekskomunika jako akt zemsty, ale zmiana strategii. To uznanie, że zrobiło się wszystko, co było można, i że teraz trzeba przyjąć postawę świadka, który modli się i czeka na moment łaski.

W centrum tej wspólnoty jest Chrystus. „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”. On jest gwarantem, że nasze wysiłki, by ratować braci, nie są tylko ludzkim aktywizmem, ale że w nich działa Jego zbawcza moc. To On daje nam odwagę do podjęcia trudnej rozmowy. To On daje łaskę nawrócenia temu, którego upominamy. To On „związuje i rozwiązuje” – my jesteśmy tylko narzędziami w Jego rękach.

Stoimy dziś przed wyborem. Możemy pozostać w naszych wygodnych, milczących bańkach, udając, że nie widzimy, jak nasi bliscy oddalają się od Boga, jak wchodzą w toksyczne relacje, jak niszczą się nałogami, jak ich serca twardnieją. Ale to jest droga obojętności, za którą Bóg kiedyś upomni się u nas.

Albo możemy przyjąć na siebie odpowiedzialność stróżów naszych braci. Nie z pozycji sędziego, ale brata. Nie z pychą, ale z pokorą, pamiętając, że sami też jesteśmy grzesznikami potrzebującymi upomnienia. Z miłością, która nie boi się prawdy.

To jest Kościół, do którego wzywa nas dziś Chrystus. Nie anonimowy tłum, ale wspólnota braci i sióstr, którzy są za siebie nawzajem odpowiedzialni. Wspólnota, w której miłość jest na tyle odważna, by powiedzieć sobie prawdę w oczy, i na tyle pokorna, by przyjąć ją z wdzięcznością.

Niech Duch Święty, który jest Duchem prawdy i miłości, da nam odwagę do bycia prawdziwymi stróżami naszych braci.


HOMILIA IV

Najłatwiejszą formą obojętności jest tak zwany „święty spokój”. Odwracamy wzrok, gdy ktoś obok nas niszczy swoje życie albo krzywdzi innych, bo wygodniej jest udać, że to nie nasza sprawa.

Bóg mówi dziś Ezechielowi wprost: jeśli widzisz człowieka zmierzającego w przepaść i milczysz, bierzesz na siebie współodpowiedzialność za jego upadek. To twarde słowa. Często wmawiamy sobie, że nieruszanie cudzych wyborów to wyraz wyrozumiałości. Ewangelia zdejmuje z tego zjawiska ładną maskę i pokazuje prawdę – to po prostu tchórzostwo oprawione w grzecznościowe zwroty.

Jezus daje nam jasną instrukcję. Najpierw rozmowa w cztery oczy. Bez świadków, bez publicznego dyktanda i niszczenia czyjejś reputacji. Święty Augustyn uchwycił sedno tej Ewangelii w prostym zdaniu: „Milcz z miłości i mów z miłości. Poprawiaj z miłości i oszczędzaj z miłości”. Między niszczącym hejtem a obojętnym milczeniem istnieje wąska ścieżka odpowiedzialności. Chirurg przykłada skalpel do ciała nie po to, by zadać ból, ale by wyciąć to, co zabija. Złodziej używa noża w zupełnie innym celu. Różnica leży w intencji. Upomnienie pozbawione miłości staje się zwykłą przemocą i budowaniem własnego ego na cudzej słabości.

Paweł Apostoł przypomina Rzymianom, że jedynym długiem, jakiego nigdy nie spłacimy do końca, jest wzajemna miłość. Zwrócenie uwagi drugiemu człowiekowi ma być spłacaniem tego długu, a nie zaspokojeniem naszej potrzeby posiadania racji. Kiedy wybieramy plotkę za plecami zamiast szczerej rozmowy twarzą w twarz, chronimy wyłącznie własny komfort. Woleliśmy zachować pozory relacji, zamiast uratować brata.

Chrystus obiecuje swoją obecność tam, gdzie dwaj lub trzej zgadzają się na ziemi. Zazwyczaj szukamy tej obietnicy w podniosłych momentach modlitwy, tymczasem On składa ją w kontekście trudnego budowania wspólnoty – takiej, która potrafi wybaczać, ale nie boi się stawać w prawdzie. Zmartwychwstały jest pośród nas nie po to, by głaskać nasze grzechy, ale by dawać odwagę do ratowania siebie nawzajem.


HOMILIA V

Milczenie bywa złotem, ale czasami jest po prostu tchórzostwem.

Bóg mówi dziś do Ezechiela słowa, które bolą. Spadają jak ciężki kamień. Wyznaczył go na stróża. I mówi jasno: jeśli zobaczysz człowieka niszczącego siebie, a nie powiesz nic, on zginie, ale tobie policzę jego śmierć. Odpowiedzialność za krew. Przerażająca. My wolimy „święty spokój”. Odwrócić wzrok. Uznać, że to „nie nasza sprawa”.

Ale Ezechiel przypomina, że to właśnie jest nasza sprawa. Jesteśmy połączeni. Kiedy mój brat błądzi, ja też jestem zagrożony. Pytanie, czy milczę z miłości, bojąc się zranić, czy z wygody, by uniknąć problemów?

Ewangelia Mateusza daje na to konkretną receptę. To nie jest prawo karne, to jest anatomia relacji. Jezus mówi: najpierw w cztery oczy. Nie na publicznym forum, nie w plotkach, nie na Facebooku. W pokorze. W szacunku. Bez poczucia wyższości. Celem nie jest wygrana, celem jest odzyskanie brata. Uratowanie go przed samym sobą.

Święty Augustyn mawiał: „Miłuj i czyń, co chcesz”. Paweł uzupełnia to dzisiaj: „Miłość nie wyrządza zła bliźniemu”. Jeśli miłuję, nie mogę patrzeć bezczynnie, jak ten, kogo kocham, kroczy drogą do zagłady. Upomnienie braterskie to najwyższy akt miłości, bo wymaga odwagi i zgody na ryzyko odrzucenia.

Obraz, który widzicie, to ręce na zimnym, szorstkim kamieniu. To miejsce naszej decyzji. Może to być ręka Ezechiela, która wyciąga dłoń ostrzeżenia nad przepaścią. Albo dłonie dwóch ludzi w pustej świątyni, którzy spotykają się w imię Chrystusa, by naprawić zerwaną więź. Ta przestrzeń między nimi to albo obojętność, albo właśnie obecność Boża.

Tam, gdzie jesteśmy wierni tej trudnej miłości, On jest pośród nas. I wszystko staje się możliwe.


HOMILIA po angielsku

Stay out of this, it's none of your business ...

How often do we hear these words, as a response to our admonition, or someone paying attention? Paying attention, reprimand someone, respond to the obvious evil or injustice ... puts us directly in opposition, exposes the vast criticism for immediate rejection to adverse party, the adhesion patches "annoying", rude, impolite ...  After all you have to be nice, able to retain and not meddle in the lives of others. Be more diplomatic and not cling to everything you care? You have to be able to live with people and do not look for trouble.

Man polite and mannered, cultured man and a well-placed not pay attention to anyone and does not interfere in other people's business. And if you dare to do this, then know to whom, when and what for you will come. Even parents should not scold and admonish their children, or pay attention to them, in order not to stress and flavor of neurosis ... And at school, teachers and educators ... have no rights and no ability to discipline or even raising children because in case of any attempt to draw attention to pupils and parents intervene ... to the court with the teacher, because scolded and hurt a child who, after all she is an angel ...

In general, today's Gospel is outdated and not at the time. We live in a different world and different conditions, in other cultural realities and reprimanding, paying attention, discipline, or disagreeing with evil is rude, demonstrates a lack of education and personal culture !!! A neighbor behaves badly and does brawls at night ... no, nobody will pay attention to him, so as not to be weaned from honor and accused of lack of good upbringing. A doctor at the hospital behaves arrogantly and rudely treated patients ... no, nobody will pay attention to him, so as not to expose. The young lady in the window, or saleswoman in the shop is rude and conceited because he has a little power over the client ... no, no one will expose and remind her of her duties. She can be rude, but when you turn her attention to you, you're a jerk. Director in the workplace doing fakes and scams, robbing workers ... no, no one dares to tell him, because at best it will be regarded as a lack of good manners and ingratitude. And so, from the smallest to the highest positions of ministers and deputies, including, reign: arrogance, thievery, abuse, fakes, dishonesty and the usual rabble ... and no one on it does not respond, no protests, no one even tried to oppose, because it's rude, not polite ... because this is not done, because it is not fitting, because this is nitpicking.

"If your brother sins against you, go and reprove him in private." - That Jesus offers us, but we know better what to do, because we are after all exceedingly polite. And instead of reprimand will be silent and a maximum of Crab behind the back with a full Pharisee concern expression.

Sometimes, and I make mistakes, and I'm wrong, and I could not be criticized or called to order ... and did not want anyone paying attention to me, because what someone has to pry into your affairs not??? Let guarding his nose, because nobody is a saint and no one will tell me how and what to do. I am an adult and I know what I'm doing ...

I once wrote an article "criticize or not criticize - qui tacet consentire videtur." The effect ... once I glued a patch fundamentalist lacking good manners. I would recommend ... only for those who dare to sometimes understand and follow the words of today's Gospel.

Why are you surprised that so much evil is around you? But I have to disagree ...
Why are you surprised that so much evil is in me?
After all, I do not want anyone to help me in the fight, or even seeing it in me ...

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

XXII Niedziela w ciągu roku - A

 Jr 20:7-9


Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. Stałem się codziennym pośmiewiskiem, wszyscy mi urągają. Albowiem ilekroć mam zabierać głos, muszę obwieszczać: Gwałt i ruina! Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie codzienną zniewagą i pośmiewiskiem. I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał ani mówił w Jego imię! Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień, nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, lecz nie potrafiłem.

Rz 12:1-2

A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe.

Mt 16:21-27

Odtąd zaczął Jezus wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania.



HOMILIA I

Jeśli chcesz iść za mną ...

Odpowiedź na pytanie postawione w ubiegłą niedzielę nie jest i być nie może odpowiedzią tylko teoretyczną. Cokolwiek odpowiedziałem na to podstawowe pytanie: "kim jest dla mnie Jezus Chrystus? idą za tą odpowiedzią konkretne i życiowe następstwa. Nawet jeśli wzruszyłem obojętnie ramionami, to odpowiedź taka pociąga za sobą naturalne konsekwencje i nie mogę być zdziwionym, kiedy życie moje układa się tak, a nie inaczej. Sam to wybrałem.

Podobnie zresztą, powiedzenie: "Chrystus jest Panem mojego życia" jest związane z naturalnymi konsekwencjami.  Uznanie Chrystusa za Mesjasza, za Syna Bożego, to uznanie go za cierpiącego Mesjasza, za ukrzyżowanego Syna Bożego, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Św. Piotr jest przykładem postawy, która często ma miejsce wśród dzisiejszych katolików. Radośnie i hurra-optymistycznie wyznajemy, że Jezus jest Panem, składamy piękne deklaracje przy śpiewie "alleluja", ale kiedy w życiu pojawiają się trudności, kiedy deklaracje wymagają potwierdzenia i nasze radosne uznanie Jezusa za Pana staje się mniej radosne, a bardziej wymagające, to  wtedy tak trudno nadal trwać przy Chrystusie mimo przeciwności. Uczestnictwo w wielkich zgromadzeniach i manifestacjach związanych z kolejnymi pielgrzymkami Papieża, wydaje się o wiele łatwiejsze i mniej wymagające niż codzienne życie przykazaniami ... niż trwanie przy Bogu w chwilach trudnych, w chwilach doświadczeń i cierpień.

Alleluja przeradza się wtedy w gorzkie niezrozumienie i wyrzuty, chwalebny Chrystus oddala się i staje się niezrozumiały, bo zaczął mówić -jak w dzisiejszej Ewangelii- o tym, że musi cierpieć, o śmierci, o opuszczeniu, o rzeczach przykrych i niekoniecznie hurra-optymistycznych.

Przypominam sobie dzień moich prymicji ... gloria i chwała, dokoła wszyscy "kadzą", Jezus jest moim Panem .... wszyscy radośni, podniośli i uśmiechnięci ...

A później przychodzą dni szare i przykre, przychodzą kłopoty, choroba, niezrozumienie innych, porażki i potknięcia. Już nie ma euforii i podniosłych deklaracji ... i tylko motto z obrazka prymicyjnego przypomina czasami : "Tobie Panie zaufałem, nie zawstydzę się na wieki ..." I czy aby o tym pamiętam na co dzień, czy nie rodzi się czasami pokusa zniechęcenia, rezygnacji, zapomnienia, że Jezus jest naprawdę Panem mojego życia ....?

Albo dzień Waszego ślubu ... jakże bardzo byliście wzruszeni i radośni, jak bardzo uroczyści wypowiadając słowa przysięgi małżeńskiej ... Podniosła ceremonia w kościele, kwiaty, życzenia, prezenty i radość przyjęcia weselnego ... gloria i chwała, dokoła wszyscy "kadzą", Jezus jest Panem naszego życia ... nawet przyjęcie było bezalkoholowe ....... wszyscy radośni, podniośli i uśmiechnięci ...

A później przychodzą dni szare i przykre, przychodzą kłopoty, choroba, niezrozumienie współmałżonka, porażki i potknięcia. Już nie ma euforii i podniosłych deklaracji ... jest szarość życia codziennego i czy rzeczywiście Jezus jest nadal Panem Waszego życia?

To tak łatwo powiedzieć: Chryste, jesteś Panem mojego życia ....
Tak łatwo powiedzieć ...


HOMILIA II
Kiedy Bóg psuje nasze plany
Piotr miał genialny plan. Odnalazł Mesjasza, postawił na Niego wszystko, a teraz słyszy, że Jego Mistrz idzie na śmierć. Reaguje absolutnie po ludzku: łapie Jezusa na bok i zaczyna Mu to wybijać z głowy. Odpowiedź, jaką słyszy, jest jak uderzenie w twarz: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą”.
Greckie słowo użyte w tym miejscu na określenie zawady to skandalon – przeszkoda, pułapka, potknięcie. Piotr, w swojej jak najbardziej szczerej trosce, stał się dla Boga przeszkodą. Chciał Chrystusa bez krzyża, sukcesu bez cierpienia, zmartwychwstania bez Piątku.

My robimy dokładnie to samo. Urządzamy sobie wygodne chrześcijaństwo, w którym Bóg ma być gwarantem naszego spokoju, zdrowia i sukcesu. A kiedy przychodzi trud, cierpienie albo niesprawiedliwość, czujemy się oszukani. Jeremiasz kręci się w tym samym kołowrotku. Mówi wprost: „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść […] stałem się codziennym pośmiewiskiem”. Bóg nie obiecywał Jeremiaszowi komfortu. Obiecał mu prawdę.

Pisarz C.S. Lewis po śmierci swojej żony napisał w Anatomii smutku słowa, które idealnie oddają ten stan: „Kiedy idziesz do Boga z prośbą o pomoc, a Ostatnie Drzwi zostają ci zatrzaśnięte przed nosem, łatwo pomyśleć, że Bóg jest okrutny. Ale może jest po prostu realistą? Może dom, który próbujesz zbudować, jest domkiem z kart, a:

Bóg pozwala mu się zawalić, żebyś zbudował coś trwałego?”.
Rzymianie w czasach Pawła doskonale wiedzieli, czym jest ofiara. Zabijało się zwierzę, paliło na ołtarzu i sprawa była zamknięta. Paweł pisze coś zdumiewającego: „dajcie ciała swoje na ofiarę żywą”.

Bóg nie chce twojej śmierci na ołtarzu. Chce twojego życia w codzienności.
„Ofiara żywa” kosztuje więcej niż jednorazowy zryw. To decyzja, by nie oddawać zła za złe, kiedy w pracy ktoś cię obgaduje.
To zgodzenie się na to, że twoje życie nie należy już w pełni do ciebie, ale do Kogoś, kto kocha cię bardziej niż ty sam siebie.

Tracić życie dla Chrystusa to nie znaczy szukać cierpienia na siłę. Cierpienie samo nas znajdzie. Chodzi o to, by nie uciekać przed miłością, kiedy ta zaczyna kosztować. Nawracanie się to nie jest zmiana kilku nawyków. To całkowite odnowienie umysłu – zmiana sposobu, w jaki patrzymy na porażkę, strata i sukces.
Jeśli dzisiaj czujesz, że Bóg popsuł twoje plany, nie uciekaj. Może po prostu zburzył twój domek z kart, bo ma dla ciebie prawdziwy dom.
Jak dzisiaj wygląda twój „krzyż” – czy traktujesz go jak życiową porażkę, czy jak miejsce, w którym Bóg odnawia twój umysł?


HOMILIA  III
Ogień, którego nie da się zgasić

Bóg nie proponuje nam bezpiecznej przystani. Proponuje nam ogień.
Jeremiasz ma dość. Został wyśmiany, upokorzony, znajomi z niego kpią. Podejmuje więc racjonalną – jak mu się wydaje – decyzję: „Koniec. Zamykam usta, nie będę już mówił w Jego imię”. I co się dzieje? Okazuje się, że nie potrafi. W głębi jego serca płonie pożar, którego nie da się zdusić żadnym kompromisem. Próba milczenia i udawania, że wszystko jest w porządku, boli go bardziej niż drwiny tłumu. Nie da się żyć w kłamstwie, kiedy raz dotknęło się Prawdy.

Piotr w dzisiejszej Ewangelii też szuka bezpiecznego rozwiązania. Słyszy o krzyżu i natychmiast próbuje odwieść Jezusa od Jerozolimy. Reaguje odruchem samozachowawczym: po co ryzykować? Po co pchać się pod topór? Chce oszczędzić Mistrza, ale w gruncie rzeczy walczy o własny komfort i własną wizję sukcesu. Świat podpowiada nam dzisiaj dokładnie to samo: dbaj o własną skórę, unikaj trudnych konfrontacji, nie wychylaj się.

Św. Paweł w Liście do Rzymian pisze wprost: „Nie bierzcie wzoru z tego świata”. W języku greckim użyto tu sformułowania, które oznacza dosłownie: „nie dawajcie się wtłoczyć w matrycę tego świata”. Świat ma dla nas gotowy szablon. Mówi: twój sukces zależy od stanu konta, twój spokój od braku problemów, a twoja wartość od tego, co piszą o tobie inni.

Niemiecki teolog i męczennik Dietrich Bonhoeffer, pisząc z hitlerowskiego więzienia, przestrzegał przed czymś, co nazwał tanią łaską. Tania łaska to chrześcijaństwo bez wymagań: przebaczenie bez nawrócenia, chrzest bez pójścia za Chrystusem, Ewangelia bez krzyża. Bonhoeffer pisał: „Tania łaska to towar wyrzucony na tandetę, przebaczenie bez pokuty. Droga łaska to dar, który kosztuje człowieka życie, ale właśnie dlatego daje mu jedyne prawdziwe Życie”.

Jezus nie żąda od nas cierpiętnictwa dla samego cierpienia. On mówi o uczciwości wobec własnej duszy. Jeśli próbujesz za wszelką cenę zachować swoje wygodne, poukładane życie – ostatecznie je tracisz. Zostajesz z pustymi rękami i ciągłym lękiem, że ktoś zabierze ci twój spokój. Kiedy przestajesz kręcić się wokół własnego ego i odważysz się stracić kontrolę dla Boga – zaczynasz żyć naprawdę.

W których miejscach swojego życia dajesz się wtłoczyć w wygodny szablon świata? I co musisz dzisiaj odpuścić, żeby w twoim sercu znów zapłonął ten sam ogień, który nie pozwalał milczeć Jeremiaszowi?


Homilia IV
Ogień, który nie daje spokoju

Jeremiasz ma dość. Nie jest to grzeczna modlitwa. Mówi Bogu: uwiodłeś mnie, ujarzmiłeś, zrobiłeś ze mnie pośmiewisko. To człowiek, który chciałby przestać wierzyć, przestać mówić, bo wiara kosztuje go zbyt wiele. Próbuje: „Nie będę Go już wspominał”. Ale wtedy słowo Boże zaczyna w nim palić jak ogień. Nie może go stłumić.

To ważne, bo pokazuje, że spotkanie z Bogiem nie zawsze daje pokój. Czasem daje ogień. Wielu z nas szuka w wierze przede wszystkim ukojenia, porządku, prostych odpowiedzi. A Bóg bywa niewygodny. Nie dlatego, że chce nas dręczyć, ale dlatego, że prawda i miłość nie mieszczą się w naszych planach.

Piotr w dzisiejszej Ewangelii jest po tej samej stronie, co nasz lęk. Słyszy, że Jezus ma cierpieć i zostać zabity. Reaguje troskliwie: „Panie, niech Cię Bóg broni!” Brzmi to pobożnie, po ludzku. Ale Jezus odpowiada ostro: „Zejdź Mi z oczu, szatanie”. Dlaczego tak mocno? Bo Piotr chce Boga bez krzyża, wiary bez ceny, miłości bez ryzyka. To jest pokusa nie tylko Piotra. To nasza codzienna pokusa.

Mówimy: chcę być dobry, ale nie za bardzo. Chcę wierzyć, ale żeby nikt mnie nie uznał za dziwaka. Chcę kochać, ale żeby mnie to nie kosztowało. Chcę mówić prawdę, ale żeby nie narazić się szefowi, rodzinie, znajomym. Wtedy Bóg przestaje być Bogiem, a staje się ozdobą naszego życia.

Paweł pisze: nie bierzcie wzoru z tego świata, przemieniajcie się przez odnawianie umysłu. Świat uczy nas kalkulacji: co mi się opłaca, co da mi spokój, jak uniknąć konfliktu. Bóg uczy czegoś innego: rozeznawać Jego wolę, nawet gdy jest trudna. „Żywa ofiara” to nie ofiara, która umiera, ale życie, które codziennie oddajemy Bogu w konkretach: w małżeństwie, w pracy, w samotności, w starości, w chorobie.
Jeremiasz chciał zamilknąć. Może ty też chcesz zamilknąć. Masz dość: dość Kościoła, dość modlitwy, dość mówienia o Bogu, bo czujesz, że to nic nie zmienia albo że inni cię przez to oceniają. Jeremiasz pokazuje, że z Bogiem można się kłócić, można Mu powiedzieć: mam dość. Ale nie można Go zagłuszyć. Jeśli naprawdę Go spotkałeś, Jego słowo będzie w tobie jak ogień. Nie po to, żeby cię zniszczyć, ale żeby cię prowadzić.

Może dzisiaj Bóg pyta cię: gdzie jesteś? Czy twoja wiara jest tylko spokojnym przyzwyczajeniem, czy ogniem? Czy nie próbujesz mówić innym: „nie bierz swojego krzyża, to nie ma sensu”, bo sam boisz się krzyża? Jezus nie każe nam szukać cierpienia. Ale mówi wyraźnie: kto chce zachować swoje życie, straci je. To jest zaproszenie do wolności: przestań kurczowo trzymać się swojego obrazu, swojego bezpieczeństwa, swojego „ja”. Wtedy zobaczysz, co Bóg może z tobą zrobić.


Homilia V

Krzyż nie jest po to, żeby cię zniszczyć

Jezus mówi: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. Te słowa bywają źle rozumiane. Wielu dorosłych myśli, że „zaprzeć się siebie” to znaczy: nie mieć potrzeb, nie stawiać granic, znosić wszystko, dać się wykorzystywać. To nieprawda. Jezus nie wzywa do samozniszczenia. Wzywa do tego, by przestać być dla siebie najwyższą wartością.
Spójrzmy na Piotra. On nie jest złym człowiekiem. Chce chronić Jezusa. Ale jego troska ma jeden błąd: chce, żeby Jezus pasował do ludzkich oczekiwań. Mesjasz, który cierpi, nie mieści się w głowie. W naszej głowie też często nie mieści się Bóg, który przegrywa, milczy, nie rozwiązuje problemów. Wolimy Boga skutecznego. A Jezus pokazuje, że droga do życia prowadzi przez stratę.

Słowa „kto chce zachować swoje życie, straci je” brzmią jak paradoks. Ale w dorosłym życiu ten paradoks jest bardzo konkretny. Małżeństwo, w którym każde broni swojego interesu, umiera. Przyjaźń, w której liczysz, ile dajesz i ile dostajesz, staje się transakcją. Praca, w której boisz się powiedzieć prawdę, powoli cię niszczy. Wiara, w której szukasz tylko pocieszenia, nie przetrwa próby. Chcesz zachować swoje życie – kontrolę, wygodę, dobre samopoczucie – i właśnie wtedy je tracisz.
Paweł mówi: „dajcie ciała swoje na ofiarę żywą”. To nie znaczy: zniszczcie ciało. To znaczy: oddajcie Bogu to, co najbardziej konkretne – swoje ciało, czas, siły, relacje, codzienność. Nie bierzcie wzoru z tego świata, który mówi: realizuj siebie, broń siebie, spełniaj się. Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu. To jest praca na całe życie: uczyć się myśleć po Bożemu, a nie tylko po ludzku. Rozeznawać, co jest dobre, a nie tylko wygodne.

Krzyż, o którym mówi Jezus, to nie jest każde cierpienie. Nie każde cierpienie jest krzyżem. Krzyż to cierpienie, które przyjmujesz z miłości, z wierności, z prawdy. Toksyczna relacja, w której ktoś cię niszczy, nie jest krzyżem – z niej trzeba wyjść. Ale cierpienie, które przychodzi, gdy kochasz do końca, gdy jesteś wierny mimo trudności, gdy mówisz prawdę mimo konsekwencji – to jest krzyż. I tylko taki krzyż prowadzi do zmartwychwstania.

Jezus nie kończy na cierpieniu. Mówi: „trzeciego dnia zmartwychwstanie”. To jest klucz. Krzyż nie jest ostatnim słowem. Ale bez krzyża nie ma zmartwychwstania. Bez zgody na stratę nie ma nowego życia. Bez umierania swoim wyobrażeniom nie ma spotkania z żywym Bogiem.

Dlatego warto zadać sobie pytanie: co teraz próbuję zachować za wszelką cenę? Może to, co próbujesz zachować, zabiera ci życie. Może Bóg zaprasza cię, byś coś wypuścił z rąk – nie po to, żebyś został z niczym, ale po to, żebyś mógł przyjąć coś większego. „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” To pytanie nie jest tylko o duszę w zaświatach, ale o to, kim się stajesz. Możesz zyskać uznanie, wygodę, spokój – a wewnętrznie stać się pustym.
Jezus zaprasza: przestań być własnym bogiem. Nie musisz wszystkiego kontrolować. Nie musisz zawsze wygrywać. Możesz przyjąć swój krzyż – nie jako przekleństwo, ale jako drogę. Na tej drodze nie jesteś sam. On idzie nią pierwszy.

 

niedziela, 16 sierpnia 2026

XXI Niedziela w ciągu roku - A

 Iz 22:19-23


Tak mówi Pan, Bóg Zastępów do Szebny, zarządcy pałacu:
Gdy strącę cię z twego urzędu i przepędzę cię z twojej posady, tegoż dnia powołam sługę mego, Eliakima, syna Chilkiasza. Oblokę go w twoją tunikę, przepaszę go twoim pasem, twoją władzę oddam w jego ręce: on będzie ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy. Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy.  Wbiję go jak kołek na miejscu pewnym; i stanie się on tronem chwały dla domu swego ojca.

Rz 11:33-36

O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą? Lub kto Go pierwszy obdarował, aby nawzajem otrzymać odpłatę? Albowiem z Niego i przez Niego, i dla Niego [jest] wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen.

Mt 16:13-20

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni odpowiedzieli: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Wtedy surowo zabronił uczniom, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem.


HOMILIA I

Dla Ciebie ... kim jestem?????

W dzisiejszej ewangelii mamy opis – jak mi się wydaje – jednego z najważniejszych wydarzeń zbawczej misji Chrystusa. Oczywiście najważniejsze jest ustanowienie Eucharystii, oraz Męka i Śmierć Chrystusa na krzyżu, ale dzisiejsza Ewangelia przynosi nam opis ustanowienia Kościoła i ustanowienia Piotra skałą, na której ten Kościół ma być zbudowany.

Jest to opis wydarzenia, które miało miejsce w okolicach Cezarei Filipowej. Dzisiejsze Banias, zwane za czasów Jezusa Cezareą Filipową, leży u źródeł rzeki Jordan. Czczono tu niegdyś pogańskiego bożka natury o imieniu Pan. (grecki bóg opiekuńczy lasów i pól, strzegący pasterzy oraz ich trzód. W rzymskim panteonie bogów Pan utożsamiany był z Faunem lub z bogiem lasów Silvanusem.)

Herod Wielki wystawił tu świątynię ku czci Augusta, natomiast jego syn Filip rozbudował miasto i nadał mu nazwę Cezarea.

Ewangeliści umieszczają w tym miejscu rozmowę Piotra z Jezusem, podczas której Jezus oznajmia przyszłemu papieżowi: „Ty jesteś Piotr, czyli Skała, a na tej skale zbuduję mój Kościół i bramy piekieł go nie przemogą”.

Wyznanie to musiało wybrzmieć bardzo dobitnie w tej niesamowitej scenerii. Już za czasów Jezusa bowiem leżały tu rozwalone ołtarze i zdruzgotane kolumny świątyń pogańskich bożków, których Żydzi utożsamiali z demonami. Jezus mógł wskazać na potężny Hermon, mówiąc do Piotra „Ty jesteś Skała, a na tej skale zbuduję mój Kościół”, a następnie pokazać na gruzowisko pogańskich świątyń, kończąc wypowiedź: „a bramy piekieł go nie przemogą”

Jednakże zanim Chrystus wypowiedział te słowa do Piotra zadał Apostołom dwa pytania:

Pytanie pierwsze, zadane przez Jezusa pod Cezareą Filipową: „za kogo uważają mnie ludzie” jest ustawicznie zadawane przez wieki, każdemu pokoleniu i każdej epoce. Jezus, nie przestaje być osobą niepokojącą i intrygującą. Ale nie to pytanie jest najważniejsze. I Sam Jezus jakby nie przywiązuje wagi do odpowiedzi dawanych przez Apostołów na to pierwsze pytanie. Ludzie uważali go wtedy za Jana Chrzciciela, Izajasza, Jeremiasza lub innego z proroków. Tak jest i dzisiaj, wielu uważa go za kogoś nadzwyczajnego, za guru, przywódcę, rewolucjonistę, lub za kogoś kto przeszkadza, zawadza, nie daje spokoju i kogo należy się pozbyć, lub o kim nie należy zbytnio przypominać, albo o kim lepiej zapomnieć, wymazać z pamięci, aby nie przeszkadzał, nie zawadzał, nie zadawał niepokojących pytań, tak właśnie jak Jan Chrzciciel, Izajasz, Jeremiasz..

Daleko ważniejsze jest jednak pytanie drugie, postawione wprost Apostołom i stawiane każdemu z nas osobiście: „A ty, za kogo mnie uważasz??? Dla Ciebie, kim jestem????” I na to pytanie trzeba sobie koniecznie jasno odpowiedzieć. Tu nie można zbyć sprawy wzruszeniem ramion, bo nawet ten gest ma swoje znaczenie i już jest odpowiedzią ...

Od odpowiedzi na pytanie drugie: „A wy za kogo Mnie uważacie?” zależy, czy i jak przyjmiemy prawdę o utworzeniu Kościoła przez Chrystusa: „Ty jesteś Piotr czyli Skała i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą.”

Podejrzewam, że to właśnie dla tych którzy mają kłopot z odpowiedzią na pytanie „Kim jest dla nich Jezus Chrystus?” Kościół jest nieporozumieniem, skandalem, organizacją opresyjną. I to chyba dlatego właśnie mamy dzisiaj tak wiele „apostazji”.

Kto odchodzi z Kościoła z powodu zachowania księży albo biskupów tak naprawdę nigdy do niego nie wszedł z powodu Jezusa”. „W Kościele nie jest się dla księży i biskupów tylko dla Boga”. Nieporozumieniem i uproszczeniem jest bowiem stwierdzenie, że to postępowanie takiego lub innego księdza czy biskupa jest powodem skandalu i zgorszenia. Gdyby tak rzeczywiście było, to trzykrotne zaparcie się Piotra powinno być skandalem i powodem do odejścia wszystkich, którzy chodzili za Jezusem. Jeśli bowiem bramy piekielne nie przemogą Kościoła, to tym bardziej nie mogą go zniszczyć skandaliczne zachowania księży czy biskupów.

Czy obrażam się na całą pocztę dlatego, że panienka z okienka pocztowego była nieuprzejma lub – powiedzmy dlatego, że – listonosz okradł mój list? Czy dokonuję „apostazji” ze wszystkich sklepów Biedronki, bo w jednym sklepie kasjerka mnie oszukała lub się pomyliła?

Czy nie jest raczej tak, że współczesny człowiek zdaje się mówić: „jeśli Bóg i Kościół nie stosuje się do moich kaprysów, albo nie spełnia moich oczekiwań, to ja się na niego po prostu obrażę”.

Jeśli bowiem Chrystus jest dla mnie: „kimś, kto przeszkadza, zawadza, nie daje spokoju, kogo należy się pozbyć, lub o kim nie należy zbytnio przypominać, albo o kim lepiej zapomnieć, wymazać z pamięci, aby nie przeszkadzał, nie zawadzał, nie zadawał niepokojących pytań, to wtedy oczywiście Kościół jest dla mnie zgorszeniem.

Ci, którzy wierzą w Chrystusa, dla których Chrystus jest Mesjaszem, nie mają problemu z zaakceptowanie boskości Jego Kościoła, mimo skandalicznego zachowania Piotra.

Z niejakim zdumieniem, a nawet przerażeniem słuchałem kiedyś znajomego księdza, który próbował nam udowodnić, że Chrystus jest dla nas, dla katolików „opcją” i my jako księża nie powinniśmy innym Chrystusa narzucać, a jedynie proponować. Kilka dni później przeczytałem w Ewangelii, bardzo jednoznaczne stwierdzenie samego Chrystusa: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.”( J 14:6) i uświadomiłem sobie fundamentalną prawdę, że Chrystus jest dla mnie, nie opcją, nie propozycją, ale jedyną szansą !!!

Oczywiście, że nie powinienem nikomu Go narzucać, ale mam być świadkiem. I to świadkiem wiarygodnym nie w słowach, ale w stylu życia, w zachowaniu, w moim stosunku do drugiego człowieka, w moim stosunku do rzeczy materialnych, do dóbr doczesnych ...

A dla Ciebie, kim jest Jezus Chrystus?

Pytanie zostało postawione: „Kim jest dla mnie Jezus Chrystus”
Czy moją odpowiedzią będzie tylko obojętne wzruszenie ramionami?


HOMILIA II

Dla Ciebie ... kim jestem?????

Pytanie zadane przez Jezusa pod Cezareą Filipową: "za kogo uważają mnie ludzie" jest ustawicznie zadawane przez wieki, każdemu pokoleniu i każdej epoce. Jezus, nie przestaje być osobą niepokojącą i intrygującą. Ale nie to pytanie jest najważniejsze. I Sam Jezus jakby nie przywiązuje wagi do odpowiedzi dawanych przez Apostołów na to pierwsze pytanie. Ludzie uważali go wtedy za Jana Chrzciciela, Izajasza, Jeremiasza lub innego z proroków. Tak jest i dzisiaj, wielu uważa go za kogoś nadzwyczajnego, za guru, przywódcę, rewolucjonistę, lub za kogoś kto przeszkadza, zawadza, nie daje spokoju i kogo należy się pozbyć, lub o kim nie należy zbytnio przypominać, albo o kim lepiej zapomnieć, wymazać z pamięci, aby nie przeszkadzał, nie zawadzał, nie zadawał niepokojących pytań, tak właśnie jak Jan Chrzciciel, Izajasz, Jeremiasz..

Zobaczmy tylko jak o Chrystusie mówią, jak na Niego reagują współczesne media, szczególnie te niekatolickie. Podkreślanie laickości naszego życia politycznego, ekonomicznego, społecznego, kulturalnego, to przecież nic innego jak zamykanie ust Chrystusowi. Można co najwyżej usłyszeć zdanie: "tak, religia ma wielki wpływ na życie ludzkie", ale w podtekście zaraz daje się słyszeć dodawane pośpiesznie: "niech jednak lepiej nie przeszkadza nam robić interesów". Wystarczy tylko porównać ile czasu poświęca się w TV na kretyńskie reklamy, a ile chociażby tylko na wiadomości religijne. Nie, oczywiście nie mam zamiaru klerykalizować całej telewizji, ale warto zobaczyć tak naprawdę, za kogo ludzie uważają Chrystusa i jak na Niego reagują? Warto uświadomić sobie, co i kto kryje się za ową "świętą laickością", kto i po co powoduje, że nasze media przepełnione są chłamem i chałturą, kto i po co robi nam papkę z mózgu i w jaki sposób to robi. To jest odpowiedź na pierwsze pytanie Chrystusa, "za kogo uważają mnie ludzie?"

Daleko ważniejsze jest jednak pytanie drugie, postawione wprost Apostołom i stawiane każdemu z nas osobiście: "A ty, za kogo mnie uważasz??? Dla Ciebie, kim jestem????" I na to pytanie trzeba sobie koniecznie jasno odpowiedzieć. Tu nie można zbyć sprawy wzruszeniem ramion, bo nawet ten gest ma swoje znaczenie i już jest odpowiedzią ...

Z niejakim zdumieniem, a nawet przerażeniem słuchałem ostatnio znajomego księdza, który próbował nam udowodnić, że Chrystus jest dla nas, dla katolików „opcją” i my jako księża nie powinniśmy innym Chrystusa narzucać, a jedynie proponować. Kilka dni później przeczytałem w Ewangelii, bardzo jednoznaczne stwierdzenie samego Chrystusa: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.”( J 14:6) i uświadomiłem sobie fundamentalną prawdę, że Chrystus jest dla mnie, nie opcją, nie propozycją, ale jedyną szansą !!!

Oczywiście, że nie powinienem nikomu Go narzucać, ale mam być świadkiem. I to świadkiem wiarygodnym nie w słowach, ale w stylu życia, w zachowaniu, w moim stosunku do drugiego człowieka, w moim stosunku do rzeczy materialnych, do dóbr doczesnych ...

A dla Ciebie, kim jest Jezus Chrystus?

Pytanie zostało postawione: "Kim jest dla mnie Jezus Chrystus"
Czy moją odpowiedzią będzie tylko obojętne wzruszenie ramionami?


HOMILIA III

Dzisiejsza Ewangelia stawia nas w Cezarei Filipowej. To nie była spokojna, pobożna Galilea. U stóp góry Hermon biło źródło Jordanu, a w skalnej grocie czczono greckie bóstwo imieniem Pan. Według lokalnych wierzeń właśnie tam znajdowało się wejście do otchłani, bramy Hadesu. W tym miejscu, w cieniu obcych bogów, Jezus pyta: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”. A potem zwraca się do uczniów, czyli także do nas: „A wy za kogo Mnie uważacie?”.

To nie jest pytanie o sondaże ani o poprawną teologię. Jezus pyta o fundament, na którym budujemy życie. W świecie pełnym konkurujących bóstw – sukcesu, bezpieczeństwa, władzy, własnego „ja” – wyznanie Piotra brzmi jak akt odwagi: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Piotr nie mówi: „jesteś jednym z proroków”, „mądrym nauczycielem”, „uzdrowicielem”. Mówi: Ty jesteś Synem Boga żywego. To znaczy: moje życie nie należy do martwych bożków, ale do Tego, który daje życie i jest silniejszy od śmierci.

Jezus odpowiada: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie”. To zdanie burzy nasze wyobrażenie o wierze jako o osiągnięciu. Wiara nie jest projektem samodoskonalenia ani sumą mądrych przemyśleń. Jest darem. Nikt nie może sobie wiary „wypracować” – może ją jedynie przyjąć. Dla dorosłego człowieka to trudna prawda, bo lubimy być samowystarczalni. Tymczasem wiara zaczyna się tam, gdzie uznajemy, że sami nie potrafimy się zbawić.

Jezus mówi do Szymona: „Ty jesteś Piotr, Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój”. Gdybyśmy patrzyli na Piotra tylko po ludzku, zobaczylibyśmy człowieka niestabilnego: za chwilę będzie protestował, potem ucieknie, a w końcu zaprze się swojego Mistrza. Jezus nie buduje Kościoła na sile charakteru Piotra. Buduje na wierze, którą Ojciec złożył w jego sercu. To jest ważne zwłaszcza dzisiaj, gdy wielu przeżywa zgorszenie słabością ludzi Kościoła. Kościół nie jest budowlą na ludzkiej niezawodności. Jest budowlą Chrystusa. Nie znaczy to, że ludzka niewierność nie ma znaczenia – znaczy, że nie ma ostatniego słowa. „Bramy piekielne go nie przemogą” – nie dlatego, że my jesteśmy mocni, ale dlatego, że fundament jest Boży.
Do tego dochodzi obraz kluczy. W pierwszym czytaniu Bóg strąca Szebnę i powołuje Eliakima. Wkłada na niego tunikę, przepasuje go pasem, daje mu klucz domu Dawidowego i kładzie go na jego ramieniu. Klucz w starożytnym królestwie nie był drobiazgiem w kieszeni – był znakiem urzędu zarządcy, który w imieniu króla otwiera i zamyka. Ale klucz na ramieniu to także ciężar. Władza w Bożym planie nie jest przywilejem, lecz służbą. Eliakim ma być „ojcem dla mieszkańców Jeruzalem”. To znaczy, że klucz służy do otwierania domu, a nie do zamykania go przed potrzebującymi.

Jezus daje Piotrowi „klucze królestwa niebieskiego”. Tradycja Kościoła widzi w tym początek posługi Piotra i jego następców, ale klucze dotyczą również całej wspólnoty, która ma otwierać światu Chrystusa. To jest udział w Jego władzy, ale nie po to, by Piotr czuł się panem. Klucze są po to, by otwierać ludziom drogę do Boga. „Cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz, będzie rozwiązane w niebie”. W Kościele ta władza wiązania i rozwiązywania realizuje się przede wszystkim w przebaczeniu. Chodzi o to, by rozwiązywać ludzkie grzechy, uwalniać sumienia, otwierać drzwi pojednania. Kościół, który używa kluczy, by kogoś jedynie wykluczać, zdradza ich sens. Kościół, który wiąże ludzkie sumienia mocą Ewangelii, a rozwiązuje mocą miłosierdzia, jest wierny Piotrowi.

I tu wchodzi czytanie z Listu do Rzymian. Paweł po długich rozważaniach o losie Izraela nie układa prostych schematów. Wyznaje: „O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi!”. To nie jest ucieczka od myślenia. To pokorna granica każdej teologii. Nosimy klucze, ale nie jesteśmy właścicielami domu. Znamy Chrystusa, ale nie znamy wszystkich Bożych dróg. „Kto poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą?”. To pytanie chroni nas przed pychą, także pychą religijną, która sądzi, że Boga można zamknąć w naszym systemie. Klucze nie służą do pilnowania Boga, by nie wymknął się naszym wyobrażeniom. Służą do otwierania ludzi na tajemnicę, która nas przerasta.
Dlatego dzisiejsze słowo jest pytaniem o nasze klucze. Każdy z nas ma jakieś klucze – do domu, do relacji, do wspólnoty, do decyzji. Rodzic ma klucz do serca dziecka. Małżonek ma klucz do intymności. Pracodawca ma klucz do cudzej pracy. Ksiądz ma klucz do wspólnoty. Pytanie brzmi: czy używamy ich jak Eliakim – jak ojciec i matka, by otwierać? Czy raczej jak narzędzia kontroli, by zamykać przed innymi? Jezus pyta każdego z nas: „A ty za kogo Mnie uważasz?”. Odpowiadamy nie tylko słowami modlitwy, ale sposobem, w jaki traktujemy ludzi, jak przebaczamy, komu ufamy w kryzysie, czy nasze wybory stoją na Skale, czy na ruchomych piaskach opinii.
Żyjemy w naszej własnej Cezarei Filipowej. Wokół nas wznoszą się ołtarze sukcesu, strachu, nienawiści i przyjemności. W takich miejscach wiara w Jezusa jako Syna Boga żywego jest wyborem. I w takich miejscach Kościół ma być znakiem, że bramy śmierci nie przemogą życia. Ale to nie stanie się przez naszą doskonałość, lecz przez pokorne trzymanie się Skalnej Prawdy: Jezus jest Chrystusem, Synem Boga żywego. On ma klucze Dawida. On otwiera i nikt nie zamknie. On zamyka i nikt nie otworzy. Jemu zaufajmy.

Prośmy o wiarę Piotra: nie o pewność siebie, ale o otwartość na objawienie Ojca. I prośmy, byśmy jako Kościół umieli używać kluczy tak, jak chce Chrystus: otwierać drzwi, rozwiązywać zniewolenia, wiązać tylko mocą miłości. Bo z Niego i przez Niego, i dla Niego jest wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen.


HOMILIA IV

Skała w krainie wielu bogów
Jezus stawia pytanie w Cezarei Filipowej. To miejsce nie jest przypadkowe. U stóp góry Hermon, w pobliżu źródła Jordanu, znajdowała się grota poświęcona bóstwu Pan. Miejscowi nazywali ją „bramą Hadesu” – wierzyli, że tam otwiera się wejście do świata ciemności i śmierci. Właśnie tam, w krainie wielu bogów, wśród pogańskich świątyń i ludzkich lęków, Jezus pyta: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”.
To pytanie brzmi dziś bardzo współcześnie. Ludzie mają różne opinie o Jezusie. Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, Jeremiasza albo jednego z proroków. Można by dodać: nauczyciel moralności, uzdrowiciel, rewolucjonista, postać historyczna, mit. Wszystkie te odpowiedzi łączy jedno: pozwalają zachować dystans. Jeśli Jezus jest tylko prorokiem, to mogę Go podziwiać, mogę coś z Jego nauki wybrać, ale nie muszę Mu oddać życia. Proroka można postawić na półce obok innych wielkich ludzi.

Jezus nie zadowala się opinią tłumu. Zwraca się do uczniów: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. To jest pytanie, przed którym nie da się uciec. Nie pyta: co mówi katechizm, co mówi tradycja, co mówi ksiądz, co wypada powiedzieć. Pyta: kim Ja jestem dla ciebie. Piotr odpowiada: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. To wyznanie jest poprawne, ale Jezus mówi coś zaskakującego: nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec. Wiara nie jest ludzką konkluzją, nie jest nagrodą za inteligencję, nie jest kwestią wychowania. Jest darem. Można znać wszystkie formuły i nie wierzyć. Można też – jak Piotr – wyznać coś wielkiego, a chwilę później nie pojmować, co to naprawdę znaczy.

I tu zaczyna się paradoks. Jezus nazywa Szymona skałą. Szymona, który za chwilę zostanie nazwany szatanem, bo będzie odwodził Jezusa od krzyża. Szymona, który zaprze się Mistrza. Szymona, który ucieknie. Na tej skale – kruchej, pękniętej – Jezus buduje Kościół. To nie jest pomyłka. Skałą jest Piotr nie z powodu swojej mocy, lecz dlatego, że Chrystus go wybiera i umacnia. Skałą jest jego wyznanie wiary, które przetrwa nie dzięki jego charakterowi, ale dzięki wierności Boga. Kościół nie jest wspólnotą idealnych, lecz wspólnotą ludzi, którzy wyznali wiarę, a potem muszą przez upadki i nawrócenia uczyć się, co ona znaczy.

Jezus mówi o bramach piekielnych w miejscu, gdzie ludzie widzieli wejście do otchłani. To nie jest obietnica triumfu bez ran. Kościół ma stanąć tam, gdzie człowiek dotyka śmierci, lęku, grzechu, chaosu – i nie zostać pokonany. „Bramy piekielne go nie przemogą” nie znaczy, że Kościół nie będzie przechodził kryzysów, skandali, upokorzeń. Znaczy, że w tych zmaganiach nie przegra ostatecznie, bo jego fundamentem jest Chrystus. W czasach, gdy wielu wróży koniec chrześcijaństwa, warto pamiętać: ta obietnica nie jest triumfalizmem, ale wezwaniem do pokory i odwagi.

Klucze królestwa, które otrzymuje Piotr, to nie insygnia władzy w ludzkim rozumieniu. W pierwszym czytaniu słyszeliśmy o Eliakimie, któremu powierzono klucz domu Dawida, by był ojcem dla mieszkańców Jerozolimy. Klucz to odpowiedzialność za dom, za otwieranie i zamykanie. Wiązać i rozwiązywać znaczy rozeznawać, co prowadzi człowieka do życia, a co go zniewala. To nie jest dowolność: decyzje Kościoła mają być echem woli Bożej, nie partykularnych interesów. Dla nas, dorosłych wierzących, to znaczy, że nie jesteśmy tylko konsumentami religii. Jesteśmy współodpowiedzialni za to, by Kościół otwierał ludziom drogę do Boga, a nie zamykał ich w ludzkich schematach.

Na końcu Jezus surowo zabrania uczniom mówić, że jest Mesjaszem. To może dziwić. Przecież Piotr wyznał prawdę. Ale Jezus wie, że oni jeszcze nie rozumieją, jaki to Mesjasz. Chcieliby ogłosić sukces, a On idzie ku krzyżowi. Wiara bez krzyża jest iluzją. My też bywamy kuszeni, by mówić o Jezusie jako gwarancji powodzenia, zdrowego porządku, narodowej dumy. Ewangelia to nie kampania wizerunkowa. Czasem trzeba najpierw zamilknąć, przejść przez noc Wielkiego Piątku, by potem mówić z mocą świadka, a nie z pozycji ideologa.

Każdy z nas stoi dziś w swojej Cezarei Filipowej – w miejscu, gdzie krzyżują się różne głosy: opinie, lęki, mody, zranienia. Jezus pyta nie o to, co wypada powiedzieć, ale o to, kim On jest dla mnie. Nie chodzi o poprawną odpowiedź. Chodzi o to, czy moje życie opieram na Nim jak na skale. Może warto dziś powiedzieć szczerze: „Panie, wiesz, że moja wiara jest krucha. Objaw mi się, jak objawiłeś Piotrowi – nie jako idea, ale jako Bóg żywy”. A On nie brzydzi się kruchością. Na takiej skale zbudował Kościół. I na takiej skale chce zbudować coś w twoim życiu.


HOMILIA V

Pytanie, które padło w Cezarei Filipowej, nie było sprawdzianem z teologii. Jezus zabrał uczniów na same krańce Izraela, pod wielką, pionową skałę. Poganie składali tam ofiary swoim bogom, a tuż obok ziała ciemna jaskinia, którą nazywano wprost „bramą Otchłani”. I właśnie tam, w cieniu pogańskich świątyń i szumu obcych kultów, padają dwa pytania.

Pierwsze jest bezpieczne: „Za kogo ludzie Mnie uważają?”.

Uczniowie odpowiadają bez wahania. Przytaczają plotki, opinie, socjologiczne obserwacje. Jedni mówią, że Chrzciciel, inni że Eliasz czy Jeremiasz. O wierze z drugiej ręki rozmawia się niezwykle łatwo. Można godzinami dyskutować o stanie Kościoła, oceniać postawy innych i cytować cudze myśli. To nic nie kosztuje.

Wtedy pada drugie pytanie. Nagle zapada cisza.

„A wy za kogo Mnie uważacie?”

W tym jednym momencie kończy się teoria. Søren Kierkegaard napisał kiedyś z właściwą sobie ostrością, że największym zagrożeniem dla chrześcijaństwa nie jest wcale jego odrzucenie, ale zastąpienie wiary – podziwem. Zachwycamy się mądrością Ewangelii, podziwiamy postać Chrystusa, ale trzymamy Go na bezpieczny dystans. Tymczasem Jezus nie szuka kibiców ani fanów. On szuka uczniów.

Piotr wyrywa się z odpowiedzią: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”.

Skąd to wiedział? Sam na to nie wpadł. Jezus od razu to wyprostowuje: „Nie objawiły ci tego ciało i krew”. To nie był wynik bystrości Piotra. To był moment, w którym przez ludzką nieporadność przebiło się światło Ojca.

Spójrzmy na pierwsze czytanie. W Księdze Izajasza Bóg odrzuca Szebnę – dumnym zarządcę pałacu, który budował dla siebie wspaniały grobowiec, licząc wyłącznie na własne wpływy i pozycję. Bóg go strąca. Na jego miejscu stawia Eliakima i kładzie na jego ramieniu klucz domu Dawida. Klucz w Biblii to nie jest insygnium dla własnej próżności. To ciężar odpowiedzialności i służby.

I ten sam manewr Jezus wykonuje wobec Piotra. Nie wybiera człowieka kryształowego, prymusa ani wzoru duchowej doskonałości. Wybiera Szymona – porywczego rybaka, który za chwilę zacznie Go pouczać, a w nocy pojmania wyprze się Go ze strachu przed służącą. I właśnie na takim człowieku Jezus postanawia zbudować swój Kościół.

To nie skała Piotrowej doskonałości trzyma tę wspólnotę. Trzyma ją Skała wyznanej Prawdy i łaska Boga, który posługuje się naszą słabością. Gdyby Kościół zależał wyłącznie od ludzkiej niezłomności, rozpadłby się w pierwszym stuleciu.

Bramy piekielne go nie przemogą. Nie dlatego, że my jesteśmy tacy mocni i bez skazy. Ale dlatego – jak pisał św. Paweł do Rzymian – że mądrość Boga jest niezbadana, a wszystko jest z Niego, przez Niego i dla Niego.

To samo pytanie z Cezarei Filipowej wraca dzisiaj do nas. Nie da się go zbyć wyuczoną formułką.

Kim On jest dla ciebie dzisiaj?

Kim jest, gdy wchodzisz w szarą codzienność, gdy podejmujesz trudną decyzję w pracy, gdy zostajesz sam ze swoim lękiem albo rozczarowaniem? Czy jest tylko postacią z historycznego obrazka, czy żywym Bogiem, któremu ufasz bardziej niż własnym schematom?

Piotr nie wiedział jeszcze wtedy, ile go ta odpowiedź będzie kosztować. Ale zaryzykował. Wyznał wiarę i dał się poprowadzić. My też nie musimy mieć odpowiedzi na wszystkie pytania świata. Wystarczy, że zaryzykujemy odpowiedź na to jedno.


Wyjaśnienie: Słowa dzisiejszej Ewangelii padają w miejscu symbolicznym. Cezarea Filipowa leżała u stóp wielkiej, litej skały, w cieniu pogańskiej świątyni poświęconej bożkowi „Panowi”, tuż obok groty uważanej za wejście do podziemi, bramę Hadesu. I tam, w tym kontekście, Jezus zadaje dwa pytania.

Pierwsze jest bezpieczne: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”. Uczniowie z łatwością relacjonują plotki. Socjologia religii. Jedni mówią, że Chrzciciel, inni że Eliasz czy Jeremiasz. O wierze z drugiej ręki rozmawia się niezwykle łatwo. Można godzinami dyskutować o kondycji Kościoła, o grzechach księży, o tym, dlaczego inni nie chodzą na mszę. Można cytować teologów albo mądre posty z Internetu. To nic nie kosztuje. To wiara-opinia.

Wtedy pada drugie pytanie. Nagle zapada cisza. „A wy za kogo Mnie uważacie?”. Jezus patrzy im w oczy. Kończy się teologia z dystansu. To pytanie rozbija naszą strefę komfortu. Nie pyta, co przeczytaliśmy, co usłyszeliśmy na kazaniu, albo co myśli nasza rodzina. Pyta o nasze osobiste „zależy”.

I wtedy odzywa się Piotr. Wpada na to nie dzięki swojej inteligencji, ale dzięki łasce. „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Piotr wyznaje wiarę w Kogoś, kto nie jest ideą, ale Osobą. Bóg żywy. Nie abstrakcyjny absolut, ale Ktoś, kto kocha, kto cierpi, kto jest obecny.

I tu dochodzimy do paradoksu, który jest sercem tej Ewangelii. Jezus wybiera Piotra – człowieka chwiejnego, impulsywnego, który za chwilę Go zdradzi – i nazywa go Skałą. Kościół nie jest zbudowany na fundamencie ludzkiej doskonałości. Nie jest korporacją zarządzaną przez supermenów moralności. Kościół jest zbudowany na Skale Bożego objawienia wyznanego przez słabego człowieka.

„Bramy piekielne go nie przemogą”. Nie dlatego, że my jesteśmy tacy silni, ale dlatego, że fundamentem jest Chrystus, żyjący Bóg. Kiedy wyznajemy wiarę nie jako opinię, ale jako żywą relację, wtedy stajemy się częścią tej Skały.

Nie bądźmy chrześcijanami-kibicami, którzy tylko komentują mecz z trybun. Jezus potrzebuje uczniów, którzy wejdą na boisko. Prawdziwa wiara to ryzykowna zgoda na to, że On wywróci nasze życie do góry nogami.

A wy? Za kogo Go uważacie dzisiaj, tu i teraz?