Ez 18:25-28
Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – mówi Pan - a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył? Wy mówicie: Sposób postępowania Pana nie jest słuszny. Słuchaj jednakże, domu Izraela: Czy mój sposób postępowania jest niesłuszny, czy raczej wasze postępowanie jest przewrotne? Jeśli sprawiedliwy odstąpił od sprawiedliwości, dopuszczał się grzechu i umarł, to umarł z powodu grzechów, które popełnił. A jeśli bezbożny odstąpił od bezbożności, której się oddawał, i postępuje według prawa i sprawiedliwości, to zachowa duszę swoją przy życiu. Zastanowił się i odstąpił od wszystkich swoich grzechów, które popełniał, i dlatego na pewno żyć będzie, a nie umrze.
Flp 2:1-11
Jeśli więc jest jakieś napomnienie w Chrystusie, jeśli - jakaś moc przekonująca Miłości, jeśli jakiś udział w Duchu, jeśli jakieś serdeczne współczucie - dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego, a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich! To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM - ku chwale Boga Ojca.
Mt 21:28-32
Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć.

Grzesznicy i cudzołożnice wejdą przed wami do Królestwa Bożego
Jakby na to nie patrzeć, zdanie powyższe jest zdecydowanie szokujące, tak jak i cała dzisiejsza Ewangelia. Powiedzieć do kapłanów i starszych, do przełożonych i ludzi ogólnie szanowanych, że prostytutki i pogardzani poborcy podatkowi będą pierwsi w Królestwie Bożym, to tak, jakby powiedzieć dzisiaj te same słowa do księży, biskupów, a może nawet kilku kardynałów ... Szokujące i obraźliwe!! Toż jest to zamach na Kościół i szarganie świętości!
Ale gdyby Tobie Chrystus powiedział: "Ludzie którymi pogardzasz i których ty uważasz za grzeszników, wejdą przed tobą do Królestwa Bożego ...", to i czy Ty nie czułbyś się upokorzony i zagrożony w Twojej sprawiedliwości i rzekomej prawości? Nie zapominaj jednak, że Chrystus powiedział też: "Nie ci, którzy mi mówią Panie, Panie, wejdą do Królestwa, ale ci, którzy pełnią wolę Ojca..." Nie wystarczy więc nawet regularne chodzenie do kościoła i codzienne pacierze, nie wystarczy spełnianie wszystkich przepisów prawa i twoja własna doskonałość ... jeśli za tym nie idą czyny miłosierdzia i konkretne działania wobec bliźniego.
Święty Augustyn - bardzo zaskakujące są jego spostrzeżenia i uwagi - powiedział:
Pan Bóg przegotowuje dla każdego z nas trzy wielkie niespodzianki w życiu przyszłym:
pierwsza to ta, że spotkamy tam tych, którzy według nas, być tam nie powinni - np. grzesznicy i cudzołożnicy, twój sąsiad, czy krewny, którym pogardzasz – spotkasz ich w niebie,
druga, to ta, że nie spotkamy tam tych, którzy według nas, tam być powinni - np. ci wssycy pozornie uczciwi i dobrzy na pokaz w piekle,
i trzecia, największa.... że sami się tam znaleźliśmy... np........
Nie bądź pewny swojej świętości, ani też nie osądzaj innych,
abyś przypadkiem nie był zaskoczony tą trzecią niespodzianką w wieczności ...
Homilia alternatywna I
Nawrócenie, a z czego i po co?
Słowa dzisiejszego pierwszego czytania są bardzo pocieszające. Bogu nie zależy na potępieniu, na karaniu, na zemście, na udowadnianiu swoich racji. Ustami proroka Ezechiela przypomina: „Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – mówi Pan - a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył?”
Problem jest jednak w tym że my sami nie wierzymy Bogu, nie ufamy Mu. Dla wielu z nas Bóg nie jest Miłosiernym Ojcem, ale surowym i mściwym sędzią, który jedynie czyha na nasze pomyłki i potyczki, aby nas od razu srogo ukarać. Taka postawa, rodzi oczywiście bunt i odrzucenie Boga i Jego przykazań, które -w tej perspektywie- stają się nieznośnym ograniczeniem naszej wolności. W takiej sytuacji znajduje się wielu letnich katolików „z metryki”, którzy odrzucają jakiekolwiek normy moralne, bo Miłosierny Bóg kojarzy im się z dobrotliwym staruszkiem, który powinien raczej -z uśmiechem wyrozumiałości- pozwalać nam na spełnianie naszych najbardziej wymyślnych kaprysów i zachcianek. Dla takich ludzi słowo „nawrócenie” jest co najmniej niezrozumiałe, bo Bóg dał nam przecież wolność i powinien tę swoją decyzję szanować pozwalając nam na całkowitą i anarchiczną realizację danej nam wolności. Przy takim rozumieniu wolności i Boga, nie ma oczywiście mowy ani o grzechu -bo nic nie jest grzechem, skoro Bóg dał mi wolność- ani o nawróceniu, bo z czego miałby się nawracać, skoro wolność moja daje mi nieograniczone możliwości realizacji samego siebie.
Gdzieś na internecie znalazłem porażający manifesty liberałów szeroko szermujących fałszywym pojęciem „tolerancji”. Oto kilka jego punktów:
mogę robić co mi się podoba i nikt ma najmniejszego prawa zwrócić mi uwagi, jakakolwiek próba zwrócenia mi uwagi czy korekcji mojego postępowania jest nieuprawnioną ingerencja w moją prywatność i zamachem na moją wolność. Ja przecież nic złego nie robię,
Bóg stworzył mnie wolnym i nie ma prawa ograniczać mnie jakimikolwiek przykazaniami, nakazami lub zakazami, czy normami moralnymi, jakiekolwiek przykazania są co najwyżej pobożnymi życzeniami, które mogę -ale absolutnie nie muszę zachowywać,
pojęcie grzechu, winy dobra i zła, jest bezsensowne skoro to ja i tylko ja decyduję o tym co jest dobre a co złe, to co zazwyczaj nazywamy grzechem to ewentualnie jakieś drobne pomyłki wynikające z zaistniałej sytuacji i zbiegu okoliczności nie podlegające przecież żadnemu osądowi moralnemu,
idiotyzmem i nieporozumieniem jest nawoływanie do nawrócenia, zmiany życia, korekcji i poprawy skoro Bóg stworzywszy mnie wolnym, kocha mnie takim jaki jestem. To nie ja mam się nawracać i zmieniać cokolwiek w moim życiu, to inni mają obowiązek zaakceptować mnie takim jakim jestem zgodnie ze wspaniałą i niezastąpioną zasadą tolerancji.
Iluż ludzi, a szczególnie młodych zbuntowanych katolików utożsamia się z tymi słowami?
Taka butna i zarozumiała filozofia życiowa nie będzie nigdy w stanie zrozumieć słów Miłosiernego Boga z dzisiejszego pierwszego czytania, ani tym bardziej słów Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii. Nie może się bowiem nawrócić i doznać Miłosierdzia Bożego ktoś, kto uparcie twierdzi, że nie ma grzechów. Jak takim ludziom głosić Dobrą Nowinę o zbawieniu, skoro oni nie tego oczekują, ale anarchii?
Homilia alternatywna II
„Dzisiaj w winnicy”
Kiedy słuchamy dzisiejszej Ewangelii, odpowiedź nasuwa się sama: wolę Ojca spełnił drugi syn. Ten, który najpierw powiedział „nie chcę”, a potem się opamiętał. Jezus jednak nie opowiada tej przypowieści po to, byśmy poprawnie rozwiązali test. Opowiada ją nam, dorosłym, ludziom religii, ludziom, którzy przyszli na Mszę i znają właściwą odpowiedź. I właśnie dlatego ta przypowieść jest wyrokiem, a zarazem szansą.
Bo łatwo potępić pierwszego syna. „Idę, panie” – a potem nie poszedł. Kto z nas tak nie mówi? „Panie, będę lepszy”, „Panie, zmienię się”, „Panie, przebaczę”, „Panie, poświęcę więcej czasu”. A potem winnica zostaje nietknięta. Nie dlatego, że Bóg wymaga rzeczy nadzwyczajnych. Dlatego, że nasze „idę” nie stało się ciałem. Pobożność bez nawrócenia jest jak piękny list, którego nigdy nie wysłano.
Drugi syn jest inny. Mówi „nie chcę”. To boli. To szczere, może nawet bezczelne. Ale potem „opamiętał się”. W języku Biblii to więcej niż żal. To zawrócenie. To zmiana kierunku. Metanoia. Człowiek widzi, że szedł w stronę śmierci, i odwraca się ku życiu. Jezus mówi, że celnicy i nierządnice wyprzedzają nas w królestwie niebieskim nie dlatego, że ich grzech był dobry, ale dlatego, że uwierzyli i się nawrócili. Ich prawda o sobie stała się bramą do Miłosierdzia.
Pierwsze czytanie dotyka tego samego korzenia. Izrael mówi: „Sposób postępowania Pana nie jest słuszny”. Bóg odpowiada: „Czy mój sposób postępowania jest niesłuszny, czy raczej wasze postępowanie jest przewrotne?”. My też mamy w sobie taki cichy trybunał, w którym osądzamy Boga. Kiedy ktoś, kto nas skrzywdził, dostaje przebaczenie, czujemy się niesprawiedliwie. Kiedy grzesznik wraca i Bóg go przyjmuje, myślimy: „A co z jego ofiarami? A co z przeszłością?”. Bóg wtedy pyta: czy ty naprawdę chcesz mojej sprawiedliwości, czy tylko mojej kary dla innych? Bo moja sprawiedliwość nie jest archiwum krzywd. Jest ogniem, który oczyszcza, ale nie gasi człowieka. Bóg mówi: „Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego? Nie, raczej na tym, by się nawrócił i żył”. Bóg nie jest księgowym, który szuka długu. Jest Ojcem, który szuka syna.
A jednak to nie znaczy, że wszystko jedno, jak żyjemy. Właśnie dlatego drugie czytanie jest tak ważne. Paweł nie mówi: bądźcie mili i pobłażliwi. Mówi: „To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie”. Chrystus, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi. To jest Ewangelia w Ewangelii. Prawdziwe nawrócenie nie polega tylko na tym, że przestajemy robić złe rzeczy. Polega na tym, że zaczynamy myśleć jak Chrystus: nie „co ja z tego będę miał?”, ale „komu mogę się oddać?”. Nie „jak mnie widzą?”, ale „jak służyć?”. Nie „jak zachować twarz?”, ale „jak umyć czyjeś stopy?”.
Winnica Ojca to nie tylko kościół, zakrystia, parafialne inicjatywy. Winnica to twój dom, twoje małżeństwo, twoja praca, twoja samotność, twoje relacje z tymi, którzy są trudni. To miejsce, gdzie twoje „idę” ma stać się konkretem: dzisiaj. Nie jutro. Nie, gdy będę miał siłę. Nie, gdy inni się zmienią. Dzisiaj. Może to jedno słowo przebaczenia. Może to jedna godzina rozmowy z dzieckiem. Może to wierność w rzeczach ukrytych. Może to rezygnacja z ostatniego słowa, które rani. Może to powrót do spowiedzi, do której odkładasz od lat.
Jest jednak jeszcze jedna postać w tej przypowieści. Nie pierwszy syn, nie drugi, ale Ojciec. Ojciec, który posyła. Ojciec, który nie przestaje zapraszać. Ojciec, który czeka na „później” drugiego syna. I jest w tej przypowieści ktoś jeszcze: Syn, który powiedział „Idę” i naprawdę poszedł – aż na krzyż. Jezus Chrystus. To On jest prawdziwym Synem, który nie tylko wypowiedział wolę Ojca, ale ją wypełnił. Jego posłuszeństwo nie było słowem, ale Ciałem wydanym i Krwią wylaną. Dlatego nasze nawrócenie nie jest naszym wielkim wysiłkiem. Jest uczestnictwem w Jego „Idę”. On wchodzi w naszą winnicę, w nasze jałowe ziemie, i mówi: „Nie ty mnie zbawiasz. Ja ciebie zbawiam. Ale chodź ze Mną”.
Za chwilę przy ołtarzu usłyszymy: „To jest Ciało moje”. To nie jest metafora. To jest kenosis. Bóg, który się ogołaca, aby nas napełnić. Kiedy odpowiemy „Amen”, nie odpowiadamy tylko ustami. Odpowiadamy życiem. Amen znaczy: „Tak, Panie, wierzę. I idę”. Idę dzisiaj. Może nie umiem jeszcze powiedzieć „chcę”. Może mówię „nie chcę”. Ale przychodzę. A Bóg potrafi z „nie chcę” zrobić „idę”. Potrafi z późnego nawrócenia zrobić świętość. Potrafi z celnika zrobić apostoła.
Nie bójmy się więc prawdy o sobie. Nie bójmy się Boga, który jest sprawiedliwszy niż nasze lęki. Nie zamykajmy Go w naszym ciasnym pojęciu sprawiedliwości. Prośmy o jedno: aby nasze „Panie, Panie” stało się chodzeniem do winnicy. A gdy upadniemy, abyśmy się opamiętali. Dzisiaj. Bo Bóg nie czeka na naszą śmierć. Czeka na nasze życie.

Homilia alternatywna III
Ci, którzy wchodzą przed nami
I. Zarzut wierzących
Zdanie, które Ezechiel powtarza jak zarzut odczytany na sali sądowej — „sposób postępowania Pana nie jest słuszny" — nie padło z ust pogan. Wypowiedzieli je ludzie wierzący. Wygnańcy w Babilonie, ci, którzy stracili świątynię, a nie przestali się modlić. Hebrajski czasownik, którego tu użyto, pochodzi ze słownika kupców i budowniczych: znaczy mniej więcej tyle, co „odmierzyć", „zważyć", „wypoziomować". Izrael mówi Bogu: Twoja waga jest nierówna. Masz fałszywe odważniki.
O co właściwie mają do Niego pretensję? Nie o to, że karze. O to, że pozwala człowiekowi zacząć od początku. Że łotr, który się opamięta, będzie żył, a sprawiedliwy, który się złamie, nie ma odłożonego kapitału, z którego mógłby jeszcze przez chwilę żyć. Bóg odmawia prowadzenia księgi rachunkowej. I to jest cały zarzut: Panie Boże, Ty nie liczysz.
Warto usłyszeć, jak bardzo to boli, zanim zbyt szybko przyznamy Bogu rację. Jeśli Bóg nie prowadzi rachunków, to nikt nie jest u Niego zabezpieczony — ani grzesznik skazany raz na zawsze, ani pobożny ubezpieczony raz na zawsze. Nasza przeszłość, ta zła i ta dobra, przestaje być własnością, którą można gdzieś zdeponować. Zostaje tylko dzisiaj. Człowiek, który przez trzydzieści lat chodził prosto, jutro rano znowu musi wybrać. Człowiek, który przez trzydzieści lat brnął w błocie, jutro rano też może wybrać. To jest ta sama wolność, widziana z dwóch stron, i dlatego ten sam tekst brzmi jak groźba albo jak amnestia, zależnie od tego, gdzie akurat stoimy.
II. Sędziowie we własnej sprawie
Jezus opowiada dzisiejszą przypowieść w świątyni, kilka minut po tym, jak arcykapłani i starsi odmówili odpowiedzi na Jego pytanie o chrzest Jana. Powiedzieli: „nie wiemy". Nie było to wyznanie niewiedzy, tylko decyzja, żeby się nie wychylić. Wtedy Jezus pyta o coś innego, pozornie niewinnego: „Co myślicie?" — i opowiada o dwóch synach.
I oni odpowiadają. Odpowiadają bezbłędnie. „Ten drugi." Mają nienaganny zmysł sprawiedliwości. Rozpoznają fałsz w jednej chwili, potrafią nazwać po imieniu pustą deklarację i docenić spóźnione posłuszeństwo. Tak jak Dawid, który wysłuchał opowieści Natana o jedynej owieczce ubogiego i wydał wyrok natychmiast, w gniewie, celnie i sprawiedliwie — na siebie samego.
To jest pierwsza rzecz, której ta Ewangelia od nas chce: żebyśmy zauważyli, jak sprawnie działa nasze sumienie, dopóki sprawa dotyczy kogoś innego. Umiemy ocenić parafię obok, poprzednie pokolenie, tego z drugiej strony ławki. Nasz zmysł moralny nie jest uszkodzony. On jest tylko skierowany na zewnątrz, jak reflektor zamontowany na czole — oświetla wszystko poza tym, kto go nosi.
III. „Idę, panie!"
Zauważmy, że ojciec nie wydaje rozkazu. Mówi: „Dziecko". Nie „sługo", nie „robotniku". To nie jest werbunek, tylko zaproszenie do rodzinnego interesu — winnica należy przecież i do syna.
Pierwszy syn mówi: „Idę, panie!" I nie idzie.
Najłatwiej uznać go za kłamcę. Ale być może wcale nie kłamał. Być może powiedział to szczerze, z ciepłem, z pewnym wzruszeniem nawet, i dopiero potem dzień potoczył się swoim torem. Być może — i to jest wersja najbardziej niepokojąca — to „idę" było dla niego wystarczająco satysfakcjonujące, żeby przestało być potrzebne pójście. Powiedział i poczuł się dobrze. A dobre samopoczucie jest dziwnym substytutem: zaspokaja dokładnie ten głód, który miało obudzić.
Tu jest pytanie dla ludzi religijnych, czyli dla nas, bo to my jesteśmy specjalistami od obrzędu zgody. Mamy „amen", mamy „wierzę", mamy „chcę" wypowiedziane przy ołtarzu i przy chrzcielnicy. Mamy całą gramatykę mówienia „tak" Bogu i wykonujemy ją naprawdę pięknie. Niebezpieczeństwo polega na tym, że można przyjąć małą dawkę Boga i uodpornić się na Niego. Że słowo powiedziane w kościele zaczyna zastępować to, do czego miało nas popchnąć. Pierwszy syn nie jest cynikiem. Pierwszy syn jest człowiekiem, któremu wystarczyła rozmowa z ojcem.
IV. „Nie chcę"
Drugi syn nie jest wcale sympatyczniejszy. Odpowiada ojcu w twarz, chamsko, publicznie: „Nie chcę". Jezus go nie upiększa i nie robi z niego bohatera szczerości. Po prostu mówi, że później „opamiętał się".
Greckie słowo, którego używa tu Mateusz, nie jest tym wielkim słowem oznaczającym nawrócenie. To słowo o zmianie uczucia, o żalu, o wracaniu myślami. Ten sam Ewangelista użyje go jeszcze raz — o Judaszu, który rzucił trzydzieści srebrników. I to jest ostrzeżenie wpisane w samo słownictwo: sam żal nie zbawia. Judasz żałował. Różnica między nim a drugim synem nie polega na tym, kto bardziej cierpiał, ale na tym, dokąd ten żal zaprowadził nogi. Jeden poszedł do winnicy. Drugi nie poszedł już nigdzie.
Ezechiel opisuje to samo jednym krótkim zdaniem: „Zastanowił się i odstąpił". Najpierw zobaczył. Nawrócenie nie zaczyna się od wysiłku, tylko od spojrzenia, a właściwie od przestania uciekania przed spojrzeniem. Ten człowiek nie stał się kimś innym. On wrócił do siebie. Bo grzech nie jest byciem sobą, tylko przebywaniem poza sobą — dlatego syn marnotrawny u Łukasza „wszedł w siebie", zanim wstał i poszedł.
I tutaj widać całe nieszczęście pierwszego syna. On nigdy nie musiał wracać do siebie, bo nie zauważył, że gdzieś wyszedł.
V. „Przed wami"
A potem pada zdanie, które w tej Ewangelii jest ostrzem: „Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego".
Nie „zamiast was". Przed wami. Drzwi nie zostały zamknięte, ustalona została kolejność. Jezus nie ogłasza wyroku skazującego — ogłasza procesję, w której arcykapłani idą za tymi, którymi gardzili przez całe życie.
I to jest prawdziwy dramat dzisiejszej niedzieli. Nie to, że ktoś zostaje wyrzucony, tylko to, czy zgodzi się wejść jako drugi. Bo istnieje duma, która wolałaby zostać na zewnątrz, niż wejść za celnikiem. Starszy brat z przypowieści o synu marnotrawnym stoi przecież przed domem w chwili, gdy nikt go nie wyprosił i wszystkie drzwi są otwarte. Stoi tam dobrowolnie, bo nie może znieść tego, kto siedzi przy stole. Jest w Kościele bardzo szczególny sposób oddalenia się od Boga: nazywa się „mam do Niego pretensję o ludzi, których przyjął".
VI. Droga, która schodzi w dół
I dopiero teraz można usłyszeć hymn z Listu do Filipian, bo on jest odpowiedzią na zarzut z Ezechiela.
Izrael mówił: „droga Pana nie jest prosta". I miał rację bardziej, niż przypuszczał. Droga Pana nie jest prosta, bo prowadzi w dół. „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie". Nie potraktował własnej pozycji jako czegoś, co trzeba zagarnąć i przy sobie utrzymać. Adam w ogrodzie wyciągnął rękę, żeby być jak Bóg. Chrystus, będąc Bogiem, cofnął rękę i zszedł niżej niż wszyscy.
To znaczy, że On wszedł ostatni. Ten, przed którym zegnie się każde kolano, sam ustąpił miejsca wszystkim. Jeśli więc celnicy i nierządnice mają wejść przede mną, to nie jest degradacja — to jest dokładnie ta droga, którą Syn przeszedł pierwszy i sam, aż do krzyża.
Dlatego Pawłowe „w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie" nie jest ćwiczeniem w udawaniu, że inni są lepsi. Nikt nie potrafi w to szczerze uwierzyć na komendę. To jest coś znacznie prostszego i trudniejszego: rezygnacja z prowadzenia listy miejsc. Pokora nie polega na myśleniu o sobie źle, tylko na tym, że przestaje się w ogóle ustawiać ludzi w szeregu. Człowiek, który nie musi bronić swojego miejsca, jest wolny — i tylko taki człowiek może naprawdę zobaczyć drugiego, „mieć na oku nie tylko swoje własne sprawy".
VII. Dzisiaj
W przypowieści jest jeszcze jedno słowo, obok którego łatwo przejść. Ojciec mówi: „Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy".
Cały ten dramat mieści się w jednym dniu. Poranna odpowiedź obu synów niczego nie przesądziła — ani ta uprzejma, ani ta grubiańska. Rozstrzygnęło się to gdzie indziej, w ciągu dnia, bez świadków, bez słów, w drodze albo w domu. I dzień wciąż trwa. Jest popołudnie.
Za chwilę powiemy „Amen" i przyjmiemy Komunię. To „Amen" znaczy dokładnie tyle, co „Idę, panie". Czy jest ono słowem pierwszego, czy drugiego syna, nie rozstrzygnie się tutaj. Rozstrzygnie się po wyjściu z kościoła, w tym jednym konkretnym miejscu, które każdy z nas w tej chwili doskonale zna — bo winnica nigdy nie jest abstrakcyjna. To zawsze jest jakiś człowiek, do którego nie zadzwoniłem, jakaś sprawa, którą omijam od miesięcy, jakieś przebaczenie, które odkładam, bo mam do niego prawo, którego nie chcę stracić.
Nie pytaj więc dziś, którym synem byłeś rano. Zapytaj, gdzie zastanie cię wieczór.
Homilia alternatywna IV
„Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego”.
To zdanie musiało boleć. Jezus nie wykrzyczał go w stronę ulicznych opryszków. Skierował je do ludzi wykształconych religijnie, szanowanych, stałych bywalców świątyni. Do tych, którzy na każde wezwanie Boga potrafili natychmiast odpowiedzieć: „Tak, Panie! Róbmy to”.
A potem nie robili nic.
Pierwszy syn z dzisiejszej Ewangelii reprezentuje naszą najczęstszą pokusę: pomyłkę deklaracji z rzeczywistością. Mówi ojcu dokładnie to, co ten chce usłyszeć. Wykazuje się nienaganną kulturą. Zna właściwe formułki, uśmiecha się, kiwa głową. I zostaje na kanapie.
Łatwo stworzyć sobie iluzję, że skoro znamy pacierz i stoimy co niedzielę w ławce, to nasza relacja z Bogiem jest ułożona. Pobożność słowna daje poczucie bezpieczeństwa. Zwalnia z realnego wysiłku.
C.S. Lewis w książce Chrześcijaństwo po prostu napisał bezlitosne, ale ożywcze słowa: „Zimny, samowystarczalny faryzeusz, który regularnie chodzi do kościoła, może być o wiele bliżej piekła niż prostytutka”.
Dlaczego? Bo prostytutka i celnik nie mają złudzeń co do swojego stanu. Nie ubierają duchowej pustki w elegancki garnitur. Wiedzą, że utonęli. Kiedy więc dociera do nich prawda o Bożej miłości, przebija ich na wylot. Rzucają się ku niej jak rozbitkowie.
Drugi syn odpowiedział ojcu krótko: „Nie chcę”. Był szorstki, wręcz bezczelny. Ale w pewnym momencie coś się w nim przełamało. Ewangelia używa tu greckiego słowa metameletheis – poczuł żal, zmienił myślenie. Zobaczył bezsens swojego oporu. Nie wszedł w dyskusję, nie składał nowych obietnic. Po prostu wstał i poszedł do winnicy.
Bóg z proroctwa Ezechiela działa dokładnie na tej samej zasadzie. On nie prowadzi skrupulatnej księgowości naszej przeszłości. Nie rozlicza nas z tego, co było wczoraj, jeśli dzisiaj wybieramy życie. „Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – mówi Pan – a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył?”. Boga nie interesuje nasza dawna reputacja. Interesuje Go nasze serce w tej konkretnej minucie.
Żeby jednak zrobić krok ze strefy obłudy do winnicy, trzeba stracić coś bardzo cennego dla naszego ego: potrzebę posiadania racji i dbania o wizerunek. Trzeba umieć się uniżyć.
Paweł w Liście do Filipian pokazuje Chrystusa, który „ogołocił samego siebie”. On nie trzymał się zazdrośnie swojej pozycji ani autorytetu. Zszedł w sam środek ludzkiej słabości i posłuszeństwa.
Wiara to nie teatr dobrych manier. Bóg nie szuka aktorów, którzy recytują pobożne scenariusze. Szuka ludzi autentycznych. Tych, którzy potrafią przyznać: „Pomyliłem się. Powiedziałem «nie», ale chcę wracać”.
Zamiast więc zastanawiać się, jak ładnie odpowiedzieć dzisiaj Bogu, warto zadać sobie jedno pytanie: co jest tą konkretną pracą w winnicy, od której odwracam wzrok? I po prostu tam pójść.
Homilia alternatywna V
Słowa, Które Ważą i Słowa, Które Wieją
Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami... To zdanie Jezusa musiało boleć szanowanych słuchaczy. Prawda często boli. Bo prawda nie jest tym, co mówimy o sobie, ale tym, co robimy.
Pierwszy syn z dzisiejszej Ewangelii to mistrz wizerunku. "Tak, Panie!". Krótka, ładna, pobożna deklaracja. Ale po niej następuje pustka. To nasza stała pokusa. Łatwo jest mieć w ustach słowa o Bogu, sprawiedliwości i miłości, a jednocześnie nie robić nic, by to stało się ciałem. Taka powierzchowna pobożność jest wygodna. Daje nam spokój ducha, póki nie zmusi nas do wejścia w brud i trud "winnicy" – w prawdziwe życie, w realną pomoc, w autentyczne przeprosiny. Wolimy dbać o wygląd niż o rzeczywistość.
Drugi syn powiedział: "Nie chcę." Brzmi to jak bunt. Może był szczery w swoim odrzuceniu, albo po prostu zmęczony. Ale Ewangelia mówi, że "opamiętał się". I to jest ta chwila, którą Bóg ceni najbardziej, o czym mówi prorok Ezechiel. Ten chłopak poczuł żal, zobaczył bezsens swojej odmowy. Nie zaczął nagle wygłaszać nowych kazań o posłuszeństwie. Po prostu wstał i poszedł pracować. Nie deklarował, ale stawał się posłuszny. To jest nawrócenie: zmiana kursu, nie zmiana słów.
Thomas Merton, mnich trapista, napisał kiedyś mądre zdanie: „Pycha czyni nas sztucznymi; pokora czyni nas prawdziwymi”. Pierwszy syn był sztuczny. Wiedział, jak się zachować, co powiedzieć, by wypaść dobrze. Drugi syn stał się prawdziwy. Pozwolił, by jego czyn, nie słowo, zdefiniował go.
Dlaczego "grzesznicy" wchodzą pierwsi? Bo wiedzą, że ich deklaracje zawiodły. Nie mają nic do stracenia w swojej szczerości. Wiedzą, że potrzebują uzdrowienia. Pierwszy syn, w swojej samowystarczalności, czuje się bezpiecznie. On "już poszedł".
Paweł w Liście do Filipian pokazuje Chrystusa, który "ogołocił samego siebie". On, Bóg, uniżył się i stawał się posłuszny aż do śmierci. To ogołocenie jest kluczem. Musimy ogołocić się ze złudzeń, ze strachu przed pracą, z chęci dbania o wizerunek. Nawrócenie wymaga pokory – przyznania, że nasza pierwsza odmowa była błędem, i wejścia do pracy.
Nie ważne, ile razy powiedzieliśmy Bogu "Tak" w świątyni, jeśli nasze życie w domu, w pracy, w relacjach mówi "Nie." Nie ważne, jak głośno śpiewamy "Hosanna," jeśli nie podnosimy rąk do pracy. I odwrotnie: nie ważne, jak daleko kiedyś odeszliśmy, jeśli dzisiaj wstajemy i wchodzimy do winnicy. Boga nie interesują nasze wczorajsze obietnice, ale dzisiejsza decyzja o pracy. Co dzisiaj jest twoją winnicą? Pójdziesz?




