menu

wtorek, 27 października 2026

XXXI Niedziela Zwykła roku A

W tym roku w XXXI Niedzielę zwykłą przypada Uroczystość Wszystkich Świętych. 

Wprowadzenie do Mszy Świętej

Akt Pokutny i uznanie własnej grzeszności na początku każdej Mszy Świętej nie jest stanem upokorzenia, ale prawdy. Uznajemy, że jeszcze nie jesteśmy święci, że do świętości dążymy, że jest to możliwe jedynie dzięki odkupieńczej Ofierze Jezusa Chrystusa, w której uczestniczymy. Wyznajmy, więc nasze grzechy i prośmy o wstawiennictwo tych, którzy już są błogosławieni w Królestwie Niebieskim.

Ap 7,2-14

I ujrzałem innego anioła, wstępującego od wschodu słońca, mającego pieczęć Boga żywego. Zawołał on donośnym głosem do czterech aniołów, którym dano moc wyrządzić szkodę ziemi i morzu: Nie wyrządzajcie szkody ziemi ni morzu, ni drzewom, aż opieczętujemy na czołach sługi Boga naszego. I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela: Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: Zbawienie u Boga naszego, Zasiadającego na tronie i u Baranka. A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu i Starców, i czworga Zwierząt, i na oblicza swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen. A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli? I powiedziałem do niego: Panie, ty wiesz. I rzekł do mnie: To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili.

1J 3,1-3

Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

Mt 5,1-12

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:
Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was.
Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.


Nie święci garnki lepią

Ale i świętych nie z innej lepią gliny. To nie ludzie nadzwyczajni lub niezwyczajni, żyjący gdzieś daleko w odległych krajach lub zamierzchłych czasach. To nie herosi, idole, prawie anioły, nieosiągalni w swej doskonałości i nieprzystępni w swej świętości. To nasi bliscy, krewni, znajomi ... Ludzie szczęśliwi, chociaż pozornie niedorajdy i fajtłapy, nieudacznicy życiowi, którym się nie wiedzie, bo nie umieli się dobrze ustawić, bo zapomnieli, że o swoje trzeba dbać i pilnować interesu, bo nie umieli być sprytni, przebiegli i zaradni, bo na kłamstwo mówili, że to jest kłamstwo, a na zło, że to jest zło. Oni nazywali rzeczy po imieniu i nie byli obłudnymi dyplomatami o podwójnej twarzy. Dla nich rzeczy były i są proste i świat po Bożemu poukładany. To nie ludzi szukający świętego spokoju i unikający kłopotów za wszelką cenę. Święci, to ludzie jak najbardziej normalni, po bożemu normalni, a nie po ludzku.

Szczęśliwi i pełni prostoty w swojej naiwnej uczciwości i rzetelności. Szczęśliwi, bo czystego serca, szczęśliwi, bo ubodzy duchem, łagodni i chociaż czasami płaczący z bezsilności wobec zła, to jednak w ostatecznym rachunku zwycięscy. Pełni miłosierdzia dla cierpiących, ale niemiłosierni dla oszustów i hochsztaplerów, dla karierowiczów i chciwców, głodni sprawiedliwości dla zakłamanych i obłudników. Oni zrozumieli, gdzie są prawdziwe wartości i dlatego są szczęśliwi i błogosławieni. Wprowadzający pokój, ale bez kompromisów i dwulicowości. To ludzie, dla których „tak” znaczyło ”tak”, a „nie” znaczyło po prostu „nie”.

Iluż z tych, którzy tę piękna pieśń -"Błogosławieni" śpiewało kiedyś dla Papieża Jana Pawła II, zrozumiało głębię jej słów? Iluż z tych, którzy jej słuchali, doceniło wartość i znaczenie tego tekstu? A przecież jest to pieśń właśnie o świętych, o wszystkich świętych bezimiennych i nie kanonizowanych, i tych zmarłych z głodu i zimna w czasie ostatniej zimy w Polsce także ... i o zamordowanych, bezbronnych dzieciach także, i o tych nienarodzonych, chociaż oni jeszcze nic nie zrozumieli ... również...

BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI, chociaż żyli obok nas i byli pogardzani, niezauważani, lekceważeni, wyśmiewani, odsądzani od czci.
BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI ... niedoceniani, którym nawet prawa do życia nie przyznano ...
BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI ... oni już tak ... my ... jeszcze nie.


Homilia alternatywna I

144 tysiące wybranych ?

Czyżby tylko tak niewielka liczba ludzi miała się zbawić? Jeśli wziąć pod uwagę liczbę kanonizowanych i beatyfikowanych przez obecnego Papieża, to chyba już niewiele miejsc wolnych pozostało ... Czy się jeszcze załapiemy?

Nie sądzę jednak aby u bram raju stali buchalterzy liczący wchodzących. To tylko w niektórych parafiach, od czasu do czasu proboszczowie liczą wiernych na Mszach św. każąc ministrantom liczyć wchodzących do kościoła. Pan Bóg ma jednak na pewno inne metody i nie używa naszych kalkulatorów czy komputerów.

Św. Augustyn powiedział coś, co można zastosować do tej „Bożej buchalterii”. Jego słowa to: "Przy końcu życia będziemy rozliczani jedynie z miłości". I -tak na dobra sprawę- to będzie jedyne kryterium wstępu do Królestwa Niebieskiego i jedyny warunek uczestnictwa w życiu wiecznym. Nikt nie będzie tam liczył wchodzących, nikt nie będzie zwracał uwagi na krawat, smoking czy nie wyczyszczone buty, nikomu do głowy nie przyjdzie sprawdzać paszportów, wiz i posiadanej gotówki ... Nikt nie będzie pytał czy jesteś ze strefy Schoengen, czy twój paszport jest zielony, niebieski czy czerwony ... Jedynym pytaniem będzie: "Czy i jak kochałeś Boga i bliźniego swego?" Czy Twoja miłość była tylko uczuciowo-sentymentalna, czy czynna i konkretna, jak w dzisiejszym kazaniu Chrystusa na Górze Ośmiu Błogosławieństw?

Liczba 144 tysięcy jest zapewne wysoce symboliczna, i pewnym jest też, że Bóg ze swej strony nie nakłada żadnych ograniczeń. On przyszedł na świat zbawić wszystkich, i wszystkich zaprasza, i wszystkich chciałby mieć u siebie. To tylko my, naszym egoizmem, obojętnością, chciwością, zachłannością, nienawiścią, brakiem zrozumienia, lenistwem, małostkowością, pożądliwością i innymi grzechami wykluczamy się z liczby zbawionych..

A tak swoją drogą, to ...
do spotkania w niebie, czego i Tobie, i sobie życzę.


Homilia alternatywna II

144 tysiące wybranych ?

Każdego roku w Uroczystość Wszystkich Świętych czytamy przepiękny tekst z Apokalipsy św. Jana opisujący liturgię Nowego Jeruzalem. A w nim słowa: „I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela: Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem.”

Z jednej strony mam tutaj rzeczywiście liczbę 144 tysiące, która ma znaczenie raczej symboliczne i może być odczytywana jako; symbol doskonałości, powszechności zbawienia, czy po prostu wyraz przekonania że członkowie wszystkich pokoleń Narodu Wybranego (12 pokoleń po 12 tysięcy) zostaną zbawieni. Z drugiej jednak strony już w następnym zdaniu autor niejako zaprzecza samemu sobie mówiąc: „Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków ...”. Czy więc będzie to rzeczywiście niepoliczalny tłum, czy tylko 144 tysiące jak chcą np. Świadkowie Jehowy, czy Mormoni?

Czyżby tylko tak niewielka liczba ludzi miała się zbawić? Jeśli wziąć pod uwagę liczbę kanonizowanych i beatyfikowanych przez poprzedniego Papieża, to chyba już niewiele wolnych miejsc w niebie pozostało ... Czy się jeszcze załapiemy?

Nie sądzę jednak aby u bram raju stali buchalterzy liczący wchodzących. To tylko raz do roku w parafiach proboszczowie każą ministrantom liczyć wchodzących do kościoła. Pan Bóg ma jednak na pewno inne metody i nie używa naszych kalkulatorów czy komputerów.

Bóg na pewno chce zbawić wszystkich, chociaż z drugiej strony pewne jest i to, że nie wszyscy będą zbawieni, bo sam Chrystus mówi wielokrotnie o tych, którzy sami skazali się na wieczne potępienie

Św. Augustyn powiedział coś, co można zastosować do tej „Bożej buchalterii”. Jego słowa to: "Przy końcu życia będziemy rozliczani jedynie z miłości". I -tak na dobra sprawę- to będzie jedyne kryterium wstępu do Królestwa Niebieskiego i jedyny warunek uczestnictwa w życiu wiecznym. Nikt nie będzie tam liczył wchodzących, nikt nie będzie zwracał uwagi na krawat, smoking czy nie wyczyszczone buty, nikomu do głowy nie przyjdzie sprawdzać paszportów, wiz i posiadanej gotówki ... Nikt nie będzie pytał czy jesteś ze strefy Schoengen, czy twój paszport jest zielony, niebieski czy czerwony ... Jedynym pytaniem będzie: "Czy i jak kochałeś Boga i bliźniego swego?" Czy Twoja miłość była tylko uczuciowo-sentymentalna, a więc egoistyczna, czy raczej czynna i konkretna, nastawiona na drugiego człowieka, jak w dzisiejszym kazaniu Chrystusa na Górze Ośmiu Błogosławieństw?

Liczba 144 tysięcy jest zapewne wysoce symboliczna, i pewnym jest też, że Bóg ze swej strony nie nakłada żadnych ograniczeń. On przyszedł na świat zbawić wszystkich, i wszystkich zaprasza, i wszystkich chciałby mieć u siebie. To tylko czy my sami, naszym egoizmem, zatwardziałością, pychą obojętnością, chciwością, zachłannością, nienawiścią, brakiem zrozumienia, lenistwem, małostkowością, pożądliwością i innymi grzechami nie wykluczamy się z liczby zbawionych..

A tak swoją drogą, to ...
do spotkania w niebie, czego i Tobie, i sobie życzę.


Homilia alternatywna III

W książce Bruno Ferrero „Czy jest tam ktoś? Krótkie opowiadania dla ducha" znalazłem takie oto krótkie opowiadanie:

Pewien mistrz murarski pracował wiele lat w wielkim zakładzie budowlanym. Kiedyś jednak od prezesa tegoż zakładu otrzymał interesujące zamówienie na wybudowanie wspaniałej willi według własnego projektu i uznania. Mógł wybrać najpiękniejsze miejsce i nie przejmować się żadnymi kosztami. Wszystkie koszty miały być pokryte z funduszy zakładu.

Prace rozpoczął natychmiast. Wykorzystując jednak pokładane w nim bezgraniczne zaufanie, jakim go obdarzono, pomyślał sobie, że może użyć starych surowców z odzysku oraz zatrudnić mniej wykwalifikowanych robotników, aby w ten sposób zagarnąć dla siebie nieuczciwie zaoszczędzone pieniądze. I tak w krótkim czasie wybudował zamówioną willę, ale jej jakość daleka była od tego, co mógłby zrobić gdyby był uczciwy i rzetelny.

Kiedy dom został ukończony, w czasie wydanego na tę okoliczność przyjęcia, wręczył swojemu prezesowi klucze do posiadłości. Prezes jednak zwrócił mu je natychmiast i z uśmiechem powiedział :
"Ten dom jest naszym podziękowaniem dla ciebie za rzetelną pracę. Niech będzie wyrazem naszego poważania i szacunku dla ciebie i twojej pracy.”

Autor opowiadania dodaje na zakończenie: „Twoje dni są cegłami, z których budujesz dom swojej wieczności.”

W dniu dzisiejszym warto byłoby zadać sobie pytanie: "A jaki dom na wieczność buduję sobie ja?" Święci których dzisiaj czcimy wybudowali na pewno domy trwałe, ufundowane na skale, jaką jest Chrystus. Cegłami, których używali były: cichość, czystość serca, ubóstwo, sprawiedliwość, miłosierdzie i pokój. I otrzymali nagrodę życia wiecznego. Czy ja jednak nie buduję domu na piasku swoich uczuć i kaprysów, a w dodatku używając kiepskich materiałów, oszukując i kantując. A czy cegłami, których używam nie są przypadkiem: spryt, cwaniactwo, obłuda, cynizm i pycha?

Przed laty, podczas pogrzebu usłyszałem bardzo wstrząsające zdanie: "Jakie życie taka śmierć, jaka śmierć taka wieczność". Kiedy myślę o życiu tych tysięcy świętych, których dzisiaj wspominamy, to widzę niemalże namacalnie, że ich wieczność wpisana była w ich codzienne życie. W codzienności budowali dla siebie wieczność i otrzymali „nagrodę wielką w niebie”. Święci to nie tylko mistrzowie życia duchowego, ale na pewno także „mistrzowie budowlani”, którzy wybudowali sobie wiecznotrwały dom.

A jak to jest w moim wypadku. Jaką nagrodę ja otrzymam? Zgodnie z z powiedzeniem: „Jakie życie taka wieczność”, moją wieczność kształtuję już dzisiaj. Jakąż więc wieczność sobie przygotowuję?


Homilia alternatywna IV

Starzec z Apokalipsy zadaje Janowi pytanie, które można by zadać także nam dzisiaj, patrząc na tych wszystkich, których wspominamy: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?" Jan odpowiada uczciwie i po ludzku: „Panie, ty wiesz". Warto zatrzymać się przy tej odpowiedzi. Nawet wielki wizjoner przyznaje, że nie wie. I dobrze, bo świętość rzadko jest rzeczą, którą potrafimy z góry rozpoznać.

Bo skąd oni przybyli? „Z wielkiego ucisku". Nie z jakiejś lepszej rzeczywistości, nie z krainy, w której wszystko się udawało. Przyszli z tego samego świata co my: z choroby, z zmęczenia, z kłopotów w rodzinie, z pracy, która nie dawała satysfakcji, z błędów, których żałowali. Szaty mają białe, ale Księga nie mówi, że były takie od początku. Mówi, że je „opłukali". Święci nie są ludźmi, którzy się nigdy nie pobrudzili. To ludzie, którzy pozwolili się obmyć.

To jest wiadomość dobra i trzeźwa zarazem. Dobra, bo świętość nie jest nagrodą dla nielicznych wybitnych. Jan widzi „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć". Tłum. Nie elitę, nie kilka posągów na cokołach, lecz ludzi z każdego narodu, języka i pokolenia. Wśród nich są i ci, których znamy z obrazów, i ci, których imion nikt nie zapisał: babcia, która codziennie odmawiała różaniec, sąsiad, który po cichu pomagał, ktoś, kto po prostu wytrwał. A trzeźwa, bo ta droga prowadzi przez ucisk, a nie obok niego. Nikt nie obiecuje nam życia bez trudu.

Święty Jan w drugim czytaniu mówi coś jeszcze, co mnie wydaje się szczególnie ważne: „obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy". Jeszcze się nie ujawniło. Nie jesteśmy gotowym produktem. Jesteśmy w drodze i nie wszystko o nas jest jeszcze wiadome, także nam samym. To wyzwala od dwóch pokus: od przekonania, że już jesteśmy dobrzy, i od przekonania, że już jesteśmy przegrani. Prawda leży gdzieś pośrodku: jesteśmy kochani teraz, a stajemy się kimś w trakcie.

A jak wygląda ta droga? Chrystus odpowiada na górze, w Błogosławieństwach. Zwróćmy uwagę: nie ma tam zbioru wielkich czynów ani listy heroicznych osiągnięć. Są ubodzy, smutni, cisi, łaknący, miłosierni, czystego serca, pokój czyniący. Czyli ludzie, którzy w oczach świata niewiele znaczą. Ktoś, kto potrafi żyć bez nadmiernego przywiązania do tego, co ma. Ktoś, kto nie udaje, że nie boli. Ktoś, kto pierwszy wyciąga rękę do pojednania. To są drobne, codzienne decyzje, ale właśnie z nich, jak z ściegów, utkana jest ta biała szata.

Nie ma w tym fajerwerków. Jest raczej cicha wytrwałość i ufność, że Bóg dopisze to, czego nam zabrakło. Dlatego dzisiejsze święto nie jest przypomnieniem, że mamy być perfekcyjni. Jest zaproszeniem, żebyśmy uwierzyli, że to się naprawdę może udać, także u nas, także u mnie, takiego jakim jestem.

Gdy więc za kilka dni będziemy stać na cmentarzach, wśród zniczy, nie traktujmy tych grobów tylko jako miejsc straty. To także miejsca nadziei: tutaj spoczywają ludzie, którzy poszli przed nami tą samą zwyczajną drogą. Wielu z nich nie wiedziało, że idzie do świętości. Być może dlatego tam doszli.

Niech więc dzisiejsza uroczystość będzie dla nas pocieszeniem, a nie ciężarem. Bo jeśli tłum jest niezliczony, to jest w nim miejsce i dla nas.


Homilia alternatywna V

Święci z "wielkiego ucisku"

Kiedy słyszymy słowo „święci”, wielu z nas widzi obrazy z witraży i figur: spokojne twarze, wzniesione oczy, dłonie złożone do modlitwy. Człowiek patrzy na to wszystko i myśli: to nie dla mnie. Oni byli z innej gliny. Ja mam kredyt, trudnego szefa, chorą mamę i charakter, z którym sam sobie nie radzę.

Tymczasem pierwsze czytanie z Apokalipsy zaczyna się od zaskoczenia. Jan słyszy liczbę: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych. Liczba dokładna, uporządkowana, niemal urzędowa. A potem Jan patrzy i widzi coś zupełnie innego: „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków”. Najpierw spis, a potem tłum, którego nie da się spisać. Bóg ma swoją arytmetykę i nasza jej nie obejmuje. Nie ma tam tylko wybranej elity, jest ludzkie morze, i to morze pełne różnych twarzy.

I tu pierwsza myśl, którą chciałbym dziś zostawić: świętość nie jest rzadkim gatunkiem. Kościół nie przypadkiem ustanowił uroczystość Wszystkich Świętych, a nie tylko tych z ołtarzy. Wśród tych, którzy stoją przed tronem, są kanonizowani, ale są też nasi dziadkowie, którzy nigdy nie napisali żadnego traktatu, i sąsiadka, która po prostu przez trzydzieści lat opiekowała się niepełnosprawnym synem. Są ludzie, których imion nikt nie zna, poza Bogiem. Jan słyszy pytanie: „Kim są i skąd przybyli?” i odpowiada tak, jak odpowiedziałby każdy z nas: „Panie, ty wiesz”. To uczciwa odpowiedź. Nie mamy pełnego wglądu w to, kto jest święty. Bóg ma szersze serce niż nasze statystyki.

Ale proszę zwrócić uwagę na drugą rzecz, bo czytanie jest tu bardzo trzeźwe. Starzec nie mówi: to ci, którym się udało. Nie mówi też: to ci, którzy nigdy nie upadli. Mówi: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku”. Czas teraźniejszy: przychodzą. Wciąż idą. Święci nie są ludźmi, którzy ominęli trudności, lecz ludźmi, którzy przez trudności przeszli i nie oddali w nich swojej wiary ani swojego serca.

To ważne, bo łatwo o religijność, która obiecuje życie bez bólu. Ewangelia, którą czytamy dziś, nie jest tak naiwna. Jezus nie mówi: błogosławieni, którym wszystko się układa. Mówi: błogosławieni ubodzy, ci, którzy się smucą, ci, którzy łakną sprawiedliwości, ci, którzy cierpią prześladowanie. Błogosławieństwa nie są pochwałą cierpienia. Nikt nie jest błogosławiony dlatego, że płacze. Jezus mówi coś bardziej subtelnego i bardziej radykalnego: że w miejscach, w których świat widzi porażkę, Bóg jest szczególnie blisko. Smutek nie jest dla Niego dowodem, że coś poszło nie tak między nami a Nim. Ubóstwo, głód, łzy to nie są miejsca, z których Bóg się wycofał.

Warto też zauważyć, że szaty tych ludzi są białe, ale nie dlatego, że nigdy się nie pobrudziły. Czytanie mówi, że je „opłukali” i „wybielili we krwi Baranka”. Paradoksalny obraz: biel osiągnięta przez krew. To obraz ludzi, którzy swoje życie, ze wszystkim, co w nim poplamione, zanieśli do Chrystusa i pozwolili, by to On je oczyścił. Święty to nie ten, kto nie ma plam, ale ten, kto nie przestał wracać do Tego, który je zmywa. Wielu z nas czuje, że świętość jest poza zasięgiem, bo nasza historia jest poplątana. Apokalipsa mówi: właśnie z takich historii składa się ten tłum.

I teraz słowa Jana z drugiego czytania, które chyba najbardziej mnie dziś poruszają: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy”. Zwróćmy uwagę na kolejność. Najpierw jest tożsamość, a dopiero potem wysiłek. Nie jesteśmy dziećmi Bożymi dlatego, że się dobrze sprawiamy. Staramy się dobrze żyć, bo jesteśmy dziećmi. Świętość nie jest egzaminem, który zdajemy, żeby zostać przyjętymi. Jest odpowiedzią kogoś, kto już został przyjęty.

A zaraz potem pada zdanie pełne uczciwości: „jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy”. Jan nie udaje, że wszystko wie. My też nie wiemy, kim się staniemy. I to może być pocieszające. Bo jeśli patrzę na siebie dzisiaj i widzę człowieka niedokończonego, pełnego niespełnionych postanowień i powtarzających się słabości, to Jan mówi mi: to nie jest ostateczny obraz. To jest etap. Jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Bóg nie zamknął jeszcze mojego portretu.

Nie chcę jednak, żeby to zabrzmiało zbyt łagodnie. Jan kończy wyraźnie: „Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się”. Uświęca się, czyli coś się dzieje, jest ruch, jest praca. Nadzieja nie jest tu uczuciem, lecz kierunkiem, w którym człowiek zaczyna stawiać kroki. Kto naprawdę spodziewa się, że ujrzy Boga takim, jakim jest, ten nie może żyć w sposób zupełnie obojętny na to, jakim człowiekiem jest dzisiaj.

Co to oznacza w praktyce? Zerknijmy jeszcze raz na błogosławieństwa, ale nie jak na wzniosłą poezję, tylko jak na opis zwyczajnych ludzi. Cisi: to ten, kto w kłótni potrafi nie mieć ostatniego słowa. Miłosierni: ten, kto potrafi komuś wybaczyć, choć ma prawo się obrażać. Czystego serca: ten, kto nie gra na dwa fronty. Wprowadzający pokój: ten, kto w rodzinie zamiast dolewać oliwy do ognia, po cichu szuka zgody. Nikt z nich nie jest na pierwszych stronach gazet. A jednak właśnie takich ludzi Jezus nazywa błogosławionymi.

Dzisiejsza uroczystość zaprasza nas więc do dwóch spojrzeń. Pierwsze: w górę i do przodu, ku tłumowi przed tronem. Ten obraz mówi nam, że nasza historia ma dobry koniec, że ostatnie słowo nie należy do ucisku, lecz do Baranka. „Zbawienie u Boga naszego” – wołają ci, którzy przeszli przez największe próby. To nie jest hasło propagandowe, to świadectwo ludzi, którzy wiedzą, co mówią.

Drugie spojrzenie: wokół siebie, tu i teraz. Bo ten tłum nie spadł z nieba w gotowej formie. Składa się z ludzi, którzy kiedyś siedzieli w ławkach takich jak te, kłócili się o drobiazgi, bali się o dzieci, wątpili, wracali do spowiedzi, przeklinali w duchu, a potem znów próbowali. Świętość, jak ją widzi Ewangelia, to nie perfekcja, lecz wierność w drodze.

Dlatego dzisiaj nie powinniśmy czuć się mali wobec świętych, jakbyśmy byli widzami cudzego spektaklu. Powinniśmy raczej czuć się jak ktoś, kto z daleka dostrzega znajome twarze w tłumie i myśli: skoro oni, to może i ja. Nie dlatego, że jestem lepszy, ale dlatego, że ten sam Bóg, który ich poprowadził, prowadzi także mnie.

Jutro będziemy odwiedzać groby naszych bliskich. Zapalimy znicze, pomodlimy się, może przez chwilę postoimy w ciszy. Dzisiejsza liturgia podpowiada, jak na to patrzeć: nie jako na koniec, ale jako na czyjeś „przychodzenie”. Ci, których wspominamy, przeszli swoją drogę, ze wszystkim, co było w niej trudne. Wierzymy, że niejeden z nich stoi już w tym tłumie, a my idziemy tą samą drogą, nieco z tyłu.

Prośmy więc dziś o rzecz prostą: nie o to, żebyśmy stali się nagle idealni, ale o odwagę, by każdego dnia robić jeszcze jeden krok. By w ucisku nie utracić nadziei, w radości nie zapomnieć o wdzięczności, a w zwykłych, szarych dniach pamiętać, że jesteśmy dziećmi Bożymi i „rzeczywiście nimi jesteśmy”.

A kiedy kiedyś ktoś zapyta: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?”, niech Bóg będzie mógł odpowiedzieć o każdym z nas: to ten, to ta, którzy przyszli z naszych zwykłych dni, z naszego ucisku, z naszych upadków i powrotów, i dali się obmyć.


Homilia alternatywna VI

Kazanie na uroczystość Wszystkich Świętych krótka

Starzec z Apokalipsy zadaje Janowi pytanie, które można by zadać także nam dzisiaj, patrząc na tych wszystkich, których wspominamy: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?" Jan odpowiada uczciwie i po ludzku: „Panie, ty wiesz". Warto zatrzymać się przy tej odpowiedzi. Nawet wielki wizjoner przyznaje, że nie wie. I dobrze, bo świętość rzadko jest rzeczą, którą potrafimy z góry rozpoznać.

Bo skąd oni przybyli? „Z wielkiego ucisku". Nie z jakiejś lepszej rzeczywistości, nie z krainy, w której wszystko się udawało. Przyszli z tego samego świata co my: z choroby, z zmęczenia, z kłopotów w rodzinie, z pracy, która nie dawała satysfakcji, z błędów, których żałowali. Szaty mają białe, ale Księga nie mówi, że były takie od początku. Mówi, że je „opłukali". Święci nie są ludźmi, którzy się nigdy nie pobrudzili. To ludzie, którzy pozwolili się obmyć.

To jest wiadomość dobra i trzeźwa zarazem. Dobra, bo świętość nie jest nagrodą dla nielicznych wybitnych. Jan widzi „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć". Tłum. Nie elitę, nie kilka posągów na cokołach, lecz ludzi z każdego narodu, języka i pokolenia. Wśród nich są i ci, których znamy z obrazów, i ci, których imion nikt nie zapisał: babcia, która codziennie odmawiała różaniec, sąsiad, który po cichu pomagał, ktoś, kto po prostu wytrwał. A trzeźwa, bo ta droga prowadzi przez ucisk, a nie obok niego. Nikt nie obiecuje nam życia bez trudu.

Święty Jan w drugim czytaniu mówi coś jeszcze, co mnie wydaje się szczególnie ważne: „obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy". Jeszcze się nie ujawniło. Nie jesteśmy gotowym produktem. Jesteśmy w drodze i nie wszystko o nas jest jeszcze wiadome, także nam samym. To wyzwala od dwóch pokus: od przekonania, że już jesteśmy dobrzy, i od przekonania, że już jesteśmy przegrani. Prawda leży gdzieś pośrodku: jesteśmy kochani teraz, a stajemy się kimś w trakcie.

A jak wygląda ta droga? Chrystus odpowiada na górze, w Błogosławieństwach. Zwróćmy uwagę: nie ma tam zbioru wielkich czynów ani listy heroicznych osiągnięć. Są ubodzy, smutni, cisi, łaknący, miłosierni, czystego serca, pokój czyniący. Czyli ludzie, którzy w oczach świata niewiele znaczą. Ktoś, kto potrafi żyć bez nadmiernego przywiązania do tego, co ma. Ktoś, kto nie udaje, że nie boli. Ktoś, kto pierwszy wyciąga rękę do pojednania. To są drobne, codzienne decyzje, ale właśnie z nich, jak z ściegów, utkana jest ta biała szata.

Nie ma w tym fajerwerków. Jest raczej cicha wytrwałość i ufność, że Bóg dopisze to, czego nam zabrakło. Dlatego dzisiejsze święto nie jest przypomnieniem, że mamy być perfekcyjni. Jest zaproszeniem, żebyśmy uwierzyli, że to się naprawdę może udać, także u nas, także u mnie, takiego jakim jestem.

Gdy więc za kilka dni będziemy stać na cmentarzach, wśród zniczy, nie traktujmy tych grobów tylko jako miejsc straty. To także miejsca nadziei: tutaj spoczywają ludzie, którzy poszli przed nami tą samą zwyczajną drogą. Wielu z nich nie wiedziało, że idzie do świętości. Być może dlatego tam doszli.
Niech więc dzisiejsza uroczystość będzie dla nas pocieszeniem, a nie ciężarem. Bo jeśli tłum jest niezliczony, to jest w nim miejsce i dla nas.


Modlitwa wiernych

Wstęp – Z pokorą i ufnością prośmy Boga, Który jedynie jest święty, aby dopuścił nas do uczestnictwa w swej chwale, w Królestwie Niebieskim, abyśmy Go kiedyś ujrzeli takim jakim jest ...

1 – Za Kościół pielgrzymujący, aby jego pasterze; biskupi i kapłani prowadzili lud Boży do światłości życia wiecznego, - „Ciebie prosimy”
2 – Za tych, którzy oddalili się od Chrystusa, aby z pomocą świętych orędowników i patronów odnaleźli drogę powrotną do owczarni Chrystusowej, - „Ciebie prosimy”
3 – Za chorych i cierpiących, aby zjednoczeni z cierpieniami Chrystusa dostrzegli i uznali odkupieńczą wartość swojego cierpienia, - „Ciebie prosimy”
4 – Za umierających, aby w Miłosierdziu Bożym odnaleźli ukojenie i pocieszenie w ostatnim momencie ziemskiego życia, - „Ciebie prosimy”
5 – Za Kościół oczekujący w czyśćcu z tęsknotą na ostateczne spotkanie z Bogiem, aby wsparty naszymi modlitwami dostąpił zbawienia wiecznego, - „Ciebie prosimy”

Zakończenie – Miłosierny Boże wejrzyj na Miłość i Mękę swojego Syna Jezusa Chrystusa i wybacz nam nasze winy, abyśmy mogli razem z Nim uczestniczyć w Twojej chwale, gdzie żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen

Słowo „przed rozesłaniem”

Ofiara Odkupieńcza Jezusa Chrystusa, w Której uczestniczyliśmy jest zadatkiem i zapowiedzią naszego zbawienia. Idźmy i głośmy naszym codziennym życiem tę radosną nowinę.

Szkic krótkiej homilii na Uroczystość Wszystkich Świętych

Kilka punktów:

- czy niebo jest puste czy zatłoczone? 144 tysiące to na całą historię ludzkości nie za wiele.
- tylko święci mogą być w niebie! Czy jest tam także miejsce dla mnie?
- co zrobić, aby się tam dostać? Oczywiście odp. jest jedna MUSZĘ ZOSTAĆ ŚWIĘTYM!
- ale co to znaczy?
- kiedyś faryzeusze zadali takie samo pytanie Pani Jezusowi, które przykazanie jest najważniejsze? A jeden bogaty młodzieniec zapytał, co mam robić, aby wejść do życia wiecznego?
- odp. miłuj Boga i miłuj bliźniego I NIC WIĘCEJ NIE BĘDZIESZ MUSIAŁ ROBIĆ, to uczyni cię świętym i tylko w ten sposób wejdziesz do nieba,
- czy to jest trudne? NIE, na pewno nie jest trudne ani niemożliwe, to tylko twój egoizm i twoja zatwardziałość czynią to trudnym a nawet niemożliwym!
- jeśli naprawdę miłujesz Boga, to nie będzie dla ciebie problemu z niedzielną Mszą, regularną spowiedzią czy modlitwą, to tylko twój egoizm, lenistwo lub lekceważenie stwarza problemy,
- jeśli naprawdę miłujesz Boga, to nie będzie dla ciebie problemu z wybaczeniem teściowej, sąsiadowi czy synowej. To tylko twój egoizm i upór stwarzają problemy.
- i nie mów, że świętość to nadzwyczajny wyczyn tylko dla wybranych.
- chciej, bo Pan Bóg zrobił już wszystko co mógł!

poniedziałek, 26 października 2026

01.11. Uroczystość Wszystkich Świętych

 Wprowadzenie do Mszy Świętej

Akt Pokutny i uznanie własnej grzeszności na początku każdej Mszy Świętej nie jest stanem upokorzenia, ale prawdy. Uznajemy, że jeszcze nie jesteśmy święci, że do świętości dążymy, że jest to możliwe jedynie dzięki odkupieńczej Ofierze Jezusa Chrystusa, w której uczestniczymy. Wyznajmy, więc nasze grzechy i prośmy o wstawiennictwo tych, którzy już są błogosławieni w Królestwie Niebieskim.

Ap 7,2-14

I ujrzałem innego anioła, wstępującego od wschodu słońca, mającego pieczęć Boga żywego. Zawołał on donośnym głosem do czterech aniołów, którym dano moc wyrządzić szkodę ziemi i morzu: Nie wyrządzajcie szkody ziemi ni morzu, ni drzewom, aż opieczętujemy na czołach sługi Boga naszego. I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela: Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: Zbawienie u Boga naszego, Zasiadającego na tronie i u Baranka. A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu i Starców, i czworga Zwierząt, i na oblicza swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen. A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli? I powiedziałem do niego: Panie, ty wiesz. I rzekł do mnie: To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili.

1J 3,1-3

Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

Mt 5,1-12

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:
Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was.
Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.


Nie święci garnki lepią

Ale i świętych nie z innej lepią gliny. To nie ludzie nadzwyczajni lub niezwyczajni, żyjący gdzieś daleko w odległych krajach lub zamierzchłych czasach. To nie herosi, idole, prawie anioły, nieosiągalni w swej doskonałości i nieprzystępni w swej świętości. To nasi bliscy, krewni, znajomi ... Ludzie szczęśliwi, chociaż pozornie niedorajdy i fajtłapy, nieudacznicy życiowi, którym się nie wiedzie, bo nie umieli się dobrze ustawić, bo zapomnieli, że o swoje trzeba dbać i pilnować interesu, bo nie umieli być sprytni, przebiegli i zaradni, bo na kłamstwo mówili, że to jest kłamstwo, a na zło, że to jest zło. Oni nazywali rzeczy po imieniu i nie byli obłudnymi dyplomatami o podwójnej twarzy. Dla nich rzeczy były i są proste i świat po Bożemu poukładany. To nie ludzi szukający świętego spokoju i unikający kłopotów za wszelką cenę. Święci, to ludzie jak najbardziej normalni, po bożemu normalni, a nie po ludzku.

Szczęśliwi i pełni prostoty w swojej naiwnej uczciwości i rzetelności. Szczęśliwi, bo czystego serca, szczęśliwi, bo ubodzy duchem, łagodni i chociaż czasami płaczący z bezsilności wobec zła, to jednak w ostatecznym rachunku zwycięscy. Pełni miłosierdzia dla cierpiących, ale niemiłosierni dla oszustów i hochsztaplerów, dla karierowiczów i chciwców, głodni sprawiedliwości dla zakłamanych i obłudników. Oni zrozumieli, gdzie są prawdziwe wartości i dlatego są szczęśliwi i błogosławieni. Wprowadzający pokój, ale bez kompromisów i dwulicowości. To ludzie, dla których „tak” znaczyło ”tak”, a „nie” znaczyło po prostu „nie”.

Iluż z tych, którzy tę piękna pieśń -"Błogosławieni" śpiewało kiedyś dla Papieża Jana Pawła II, zrozumiało głębię jej słów? Iluż z tych, którzy jej słuchali, doceniło wartość i znaczenie tego tekstu? A przecież jest to pieśń właśnie o świętych, o wszystkich świętych bezimiennych i nie kanonizowanych, i tych zmarłych z głodu i zimna w czasie ostatniej zimy w Polsce także ... i o zamordowanych, bezbronnych dzieciach także, i o tych nienarodzonych, chociaż oni jeszcze nic nie zrozumieli ... również...

BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI, chociaż żyli obok nas i byli pogardzani, niezauważani, lekceważeni, wyśmiewani, odsądzani od czci.
BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI ... niedoceniani, którym nawet prawa do życia nie przyznano ...
BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI ... oni już tak ... my ... jeszcze nie.


Homilia alternatywna I

144 tysiące wybranych ?

Czyżby tylko tak niewielka liczba ludzi miała się zbawić? Jeśli wziąć pod uwagę liczbę kanonizowanych i beatyfikowanych przez obecnego Papieża, to chyba już niewiele miejsc wolnych pozostało ... Czy się jeszcze załapiemy?

Nie sądzę jednak aby u bram raju stali buchalterzy liczący wchodzących. To tylko w niektórych parafiach, od czasu do czasu proboszczowie liczą wiernych na Mszach św. każąc ministrantom liczyć wchodzących do kościoła. Pan Bóg ma jednak na pewno inne metody i nie używa naszych kalkulatorów czy komputerów.

Św. Augustyn powiedział coś, co można zastosować do tej „Bożej buchalterii”. Jego słowa to: "Przy końcu życia będziemy rozliczani jedynie z miłości". I -tak na dobra sprawę- to będzie jedyne kryterium wstępu do Królestwa Niebieskiego i jedyny warunek uczestnictwa w życiu wiecznym. Nikt nie będzie tam liczył wchodzących, nikt nie będzie zwracał uwagi na krawat, smoking czy nie wyczyszczone buty, nikomu do głowy nie przyjdzie sprawdzać paszportów, wiz i posiadanej gotówki ... Nikt nie będzie pytał czy jesteś ze strefy Schoengen, czy twój paszport jest zielony, niebieski czy czerwony ... Jedynym pytaniem będzie: "Czy i jak kochałeś Boga i bliźniego swego?" Czy Twoja miłość była tylko uczuciowo-sentymentalna, czy czynna i konkretna, jak w dzisiejszym kazaniu Chrystusa na Górze Ośmiu Błogosławieństw?

Liczba 144 tysięcy jest zapewne wysoce symboliczna, i pewnym jest też, że Bóg ze swej strony nie nakłada żadnych ograniczeń. On przyszedł na świat zbawić wszystkich, i wszystkich zaprasza, i wszystkich chciałby mieć u siebie. To tylko my, naszym egoizmem, obojętnością, chciwością, zachłannością, nienawiścią, brakiem zrozumienia, lenistwem, małostkowością, pożądliwością i innymi grzechami wykluczamy się z liczby zbawionych..

A tak swoją drogą, to ...
do spotkania w niebie, czego i Tobie, i sobie życzę.


Homilia alternatywna II

144 tysiące wybranych ?

Każdego roku w Uroczystość Wszystkich Świętych czytamy przepiękny tekst z Apokalipsy św. Jana opisujący liturgię Nowego Jeruzalem. A w nim słowa: „I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela: Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem.”

Z jednej strony mam tutaj rzeczywiście liczbę 144 tysiące, która ma znaczenie raczej symboliczne i może być odczytywana jako; symbol doskonałości, powszechności zbawienia, czy po prostu wyraz przekonania że członkowie wszystkich pokoleń Narodu Wybranego (12 pokoleń po 12 tysięcy) zostaną zbawieni. Z drugiej jednak strony już w następnym zdaniu autor niejako zaprzecza samemu sobie mówiąc: „Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków ...”. Czy więc będzie to rzeczywiście niepoliczalny tłum, czy tylko 144 tysiące jak chcą np. Świadkowie Jehowy, czy Mormoni?

Czyżby tylko tak niewielka liczba ludzi miała się zbawić? Jeśli wziąć pod uwagę liczbę kanonizowanych i beatyfikowanych przez poprzedniego Papieża, to chyba już niewiele wolnych miejsc w niebie pozostało ... Czy się jeszcze załapiemy?

Nie sądzę jednak aby u bram raju stali buchalterzy liczący wchodzących. To tylko raz do roku w parafiach proboszczowie każą ministrantom liczyć wchodzących do kościoła. Pan Bóg ma jednak na pewno inne metody i nie używa naszych kalkulatorów czy komputerów.

Bóg na pewno chce zbawić wszystkich, chociaż z drugiej strony pewne jest i to, że nie wszyscy będą zbawieni, bo sam Chrystus mówi wielokrotnie o tych, którzy sami skazali się na wieczne potępienie

Św. Augustyn powiedział coś, co można zastosować do tej „Bożej buchalterii”. Jego słowa to: "Przy końcu życia będziemy rozliczani jedynie z miłości". I -tak na dobra sprawę- to będzie jedyne kryterium wstępu do Królestwa Niebieskiego i jedyny warunek uczestnictwa w życiu wiecznym. Nikt nie będzie tam liczył wchodzących, nikt nie będzie zwracał uwagi na krawat, smoking czy nie wyczyszczone buty, nikomu do głowy nie przyjdzie sprawdzać paszportów, wiz i posiadanej gotówki ... Nikt nie będzie pytał czy jesteś ze strefy Schoengen, czy twój paszport jest zielony, niebieski czy czerwony ... Jedynym pytaniem będzie: "Czy i jak kochałeś Boga i bliźniego swego?" Czy Twoja miłość była tylko uczuciowo-sentymentalna, a więc egoistyczna, czy raczej czynna i konkretna, nastawiona na drugiego człowieka, jak w dzisiejszym kazaniu Chrystusa na Górze Ośmiu Błogosławieństw?

Liczba 144 tysięcy jest zapewne wysoce symboliczna, i pewnym jest też, że Bóg ze swej strony nie nakłada żadnych ograniczeń. On przyszedł na świat zbawić wszystkich, i wszystkich zaprasza, i wszystkich chciałby mieć u siebie. To tylko czy my sami, naszym egoizmem, zatwardziałością, pychą obojętnością, chciwością, zachłannością, nienawiścią, brakiem zrozumienia, lenistwem, małostkowością, pożądliwością i innymi grzechami nie wykluczamy się z liczby zbawionych..

A tak swoją drogą, to ...
do spotkania w niebie, czego i Tobie, i sobie życzę.


Homilia alternatywna III

W książce Bruno Ferrero „Czy jest tam ktoś? Krótkie opowiadania dla ducha" znalazłem takie oto krótkie opowiadanie:

Pewien mistrz murarski pracował wiele lat w wielkim zakładzie budowlanym. Kiedyś jednak od prezesa tegoż zakładu otrzymał interesujące zamówienie na wybudowanie wspaniałej willi według własnego projektu i uznania. Mógł wybrać najpiękniejsze miejsce i nie przejmować się żadnymi kosztami. Wszystkie koszty miały być pokryte z funduszy zakładu.

Prace rozpoczął natychmiast. Wykorzystując jednak pokładane w nim bezgraniczne zaufanie, jakim go obdarzono, pomyślał sobie, że może użyć starych surowców z odzysku oraz zatrudnić mniej wykwalifikowanych robotników, aby w ten sposób zagarnąć dla siebie nieuczciwie zaoszczędzone pieniądze. I tak w krótkim czasie wybudował zamówioną willę, ale jej jakość daleka była od tego, co mógłby zrobić gdyby był uczciwy i rzetelny.

Kiedy dom został ukończony, w czasie wydanego na tę okoliczność przyjęcia, wręczył swojemu prezesowi klucze do posiadłości. Prezes jednak zwrócił mu je natychmiast i z uśmiechem powiedział :
"Ten dom jest naszym podziękowaniem dla ciebie za rzetelną pracę. Niech będzie wyrazem naszego poważania i szacunku dla ciebie i twojej pracy.”

Autor opowiadania dodaje na zakończenie: „Twoje dni są cegłami, z których budujesz dom swojej wieczności.”

W dniu dzisiejszym warto byłoby zadać sobie pytanie: "A jaki dom na wieczność buduję sobie ja?" Święci których dzisiaj czcimy wybudowali na pewno domy trwałe, ufundowane na skale, jaką jest Chrystus. Cegłami, których używali były: cichość, czystość serca, ubóstwo, sprawiedliwość, miłosierdzie i pokój. I otrzymali nagrodę życia wiecznego. Czy ja jednak nie buduję domu na piasku swoich uczuć i kaprysów, a w dodatku używając kiepskich materiałów, oszukując i kantując. A czy cegłami, których używam nie są przypadkiem: spryt, cwaniactwo, obłuda, cynizm i pycha?

Przed laty, podczas pogrzebu usłyszałem bardzo wstrząsające zdanie: "Jakie życie taka śmierć, jaka śmierć taka wieczność". Kiedy myślę o życiu tych tysięcy świętych, których dzisiaj wspominamy, to widzę niemalże namacalnie, że ich wieczność wpisana była w ich codzienne życie. W codzienności budowali dla siebie wieczność i otrzymali „nagrodę wielką w niebie”. Święci to nie tylko mistrzowie życia duchowego, ale na pewno także „mistrzowie budowlani”, którzy wybudowali sobie wiecznotrwały dom.

A jak to jest w moim wypadku. Jaką nagrodę ja otrzymam? Zgodnie z z powiedzeniem: „Jakie życie taka wieczność”, moją wieczność kształtuję już dzisiaj. Jakąż więc wieczność sobie przygotowuję?


Homilia alternatywna IV

Starzec z Apokalipsy zadaje Janowi pytanie, które można by zadać także nam dzisiaj, patrząc na tych wszystkich, których wspominamy: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?" Jan odpowiada uczciwie i po ludzku: „Panie, ty wiesz". Warto zatrzymać się przy tej odpowiedzi. Nawet wielki wizjoner przyznaje, że nie wie. I dobrze, bo świętość rzadko jest rzeczą, którą potrafimy z góry rozpoznać.

Bo skąd oni przybyli? „Z wielkiego ucisku". Nie z jakiejś lepszej rzeczywistości, nie z krainy, w której wszystko się udawało. Przyszli z tego samego świata co my: z choroby, z zmęczenia, z kłopotów w rodzinie, z pracy, która nie dawała satysfakcji, z błędów, których żałowali. Szaty mają białe, ale Księga nie mówi, że były takie od początku. Mówi, że je „opłukali". Święci nie są ludźmi, którzy się nigdy nie pobrudzili. To ludzie, którzy pozwolili się obmyć.

To jest wiadomość dobra i trzeźwa zarazem. Dobra, bo świętość nie jest nagrodą dla nielicznych wybitnych. Jan widzi „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć". Tłum. Nie elitę, nie kilka posągów na cokołach, lecz ludzi z każdego narodu, języka i pokolenia. Wśród nich są i ci, których znamy z obrazów, i ci, których imion nikt nie zapisał: babcia, która codziennie odmawiała różaniec, sąsiad, który po cichu pomagał, ktoś, kto po prostu wytrwał. A trzeźwa, bo ta droga prowadzi przez ucisk, a nie obok niego. Nikt nie obiecuje nam życia bez trudu.

Święty Jan w drugim czytaniu mówi coś jeszcze, co mnie wydaje się szczególnie ważne: „obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy". Jeszcze się nie ujawniło. Nie jesteśmy gotowym produktem. Jesteśmy w drodze i nie wszystko o nas jest jeszcze wiadome, także nam samym. To wyzwala od dwóch pokus: od przekonania, że już jesteśmy dobrzy, i od przekonania, że już jesteśmy przegrani. Prawda leży gdzieś pośrodku: jesteśmy kochani teraz, a stajemy się kimś w trakcie.

A jak wygląda ta droga? Chrystus odpowiada na górze, w Błogosławieństwach. Zwróćmy uwagę: nie ma tam zbioru wielkich czynów ani listy heroicznych osiągnięć. Są ubodzy, smutni, cisi, łaknący, miłosierni, czystego serca, pokój czyniący. Czyli ludzie, którzy w oczach świata niewiele znaczą. Ktoś, kto potrafi żyć bez nadmiernego przywiązania do tego, co ma. Ktoś, kto nie udaje, że nie boli. Ktoś, kto pierwszy wyciąga rękę do pojednania. To są drobne, codzienne decyzje, ale właśnie z nich, jak z ściegów, utkana jest ta biała szata.

Nie ma w tym fajerwerków. Jest raczej cicha wytrwałość i ufność, że Bóg dopisze to, czego nam zabrakło. Dlatego dzisiejsze święto nie jest przypomnieniem, że mamy być perfekcyjni. Jest zaproszeniem, żebyśmy uwierzyli, że to się naprawdę może udać, także u nas, także u mnie, takiego jakim jestem.

Gdy więc za kilka dni będziemy stać na cmentarzach, wśród zniczy, nie traktujmy tych grobów tylko jako miejsc straty. To także miejsca nadziei: tutaj spoczywają ludzie, którzy poszli przed nami tą samą zwyczajną drogą. Wielu z nich nie wiedziało, że idzie do świętości. Być może dlatego tam doszli.

Niech więc dzisiejsza uroczystość będzie dla nas pocieszeniem, a nie ciężarem. Bo jeśli tłum jest niezliczony, to jest w nim miejsce i dla nas.


Homilia alternatywna V

Święci z "wielkiego ucisku"

Kiedy słyszymy słowo „święci”, wielu z nas widzi obrazy z witraży i figur: spokojne twarze, wzniesione oczy, dłonie złożone do modlitwy. Człowiek patrzy na to wszystko i myśli: to nie dla mnie. Oni byli z innej gliny. Ja mam kredyt, trudnego szefa, chorą mamę i charakter, z którym sam sobie nie radzę.

Tymczasem pierwsze czytanie z Apokalipsy zaczyna się od zaskoczenia. Jan słyszy liczbę: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych. Liczba dokładna, uporządkowana, niemal urzędowa. A potem Jan patrzy i widzi coś zupełnie innego: „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków”. Najpierw spis, a potem tłum, którego nie da się spisać. Bóg ma swoją arytmetykę i nasza jej nie obejmuje. Nie ma tam tylko wybranej elity, jest ludzkie morze, i to morze pełne różnych twarzy.

I tu pierwsza myśl, którą chciałbym dziś zostawić: świętość nie jest rzadkim gatunkiem. Kościół nie przypadkiem ustanowił uroczystość Wszystkich Świętych, a nie tylko tych z ołtarzy. Wśród tych, którzy stoją przed tronem, są kanonizowani, ale są też nasi dziadkowie, którzy nigdy nie napisali żadnego traktatu, i sąsiadka, która po prostu przez trzydzieści lat opiekowała się niepełnosprawnym synem. Są ludzie, których imion nikt nie zna, poza Bogiem. Jan słyszy pytanie: „Kim są i skąd przybyli?” i odpowiada tak, jak odpowiedziałby każdy z nas: „Panie, ty wiesz”. To uczciwa odpowiedź. Nie mamy pełnego wglądu w to, kto jest święty. Bóg ma szersze serce niż nasze statystyki.

Ale proszę zwrócić uwagę na drugą rzecz, bo czytanie jest tu bardzo trzeźwe. Starzec nie mówi: to ci, którym się udało. Nie mówi też: to ci, którzy nigdy nie upadli. Mówi: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku”. Czas teraźniejszy: przychodzą. Wciąż idą. Święci nie są ludźmi, którzy ominęli trudności, lecz ludźmi, którzy przez trudności przeszli i nie oddali w nich swojej wiary ani swojego serca.

To ważne, bo łatwo o religijność, która obiecuje życie bez bólu. Ewangelia, którą czytamy dziś, nie jest tak naiwna. Jezus nie mówi: błogosławieni, którym wszystko się układa. Mówi: błogosławieni ubodzy, ci, którzy się smucą, ci, którzy łakną sprawiedliwości, ci, którzy cierpią prześladowanie. Błogosławieństwa nie są pochwałą cierpienia. Nikt nie jest błogosławiony dlatego, że płacze. Jezus mówi coś bardziej subtelnego i bardziej radykalnego: że w miejscach, w których świat widzi porażkę, Bóg jest szczególnie blisko. Smutek nie jest dla Niego dowodem, że coś poszło nie tak między nami a Nim. Ubóstwo, głód, łzy to nie są miejsca, z których Bóg się wycofał.

Warto też zauważyć, że szaty tych ludzi są białe, ale nie dlatego, że nigdy się nie pobrudziły. Czytanie mówi, że je „opłukali” i „wybielili we krwi Baranka”. Paradoksalny obraz: biel osiągnięta przez krew. To obraz ludzi, którzy swoje życie, ze wszystkim, co w nim poplamione, zanieśli do Chrystusa i pozwolili, by to On je oczyścił. Święty to nie ten, kto nie ma plam, ale ten, kto nie przestał wracać do Tego, który je zmywa. Wielu z nas czuje, że świętość jest poza zasięgiem, bo nasza historia jest poplątana. Apokalipsa mówi: właśnie z takich historii składa się ten tłum.

I teraz słowa Jana z drugiego czytania, które chyba najbardziej mnie dziś poruszają: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy”. Zwróćmy uwagę na kolejność. Najpierw jest tożsamość, a dopiero potem wysiłek. Nie jesteśmy dziećmi Bożymi dlatego, że się dobrze sprawiamy. Staramy się dobrze żyć, bo jesteśmy dziećmi. Świętość nie jest egzaminem, który zdajemy, żeby zostać przyjętymi. Jest odpowiedzią kogoś, kto już został przyjęty.

A zaraz potem pada zdanie pełne uczciwości: „jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy”. Jan nie udaje, że wszystko wie. My też nie wiemy, kim się staniemy. I to może być pocieszające. Bo jeśli patrzę na siebie dzisiaj i widzę człowieka niedokończonego, pełnego niespełnionych postanowień i powtarzających się słabości, to Jan mówi mi: to nie jest ostateczny obraz. To jest etap. Jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Bóg nie zamknął jeszcze mojego portretu.

Nie chcę jednak, żeby to zabrzmiało zbyt łagodnie. Jan kończy wyraźnie: „Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się”. Uświęca się, czyli coś się dzieje, jest ruch, jest praca. Nadzieja nie jest tu uczuciem, lecz kierunkiem, w którym człowiek zaczyna stawiać kroki. Kto naprawdę spodziewa się, że ujrzy Boga takim, jakim jest, ten nie może żyć w sposób zupełnie obojętny na to, jakim człowiekiem jest dzisiaj.

Co to oznacza w praktyce? Zerknijmy jeszcze raz na błogosławieństwa, ale nie jak na wzniosłą poezję, tylko jak na opis zwyczajnych ludzi. Cisi: to ten, kto w kłótni potrafi nie mieć ostatniego słowa. Miłosierni: ten, kto potrafi komuś wybaczyć, choć ma prawo się obrażać. Czystego serca: ten, kto nie gra na dwa fronty. Wprowadzający pokój: ten, kto w rodzinie zamiast dolewać oliwy do ognia, po cichu szuka zgody. Nikt z nich nie jest na pierwszych stronach gazet. A jednak właśnie takich ludzi Jezus nazywa błogosławionymi.

Dzisiejsza uroczystość zaprasza nas więc do dwóch spojrzeń. Pierwsze: w górę i do przodu, ku tłumowi przed tronem. Ten obraz mówi nam, że nasza historia ma dobry koniec, że ostatnie słowo nie należy do ucisku, lecz do Baranka. „Zbawienie u Boga naszego” – wołają ci, którzy przeszli przez największe próby. To nie jest hasło propagandowe, to świadectwo ludzi, którzy wiedzą, co mówią.

Drugie spojrzenie: wokół siebie, tu i teraz. Bo ten tłum nie spadł z nieba w gotowej formie. Składa się z ludzi, którzy kiedyś siedzieli w ławkach takich jak te, kłócili się o drobiazgi, bali się o dzieci, wątpili, wracali do spowiedzi, przeklinali w duchu, a potem znów próbowali. Świętość, jak ją widzi Ewangelia, to nie perfekcja, lecz wierność w drodze.

Dlatego dzisiaj nie powinniśmy czuć się mali wobec świętych, jakbyśmy byli widzami cudzego spektaklu. Powinniśmy raczej czuć się jak ktoś, kto z daleka dostrzega znajome twarze w tłumie i myśli: skoro oni, to może i ja. Nie dlatego, że jestem lepszy, ale dlatego, że ten sam Bóg, który ich poprowadził, prowadzi także mnie.

Jutro będziemy odwiedzać groby naszych bliskich. Zapalimy znicze, pomodlimy się, może przez chwilę postoimy w ciszy. Dzisiejsza liturgia podpowiada, jak na to patrzeć: nie jako na koniec, ale jako na czyjeś „przychodzenie”. Ci, których wspominamy, przeszli swoją drogę, ze wszystkim, co było w niej trudne. Wierzymy, że niejeden z nich stoi już w tym tłumie, a my idziemy tą samą drogą, nieco z tyłu.

Prośmy więc dziś o rzecz prostą: nie o to, żebyśmy stali się nagle idealni, ale o odwagę, by każdego dnia robić jeszcze jeden krok. By w ucisku nie utracić nadziei, w radości nie zapomnieć o wdzięczności, a w zwykłych, szarych dniach pamiętać, że jesteśmy dziećmi Bożymi i „rzeczywiście nimi jesteśmy”.

A kiedy kiedyś ktoś zapyta: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?”, niech Bóg będzie mógł odpowiedzieć o każdym z nas: to ten, to ta, którzy przyszli z naszych zwykłych dni, z naszego ucisku, z naszych upadków i powrotów, i dali się obmyć.


Homilia alternatywna VI

Kazanie na uroczystość Wszystkich Świętych krótka

Starzec z Apokalipsy zadaje Janowi pytanie, które można by zadać także nam dzisiaj, patrząc na tych wszystkich, których wspominamy: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?" Jan odpowiada uczciwie i po ludzku: „Panie, ty wiesz". Warto zatrzymać się przy tej odpowiedzi. Nawet wielki wizjoner przyznaje, że nie wie. I dobrze, bo świętość rzadko jest rzeczą, którą potrafimy z góry rozpoznać.

Bo skąd oni przybyli? „Z wielkiego ucisku". Nie z jakiejś lepszej rzeczywistości, nie z krainy, w której wszystko się udawało. Przyszli z tego samego świata co my: z choroby, z zmęczenia, z kłopotów w rodzinie, z pracy, która nie dawała satysfakcji, z błędów, których żałowali. Szaty mają białe, ale Księga nie mówi, że były takie od początku. Mówi, że je „opłukali". Święci nie są ludźmi, którzy się nigdy nie pobrudzili. To ludzie, którzy pozwolili się obmyć.

To jest wiadomość dobra i trzeźwa zarazem. Dobra, bo świętość nie jest nagrodą dla nielicznych wybitnych. Jan widzi „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć". Tłum. Nie elitę, nie kilka posągów na cokołach, lecz ludzi z każdego narodu, języka i pokolenia. Wśród nich są i ci, których znamy z obrazów, i ci, których imion nikt nie zapisał: babcia, która codziennie odmawiała różaniec, sąsiad, który po cichu pomagał, ktoś, kto po prostu wytrwał. A trzeźwa, bo ta droga prowadzi przez ucisk, a nie obok niego. Nikt nie obiecuje nam życia bez trudu.

Święty Jan w drugim czytaniu mówi coś jeszcze, co mnie wydaje się szczególnie ważne: „obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy". Jeszcze się nie ujawniło. Nie jesteśmy gotowym produktem. Jesteśmy w drodze i nie wszystko o nas jest jeszcze wiadome, także nam samym. To wyzwala od dwóch pokus: od przekonania, że już jesteśmy dobrzy, i od przekonania, że już jesteśmy przegrani. Prawda leży gdzieś pośrodku: jesteśmy kochani teraz, a stajemy się kimś w trakcie.

A jak wygląda ta droga? Chrystus odpowiada na górze, w Błogosławieństwach. Zwróćmy uwagę: nie ma tam zbioru wielkich czynów ani listy heroicznych osiągnięć. Są ubodzy, smutni, cisi, łaknący, miłosierni, czystego serca, pokój czyniący. Czyli ludzie, którzy w oczach świata niewiele znaczą. Ktoś, kto potrafi żyć bez nadmiernego przywiązania do tego, co ma. Ktoś, kto nie udaje, że nie boli. Ktoś, kto pierwszy wyciąga rękę do pojednania. To są drobne, codzienne decyzje, ale właśnie z nich, jak z ściegów, utkana jest ta biała szata.

Nie ma w tym fajerwerków. Jest raczej cicha wytrwałość i ufność, że Bóg dopisze to, czego nam zabrakło. Dlatego dzisiejsze święto nie jest przypomnieniem, że mamy być perfekcyjni. Jest zaproszeniem, żebyśmy uwierzyli, że to się naprawdę może udać, także u nas, także u mnie, takiego jakim jestem.

Gdy więc za kilka dni będziemy stać na cmentarzach, wśród zniczy, nie traktujmy tych grobów tylko jako miejsc straty. To także miejsca nadziei: tutaj spoczywają ludzie, którzy poszli przed nami tą samą zwyczajną drogą. Wielu z nich nie wiedziało, że idzie do świętości. Być może dlatego tam doszli.
Niech więc dzisiejsza uroczystość będzie dla nas pocieszeniem, a nie ciężarem. Bo jeśli tłum jest niezliczony, to jest w nim miejsce i dla nas.


Modlitwa wiernych

Wstęp – Z pokorą i ufnością prośmy Boga, Który jedynie jest święty, aby dopuścił nas do uczestnictwa w swej chwale, w Królestwie Niebieskim, abyśmy Go kiedyś ujrzeli takim jakim jest ...

1 – Za Kościół pielgrzymujący, aby jego pasterze; biskupi i kapłani prowadzili lud Boży do światłości życia wiecznego, - „Ciebie prosimy”
2 – Za tych, którzy oddalili się od Chrystusa, aby z pomocą świętych orędowników i patronów odnaleźli drogę powrotną do owczarni Chrystusowej, - „Ciebie prosimy”
3 – Za chorych i cierpiących, aby zjednoczeni z cierpieniami Chrystusa dostrzegli i uznali odkupieńczą wartość swojego cierpienia, - „Ciebie prosimy”
4 – Za umierających, aby w Miłosierdziu Bożym odnaleźli ukojenie i pocieszenie w ostatnim momencie ziemskiego życia, - „Ciebie prosimy”
5 – Za Kościół oczekujący w czyśćcu z tęsknotą na ostateczne spotkanie z Bogiem, aby wsparty naszymi modlitwami dostąpił zbawienia wiecznego, - „Ciebie prosimy”

Zakończenie – Miłosierny Boże wejrzyj na Miłość i Mękę swojego Syna Jezusa Chrystusa i wybacz nam nasze winy, abyśmy mogli razem z Nim uczestniczyć w Twojej chwale, gdzie żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen

Słowo „przed rozesłaniem”

Ofiara Odkupieńcza Jezusa Chrystusa, w Której uczestniczyliśmy jest zadatkiem i zapowiedzią naszego zbawienia. Idźmy i głośmy naszym codziennym życiem tę radosną nowinę.

Szkic krótkiej homilii na Uroczystość Wszystkich Świętych

Kilka punktów:

- czy niebo jest puste czy zatłoczone? 144 tysiące to na całą historię ludzkości nie za wiele.
- tylko święci mogą być w niebie! Czy jest tam także miejsce dla mnie?
- co zrobić, aby się tam dostać? Oczywiście odp. jest jedna MUSZĘ ZOSTAĆ ŚWIĘTYM!
- ale co to znaczy?
- kiedyś faryzeusze zadali takie samo pytanie Pani Jezusowi, które przykazanie jest najważniejsze? A jeden bogaty młodzieniec zapytał, co mam robić, aby wejść do życia wiecznego?
- odp. miłuj Boga i miłuj bliźniego I NIC WIĘCEJ NIE BĘDZIESZ MUSIAŁ ROBIĆ, to uczyni cię świętym i tylko w ten sposób wejdziesz do nieba,
- czy to jest trudne? NIE, na pewno nie jest trudne ani niemożliwe, to tylko twój egoizm i twoja zatwardziałość czynią to trudnym a nawet niemożliwym!
- jeśli naprawdę miłujesz Boga, to nie będzie dla ciebie problemu z niedzielną Mszą, regularną spowiedzią czy modlitwą, to tylko twój egoizm, lenistwo lub lekceważenie stwarza problemy,
- jeśli naprawdę miłujesz Boga, to nie będzie dla ciebie problemu z wybaczeniem teściowej, sąsiadowi czy synowej. To tylko twój egoizm i upór stwarzają problemy.
- i nie mów, że świętość to nadzwyczajny wyczyn tylko dla wybranych.
- chciej, bo Pan Bóg zrobił już wszystko co mógł!

poniedziałek, 19 października 2026

XXX Niedziela Zwykła – Uroczystość Poświęcenia Kościoła Własnego

 Ez 43, 1-2. 4-7

Potem zaprowadził mnie do bramy, do bramy skierowanej ku wschodowi. I oto chwała Boga Izraela przychodziła od wschodu. Głos Jego był jak szum wielu wód, a ziemia lśniła od Jego chwały. […] A chwała Pańska weszła do świątyni przez bramę skierowaną ku wschodowi. Wtedy uniósł mnie duch i wprowadził na dziedziniec wewnętrzny. A oto świątynia była pełna chwały Pańskiej. I słyszałem, jak ktoś mówił do mnie ze świątyni, podczas gdy ów człowiek stał obok mnie. I rzekł do mnie: «Synu człowieczy, to jest miejsce mego tronu i miejsce podstawy mych stóp, gdzie chcę mieszkać pośród Izraelitów na wieki».

 

Ef 2, 19-22

«A więc nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale współobywatelami świętych i domownikami Boga – zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus. W Nim zespolona cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię, w Nim i wy współbudujecie się, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha.»

 

Łk 19, 1-10

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło».




Homilia I

Dzisiejsza uroczystość Poświęcenia Kościoła Własnego kieruje nasze oczy na mury świątyni, w której gromadzimy się na wspólnej modlitwie i Eucharystii. Jednak Słowo Boże, które przed chwilą usłyszeliśmy, przypomina nam coś znacznie głębszego: materialny budynek kościoła to jedynie widzialny znak niewidzialnej i o wiele wspanialszej tajemnicy. Prawdziwą świątynią Boga jesteśmy my sami.

 

Świątynia, w której mieszka Bóg
W pierwszym czytaniu prorok Ezechiel opisuje wizję chwały Pana wkraczającej do świątyni. Bóg mówi wówczas słowa pełne bliskości: „To jest miejsce mego tronu i miejsce podstawy mych stóp, gdzie chcę mieszkać pośród Izraelitów na wieki”. Ta starotestamentowa zapowiedź znajduje swoje najpełniejsze spełnienie w Nowym Testamencie.

 

Święty Paweł w Liście do Efezjan wyjaśnia tę rzeczywistość z niezwykłą mocą:

 

„Nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale współobywatelami świętych i domownikami Boga – zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus.”

 

To oznacza, że każdy z nas jest żywą cegiełką w tej wielkiej duchowej budowli. Bóg nie szuka jedynie zimnych murów – szuka ludzkich serc, które staną się Jego mieszkaniem.

 

Spotkanie w Jerychu: dom otwarty dla Pana
Ewangelia według św. Łukasza ukazuje nam piękną i uderzającą scenę z życia Zacheusza. Zwierzchnik celników z Jerycha wspiął się na sykomorę, by ujrzeć Jezusa. Nie spodziewał się jednak, że to sam Jezus upomni się o niego i zażąda gościnności: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”.

 

To ewangeliczne spotkanie pokazuje nam, na czym polega prawdziwe uświęcenie przestrzeni, w której żyjemy:Otwarcie drzwi z radością: Zacheusz przyjmuje Jezusa bez wahania, przełamując opór tłumu oraz własne słabości i przeszłość.

 

Przemiana wnętrza i czynu: Obecność Chrystusa w jego domu rodzi natychmiastową potrzebę zadośćuczynienia, sprawiedliwości i dzielenia się z ubogimi.

 

Doświadczenie zbawienia: Słowa Jezusa – „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu” – uświadamiają nam, że świątynia naszego serca staje się czysta tam, gdzie panuje miłosierdzie i prawda.

 

Być żywym kamieniem we wspólnocie
Obchodząc rocznicę poświęcenia kościoła, stajemy przed osobistym pytaniem o stan naszej wewnętrznej świątyni. Czy nasze codzienne życie, nasze rodziny i środowiska pracy są miejscem, w którym obecny jest Bóg?

 

Bycie domownikami Boga zobowiązuje do troski o jedność. Tak jak poszczególne kamienie materialnej świątyni ściśle przylegają do kamienia węgielnego, tak my musimy budować nasze relacje na fundamencie wiary, przebaczenia i wzajemnego szacunku. Każdy grzech i podział niszczą tę budowlę, a każdy akt miłości i pojednania ją umacnia.

 

Niech dzisiejsza uroczystość odnowi w nas świadomość, że nosimy w sobie Bożą obecność. Pozwólmy Jezusowi wejść do naszego „domu” – do naszych codziennych spraw, trosk i radości – abyśmy stali się prawdziwą, żywą świątynią Pana na wieki.



 

Homilia II

 

Kazanie na Uroczystość Poświęcenia Kościoła Własnego
„Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu”

 

Przeżywamy dziś w XXX Niedzielę Zwykłą uroczystość poświęcenia naszego kościoła. To nie tylko rocznica wzniesienia murów, poświęcenia kamienia, ołtarza czy dachu. To przede wszystkim tajemnica wiary: Bóg wybrał to miejsce, aby mieszkać pośród nas. Dlatego liturgia prowadzi nas przez trzy czytania, które odsłaniają przed nami prawdę o świątyni Boga — o świątyni z kamienia, ale jeszcze bardziej o świątyni żywej, którą jest Chrystus i my w Nim.

 

Prorok Ezechiel w pierwszym czytaniu widzi chwałę Boga, która przychodzi od wschodu i wypełnia świątynię. Lud Izraela był wtedy na wygnaniu, po zniszczeniu świątyni jerozolimskiej. Wydawało się, że Bóg opuścił swój lud, że skończyło się wszystko, co dawało nadzieję. A jednak Bóg mówi: „To jest miejsce mego tronu i miejsce podstawy mych stóp, gdzie chcę mieszkać pośród Izraelitów na wieki”. Bóg nie opuszcza swojego ludu. Wraca do niego. Jego chwała na nowo wypełnia świątynię.

 

Dla nas ten obraz jest bardzo wymowny. Nasz kościół także jest miejscem, w którym Bóg chce mieszkać. Tu przychodzi Chrystus w swoim Słowie, tu jest ołtarz, tu jest tabernakulum, tu gromadzi się lud Boży. Ale równocześnie wiemy, że Bóg nie da się zamknąć w murach. Prawdziwą świątynią Nowego Przymierza jest Ciało Chrystusa — On sam. A my, przez chrzest, stajemy się członkami Jego Ciała, żywymi kamieniami tej świątyni.

 

Dlatego św. Paweł w drugim czytaniu mówi nam: „Nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale współobywatelami świętych i domownikami Boga”. To niezwykłe określenie. Nie jesteśmy tylko gośćmi w kościele. Jesteśmy domownikami. Kościół to nasz dom. Jego fundamentem są apostołowie i prorocy, a kamieniem węgielnym — sam Chrystus Jezus. W Nim cała budowla rośnie na świętą świątynię w Panu. W Nim i my współbudujemy się, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha.

 

To znaczy, że poświęcenie kościoła nie dotyczy tylko budynku. Dotyczy także nas. Jeśli ten kościół jest poświęcony Bogu, to i my mamy być poświęceni. Jeśli mury tego kościoła mają być znakiem obecności Boga, to nasze serca, nasze rodziny, nasze codzienne życie mają być miejscem, gdzie Bóg może mieszkać. Świątynia buduje się nie tylko z cegieł, ale z nawrócenia, z miłości, z przebaczenia, z wierności. Grzech burzy tę świątynię. Plotka, nienawiść, obojętność, nieuczciwość — to pęknięcia w murze żywej świątyni. Eucharystia, modlitwa, sakrament pojednania — to sposoby, w jakie Bóg nieustannie odbudowuje nas jako swój dom.

 

I wreszcie Ewangelia — Zacheusz. Człowiek bogaty, zwierzchnik celników, znienawidzony przez wielu, uważany za grzesznika i zdrajcę. A jednak pragnął zobaczyć Jezusa. Był niskiego wzrostu, nie mógł Go ujrzeć z powodu tłumu. Wspiął się więc na sykomorę. Zrobił coś może trochę śmiesznego, niegodnego poważnego człowieka. Ale jego pragnienie było silniejsze niż wstyd. Chciał zobaczyć Jezusa.
I wtedy dzieje się coś, czego Zacheusz się nie spodziewał. Jezus przystaje, patrzy w górę i mówi: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Jezus nie czeka, aż Zacheusz się poprawi. Jezus wchodzi do jego domu jako pierwszy. Zacheusz schodzi z pośpiechem i przyjmuje Go rozradowany. A tłum szemrze: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Ilu z nas czasem szemrze, gdy Bóg przychodzi do kogoś, kogo my uważamy za niegodnego? Ilu z nas myśli, że kościół jest tylko dla porządnych, a nie dla celników, grzeszników, zagubionych?
A Zacheusz daje odpowiedź konkretną. Nie tylko się cieszy. Nie tylko mówi „wierzę”. On się nawraca. „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Jego spotkanie z Jezusem dotyka jego portfela, jego pracy, jego krzywd, jego relacji. I wtedy Jezus mówi: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”.

 

To jest także nasza uroczystość. Jezus mówi do nas dzisiaj: „Muszę się zatrzymać w twoim domu”. W tym kościele, przy tym ołtarzu, w tej Eucharystii. Ale także w domu twoim, w twoim sercu, w twojej pracy, w twojej rodzinie. Uroczystość poświęcenia kościoła to nie tylko wspomnienie pięknej ceremonii sprzed lat. To pytanie: czy ja jestem żywym kamieniem? Czy moje serce jest świątynią Boga? Czy moje życie domowe jest miejscem modlitwy? Czy moja praca jest uczciwa? Czy dzielę się z ubogimi? Czy przyjmuję Jezusa z radością, czy tylko z przyzwyczajenia?
Niech ten kościół będzie znakiem, że Bóg jest z nami. Ale niech także nasza wspólnota, nasze rodziny i nasze serca staną się żywą świątynią, w której Bóg mieszka przez Ducha. Prośmy Pana, aby tak jak chwała Pańska weszła do świątyni, tak Jego łaska weszła do każdego z nas. A Maryja, Matka Kościoła, niech uczy nas przyjmować Chrystusa z wiarą, radością i gotowością nawrócenia.



HOMILIA III

 

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

 

Dzisiaj przeżywamy XXX Niedzielę Zwykłą, a jednocześnie radosną uroczystość poświęcenia naszego kościoła. To szczególny dzień wdzięczności Bogu za tę świątynię, w której gromadzimy się na modlitwie, słuchamy słowa Bożego i przyjmujemy sakramenty. Ale to także dzień, w którym Bóg na nowo pyta każdego z nas: czy ten kościół jest naprawdę twoim domem? Czy twoje serce jest świątynią, w której Ja mogę mieszkać?

 

Prorok Ezechiel w pierwszym czytaniu widzi niezwykłą scenę. Chwała Boga Izraela przychodzi od wschodu, a ziemia lśni od Jego chwały. Chwała Pańska wchodzi do świątyni przez bramę skierowaną ku wschodowi. Świątynia napełnia się chwałą Pańską. I słyszymy słowa Boga: „To jest miejsce mego tronu i miejsce podstawy mych stóp, gdzie chcę mieszkać pośród Izraelitów na wieki”.

 

Bóg nie jest daleki. Bóg nie chce pozostawać jedynie w niebie, poza zasięgiem naszego życia. On pragnie mieszkać pośród swojego ludu. Pragnie mieć miejsce, gdzie spotyka się z człowiekiem. Nasz kościół jest właśnie takim znakiem tej obecności. Każdy konsekrowany kościół przypomina nam, że niebo dotyka ziemi, że Bóg przychodzi do nas. Chwała Pańska nie jest jednak magią murów. Ona napełnia świątynię wtedy, gdy gromadzi się w niej lud wierny, gdy rozbrzmiewa słowo Boże, gdy sprawowana jest Eucharystia, gdy otwieramy serca na Jego działanie. Chrystus jest tym, który przychodzi od wschodu — On jest Wschodzącym Słońcem z wysoka. To On prowadzi nas do Ojca.

 

Dlatego dzisiejsza uroczystość nie jest tylko wspomnieniem dawnej konsekracji. To wezwanie, abyśmy i my stali się żywą świątynią Boga. Święty Paweł w drugim czytaniu mówi wyraźnie: „Nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale współobywatelami świętych i domownikami Boga — zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus”. Kościół to nie tylko budynek. Kościół to wspólnota ludzi, którzy przez chrzest stali się domownikami Boga. Ten piękny kościół, w którym się modlimy, jest znakiem tej żywej wspólnoty. Ale czy my rzeczywiście czujemy się tu jak w domu? Czy traktujemy się nawzajem jak bracia i siostry? Czy budujemy jedność, czy raczej dzielimy się, szemrząc i osądzając?

 

Ewangelia o Zacheuszu pokazuje nam, co się dzieje, gdy Jezus wchodzi do czyjegoś domu. Jezus przechodzi przez Jerycho. W mieście jest Zacheusz, zwierzchnik celników, człowiek bogaty, ale znienawidzony przez rodaków. Chce zobaczyć Jezusa. Jest niski, tłum mu przeszkadza. Nie poddaje się jednak. Biegnie naprzód i wspina się na sykomorę. To piękny obraz pragnienia. Zacheusz chce zobaczyć Jezusa, nawet za cenę śmieszności, nawet wbrew tłumowi. A my? Czy mamy jeszcze pragnienie, aby zobaczyć Jezusa? Czy przeszkadza nam tłum codziennych spraw, lęk, grzech, wstyd? Może czasem czujemy się zbyt mali duchowo, zbyt słabi. Ale właśnie wtedy Jezus podnosi wzrok i patrzy na nas.

 

Jezus przychodzi na to miejsce, spogląda w górę i mówi: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. To zdanie powinno nas poruszyć. Jezus nie czeka, aż Zacheusz się poprawi. Jezus nie mówi: najpierw napraw swoje życie, potem cię odwiedzę. On sam wychodzi z inicjatywą. To Bóg pierwszy nas szuka. To Chrystus pragnie wejść do naszego domu. I Zacheusz schodzi z pośpiechem, przyjmuje Go rozradowany.

 

Lecz inni szemrają: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą nas osądzać. Zawsze będą ci, którym przeszkadza Boże miłosierdzie. Ale Zacheusz nie zważa na szemranie. Staje i wyznaje: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Prawdziwe spotkanie z Jezusem nie kończy się tylko wzruszeniem. Ono przemienia życie. Zacheusz nie tylko przyjmuje Jezusa do domu, ale zaczyna żyć sprawiedliwie, hojnie, po Bożemu. Naprawia krzywdy. Wynagradza. Dzieli się z ubogimi.

 

Wtedy Jezus mówi: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”.

 

Drodzy Bracia i Siostry, to właśnie dzieje się w naszym kościele. Tu Jezus nas szuka. Tu wzywa nas po imieniu. Tu mówi: dziś muszę zatrzymać się w twoim domu. W każdej Mszy świętej Pan Jezus przychodzi do nas, do naszej wspólnoty, do naszych serc. W sakramencie pokuty wyciąga nas z naszych sykomor, z naszych kryjówek i lęków. W Eucharystii wchodzi do naszego domu i zasiada do stołu. A my? Czy przyjmujemy Go z radością? Czy pozwalamy, aby Jego obecność przemieniła nasze życie?

 

Uroczystość poświęcenia kościoła mówi nam dzisiaj trzy ważne prawdy.
Pierwsza: Bóg chce mieszkać pośród nas. Nasz kościół jest domem Bożym, miejscem Jego tronu i podstawy Jego stóp. Dlatego przychodzimy tu z szacunkiem, z wiarą, z miłością. Nie jako obcy, ale jako dzieci.
Druga: Kościół tworzą żywe kamienie. To my. Każdy z nas jest wezwany, aby być świątynią Ducha Świętego. Nasze życie ma być budowane na Chrystusie, kamieniu węgielnym. Jeśli odrzucimy Chrystusa, wszystko się rozsypie. Jeśli z Nim jesteśmy złączeni, rośniemy ku świętości.
Trzecia: Jezus przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. Nasz kościół jest domem dla grzeszników, dla słabych, dla szukających. Nie ma tu miejsca na pogardę i szemranie. Jest miejsce na nawrócenie, przebaczenie i radość. Jak Zacheusz mamy umieć naprawić krzywdy, przeprosić, wynagrodzić, być hojni. Jak Zacheusz mamy przyjąć Jezusa rozradowani.

 

Dziś dziękujemy Bogu za nasz kościół. Dziękujemy za tych, którzy go zbudowali, ozdobili, utrzymywali. Dziękujemy za kapłanów, którzy tu sprawują sakramenty. Dziękujemy za wspólnotę, która się tu gromadzi. Ale nie zatrzymujmy się tylko na dziękczynieniu. Zapytajmy: co ja mogę zrobić, aby ten kościół był naprawdę domem Boga? Może trzeba częściej tu przychodzić — nie tylko w niedzielę, ale także w tygodniu, na adorację, na różaniec. Może trzeba pojednać się z Bogiem w spowiedzi. Może trzeba pojednać się z drugim człowiekiem. Może trzeba włączyć się w służbę przy ołtarzu, w pomoc ubogim, w troskę o wspólnotę. Może trzeba zaprosić kogoś, kto zaginął, kto oddalił się od Boga.

 

Panie Jezu, Ty jesteś chwałą tej świątyni. Ty jesteś kamieniem węgielnym. Ty jesteś Zbawicielem, który szuka i zbawia. Dziękujemy Ci za nasz kościół. Uczyń z nas żywe kamienie. Przychodź dziś do naszych domów i serc. Nie pozwól, abyśmy byli obcymi i przychodniami. Uczyń nas swoją rodziną. Niech ta świątynia będzie miejscem Twojego tronu, a nasze życie — nieustannym dziękczynieniem.

 

Dziś zbawienie może stać się udziałem tego domu. Dziś Jezus chce zatrzymać się w twoim domu. Otwórz Mu drzwi. Przyjmij Go z radością. Amen.


 


HOMILIA IV

 

Dzisiaj świętujemy rocznicę poświęcenia naszego kościoła. To nie jest rocznica budynku. Nie obchodzimy urodzin murów, sklepień i ławek, choć mamy wiele powodów, by za nie dziękować. Dzisiejsze czytania prowadzą nas głębiej i pytają o coś ważniejszego: gdzie naprawdę mieszka Bóg i co znaczy, że mieszka pośród nas?

 

1. Bóg, który chce zamieszkać
Prorok Ezechiel opisuje wizję, która dla Izraelitów była odpowiedzią na największy ból. Świątynia jerozolimska leżała w gruzach, lud był na wygnaniu, a wielu myślało, że Bóg ich opuścił. I nagle prorok widzi, jak chwała Pańska wraca. Przychodzi od wschodu, a jej głos jest jak szum wielu wód. Wchodzi do świątyni i napełnia ją.

 

Zwróćmy uwagę na słowa, które Pan wypowiada: «To jest miejsce mego tronu (…), gdzie chcę mieszkać pośród Izraelitów na wieki». Nie „mogę tu zajrzeć”, nie „będę tu czasem bywał”. Chcę mieszkać. Bóg nie jest dalekim władcą, który wymaga od nas budowania pałaców, by Go zadowolić. To On pragnie być blisko. Świątynia nie powstaje po to, by człowiek zamknął Boga w czterech ścianach, lecz dlatego, że Bóg sam pragnie zamieszkać wśród swojego ludu.

 

Kiedy wchodzimy do naszego kościoła, wchodzimy do miejsca, w którym ta obietnica trwa. Tu jest „miejsce Jego tronu”. Warto zadać sobie pytanie: czy wchodzę tu jak do sali, w której coś trzeba „odbębnić”, czy jak do domu, w którym czeka na mnie Ktoś, kto mnie oczekuje?

 

2. Kamienie żywe
Święty Paweł robi jednak krok dalej i mówi coś, co powinno nas zaskoczyć: «Nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale współobywatelami świętych i domownikami Boga». I dalej: to „cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię, w Nim i wy współbudujecie się”.

 

Świątynią jest więc także wspólnota. Cegły tej budowli to ludzie: ci, którzy siedzą dziś w ławkach, ale też ci, którzy zmarli i modlili się tu przed nami, oraz ci, którzy przyjdą po nas. Fundamentem są apostołowie i prorocy, a kamieniem węgielnym jest Chrystus. Kamień węgielny to ten, który wyznacza kierunek i trzyma w całości całą konstrukcję. Bez Niego cała budowla by się rozsypała.

 

Dlatego dziś trzeba zapytać nie tylko o to, w jakim stanie są nasze mury, ale w jakim stanie jest ta żywa świątynia. Czy jesteśmy w niej dobrze „zespoleni”, czy raczej jak luźne kamienie, które leżą obok siebie i się nie dotykają? Parafia nie jest zbiorem anonimowych uczestników nabożeństw. Jest domem, w którym są domownicy. A w domu zna się nawzajem swoje twarze, zauważa się, że kogoś nie ma, że komuś jest ciężko, że ktoś jest nowy i nie wie, gdzie usiąść. Kościół z pięknymi witrażami i chłodną atmosferą wspólnoty nie jest jeszcze tym, o co chodzi Panu Bogu.

 

3. Zacheusz i dom, który się otwiera
Ewangelia o Zacheuszu pasuje do dzisiejszego święta lepiej, niż się z pozoru wydaje. To opowieść o tym, jak dom staje się miejscem spotkania z Bogiem.

Zacheusz to człowiek, któremu się „udało”: przełożony celników, bardzo bogaty. A jednak jest wykluczony. Dla swoich jest zdrajcą i wyzyskiwaczem, grzesznikiem, z którym lepiej się nie zadawać. Ma pieniądze, ale nie ma nic, co dałoby mu miejsce w społeczności. I coś go ciągnie do Jezusa. Chce „koniecznie zobaczyć”, kim On jest. Nie wie jeszcze, że to nie on szuka, ale że to Ktoś szuka jego.

 

Zauważmy, ile w tej scenie jest przeszkód. Tłum zasłania Jezusa. Zacheusz jest niski. Mógł się poddać albo zostać na uboczu. Ale on biegnie i wspina się na drzewo. Dorosły, ceniony w mieście człowiek, wdrapuje się na sykomorę, narażając się na śmieszność. Czasem właśnie tego wymaga spotkanie z Bogiem: odrobiny pokory i odwagi, by zrobić pierwszy krok, nawet jeśli ktoś się uśmiechnie.

 

A potem dzieje się to, co najważniejsze. Jezus zatrzymuje się, patrzy w górę i woła go po imieniu: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Ani jednego wyrzutu, ani listy grzechów. Jest tylko: muszę zatrzymać się w twoim domu. Bóg nie czeka, aż Zacheusz się poprawi, żeby go odwiedzić. Wchodzi pod jego dach, pomimo szemrania tłumu, który wie lepiej, kto na to zasługuje.

 

I tu zamyka się koło z pierwszym czytaniem. Bóg, który u Ezechiela chce mieszkać pośród swojego ludu, tutaj chce zamieszkać w domu jednego człowieka. Ten sam Pan, który wypełnia świątynię swoją chwałą, wchodzi do domu grzesznika. Święta jest świątynia, ale Jemu równie bardzo zależy na tym, by zamieszkać w ludzkim sercu.

 

4. Owoce obecności Boga
Co się dzieje, gdy Bóg wchodzi do domu Zacheusza? Zacheusz przyjmuje Go z radością, a potem stoi i mówi: «Połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Nikt go do tego nie zmuszał. Jezus nie wygłosił żadnego kazania o pieniądzach. Wystarczyła obecność. Spotkanie z Chrystusem samo przemienia serce, a przemiana serca zmienia relacje: z pieniędzmi, z bliźnimi, z własną przeszłością.

 

To jest test autentyczności każdej świątyni, tej z cegieł i tej żywej. Jeśli Bóg naprawdę w niej mieszka, to coś się w nas zmienia. Wspólnota, która modli się pod tym dachem, nie może być obojętna na biedę obok, na krzywdy wyrządzone innym i na ludzi, o których „wszyscy wiedzą”, że są grzesznikami, i dlatego nikt się nimi nie zajmuje. Kościół, z którego wychodzimy takimi samymi, jacy weszliśmy, jest ładnym budynkiem. Kościół, z którego wychodzimy z sercem choć trochę bardziej otwartym na Boga i ludzi, jest domem Bożym.

 

5. Co dziś zabrać do domu?
Chciałbym zostawić Państwu trzy pytania.

Po pierwsze: czy wchodzę do tego kościoła świadomy, że ktoś mnie tu oczekuje? Bóg powiedział: „chcę tu mieszkać”. Pozwólmy Mu to robić, także przez ciszę, uwagę i zwykłą obecność w czasie Mszy.
Po drugie: czy jestem „żywym kamieniem” w tej wspólnocie? Co mogę zrobić, żeby ta budowla była mocniejsza? Może wystarczy przywitać nowego człowieka, odwiedzić chorego sąsiada, zaangażować się w coś, co służy innym, albo zwyczajnie pomodlić się za parafię.
Po trzecie: kto jest dziś moim „Zacheuszem”? Kogo mój własny tłum osądów zasłonił i odsunął na drzewo? A jednocześnie: w czym ja jestem Zacheuszem, jaką swoją „niskość”, wstyd czy winę przed Bogiem ukrywam? Jezus powtarza dziś także mnie: „zejdź, bo dziś muszę zatrzymać się w twoim domu”.

 

Zakończenie
Drodzy Bracia i Siostry, Bóg zamieszkał w świątyni jerozolimskiej, zamieszkał w domu Zacheusza i pragnie zamieszkać w każdym z nas. Ten kościół jest znakiem tej obietnicy, jest bramą, przez którą Jego chwała wchodzi w nasze życie. Dziękujmy Bogu za mury, które nas gromadzą, i za ludzi, którzy je wznieśli i utrzymywali. Ale przede wszystkim prośmy, abyśmy byli budowlą żywą, otwartą na Chrystusa, który i dziś przechodzi przez nasze miasto i szuka tego, co zginęło.
Bo „dziś zbawienie stało się udziałem tego domu”. Niech to „dziś” wybrzmi także w naszej parafii. Amen.