menu

poniedziałek, 14 września 2026

XXV Niedziela w ciągu roku – A

 


Iz 55:6-9

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a Ten się nad nim zmiłuje, i do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu. Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi.

Flp 1:20c-24.-27a

Lecz jak zawsze, tak i teraz, z całą swobodą i jawnością Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele: czy to przez życie, czy przez śmierć. Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele - to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was konieczne. Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej, abym ja - czy to gdy przybędę i ujrzę was, czy też będąc z daleka - mógł usłyszeć o was, że trwacie mocno w jednym duchu, jednym sercem walcząc wspólnie o wiarę w Ewangelię.

Mt 20:1-16

Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.


I tak oto, ostatni będą pierwszymi

Dzisiejsza przypowieść Chrystusa o robotnikach w winnicy idzie całkowicie pod prąd zdrowemu rozsądkowi i wydaje się zaprzeczać wszelkiemu poczuciu sprawiedliwości. Jakże ten, który pracował tylko godzinę, może otrzymać taka samą zapłatę jak ten, który pracował 12 godzin?!?! Toż to jest zaprzeczeniem wszelkiego ludzkiego poczucia sprawiedliwości i zdrowego rozsądku.

I gdyby tylko po ludzku widzieć tę przypowieść, to na pewno nie można by się z nią zgodzić; ani zaakceptować jej przesłania. Jakże można się zgodzić na zrównanie pierwszych z ostatnimi? Czyż nie przypomina to socjalistycznej idei egalitaryzmu - każdemu według jego potrzeb, czyli czy się stoi czy się leży 1500 się należy? Ale przecież Chrystus nie chce nam wmawiać, że słuszną jest jawna niesprawiedliwość. Chrystus mówi tu o czymś innym, o miłości i o dobroci tego, który ludzi do pracy najmował. "Czyż na to patrzysz krzywym okiem, że ja jestem dobry?" Chrystus mówi tutaj także o bezinteresownej zazdrości. Ci, którzy pracowali 12 godzin otrzymali godziwą zapłatę i nie powinni mieć pretensji o to, że ich skrzywdzono. To tylko ich zazdrość powodowała, że nie mogli się zgodzić na dobroć najemcy i na fakt, że zapłacił on innym tę samą cenę.

To bardzo trudna do przełknięcia lekcja, szczególnie dla nas Polaków. Jest taka złośliwa opowiastka o tym jak, jakiś wysokiej rangi polityk wizytuje piekło. W sali niemieckiej kotły się palą, smoła się gotuje, Niemcy w kotłach się smażą, diabły pilnują żeby żaden z potępieńców głowy z kotła nie wystawił. Podobnie jest w sali amerykańskiej, angielskiej, szkockiej, wszędzie to samo, diabły pilnują. W końcu wizytujący przychodzi do sali polskiej. Kotły dymią, smoła się gotuje ale nikogo ani w kotłach, ani przy kotłach nie widać.

Pyta więc przewodnika: A co tu nie ma Polaków?

Nie, no są - mówi przewodnik

A gdzie są, nie widać nikogo żeby głowę z kotła wystawiał. No i nikt ich nie pilnuje? -  pyta dalej zwiedzający.

E, -odpowiada przewodnik – ich nie trzeba pilnować, oni sami się wzajemnie pilnują, żeby żaden nie miał lepiej, nikt głowy z kotła nie wystawi, żeby go inni zaraz na dół nie ściągnęli...

Złośliwe??? Na pewno tak, ale....

Ileż to razy w naszym życiu codziennym zachowujemy się jak owi robotnicy najęci do pracy rano, którzy przy wypłacie poczuli się skrzywdzeni? Ileż to razy w naszym życiu codziennym bierze w nas górę zwykła, niczym nieuzasadniona ludzka zazdrość? Ileż to razy zazdrośni jesteśmy tylko dlatego, że ktoś inny - według mnie niezasłużenie - otrzymał coś, co mu się nie należało.

Gdybym to ja był tym, któremu niesprawiedliwie wypłacono więcej niż należało... to... naturalnie nie miałbym nic przeciwko temu, ale że to ktoś inny, to... oczywiście jest to niesprawiedliwe i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie, zazdrość jest na pewno uczuciem najbardziej nieekonomicznym i niezrozumiałym. Niektórzy mówią, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami, ale inni dodają, że po jego ulicach chodzą tylko zazdrośnicy.

I tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi i pierwsi, którzy będą ostatnimi. Czy więc warto –tak na dobrą sprawę- być pierwszym i ubiegać się o wszystkie przywileje i zaszczyty? Czy warto?

A gdybym tak był w życiu bardziej życzliwy i mniej zazdrosny ...

Czy coś bym na tym stracił?????


Homilia alternatywna I

Złe oko wobec dobrego Boga

Kiedy słuchamy przypowieści o robotnikach w winnicy, odruchowo stajemy po stronie pierwszych. „To niesprawiedliwe” – mówimy. I dobrze, że ten odruch w nas powstaje, bo Jezus właśnie tam chce nas spotkać: w naszym poczuciu krzywdy, w naszej zazdrości, w naszym cichym pretensjonalnym rachunku wobec Boga.

Gospodarz nie postępuje niesprawiedliwie. Pierwszym wypłaca dokładnie to, na co się umówili. Jego „wina” nie polega na tym, że komuś odebrał, ale że jest dobry. To dobroć Boga staje się skandalem dla serca, które pracuje tylko za zapłatę. Pierwsi robotnicy nie mówią: „Dziękujemy, że mamy pracę i chleb”. Mówią: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami”. Nie chodzi im o sprawiedliwość. Chodzi o to, że nie znoszą dobra drugiego. To jest „złe oko” – oko, które nie potrafi się radować, gdy ktoś otrzymuje więcej, niż na to zasłużył. To oko, które chce Boga zamknąć w naszych księgach i naszych miarach.

Prorok Izajasz woła dziś: „Myśli moje nie są myślami waszymi ani drogi moje – drogami waszymi”. To nie jest tylko pocieszenie. To wezwanie do nawrócenia. Bóg nie jest większą wersją naszych rachunków. On jest święty. Jego sprawiedliwość nie jest ludzką równością, ale wiernością miłości. On nie daje każdemu tyle samo „pieniędzy”, bo nie o pieniądze tu chodzi. On daje każdemu siebie. A jeśli ktoś przyjmuje Boga, to nie można dać więcej niż Boga. Wszyscy, którzy Go mają, mają wszystko.

Dlatego św. Paweł może napisać: „Dla mnie żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. Paweł nie kalkuluje. On nie pyta, czy więcej zyska w życiu, czy w śmierci. On jest zakochany. Chrystus stał się dla niego nie dodatkiem do życia, ale samym życiem. I właśnie dlatego jest wolny od zawiści. Nie musi porównywać się z innymi apostołami. Nie musi liczyć, kto dłużej pracował, kto więcej cierpiał, kto bardziej się poświęcił. Jeśli masz Chrystusa, nie możesz mieć więcej. Możesz tylko bardziej Go kochać.

A jednak Paweł mówi: „pozostawać w ciele – to bardziej dla was konieczne”. To odwrotność pierwszych robotników. Oni chcieli więcej dla siebie. Paweł chce dłużej zostać dla innych. On gotów jest odłożyć własne pragnienie nieba, aby służyć wspólnocie. To jest prawdziwa wolność dziecka Bożego: nie „należy mi się”, ale „mogę się dać”. Nie „dlaczego on dostał?”, ale „co mogę dla niego zrobić?”. Paweł prosi też, abyśmy trwali „mocno w jednym duchu, jednym sercem walcząc wspólnie o wiarę w Ewangelię”. Jedność nie polega na jednakowości ani na równych stawkach. Polega na wspólnym zdumieniu łaską. Walczymy nie przeciw sobie, ale razem o wiarę, która pozwala nam widzieć dobroć Boga także w drugim człowieku.

Przypowieść pokazuje Boga, który wychodzi o wschodzie, o trzeciej, o szóstej, o dziewiątej i o jedenastej. Bóg nie przestaje szukać. Rynek to miejsce, gdzie ludzie stoją i czekają. Ilu jest dziś takich, którzy mówią: „Nikt nas nie najął”? Ilu czuje się niepotrzebnych w Kościele, w rodzinie, w pracy? Ilu uważa, że ich życie już się nie liczy, że Bóg ich przegapił, że są za późno? A Bóg właśnie do nich mówi: „Idźcie i wy do mojej winnicy”. Nie musisz zaczynać od rana. Musisz zacząć teraz. „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć” – to „teraz” jest godziną jedenastą twojego życia. Nie odkładaj nawrócenia, ale też nie myśl, że jesteś spóźniony. Bóg nie patrzy na zegarek. Patrzy na serce.

Ale ta przypowieść jest także ostrzeżeniem dla tych, którzy są w winnicy od dawna. Można pracować w Kościele całe życie i nosić w sercu gorzkie „dlaczego on?”. Można być blisko Boga i jednocześnie daleko od Jego serca. Można przyjmować Komunię św. i nie umieć się cieszyć, że Bóg jest dobry dla kogoś innego. Wtedy trzeba usłyszeć pytanie gospodarza: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. To pytanie nie potępia. Ono leczy. Gospodarz mówi do szemrzącego: „Przyjacielu”. Bóg nie odrzuca nawet naszego szemrania. On chce nawrócić nasze oczy.

Eucharystia jest szkołą tego nawrócenia. Tutaj wszyscy otrzymujemy tego samego Chrystusa. Nie ma lepszych i gorszych miejsc przy tym stole. Nie ma stażu, który daje więcej. Jest tylko dar. „Eucharystia” znaczy „dziękczynienie”. Jeśli chcemy uleczyć złe oko, uczmy się dziękować. Nie porównujmy. Nie liczmy. Nie zazdrośćmy. Przyjmijmy Boga, a w Nim wszystko.

Niech ta Msza św. będzie naszą godziną jedenastą. Niech Bóg da nam swoje myśli i swoje drogi. Niech przemieni nasze złe oko w oko czyste, które potrafi się radować, że On jest dobry – dla mnie i dla każdego. Amen.


Homilia alternatywna II

Bóg nie jest księgowym. A my bardzo chcielibyśmy, żeby nim był.

Gdy słuchamy przypowieści o robotnikach w winnicy, w większości z nas budzi się wewnętrzny sprzeciw. Związkowiec w naszej głowie krzyczy: niesprawiedliwość! Przecież ci, którzy harowali w upale przez całe dnie, dostali tyle samo, co spryciarze z jedenastej godziny. Gdzie tu logika? Gdzie premia za staż?

Izajasz odpowiada krótko: „Moje myśli nie są myślami waszymi”. Nasza ludzka sprawiedliwość to prosta matematyka: ile dałeś, tyle dostajesz. Płacisz i wymagasz. Bóg rozsadza ten system. Jego sprawiedliwością jest miłość. Walutą w Królestwie Niebieskim nie jest zasługa, lecz łaska. Denar z przypowieści to nie dniówka. To zbawienie. Zbawienia nie da się pokroić na kawałki w zależności od przepracowanych godzin. Masz je całe, albo nie masz wcale.

Spójrzcie na Jacques'a Fescha. Zamożny Francuz, życiowy lekkoduch. W latach pięćdziesiątych podczas napadu rabunkowego zabił policjanta. Sąd skazał go na śmierć. Czekając w celi na egzekucję, ten morderca przeżył potężne nawrócenie. Na kilka godzin przed gilotyną pisał w dzienniku z niesamowitą czułością o Bogu, który na niego czeka. Zginął z imieniem Jezusa na ustach. Dziś Kościół prowadzi jego proces beatyfikacyjny.

Szokujące? Dla wielu z nas bardzo. Jak morderca z celi śmierci może stać w tym samym rzędzie zbawionych co karmelitanka, która spędziła w klasztorze pół wieku na klęczkach?

Może. Gospodarz winnicy mówi nam to prosto w twarz: „Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”.

Problem polega na tym, że często zachowujemy się w Kościele jak najemnicy, a nie jak synowie. Odhaczamy pacierze, niedzielne msze, zaliczamy spowiedzi. Zbieramy duchowe punkty lojalnościowe. Spoglądamy z góry na tych, którzy żyją daleko od Boga, i w głębi serca myślimy: ja na swoje niebo zapracowałem, a oni co? To pycha. Pycha ubrana w pobożne szaty. Znosimy ciężar dnia i spiekoty nie z miłości, ale z wyrachowania.

Święty Paweł z drugiego czytania ma zupełnie inną optykę. Pisze: „Dla mnie żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk”. On nie kalkuluje. Nie pyta Boga, co mu się opłaca. Paweł pojął kluczową prawdę: praca w winnicy Pana nie jest pańszczyzną, za którą należy się odszkodowanie. Jest przywilejem. Samo przebywanie blisko Boga stanowi największą nagrodę.

Przestańmy się z Bogiem licytować. Nie pracujemy w korporacji, gdzie walczymy o awans kosztem innych. Jesteśmy w winnicy, w której Gospodarz po prostu chce, byśmy przy Nim byli. Zamiast patrzeć zazdrośnie na denara w ręku kogoś, kto nawrócił się za pięć dwunasta, ucieszmy się. Bóg uratował kolejnego człowieka.

Nie pytajmy, czy Bóg jest sprawiedliwy. Podziękujmy Mu, że sprawiedliwy nie jest. Gdyby sądził nas wyłącznie według naszych zasług, nikt z nas nie ostałby się przed Jego obliczem. Bóg jest hojny w przebaczaniu. To jedyna matematyka, która ratuje nam życie.


Homilia alternatywna III

Jest w dzisiejszej Ewangelii coś, co człowieka dorosłego może zaboleć bardziej niż niejeden wyrzut sumienia. Gospodarz winnicy wypłaca wszystkim po denarze: tym, którzy pracowali od świtu, i tym, którzy przyszli dopiero o jedenastej godzinie. A przecież my wiemy, ile kosztuje cały dzień. Wiemy, czym jest wstawanie, kiedy jeszcze jest ciemno, odpowiedzialność za rodzinę, praca, której nikt nie zauważa, troska o dzieci, opieka nad chorym, uczciwość, kiedy inni oszukują. Wiemy też, jak wygląda życie człowieka, który przez lata próbował być dobry, wierny, przyzwoity. I nagle słyszymy, że ktoś, kto pojawił się niemal na końcu, otrzymuje tyle samo.

Pierwsza reakcja może być bardzo ludzka: „To niesprawiedliwe”. I być może właśnie w tym miejscu Jezus chce nas zatrzymać. Nie po to, żeby nam powiedzieć, że sprawiedliwość się nie liczy. Chce nam pokazać, że istnieje coś większego niż sprawiedliwość, którą potrafimy sobie wyliczyć. Istnieje miłość Boga, której nie da się zamknąć w systemie zasług. A to jest różnica nie tylko między naszym myśleniem a myśleniem Boga. To jest różnica między religią, w której człowiek próbuje zasłużyć na Boga, a Ewangelią, w której Bóg wychodzi człowiekowi naprzeciw, zanim ten zdąży na cokolwiek zasłużyć. „Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami” – mówi Pan przez proroka Izajasza. Te słowa często brzmią jak pocieszenie, kiedy nie rozumiemy cierpienia, kiedy modlitwa nie przynosi odpowiedzi, kiedy życie układa się inaczej, niż planowaliśmy.

Ale dzisiaj trzeba je usłyszeć w jeszcze bardziej wymagający sposób: Boże myśli są inne również wtedy, gdy Bóg okazuje dobroć komuś, komu my tej dobroci nie chcemy dać. Boże drogi są inne także wtedy, gdy prowadzą do winnicy człowieka, którego my już dawno skreśliliśmy. I może właśnie dlatego ta Ewangelia jest trudniejsza dla człowieka porządnego niż dla człowieka, który wie, że się pogubił. Grzesznik czasem potrafi przyjść do Boga z pustymi rękami. Człowiek sprawiedliwy bywa kuszony, żeby przyjść z rachunkiem. „Panie Boże, zobacz, ile zrobiłem. Zobacz, czego nie zrobiłem. Zobacz, ilu rzeczy sobie odmówiłem. Zobacz, jak długo jestem wierny”. I oczywiście, wierność ma ogromną wartość. Jezus nie mówi, że godziny przepracowane w winnicy są bez znaczenia. Ale pyta nas o coś głębszego: Czy twoja wierność doprowadziła cię do miłości, czy tylko do przekonania, że jesteś lepszy od tych, którzy przyszli później? Czy twoje lata modlitwy uczyniły twoje serce bardziej podobnym do serca Ojca? Czy raczej sprawiły, że coraz dokładniej widzisz, kto na co zasługuje? To pytanie nie jest skierowane wyłącznie do ludzi chodzących do kościoła od wielu lat. Ono dotyka każdego, kto w jakikolwiek sposób zbudował swoją wartość na porównywaniu się z innymi.

Można być człowiekiem bardzo religijnym i żyć w środku jak najemnik. Można wykonywać wszystkie obowiązki, odmawiać wszystkie modlitwy, zachowywać wszystkie zasady, a jednak nosić w sercu ukryte przekonanie: „Bóg powinien mi się odwdzięczyć”. I wtedy modlitwa przestaje być spotkaniem z Ojcem, a staje się negocjacją. Dobro staje się inwestycją, przykazania – umową, a bliźni – konkurencją.

Tymczasem gospodarz z Ewangelii wychodzi na rynek nieustannie. Wychodzi rano, o trzeciej, o szóstej, o dziewiątej, wreszcie o jedenastej. To niezwykły obraz Boga, który nie siedzi zamknięty w swoim domu, czekając, aż człowiek sam się odnajdzie. Bóg wychodzi. Bóg szuka. Bóg nie rezygnuje z człowieka, który zmarnował większość dnia. I może ktoś z nas potrzebuje dzisiaj usłyszeć, że nawet jeśli wiele lat życia zostało zmarnowanych, nawet jeśli były decyzje, których nie da się cofnąć, nawet jeśli człowiek sam sobie odebrał czas, którego już nie odzyska – to nie znaczy, że dla Boga jest za późno.

Jedenasta godzina nie jest godziną, w której Bóg przestaje kochać. Jest godziną, w której człowiek może jeszcze usłyszeć: „Idź i ty do mojej winnicy”. Zwróćmy uwagę na odpowiedź tych ostatnich: „Bo nas nikt nie najął”. Nie mówią: „Nie chciało nam się”. Nie mówią: „Woleliśmy nic nie robić”. Mówią: „Nikt nas nie najął”. Być może byli odrzuceni, pomijani, niewidzialni. Być może nikt nie dostrzegł ich możliwości, nikt nie dał im szansy, nikt nie wypowiedział nad nimi słowa zaufania.

Jezus nie wyjaśnia nam, dlaczego stali na rynku. Ale pokazuje, że gospodarz ich zauważył. A to może być dla nas bardzo ważne: Bóg widzi człowieka, którego nie widzą inni. Widzi matkę, której praca jest tak oczywista, że nikt jej nie dziękuje. Widzi ojca, który wraca zmęczony, choć nie potrafi już opowiadać o swoim zmęczeniu. Widzi człowieka samotnego, który od dawna czeka na czyjąś obecność. Widzi kogoś, kto po rozwodzie, po uzależnieniu, po życiowej porażce próbuje po raz pierwszy od dawna uwierzyć, że jeszcze może być dobry. Widzi także człowieka, który całe życie spędził w Kościele, ale dziś odkrywa, że jego serce stało się twarde. I do jednego, i do drugiego mówi: „Idź do mojej winnicy”. Nie mówi: „Najpierw napraw całe swoje życie, a potem przyjdź”. Nie mówi: „Najpierw udowodnij, że jesteś godny”. Mówi: „Idź”. Bo łaska Boga nie jest nagrodą za to, że jesteśmy gotowi. Łaska jest tym, co czyni nas zdolnymi, żeby w ogóle zacząć. Ale jest tu jeszcze jedna rzecz, której nie wolno przeoczyć. Jezus nie mówi, że człowiek może całe życie żyć byle jak, a potem spokojnie zażądać nieba.

Nie mówi, że nasze wybory nie mają konsekwencji. Mówi, że kiedy Bóg przychodzi z łaską, nie pyta najpierw o długość naszego stażu. Pyta, czy jesteśmy gotowi wejść do Jego winnicy. Czy jesteśmy gotowi pozwolić, żeby On nas przemienił.

Bo łaska, która nie prowadzi do przemiany, pozostaje przez nas nieprzyjęta. Człowiek może otrzymać denara, a mimo to nie wejść naprawdę w radość gospodarza. Może otrzymać przebaczenie, ale nadal żyć tak, jakby był więźniem swojej winy. Może usłyszeć, że jest kochany, a jednak wciąż uważać, że musi zasłużyć na miłość. Dlatego pierwsze czytanie mówi: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko”. To nie jest groźba, że Bóg za chwilę się oddali.

To jest wezwanie do decyzji. Nie odkładaj spotkania z Bogiem na później. Nie czekaj, aż będziesz lepszym człowiekiem, spokojniejszym człowiekiem, bardziej poukładanym człowiekiem. Szukaj Go teraz, w tym życiu, które masz. W tej rodzinie, która jest trudna. W tej samotności, której nie wybrałeś. W tej winie, której nie umiesz sobie wybaczyć. W tym sercu, które od dawna nie potrafi się modlić. Bóg jest blisko nie tylko wtedy, gdy czujesz Jego obecność. Jest blisko również wtedy, gdy nie czujesz nic. I może najgłębsza wiara dorosłego człowieka zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się religijna pewność, że wszystko musi być tak, jak sobie wyobrażam. Święty Paweł w drugim czytaniu mówi: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. To zdanie jest niezwykle mocne, bo Paweł nie mówi: „Dla mnie żyć – to sukces”. Nie mówi: „Dla mnie żyć – to zdrowie, bezpieczeństwo, uznanie, spokojna przyszłość”. Mówi: „Żyć – to Chrystus”.

A więc Chrystus nie jest dodatkiem do jego życia. Nie jest jednym z ważnych punktów obok pracy, rodziny, odpoczynku, planów i marzeń. Chrystus jest centrum, dzięki któremu wszystko inne otrzymuje swoje miejsce. Paweł stoi między dwiema rzeczywistościami: pragnie być z Chrystusem, ale wie, że jego pozostanie na ziemi jest potrzebne innym. I to jest bardzo dojrzała wiara. Nie chodzi o to, że człowiek przestaje kochać życie. Chodzi o to, że przestaje uważać własne życie za własność, którą musi za wszelką cenę zabezpieczyć. Paweł jest wolny, bo wie, do kogo należy. I dlatego może powiedzieć: „Czy przez życie, czy przez śmierć – Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele”. Warto zapytać siebie: Czy Chrystus jest uwielbiony w moim ciele? Nie tylko w moich słowach, nie tylko w moich deklaracjach, ale w moim sposobie reagowania, w mojej pracy, w moim małżeństwie, w moim stosunku do pieniędzy, w moim traktowaniu ludzi słabszych, w mojej cierpliwości, kiedy ktoś mnie zawodzi. Czy Chrystus jest uwielbiony w moim ciele, kiedy jestem zmęczony? Kiedy ktoś mnie niesprawiedliwie ocenia? Kiedy moje dziecko nie spełnia moich oczekiwań? Kiedy ktoś, kto przez lata żył daleko od Boga, nagle wraca i otrzymuje od wspólnoty tyle samo miłości, co ja?

Bo być może największym sprawdzianem naszej wiary nie jest to, czy potrafimy powiedzieć: „Jezu, ufam Tobie”. Największym sprawdzianem jest to, czy potrafimy powiedzieć: „Jezu, ufam Tobie także wtedy, gdy Twoja dobroć obejmuje kogoś, komu ja nie chcę jej dać”. To jest moment, w którym Ewangelia przestaje być opowieścią o robotnikach i staje się opowieścią o nas. W każdym z nas jest trochę tego pierwszego robotnika, który chce, żeby Bóg był sprawiedliwy według jego rachunków.

W każdym z nas jest też ktoś z ostatniej godziny – człowiek, który sam potrzebuje miłosierdzia, drugiej szansy, cierpliwości. I może właśnie dlatego Bóg nie pozwala nam wybrać, którą postacią chcemy być.

Pozwala nam zobaczyć obie. Bo człowiek, który naprawdę spotkał Chrystusa, nie mówi już: „Dlaczego tamten dostał tyle samo?”. Zaczyna mówić: „Panie, dziękuję Ci, że ja również otrzymałem więcej, niż mogłem sobie wypracować”. To jest przemiana serca: przejście od zazdrości do wdzięczności, od porównywania do miłości, od kalkulowania do zaufania. I nie jest to przemiana łatwa. Wymaga, żebyśmy przestali być właścicielami własnej sprawiedliwości. Wymaga, żebyśmy pozwolili Bogu być Bogiem. „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” – pyta gospodarz. To pytanie jest skierowane do każdego z nas. Czy przeszkadza mi dobroć Boga? Czy potrafię się cieszyć, kiedy ktoś zostaje uratowany, choć nie zasłużył na to według mojej miary? Czy umiem przyjąć, że Bóg może kochać mojego bliźniego inaczej, niż ja go oceniam? Czy potrafię przestać żyć w cieniu cudzych win?

A może wciąż noszę w sobie listę ludzi, którym Bóg powinien coś wypomnieć? Współmałżonek, który mnie zranił. Dziecko, które zawiodło. Brat, który od lat się nie odzywa. Sąsiad, który mnie skrzywdził. Człowiek, który odszedł od Kościoła i teraz wraca. Być może nosimy te osoby w sercu nie jako ludzi, ale jako wyroki. A Bóg mówi: „Ja chcę także temu ostatniemu dać tak samo jak tobie”. Nie dlatego, że zło nie ma znaczenia. Nie dlatego, że krzywda nie boli. Ale dlatego, że miłosierdzie Boga jest większe niż nasza zdolność do wymierzania sprawiedliwości.

Nie możemy wymagać od Boga, żeby był dobry tylko dla tych, których my uznajemy za godnych dobra. Bo wtedy nie chcemy już Boga. Chcemy Boga, którego sami sobie stworzyliśmy. A prawdziwy Bóg jest większy. Jego dobroć nie jest pobłażliwością. Jest mocą, która potrafi podnieść człowieka z miejsca, w którym sam już nie widzi dla siebie przyszłości. I dlatego dzisiejsza Ewangelia nie jest przede wszystkim opowieścią o wynagrodzeniu. Jest opowieścią o tym, kim jest Bóg. On jest gospodarzem, który wychodzi. On jest Ojcem, który szuka. On jest Panem, który nie rezygnuje z człowieka.

On jest Tym, który w Jezusie Chrystusie przyszedł do nas nie po to, żeby rozliczyć nasze zasługi, ale żeby dać nam samego siebie. I tutaj dochodzimy do tajemnicy denara. Czym jest ten denar? Możemy powiedzieć: jest znakiem łaski, życia, zbawienia. Ale dla chrześcijanina denar ma jeszcze głębsze znaczenie. Ostateczną zapłatą Boga nie jest rzecz. Nie jest nagroda. Nie jest nawet samo niebo rozumiane jako miejsce szczęścia. Ostatecznym darem Boga jest On sam.

Chrystus jest naszym denarem. To On jest tym, czego potrzebujemy, niezależnie od tego, czy przyszliśmy do winnicy o świcie, czy o jedenastej godzinie. Człowiek, który pracował cały dzień, nie otrzymuje mniej Chrystusa. Człowiek, który przyszedł na końcu, nie otrzymuje Chrystusa gorszego. Bo Chrystus nie jest rzeczą, którą można podzielić na większą i mniejszą porcję. Jest miłością, która daje się cała. Dlatego Eucharystia jest tak niezwykła. Przychodzimy do ołtarza z różnymi historiami. Jeden z nas niesie lata wierności, drugi – świeżo odkrytą wiarę. Jeden przychodzi z sercem pełnym wdzięczności, drugi – z sercem pełnym wstydu. Jeden od dawna służy Kościołowi, drugi dopiero uczy się modlitwy.

A Chrystus daje się wszystkim. Nie dlatego, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Ale dlatego, że wszyscy potrzebujemy tej samej miłości. Nie przychodzimy do Komunii Świętej jako ludzie, którzy wypracowali sobie prawo do Boga. Przychodzimy jako ci, których Bóg pierwszy umiłował. I może warto dzisiaj, zanim podejdziemy do ołtarza, zrobić w sercu miejsce na tę prawdę. Niech odejdzie od nas rachunek. Niech odejdzie porównywanie. Niech odejdzie pytanie: „Czy ja dostanę więcej?”. Niech pojawi się pytanie: „Czy pozwolę, żeby Chrystus przemienił moje serce?”. Bo można całe życie stać w winnicy i nigdy nie poznać gospodarza. Można być blisko Kościoła i daleko od jego serca. Można znać wszystkie modlitwy, a nie znać smaku przebaczenia. Można wiele zrobić dla Boga, a jednak nie pozwolić Bogu zrobić czegoś w nas.

I dlatego słowa świętego Pawła są dla nas wezwaniem: „Sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej”. Godnie Ewangelii nie znaczy bezbłędnie. Znaczy tak, żeby nasze życie było coraz bardziej podobne do życia Chrystusa. A Chrystus nie żył z kalkulatorem w ręku. Nie pytał, kto zasłużył na Jego obecność. Nie omijał człowieka dlatego, że ten był daleko. Nie czekał, aż grzesznik stanie się godny, żeby go dotknąć. Jezus wychodził do ludzi. I dlatego także my jesteśmy posłani do winnicy. Nie po to, żeby pilnować, kto ma prawo wejść. Nie po to, żeby kontrolować, czy ktoś pracuje wystarczająco długo. Jesteśmy posłani, żeby być świadkami dobroci gospodarza. Żeby człowiek, który stoi na rynku swojego życia i myśli, że nikt go nie potrzebuje, usłyszał od nas: „Chodź. Jest dla ciebie miejsce”. Żeby ktoś, kto po wielu latach wraca do Boga, nie spotkał w nas zazdrości starszego brata, ale radość Ojca. Żeby ktoś, kto upadł, nie usłyszał najpierw: „Jak mogłeś?”, lecz: „Dobrze, że jesteś”. Żeby ktoś, kto całe życie był wierny, nie usłyszał: „To nic takiego”, lecz: „Twoja wierność jest cenna.

A teraz pozwól, żeby stała się miłością”. Bracia i Siostry, może dzisiejsza Ewangelia zaprasza nas do bardzo konkretnego rachunku sumienia. Z kim porównuję się w swoim życiu? Komu zazdroszczę łaski? Czy jest ktoś, komu nie potrafię życzyć dobra, bo uważam, że na nie, nie zasługuje?

Czy moja religijność czyni mnie bardziej miłosiernym, czy tylko bardziej przekonanym o własnej racji? Czy potrafię przyjąć, że Bóg może prowadzić kogoś inną drogą niż mnie? Czy umiem podziękować za to, że ktoś, kto był daleko, zbliża się do Boga? I wreszcie: Czy sam wierzę, że dla mnie nie jest za późno? Bo być może największym problemem nie jest to, że jesteśmy zazdrośni o łaskę dla innych. Być może największym problemem jest to, że nie wierzymy w łaskę dla siebie. Że myślimy: „Dla mnie już za późno. Zbyt wiele zmarnowałem. Zbyt wiele razy zawiodłem. Bóg może przebaczyć innym, ale mnie już nie”. Dzisiejsza Ewangelia mówi: Nie. Gospodarz nadal wychodzi. Nadal szuka. Nadal mówi: „Idź do mojej winnicy”. I nie chodzi o to, żebyś dzisiaj od razu naprawił całe życie. Chodzi o to, żebyś zrobił pierwszy krok. Żebyś przestał uciekać. Żebyś poszedł do spowiedzi, jeśli tego potrzebujesz. Żebyś zadzwonił do człowieka, z którym od dawna nie rozmawiasz. Żebyś przebaczył sobie to, co Bóg już dawno chce ci przebaczyć. Żebyś przestał odkładać miłość na jutro. Bo jutro nie jest nam obiecane. Jest tylko ta godzina. Ta jedna, w której gospodarz wychodzi i mówi: „Idź i ty”. A kiedy wieczorem przyjdzie czas wypłaty, nie będziemy mogli powiedzieć: „Panie, daj mi tyle, ile wypracowałem”.

Bo wtedy zobaczymy, że wszystko, co mamy, było darem. Nasza wiara, nasze nawrócenie, nasze dobre czyny, nasza wierność, nasze pragnienie Boga – wszystko było odpowiedzią na Jego pierwsze wyjście ku nam. I wtedy być może zrozumiemy, dlaczego ostatni mogą być pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. Nie dlatego, że Bóg lubi odwracać kolejność. Ale dlatego, że w Jego królestwie pierwszy jest ten, kto najbardziej pozwolił się umiłować. Pierwszy jest ten, kto nie musi już udowadniać swojej wartości. Pierwszy jest ten, kto potrafi cieszyć się dobrem drugiego człowieka. Pierwszy jest ten, kto umie powiedzieć: „Panie, nie mam nic, czego Ty byś nie dał. Nie mam nic, czym mógłbym Cię kupić. Mam tylko siebie. I chcę wejść do Twojej winnicy”. Drodzy Bracia i Siostry, prośmy dzisiaj o łaskę takiej wiary, która nie będzie tylko poprawna, ale żywa. Prośmy o serce, które nie będzie liczyć, ale kochać. O wierność, która nie będzie powodem do pychy, lecz wdzięczności. O pokorę, która pozwoli nam przyjąć, że Bóg jest większy od naszych rachunków. I o odwagę, żebyśmy sami stali się ludźmi, przez których gospodarz winnicy wychodzi do innych.

A kiedy przyjdzie wieczór naszego życia, kiedy skończy się dzień, niech nie będzie w nas lęku, że Bóg wypłaci nam według naszych zasług. Niech będzie w nas nadzieja, że spotkamy Tego, który od początku do końca chciał nam dać nie tylko denara, nie tylko nagrodę, ale swoje własne serce.


Homilia alternatywna IV

Denar, którego nie da się podzielić

Zacznę od zdania, które w dzisiejszej przypowieści pada niepozornie, a jest kluczem do całej reszty: „Weź, co twoje, i odejdź”. To słowa gospodarza do robotnika, który pracował od świtu, otrzymał dokładnie to, na co się umówił – i mimo to wychodzi z tej sceny jako człowiek nieszczęśliwy. Nie okradziony. Nieszczęśliwy. To rozróżnienie jest sercem dzisiejszej Ewangelii.

Zauważmy: nikt w tej przypowieści nie został oszukany. Robotnicy z porannej zmiany dostali dokładnie denara, na jakiego się umówili – umowa dotrzymana co do grosza. A jednak „szemrali przeciw gospodarzowi”. Szemrali nie dlatego, że im czegoś zabrakło, tylko dlatego, że komuś innemu nie zabrakło. Ich cierpienie nie wypływa z niedostatku, lecz z porównania. To jest właściwie definicja zazdrości – jedynego grzechu, który nie daje żadnej przyjemności, tylko samo cierpienie, i to cierpienie z powodu czyjegoś dobra, nie własnego zła.

Jezus kończy przypowieść pytaniem, które w oryginale brzmi ostrzej, niż w naszym tłumaczeniu: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. W języku biblijnym „złe oko” to utrwalony idiom oznaczający skąpstwo serca, zazdrość – przeciwieństwo „oka dobrego”, czyli szczodrości spojrzenia. Gospodarz pyta więc dosłownie: czy twoje oko zachorowało od patrzenia na moją dobroć wobec kogoś innego? To pytanie nie jest wymierzone w tych „z rynku”. Jest wymierzone w tych, którzy „od świtu dźwigali ciężar dnia i spiekoty”. W wiernych. W ludzi Kościoła. W nas, którzy się staramy.

Dlaczego gospodarz może tak postąpić, nie czyniąc nikomu krzywdy?

Bo zapłata w tej przypowieści nie jest towarem, który da się rozdzielić proporcjonalnie do wysiłku. Tą zapłatą jest on sam – jego obecność, jego „tak” wypowiedziane nad człowiekiem. A obecności nie da się wydać w ratach. Nie istnieje osiemdziesiąt procent komunii z Bogiem dla tych, którzy „zasłużyli mniej”, i sto dwadzieścia procent dla tych, którzy „zasłużyli więcej”. Denar w tej przypowieści to nie wynagrodzenie – to znak, że ktoś przestał stać bezczynnie na rynku i został przyjęty do winnicy, nazwany przez gospodarza „swoim”. A „swoim” się jest albo się nie jest. Nie ma tu stopni pośrednich.

To właśnie mówi dziś Izajasz: „myśli moje nie są myślami waszymi”. Nasza myśl o sprawiedliwości jest myślą księgową: tyle pracy, tyle zapłaty, proporcja, ekwiwalent. Myśl Boga jest myślą oblubieńczą: albo kocha się kogoś całego, albo się go nie kocha wcale. Nie istnieje „kochać kogoś na sześćdziesiąt procent, bo pojawił się później”. Dystans między tymi dwiema logikami Izajasz mierzy odległością nieba od ziemi – nie dlatego, żeby nas onieśmielić, ale żeby nas ostrzec: jeśli osądzamy Boga naszą miarką, będziemy Go stale posądzać o niesprawiedliwość tam, gdzie On po prostu jest hojny.

Warto zatrzymać się też przy tych z jedenastej godziny. Ewangelista każe im samym wytłumaczyć swoją bezczynność: „Bo nas nikt nie najął”. To nie jest wymówka leniwych – to opis losu wielu ludzi, których spotykamy w konfesjonale, w rozmowach, czasem we własnej rodzinie. Ludzi, którzy przez pół życia stali na rynku, bo nikt po nich nie przyszedł – wiara nie została im przekazana, Kościół ich zranił, życie potoczyło się tak, że Bóg wydawał się nieosiągalny, aż nagle, w chorobie, na starość, w jakimś kryzysie, ktoś wreszcie po nich przyszedł. Dla takich osób ta przypowieść nie jest teorią. Jest ewangelią w najdosłowniejszym sensie – dobrą nowiną, że jedenasta godzina liczy się tak samo jak pierwsza, bo liczy się nie długość stażu, ale fakt spotkania.

Święty Paweł pokazuje, jak wygląda serce człowieka, który przestał już liczyć godziny.

Pisze z więzienia, u kresu bardzo wypełnionego, życia apostolskiego – i nie porównuje się z nikim, nie dopomina się niczego. „Dla mnie żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. Zwróćmy uwagę, że nawet między życiem a śmiercią Paweł nie potrafi wybrać, co „bardziej mu się opłaca” – bo przestał już myśleć kategoriami opłacalności. Jego jedynym kryterium jest to, co „bardziej dla was konieczne”. Człowiek, który wszedł głęboko w logikę daru, przestaje pytać „ile mi się należy”, a zaczyna pytać „komu jestem jeszcze potrzebny”. To jest dokładna odwrotność szemrania robotników z porannej zmiany – i to jest dojrzałość, do której ta niedziela nas zaprasza.

I tu wracamy do pierwszego czytania, do wezwania, które otwiera dzisiejszą liturgię słowa: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko”. Zwykle słyszymy to jako wezwanie skierowane do „bezbożnych”, do tych „z rynku”. Dziś warto usłyszeć je inaczej: może to właśnie ci, którzy pracują od świtu, muszą dziś na nowo szukać Boga. Nie dlatego, że odeszli z winnicy, ale dlatego, że zdążyli w niej zamienić relację w rozliczenie, dar w wypłatę, miłość w umowę o pracę. Można stać w winnicy całe życie i mimo to potrzebować nawrócenia – nawrócenia oka: przejścia od oka złego, które liczy cudzą zapłatę, do oka dobrego, które umie się cieszyć, że komuś innemu jest dobrze.

Rachunek sumienia na ten tydzień mógłby więc brzmieć nie: „co jestem Bogu winien”, ale: „gdzie moje oko robi się złe, gdy widzę, że Bóg jest dobry dla kogoś, kto – według mnie – na to nie zasłużył”. Dla nawróconego więźnia. Dla dalekiego od Kościoła krewnego, który wraca po latach. Dla kogoś, kto „dostał” łatwiej niż my. Bo tam, gdzie pojawia się to ukłucie, tam właśnie stoi dziś Gospodarz i pyta: „Przyjacielu, czy uczyniłem ci krzywdę?”. I tam czeka odpowiedź, którą każdy z nas musi dać osobiście.

 

czwartek, 10 września 2026

XXIV Niedziela w ciągu roku - A

 Syr 27,30-28,7

Złość i gniew są obrzydliwościami, których pełen jest grzesznik. Tego, który się mści, spotka zemsta Pana: On grzechy jego dokładnie zachowa w pamięci. Odpuść przewinę bliźniemu, a wówczas, gdy błagać będziesz, zostaną ci odpuszczone grzechy. Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia? Nie ma on miłosierdzia nad człowiekiem do siebie podobnym, jakże błagać będzie o odpuszczenie swoich własnych grzechów? Sam będąc ciałem trwa w nienawiści, któż więc odpokutuje za jego przewinienia? Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić; - na rozkład ciała, na śmierć, i trzymaj się przykazań! Pamiętaj na przykazania i nie miej w nienawiści bliźniego, - na przymierze Najwyższego, i daruj obrazę!

Rz 14:7-9

Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana. Po to bowiem Chrystus umarł i powrócił do życia, by zapanować tak nad umarłymi, jak nad żywymi.

Mt 18:21-25

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: « Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? ». Jezus mu odrzekł: « Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.

Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: “ Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam ”. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował.
Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: “ Oddaj, coś winien ”. Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: “ Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie ”. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu.

Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: “ Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? ”. I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda.

Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu ».

Oto słowo Pańskie.



Ile razy mam przebaczać?

Łatwo jest mówić o przebaczeniu, ale kiedy ja sam mam przebaczyć, zapomnieć, pojednać się z kimś, kto wyrządził mi krzywdę ... o, to już trudniej, bo przecież ja mam rację, bo przecież ja zostałem skrzywdzony, bo przecież trzeba się dopominać o sprawiedliwość, trzeba się upominać o swoje ... Przebaczenie wydaje się być oznaką słabości, naiwnością, przyzwoleniem na zło ... Szczególnie w kontekście źle zrozumianej Ewangelii z poprzedniej niedzieli.

A przecież Chrystus nie nawoływał nas -w ubiegłą niedzielę- do szukania swego, do zemsty, do nie przebaczania, tak jak i w dzisiejszej Ewangelii nie namawia nas do naiwności, do ugody za wszelką cenę, do bierności i zgody na zło. Sądzę, że koniecznym jest uznanie dwóch zasadniczych principiów, które mogą nam pomóc zrozumieć obydwie Ewangelie. Zwracając uwagę, krytykując zło nie mogę poniżać człowieka. Przebaczając nie mogę zapomnieć, że wybaczam człowiekowi, ale nie zgadzam się na popełnione zło. To zło jest obiektem mojej krytyki, a nie człowiek. To człowiek jest przedmiotem lub raczej podmiotem mojego wybaczenia i zapomnienia, a nie zło. Nie zgadzam się na zło i na krzywdę, ale umiem zrozumieć, że człowiek jest omylny i może popełnić błąd. Kiedy ktoś zwraca mi uwagę, nie muszę się zaraz obrażać i czuć zaszczuty. Ktoś zwracając mi grzecznie uwagę nie chce mnie zaraz zdołować, ale pomóc dostrzec to, czego ja –być może- nie dostrzegam.

Kiedy wybaczam, to wcale nie znaczy, że jestem naiwny i zgadzam się na zło. W obydwu wypadkach warunkiem podstawowym jest uczciwość i pokora w rozpoznaniu zła i miłość w stosunku do bliźniego. "Kiedy brat twój popełni grzech, idź do niego i pokaż mu błąd ... jeśli uzna swoją pomyłkę i prosi o wybaczenie ... wybacz ..., bo i ty kiedy prosisz o przebaczenie chciałbyś je otrzymać.

Nie bądź zatwardziały w złu, pozwól że ktoś zwróci ci uwagę, bo przecież możesz się mylić i nawet nie widzieć swoich błędów, nie bądź zatwardziały w grzechu i w złym postępowaniu, pozwól się skorygować, bo nie ma ludzi nieomylnych, a krytyka popełnionego przez ciebie zła wcale nie jest "dołowaniem ciebie". Ale też nie bądź pamiętliwy i umiej wybaczać, bo i ty chciałbyś, aby ci wybaczono, twoje błędy i twoje potknięcia. Wybaczaj i umiej wybaczyć, ale też chciej czasami o wybaczenie poprosić, przyznaj się do popełnionej pomyłki i nie upieraj się. że ty nie masz się czego wstydzić i czego żałować, że nie ma nic w twoim życiu, co mogłoby być zmienione. Bądź uczciwy i pokorny, ale też miłosierny.

Przebaczenie jest potrzebne i tobie, i mnie, ale jego warunkiem koniecznym i nieodzownym jest uznanie popełnionego zła i przyznanie się do pomyłki. Przebaczenie może się dokonać tylko w prawdzie. Ktoś, kto prawdy o swojej pomyłce uznać nie chce, nie potrzebuje przebaczenia, bo cóż można mu wybaczyć, skoro według niego on żadnej pomyłki nie popełnił ...? I dlatego też, ktoś kto nie umie uznać swoich pomyłek i błędów przebaczenia nigdy nie otrzyma ...

Tylko prawda może nas wyzwolić z grzechu i zła ...
Bez prawdy i bez przebaczenia zło będzie triumfowało, nie dobro ...


Homilia alternatywna I

Dziesięć tysięcy talentów. Kwota, której nie spłacisz przez milion lat. Bankructwo bez wyjścia. W takiej właśnie pozycji stoisz przed Bogiem.

Sługa z Ewangelii dostaje wszystko za darmo. Olbrzymi dług znika w jednej chwili. Co robi chwilę później? Wybiega na ulicę, dusi kolegę za kilkanaście groszy i krzyczy: „Oddaj, coś winien!”. Domaga się sprawiedliwości. Chce krwi za drobiazg, sam obdarowany nieskończonym miłosierdziem.

Przeglądamy się w tym lustrze. Z łatwością prosimy Boga o taryfę ulgową dla własnych grzechów. Sami siebie rozgrzeszamy w sekundę. Ale kiedy ktoś nadepnie na odcisk nam – włączamy tryb bezwzględnego sędziego. Pamiętamy każde słowo, każdy gest, każdą zwłokę.

Syrach nie owija w bawełnę: „Złość i gniew są obrzydliwościami”. Niewybaczenie truje od środka. Kto chowa urazę, ten buduje celę i sam w niej zamarza, wyrzucając klucz przez kraty. Przebaczenie to nie żaden luksus ani fawor dla kogoś. Przebaczenie to czysty egoizm zbawienia. Otwierasz własne więzienie.

Paweł Apostoł przypomina twardą bazę: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. Skoro należymy do Pana, to On jest sędzią. Kiedy wymierzasz sprawiedliwość na własną rękę, siadasz na Bożym tronie. A to krzesło ma za wysokie oparcie. Spadniesz z niego.

Wspomnijmy Corrie ten Boom, więźniarkę obozu w Ravensbrück. Kilka lat po wojnie podchodzi do niej dawny strażnik obozowy – człowiek, który łamał życie jej i jej siostrze. Wyciąga rękę i prosi o przebaczenie. Corrie drży. Wewnątrz czuje lodowatą pustkę, gardło zaciska nienawiść. Nie potrafi wybaczyć własnymi siłami. Wtedy szepcze w sercu: „Jezu, nie dam rady. Daj mi swoją rękę”. Dotyka dłoni dręczyciela. W tej samej sekundzie czuje, jak fala ciepła rozlewa się po całym ciele. Człowiek, który ranił, staje się bratem.

Przebaczenie po ludzku graniczy z cudem. Desperacko go potrzebujemy, bo Jezus nie żartuje, mówiąc o siedemdziesięciu siedmiu razy. Zawsze. Zawsze, gdy serce się buntu, oddaj ten dług Bogu.

Pamiętaj o ostatnim dniu. Śmierć przyjdzie po każdego z nas. Staniemy przed Obliczem Miłosierdzia. Chcesz stanąć z zaciśniętą pięścią czy z pustymi, otwartymi dłońmi?


Homilia alternatywna II

Przebaczyć z serca – czyli przestać dusić własną przyszłość

Przebaczenie bywa jednym z najbardziej wyświechtanych słów chrześcijaństwa. Mówimy: „przebaczam”, a potem przez lata nosimy w sobie rachunek krzywd. Mówimy: „nie ma sprawy”, a jednak przy każdym spotkaniu odtwarzamy w pamięci scenę zranienia. Dzisiejsze czytania nie są naiwną zachętą, by udawać, że zło nie istnieje. One wchodzą głębiej: pytają, kto tak naprawdę jest Panem mojego życia, mojej pamięci, mojej sprawiedliwości i mojej śmierci.

Syrach nie bawi się w dyplomację. Mówi mocno: złość i gniew są obrzydliwością, gdy stają się stylem życia. Nie chodzi o to, że uczucia są złe. Gniew może być sygnałem, że stało się coś złego, że przekroczono granicę. Problem zaczyna się wtedy, gdy gniew zamienia się w pragnienie zemsty, gdy zaczynamy „dokładnie zachowywać w pamięci” winy drugiego człowieka. Wtedy przestajemy być ludźmi wolnymi, a stajemy się stróżami więzienia, w którym trzymamy innych – i siebie.

Syrach dodaje klucz: „Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić; na rozkład ciała, na śmierć, i trzymaj się przykazań”. To nie jest ponura groźba. To realistyczna terapia. Przypomnij sobie, że twoje ciało kiedyś się rozpadnie. Przypomnij sobie, że twój wróg też jest śmiertelny. Przypomnij sobie, że za chwilę staniesz przed Tym, który jest jedynym sprawiedliwym Sędzią. Czy naprawdę chcesz, aby twoje życie zostało zapieczętowane nienawiścią? Czy chcesz, by twoje ostatnie słowo na ziemi było słowem zemsty?

Bóg mówi: „Odpuść przewinę bliźniemu, a wówczas, gdy błagać będziesz, zostaną ci odpuszczone grzechy”. To nie jest targ. To odsłonięcie prawdy o człowieku. Ten, kto żyje zemstą, zamyka sobie dostęp do miłosierdzia. Nie dlatego, że Bóg jest mściwy, ale dlatego, że człowiek, który nie chce przebaczyć, nie potrafi przyjąć przebaczenia. Nienawiść zatruwa naczynie, które miało być napełnione łaską.

Święty Paweł idzie jeszcze dalej: „Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. To zdanie burzy naszą prywatną religijność. Ja i moja krzywda. Ja i moje prawa. Ja i mój rachunek. Paweł mówi: nie należysz do siebie. Jesteś własnością Chrystusa. On umarł i zmartwychwstał, aby panować nad umarłymi i żywymi. Także nad twoim zranieniem. Także nad twoim krzywdzicielem. Także nad twoją śmiercią.

Przebaczenie nie jest więc tylko aktem psychologicznym. Jest aktem wiary. Jest wyznaniem: „Panie, Ty jesteś Sędzią. Ja nie muszę być sędzią. Ja nie muszę wymierzać kary. Ja nie muszę trzymać drugiego w więzieniu mojej pamięci. Oddaję tę sprawę Tobie”. To nie znaczy, że zło staje się dobrem. To nie znaczy, że nie ma sprawiedliwości. To znaczy, że sprawiedliwość oddaję Temu, który widzi serce i zna wszystkie okoliczności. Zemsta Pana, o której mówi Syrach, nie jest ludzką zemstą. To Boża sprawiedliwość, która potrafi uzdrowić tam, gdzie my tylko ranimy.

A jednak wciąż pytamy jak Piotr: „Panie, ile razy mam przebaczyć? Czy aż siedem razy?” Piotr myśli, że jest hojny. Siedem razy to więcej niż wymagała ówczesna praktyka. Jezus odpowiada: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. To liczba, która nie ma końca. To nie matematyka, to nowe serce.

Jezus opowiada przypowieść, która powinna nas zawstydzić i uzdrowić. Król chce się rozliczyć. Przyprowadzają człowieka, który winien mu dziesięć tysięcy talentów. To absurdalna kwota. Jeden talent to około sześciu tysięcy denarów, a denar to dzienna zapłata robotnika. Dziesięć tysięcy talentów to więcej, niż królestwo było w stanie zebrać w ciągu wielu lat. To dług nie do spłacenia. To obraz naszego długu wobec Boga. Nie jesteśmy w stanie sami naprawić wszystkiego. Nie jesteśmy w stanie odpokutować za wszystkie swoje grzechy. Jesteśmy bankrutami przed Bogiem.

Sługa upada i prosi: „Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam”. Król ulitował się, uwolnił go i dług darował. To jest Ewangelia w jednym zdaniu. Bóg nie czeka, aż spłacimy. Bóg przebacza. Bóg daruje. Bóg przywraca wolność.

Lecz sługa wychodzi i spotyka współsługę, który winien mu sto denarów. Sto dni pracy. Kwota realna, ale w porównaniu z dziesięcioma tysiącami talentów – drobiazg. Ten sam człowiek, który przed chwilą otrzymał niewyobrażalne miłosierdzie, chwyta brata i zaczyna go dusić. „Oddaj, coś winien”. To jedno z najbardziej wstrząsających zdań w Ewangelii. Nie chodzi tylko o brak wdzięczności. Chodzi o to, że łaska nie przeniknęła jego serca. Przyjął dar, ale nie przyjął logiki darczyńcy.

Ile razy my tak robimy? Bóg przebacza nam w sakramencie pojednania, a my wychodzimy z kościoła i dusimy kogoś w myślach. Bóg daje nam kolejny dzień, a my nie możemy darować siostrze jednego zdania. Bóg okazuje nam cierpliwość, a my nie mamy cierpliwości dla współmałżonka, dla dziecka, dla współpracownika, dla księdza, dla sąsiada. Mówimy: „Miej cierpliwość nade mną”, a sami nie chcemy jej okazać nikomu.

Pan mówi: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” To jest pytanie, które Jezus zadaje każdemu z nas. Nie chodzi o to, że mamy udawać, że nie ma zła. Nie chodzi o to, że mamy wracać do relacji, w której ktoś nas niszczy. Przebaczenie nie oznacza zgody na przemoc. Nie oznacza braku granic. Nie oznacza, że nie ma konsekwencji. Oznacza, że rezygnujemy z prawa do nienawiści. Oznacza, że oddajemy sprawę Bogu. Oznacza, że nie pozwalamy, aby krzywda stała się centrum naszej tożsamości.

Jezus na krzyżu nie powiedział: „nic się nie stało”. On wziął na siebie całe zło świata. Sprawiedliwość Boga spotkała się z miłosierdziem w Jego ciele. On zapłacił dziesięć tysięcy talentów. On wypowiedział: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Dlatego my możemy przebaczać. Nie z własnej siły. Nie z własnej doskonałości. Z Jego ran. Z Jego Eucharystii. Z Jego obecności.

Przebaczenie „z serca” nie jest jednorazowym aktem. Często trzeba je powtarzać siedemdziesiąt siedem razy. Czasem wraca ból. Czasem wraca gniew. Wtedy nie udajemy, że go nie ma. Przynosimy go Bogu i mówimy: „Panie, nie umiem. Uczyń moje serce nowym”. Przebaczenie to proces. To droga. To codzienne oddawanie sprawy Temu, który sądzi sprawiedliwie.

Drodzy, dzisiejsze czytania stawiają nas przed pytaniem: czy chcemy żyć jako dłużnicy, którym darowano wszystko, czy jako inkasenci, którzy ścigają swoich bliźnich? Czy chcemy, aby Bóg rozliczył się z nami według naszych rachunków, czy według swojego miłosierdzia? „Nie żyjemy dla siebie”. Żyjemy dla Pana. A jeśli żyjemy dla Pana, to nasze przebaczenie jest świadectwem, że On naprawdę jest Panem – nad życiem i śmiercią, nad przeszłością i przyszłością, nad moją krzywdą i moim sercem.

Niech ta Eucharystia będzie dla nas szkołą miłosierdzia. Przyjmijmy Ciało Chrystusa, który przebaczył nam wszystko. I wyjdźmy stąd, aby przestać dusić tych, których Bóg już chce uwolnić.



Homilia alternatywna III

Dług, którego nie wolno przenosić na drugiego
Dzisiejsza Ewangelia zaczyna się od pytania Piotra, które w gruncie rzeczy jest pytaniem każdego z nas: „Ile razy mam przebaczyć?” Piotr pyta o granicę. Chce wiedzieć, kiedy człowiek może powiedzieć: „Dosyć. Tego już za wiele”. Jezus odpowiada w sposób, który burzy nasze kalkulacje: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. Innymi słowy: przebaczenie nie może być księgowością.

My jednak bardzo często prowadzimy taką księgowość. Pamiętamy, kto nas zranił, kiedy to zrobił, ile razy zrobił, co powiedział i przy kim. Potrafimy po latach dokładnie odtworzyć zdanie, które ktoś wypowiedział w gniewie. Pamiętamy nie tylko samą krzywdę, ale także jej interpretację: „On mnie lekceważył”, „ona zawsze taka była”, „nigdy mnie nie szanował”, „po tym wszystkim nie powinien już mieć do mnie prawa”. I w pewnym momencie człowiek przestaje już tylko pamiętać krzywdę. Zaczyna z nią żyć.

To właśnie wydaje się jednym z najgłębszych problemów, o których mówi dzisiaj Syracydes. Złość i gniew nie niszczą przede wszystkim tego, przeciw komu je kierujemy. Niekiedy niszczą przede wszystkim nas samych. Człowiek może przez lata nosić w sobie czyjąś winę niczym ciężki kamień. Wraca do niej, roztrząsa ją, odtwarza rozmowy, których już nie zmieni, wyobraża sobie, co powinien był powiedzieć. I choć człowiek, który go skrzywdził, może dawno już o tym nie pamiętać, on sam wciąż pozostaje więźniem tamtego wydarzenia.

Dlatego pierwsze czytanie mówi coś bardzo mocnego: „Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia?” To pytanie jest bardziej przenikliwe, niż mogłoby się wydawać. Bo czasem prosimy Boga o pokój, a jednocześnie pielęgnujemy w sobie nieprzebaczenie. Prosimy o uzdrowienie, ale nie chcemy wypuścić z rąk krzywdy. Chcemy, aby Bóg był dla nas miłosierny, a wobec drugiego człowieka stawiamy się w roli sędziego.

I właśnie tutaj zaczyna się sens przypowieści Jezusa.
Sługa ma ogromny dług. Dziesięć tysięcy talentów to suma właściwie niewyobrażalna. Jezus celowo posługuje się przesadą, abyśmy zrozumieli, że chodzi o dług, którego człowiek nie jest w stanie spłacić. A więc nie jest to opowieść o drobnym potknięciu. To obraz naszego stanięcia przed Bogiem z całym ciężarem własnego życia: win, zaniedbań, słów, których nie powinniśmy wypowiedzieć, dobra, którego nie zrobiliśmy, egoizmu, którego często nawet w sobie nie zauważamy.

I wtedy dzieje się coś niezwykłego: król daruje cały dług.
Nie mówi: „Oddasz połowę”. Nie mówi: „Najpierw pokaż, że się poprawiłeś”. Nie mówi: „Jeszcze sobie na to zasłuż”. Po prostu daruje.

Dopiero na tym tle można zrozumieć drugą część przypowieści. Ten sam człowiek wychodzi i spotyka kogoś, kto jest mu winien sto denarów. Dług istnieje. Krzywda jest prawdziwa. Jezus nie mówi, że jej nie było. Problem polega na czymś innym: człowiek, któremu darowano dług niemożliwy do spłacenia, nie potrafi darować długu, który jest przy nim niewielki.

To jest właśnie dramat nieprzebaczenia: człowiek zapomina, ile sam otrzymał.
Być może dlatego tak łatwo osądzamy innych. Znamy ich grzechy, ale nie znamy całej historii ich życia. Widzimy ich zachowanie, ale nie widzimy ich ran. Widzimy skutki, ale nie znamy wszystkich przyczyn. O sobie natomiast potrafimy powiedzieć: „Miałem trudne życie”, „byłem zmęczony”, „poniosły mnie emocje”, „nie chciałem źle”, „mam swoje słabości”. Sobie tłumaczymy niemal wszystko. Innym często nie wybaczamy niczego.

Jezus nie mówi jednak: „Krzywda się nie liczy”. Przebaczenie chrześcijańskie nie oznacza udawania, że nic się nie stało. Nie oznacza również obowiązku dalszego znoszenia przemocy, manipulacji czy zła. Można komuś przebaczyć i jednocześnie postawić granicę. Można przebaczyć i nie odbudować dawnej relacji w takim samym kształcie. Można przebaczyć i powiedzieć: „To, co zrobiłeś, było złe, i nie pozwolę, aby wydarzyło się ponownie”.

Przebaczenie nie jest zgodą na zło. Jest odmową tego, aby zło miało władzę nad moim sercem.

To bardzo ważna różnica.
Czasem myślimy, że nie przebaczamy dlatego, że jesteśmy sprawiedliwi. Tymczasem może się okazać, że jesteśmy po prostu przywiązani do swojej krzywdy. Krzywda stała się częścią naszej tożsamości. „Jestem tym, którego skrzywdzono”. „Jestem tą, której on to zrobił”. I wtedy człowiek zaczyna budować swoje życie wokół dawnego bólu.

A przecież święty Paweł mówi dzisiaj: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. To zdanie nabiera szczególnej mocy w kontekście przebaczenia. Nasze życie nie należy wyłącznie do nas. Nie jesteśmy samotnymi wyspami. To, co nosimy w sercu, wpływa na ludzi wokół nas. Nasza złość przechodzi na innych. Nasze nieprzebaczenie zatruwa atmosferę rodziny. Dawna rana może stać się dziedziczonym sposobem myślenia: rodzice przekazują dzieciom swoje urazy, dzieci uczą się, kogo należy nie lubić, kogo należy omijać, komu nigdy nie należy zaufać.

I czasem człowiek po wielu latach odkrywa, że żyje nie tyle swoim własnym życiem, ile życiem zbudowanym wokół cudzej winy.
Jezus chce nas z tego uwolnić.

Dlatego przebaczenie jest przede wszystkim aktem wolności. Dopóki nie przebaczam, drugi człowiek nadal ma nade mną władzę. Może być daleko. Może już nie żyć. Może nawet nie wiedzieć, że wciąż o nim myślę. A jednak nadal zajmuje miejsce w moim wnętrzu. Przebaczyć znaczy powiedzieć: „Nie pozwolę, aby to, co mi zrobiłeś, określiło całe moje życie”.

Przebaczenie nie zawsze przychodzi od razu. Czasem jest wydarzeniem. Czasem jest procesem. Można jednego dnia powiedzieć Bogu: „Panie, chcę przebaczyć, ale jeszcze nie umiem”. I to również może być początek przebaczenia.

Może trzeba dziś powiedzieć Bogu nie tyle: „Już mu wybaczyłem”, ile raczej: „Panie, zabierz ze mnie potrzebę zemsty. Zabierz pragnienie, żeby on cierpiał tak jak ja. Naucz mnie oddać tę sprawę Tobie”.

Bo być może właśnie tego najbardziej potrzebujemy: nie zapomnienia, lecz oddania Bogu prawa do osądu.

Syracydes mówi: „Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić”. To brzmi niemal brutalnie, ale jest niezwykle realistyczne. Pamiętaj o końcu. Pamiętaj, że wszyscy jesteśmy śmiertelni. Pamiętaj, że ciało wróci do prochu. Pamiętaj, że wiele rzeczy, o które dzisiaj się spieramy, za kilka lat nie będzie miało żadnego znaczenia.

Pozostanie tylko pytanie: czy nauczyłem się kochać? Czy nauczyłem się przebaczać? Czy żyłem dla siebie, czy dla Pana?

Może więc warto dzisiaj pomyśleć o jednej osobie, której nazwisko od dawna nosimy w sobie jak akt oskarżenia. Nie po to, żeby usprawiedliwić jej zło. Nie po to, żeby udawać, że nie było bólu. Ale po to, aby wreszcie powiedzieć: „Boże, ten człowiek mnie zranił. Ty wiesz, jak bardzo. Ale nie chcę już, żeby jego wina rządziła moim życiem”.

A potem warto przypomnieć sobie własny „dziesięciotysięczny talent” – to wszystko, co Bóg nam przebaczył, czego nie potrafimy naprawić, za co nie umiemy sami sobie zapłacić. I wtedy może łatwiej będzie usłyszeć słowa Jezusa nie jako groźbę, lecz jako prawdę o królestwie Bożym:

„Darowałem ci cały ten dług. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?”

Nieprzebaczenie mówi: „Musisz zapłacić”.

Chrystus mówi: „Ja już wiem, czym jest cena. Ja ją zapłaciłem”.
Dlatego chrześcijanin nie jest człowiekiem, który nigdy nie zostaje zraniony. Jest człowiekiem, który swoje zranienia ostatecznie zanosi pod krzyż Chrystusa, zamiast budować z nich ołtarz własnej urazy.

I może właśnie dziś jest dobry dzień, żeby jeden taki kamień odłożyć.
Nie dlatego, że tamten człowiek na to zasłużył.

Dlatego, że ty zasługujesz na wolność.

A Chrystus umarł i zmartwychwstał właśnie po to, abyśmy – jak mówi św. Paweł – „żyli dla Pana”. Nie dla swojej krzywdy. Nie dla swojej urazy. Nie dla dawnych rachunków. Dla Pana.
A tam, gdzie człowiek przestaje prowadzić własną księgę win i pozwala Bogu zamknąć ją Jego miłosierdziem, zaczyna się prawdziwe uzdrowienie serca.


Homilia alternatywna IV

Czy naprawdę przebaczyłeś?

Są słowa Ewangelii, które słyszymy wiele razy i dlatego łatwo je oswoić. Słyszymy: „Przebaczaj”. Słyszymy: „Miłuj nieprzyjaciół”. Słyszymy: „Nie sądźcie”. I po pewnym czasie możemy nawet przestać słyszeć, jak bardzo te słowa są wymagające. Bo można znać Ewangelię, można ją czytać, można jej słuchać co niedzielę, a jednocześnie nosić w sercu człowieka, któremu od lat nie przebaczyliśmy. Piotr pyta Jezusa: „Ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie?”. Zwróćmy uwagę: Piotr nie pyta, czy trzeba przebaczyć. On pyta: ile razy. Jakby chciał znaleźć granicę chrześcijańskiej cierpliwości. Siedem razy? To przecież dużo. Jezus jednak odpowiada: „Nie siedem razy, lecz siedemdziesiąt siedem razy”. A więc Chrystus mówi nam dzisiaj coś niezwykle ważnego: miłosierdzie nie zna księgowości.

My natomiast jesteśmy księgowymi własnych krzywd. Pamiętamy, kto co powiedział. Pamiętamy, kto nas zawiódł. Pamiętamy, kto nas oszukał, upokorzył, odrzucił czy zdradził. Czasami pamiętamy to przez dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat. Potrafimy zapomnieć czyjeś dobre gesty, ale bardzo dokładnie pamiętamy jedno zdanie wypowiedziane w gniewie. I wtedy może się wydarzyć coś strasznego: człowiek, który nas skrzywdził przed laty, zaczyna nadal mieszkać w naszym sercu. Nie ma go obok nas, a jednak wciąż jest. Nie rozmawiamy z nim, a jednak prowadzimy z nim rozmowy. Nie widzimy go, a jednak odpowiadamy mu w myślach. On już dawno poszedł swoją drogą, a my nadal stoimy przy tamtym wydarzeniu. Czy to jest wolność?

Pierwsze czytanie odpowiada bardzo konkretnie: „Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia?”. To jest niezwykle mocne pytanie. Bo czasem przychodzimy do Boga i mówimy: „Panie, uzdrów moje serce”. A Bóg może odpowiedzieć: „Oddaj Mi najpierw tę osobę, której nie chcesz przebaczyć”. Przychodzimy do konfesjonału i wyznajemy nasze grzechy. Prosimy o miłosierdzie. Chcemy, aby Bóg wymazał nasze winy. Ale czy rzeczywiście jesteśmy gotowi okazać miłosierdzie temu, kto zawinił przeciwko nam? I tutaj przypowieść Jezusa staje się niepokojąco aktualna.

Sługa ma wobec króla ogromny dług. Dziesięć tysięcy talentów. To suma tak wielka, że Jezus chce nam pokazać jedno: tego długu człowiek nie jest w stanie spłacić. I właśnie ten dług zostaje mu darowany. Cały. Bez reszty. To jest obraz naszego życia przed Bogiem. Każdy z nas ma swoje dziesięć tysięcy talentów. Są rzeczy, których nie cofniemy. Są słowa, których już nie odwołamy. Są grzechy, za które nie możemy zapłacić własnymi siłami. Są zaniedbania, których nie naprawimy w pełni. Są chwile, w których zawiedliśmy Boga, ludzi i samych siebie. A mimo to przychodzimy przed Boga i słyszymy: „Daruję ci”. Nie dlatego, że jesteś bez winy. Nie dlatego, że zasłużyłeś. Ale dlatego, że Bóg jest miłosierny.

I wtedy człowiek wychodzi od króla, spotyka współsługę, któremu tamten winien jest sto denarów, i mówi: „Oddaj, coś winien”. Jak bardzo przypomina to nas! Bóg darował mi tysiące talentów, a ja nie potrafię darować komuś stu denarów. Bóg przebacza mi rzeczy, o których sam wolałbym nie pamiętać, a ja potrafię przez lata pamiętać cudzą winę. Bóg nie wypomina mi przeszłości, a ja potrafię wracać do przeszłości drugiego człowieka przy każdej okazji. I właśnie tutaj kończy się teoria chrześcijaństwa, a zaczyna jego prawda. Można przyjmować Komunię Świętą, odmawiać różaniec, chodzić do kościoła, znać modlitwy, słuchać kazań – i jednocześnie mieć w sercu zamknięte drzwi dla człowieka.

Dlatego Jezus mówi: „Jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu”. Zwróćmy uwagę na te słowa: „z serca”. Nie chodzi tylko o wypowiedzenie formuły: „Wybaczam ci”. Nie chodzi o udawanie, że nic się nie stało. Nie chodzi o zapomnienie. Nie chodzi o to, żeby nazwać dobro złem albo zło dobrem. Chrześcijańskie przebaczenie nie mówi: „To, co zrobiłeś, było niczym”. Mówi: „To, co zrobiłeś, było złem. Zraniło mnie. Ale nie oddam temu złu reszty mojego życia”. To jest przebaczenie.

Człowiek może postawić granicę i jednocześnie przebaczyć. Może zerwać relację, która jest niszcząca, i jednocześnie nie życzyć drugiemu człowiekowi zła. Może powiedzieć: „Nie pozwolę ci więcej mnie krzywdzić”, a zarazem modlić się: „Panie, zbaw go”. To jest dojrzałość chrześcijańska. Bo przebaczenie nie jest słabością. Przebaczenie jest siłą człowieka, który wie, że jego życie należy do Boga.

Święty Paweł mówi dzisiaj: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. To zdanie może nam się wydawać oderwane od Ewangelii o przebaczeniu, ale w rzeczywistości jest jej kluczem. Jeżeli nie żyjemy dla siebie, to także nasze zranienia nie mogą być naszym bogiem. Nie możemy całego życia organizować wokół jednej krzywdy. Nie możemy powiedzieć: „Zrobił mi to dwadzieścia lat temu, więc będę już taki na zawsze”. Nie możemy pozwolić, aby ktoś, kto zranił nas kiedyś, nadal decydował o naszym sercu dzisiaj. Chrystus chce nas z tego uwolnić. I właśnie dlatego przebaczenie jest tak ważne w życiu chrześcijanina. Bo człowiek nieprzebaczający staje się więźniem przeszłości, a Jezus przyszedł nie po to, żebyśmy byli więźniami własnych ran, lecz żeby nas wyzwolić.

Może więc warto dzisiaj zadać sobie pytanie, którego być może od dawna unikamy: komu tak naprawdę jeszcze nie przebaczyłem? Nie: „Kto mnie zranił?”. To wiemy. Nie: „Kto był winny?”. To także wiemy. Ale: „Komu jeszcze nie przebaczyłem?”. Może jest to współmałżonek. Może brat albo siostra. Może dorosłe dziecko. Może rodzic. Może dawny przyjaciel. Może człowiek, którego nazwiska już nie wypowiadamy, ale którego wspomnienie wciąż budzi gniew. A może najtrudniej przebaczyć samemu sobie. Bo bywają ludzie, którzy przyjęli Boże przebaczenie, ale sami nie potrafią uwierzyć, że naprawdę zostali uwolnieni.

Tymczasem Eucharystia, którą za chwilę przyjmiemy, jest przypomnieniem, że Chrystus nie przyszedł policzyć naszych długów. Przyszedł je spłacić. Na ołtarzu nie składamy Bogu rachunku własnej doskonałości. Przychodzimy z pustymi rękami. I właśnie dlatego możemy odejść z rękami pełnymi. Ale jeśli Bóg tak wiele nam przebacza, czy możemy spokojnie powiedzieć: „Boże, przebacz mi wszystko, tylko tej jednej osobie nie pozwól mi przebaczyć”? Nie możemy. Bo przebaczenie drugiemu człowiekowi nie jest dodatkiem do chrześcijaństwa. Jest konsekwencją przyjęcia miłosierdzia Boga.

Dlatego może dzisiejsza Ewangelia jest wezwaniem nie do wielkich deklaracji, lecz do jednego konkretnego kroku. Może trzeba po Mszy Świętej przestać o kimś źle mówić. Może trzeba przestać wracać do dawnej historii. Może trzeba wykonać jeden telefon. Może trzeba powiedzieć: „Nie zapomniałem, ale nie chcę już nienawidzić”. A może trzeba uklęknąć przed Bogiem i powiedzieć tylko: „Panie, ja jeszcze nie potrafię przebaczyć. Ale chcę chcieć przebaczyć. Zrób to we mnie”. I może właśnie taka modlitwa będzie początkiem cudu. Bo przebaczenie jest łaską. Nie zawsze rodzi się z naszej siły. Czasem rodzi się z krzyża Chrystusa.

Spójrzmy więc dzisiaj na Ukrzyżowanego. On miał prawo powiedzieć: „To oni są winni”. A powiedział: „Ojcze, przebacz im”. Jeżeli chcemy wiedzieć, czym jest chrześcijańskie przebaczenie, nie patrzmy najpierw na siebie. Patrzmy na Chrystusa. A potem zapytajmy bardzo osobiście: Czy jest ktoś, komu nadal odmawiam miejsca w moim sercu? Czy jest ktoś, komu życzę, aby wreszcie „zapłacił”? Czy jest ktoś, czyje imię natychmiast wywołuje we mnie gniew? Jeżeli tak, nie uciekajmy od tego pytania. Przynieśmy tę osobę dziś przed Chrystusa. Nie po to, żeby powiedzieć: „On nie zawinił”. Ale po to, żeby powiedzieć: „Panie, on zawinił. Bardzo mnie zranił. Ale ja nie chcę już być niewolnikiem tej krzywdy. Oddaję Ci mój ból. Oddaję Ci mój gniew. Oddaję Ci jego winę. I proszę: naucz mnie przebaczać”.

Może właśnie wtedy zacznie się nasze uzdrowienie. Bo Bóg nie pyta dzisiaj przede wszystkim: „Ile razy ktoś cię zranił?”. Bóg pyta: „Ile z mojego miłosierdzia jesteś gotów podać dalej?”. A odpowiedź na to pytanie nie będzie znajdowała się w naszych słowach, lecz w naszym sercu i w naszym życiu. Amen.


Homilia alternatywna V

Dzisiejsze słowo Boże dotyka jednej z najbardziej bolesnych i zarazem najbardziej ukrytych spraw ludzkiego serca: krzywdy, która nie chce umrzeć. Człowiek może wiele rzeczy zostawić za sobą, może przestać o czymś mówić, może nawet sprawiać wrażenie, że już się z tym pogodził, a jednak gdzieś głęboko pozostaje pamięć: „On mi to zrobił”, „ona mnie zraniła”, „tego nie potrafię zapomnieć”. I czasem właśnie ta pamięć zaczyna żyć własnym życiem. Nie pozwala spokojnie patrzeć na drugiego człowieka, wraca w myślach, pojawia się przy okazji rodzinnych spotkań, rozmów, świąt, a nawet modlitwy. Człowiek, który nas skrzywdził, może już dawno zapomnieć o tym, co zrobił, może żyć spokojnie, podczas gdy my nadal nosimy w sobie jego czyn. Wtedy dzieje się coś paradoksalnego: ktoś zranił nas kiedyś, ale my każdego dnia pozwalamy, aby jego krzywda nadal miała wpływ na nasze życie. I właśnie dlatego Jezus mówi dzisiaj o przebaczeniu nie jako o pięknym dodatku do chrześcijaństwa, ale jako o czymś, bez czego człowiek nie potrafi naprawdę żyć wolny.

Piotr pyta Jezusa: „Ile razy mam przebaczyć? Czy aż siedem razy?”. To pytanie jest bardzo ludzkie, ponieważ Piotr chce znać granicę. Chce wiedzieć, kiedy kończy się obowiązek, a zaczyna prawo do powiedzenia: „Dosyć!”. Jezus odpowiada: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. Nie chodzi oczywiście o to, abyśmy prowadzili księgę rachunkową przebaczenia i po siedemdziesiątym siódmym razie powiedzieli: „Teraz już wolno mi nienawidzić”. Jezus niszczy samą logikę liczenia. Przebaczenie nie jest matematyką. Jest zmianą sposobu patrzenia na drugiego człowieka. Człowiek skrzywdzony często chciałby, aby sprawiedliwość polegała na tym, że drugi człowiek poniesie dokładnie taką samą stratę, jaką nam wyrządził. Chcemy, żeby poczuł nasz ból, żeby zrozumiał, co zrobił, żeby wreszcie przyznał nam rację. A czasem czekamy na jego przeprosiny tak długo, że nie zauważamy, iż nasze życie zostało uzależnione od tego, czy ktoś inny okaże skruchę. Jezus proponuje coś znacznie trudniejszego: nie pozwól, aby cudzy grzech zamieszkał w twoim sercu na stałe.

W przypowieści o nielitościwym dłużniku Jezus posługuje się obrazem długu, którego człowiek nie jest w stanie spłacić. Dziesięć tysięcy talentów to suma niewyobrażalna. Sługa nie ma najmniejszej szansy jej oddać. I właśnie tutaj zaczyna się najważniejsza część przypowieści: król nie negocjuje z nim wysokości rat, nie rozkłada długu na lata, nie mówi: „Spróbuj przynajmniej oddać połowę”. On daruje cały dług. W jednej chwili człowiek, który był bankrutem, staje się wolny. A jednak chwilę później ten sam człowiek spotyka kogoś, kto jest mu winien sto denarów — sumę nieporównywalnie mniejszą — i zaczyna go dusić, domagając się natychmiastowej spłaty. Właśnie w tym kontraście Jezus pokazuje coś niezwykle ważnego o nas samych: bardzo łatwo pamiętamy cudze winy, a bardzo trudno pamiętamy własny dług wobec Boga. Bardzo dobrze widzimy to, co ktoś zrobił przeciwko nam, natomiast znacznie trudniej zobaczyć to, co sami uczyniliśmy innym. Chętnie prosimy Boga: „Panie, przebacz mi”, ale jednocześnie w głębi serca możemy mówić: „Ale tej jednej osobie, Panie, nie każ mi przebaczać”. Wtedy przypowieść Jezusa staje się nie opowieścią o jakimś bezlitosnym człowieku, lecz o nas.

Pierwsze czytanie z Księgi Syracha mówi to jeszcze ostrzej: „Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia?”. To pytanie powinno nas zatrzymać. Możemy bowiem przychodzić do Boga z całym naszym bólem, możemy prosić o zdrowie, pokój, pomoc, przebaczenie grzechów, możemy odmawiać najpiękniejsze modlitwy, a jednocześnie trzymać w sercu człowieka, któremu nie chcemy przebaczyć. I wtedy powstaje w nas wewnętrzne pęknięcie: prosimy Boga o miłosierdzie dla siebie, ale odmawiamy go komuś innemu. Chcemy, żeby Bóg patrzył na nas przez pryzmat naszego cierpienia, ale patrzymy na drugiego człowieka wyłącznie przez pryzmat jego winy. Syrach przypomina nam o czymś bardzo prostym i bardzo trudnym: „Sam będąc ciałem trwa w nienawiści, któż więc odpokutuje za jego przewinienia?”. W gruncie rzeczy jest to pytanie o to, kim chcemy być. Czy chcemy być człowiekiem, którego życie określa krzywda, której doznał, czy człowiekiem, którego życie określa łaska, którą otrzymał?

Trzeba jednak bardzo wyraźnie powiedzieć, że chrześcijańskie przebaczenie nie oznacza udawania, że nic się nie stało. Nie oznacza nazywania zła dobrem. Nie oznacza rezygnacji ze sprawiedliwości ani zgody na dalsze krzywdzenie. Nie oznacza również, że po każdym zranieniu musimy natychmiast odbudować taką samą relację jak wcześniej. Można przebaczyć i jednocześnie zachować rozsądną granicę. Można przebaczyć i nie pozwolić komuś ponownie siebie skrzywdzić. Można przebaczyć, nawet jeśli druga osoba nigdy nie przeprosiła i nie uznała swojej winy. Przebaczenie nie mówi: „To, co zrobiłeś, było dobre”. Mówi raczej: „Nie pozwolę, aby to, co zrobiłeś, zatruło moje serce i określiło całe moje dalsze życie”. Czasem przebaczenie dokonuje się nie w jednym wielkim geście, ale bardzo powoli. Człowiek może powiedzieć Bogu: „Panie, ja jeszcze nie potrafię tej osoby pokochać ani nawet spokojnie o niej myśleć. Ale nie chcę jej nienawidzić. Nie chcę się mścić. Nie chcę życzyć jej zła. Ty zajmij się tym, czego ja nie potrafię unieść”. I taka modlitwa może być początkiem prawdziwego przebaczenia.

Dlatego niezwykle ważne jest także drugie czytanie: „Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. Te słowa św. Pawła rzucają na przebaczenie zupełnie inne światło. Człowiek nie jest samotną wyspą. To, co nosimy w sobie, wpływa na innych. Nasza złość, żal, nieprzebaczenie mogą przechodzić na dzieci, współmałżonka, rodzinę, przyjaciół. Czasem człowiek, który został skrzywdzony przez jedną osobę, zaczyna nieświadomie ranić innych, którzy nie są niczemu winni. Dawna krzywda zaczyna więc produkować nowe krzywdy. Wtedy przebaczenie staje się nie tylko uwolnieniem siebie, ale także przerwaniem łańcucha zła. Ktoś kiedyś zranił mnie, ale ja nie muszę z tego powodu ranić następnych. Ktoś był wobec mnie niesprawiedliwy, ale ja nie muszę stać się niesprawiedliwy wobec innych. Ktoś odebrał mi pokój, ale ja nie muszę odbierać pokoju tym, których spotykam. „Żyjemy dla Pana” — mówi św. Paweł. A skoro należymy do Chrystusa, nie możemy pozwolić, aby nasze serce zostało urządzone według zasad tego świata: „oddaj pięknym za nadobne”, „nie daruj”, „nie zapominaj”, „niech poczuje to samo”.

Może więc dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami nie pytanie: „Komu powinienem przebaczyć?”, lecz pytanie znacznie głębsze: „Czy ja naprawdę wierzę, że sam żyję z przebaczenia Boga?”. Bo chrześcijaństwo zaczyna się właśnie tutaj. Każdy z nas jest człowiekiem, któremu darowano dług, którego sam nie byłby w stanie spłacić. Nie przychodzimy przed Boga jako ludzie bez winy. Przychodzimy jako ci, których Chrystus odkupił. I właśnie dlatego modlimy się: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. To nie jest pobożna formułka, którą można bezmyślnie wypowiedzieć. To jest jedna z najbardziej radykalnych próśb, jakie człowiek może skierować do Boga: „Panie, mierz mnie tą samą miarą miłosierdzia, którą ja jestem gotów zastosować wobec innych”. I może właśnie dlatego warto czasem bardzo powoli odmówić tę modlitwę i zatrzymać się na jednym zdaniu, pytając siebie: czy naprawdę chcę, aby Bóg przebaczył mi tak, jak ja przebaczam?

Księga Syracha mówi: „Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić”. To nie jest ponure przypomnienie o śmierci. To jest wezwanie do właściwej perspektywy. Przyjdzie dzień, kiedy wiele rzeczy, które dziś wydają nam się ogromne, przestanie mieć znaczenie. Przyjdzie dzień, kiedy nie będziemy już mogli wrócić do żadnej rozmowy, żadnego konfliktu, żadnej niewypowiedzianej dobrej rzeczy. Nie zmienimy przeszłości. Nie odzyskamy utraconych lat. Nie będziemy mogli cofnąć słów, które wypowiedzieliśmy ani tych, których nie wypowiedzieliśmy. Ale dopóki żyjemy, możemy jeszcze zmienić to, co z przeszłością zrobimy w naszym sercu. Możemy pozwolić, aby dawna rana stała się miejscem, w którym dojrzewa miłosierdzie. Możemy przestać karmić w sobie dawne konflikty. Możemy po latach powiedzieć: „To się wydarzyło. Tego nie wymażę. Ale nie chcę już żyć przeciwko tobie”. I być może właśnie wtedy człowiek po raz pierwszy naprawdę odzyskuje wolność.

Przebaczenie jest więc czymś więcej niż moralnym obowiązkiem. Jest uczestnictwem w sposobie, w jaki Bóg patrzy na człowieka. Bóg nie mówi, że grzech nie ma znaczenia. Krzyż Chrystusa jest dowodem, że grzech ma znaczenie ogromne. Ale jeszcze większe jest miłosierdzie. Na krzyżu Jezus nie odpowiada na ludzką przemoc kolejną przemocą. Nie mówi: „Teraz zobaczycie, kto ma rację”. Oddaje swoje życie i otwiera drogę przebaczenia. Dlatego chrześcijanin nie przebacza dlatego, że krzywda była mała. Przebacza dlatego, że Chrystus jest większy niż krzywda. Nie przebacza dlatego, że zapomniał. Przebacza dlatego, że nie chce, aby pamięć o krzywdzie była silniejsza od pamięci o Bożym miłosierdziu. I może właśnie dziś trzeba przed Bogiem nazwać po imieniu tę jedną osobę, której od dawna nie potrafimy przebaczyć. Nie po to, żeby usprawiedliwiać jej czyn, ale po to, żeby przestać oddawać jej władzę nad własnym sercem. Można powiedzieć: „Boże, oddaję Ci tę historię. Nie umiem jej naprawić. Nie umiem cofnąć czasu. Nie umiem zmienić tamtego człowieka. Ale chcę, żebyś zmienił moje serce”. A wtedy być może zacznie się najważniejsze uzdrowienie: nie uzdrowienie przeszłości, której już nie zmienimy, lecz uzdrowienie naszego stosunku do niej. Bo człowiek, który przebacza, nie mówi: „Nie zostałem zraniony”. Mówi: „Zostałem zraniony, ale moja rana nie będzie moim panem. Moje życie nie będzie należało do mojej krzywdy. Należę do Chrystusa”. I właśnie dlatego słowa św. Pawła stają się dzisiaj kluczem do całej Ewangelii: „I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana”. Skoro należymy do Niego, także nasze rany, nasze wspomnienia, nasze rozczarowania i nasze nieprzebaczenie możemy w końcu złożyć w Jego ręce. A On potrafi zrobić z nimi coś, czego my sami zrobić nie umiemy: przemienić je z ciężaru w miejsce łaski.


Homilia alternatywna VI

To jest bankructwo bez dna.

Sługa z Ewangelii wisi królowi dziesięć tysięcy talentów. To kwota niewyobrażalna. To nie jest dług, to przepaść finansowa, której nie spłacisz, nawet gdybyś pracował przez tysiąc żyć. Stoisz przed królem jako nędzarz, który przegrał absolutnie wszystko.

Król jednak nie wysyła go do lochów. Nie sprzedaje jego rodziny w niewolę, choć prawo mu na to pozwala. Król kasuje dług. Wszystko. To jest akt czystej, absolutnej łaski. Dar.

Sługa wychodzi na korytarz. Spotyka kolegę, który wisi mu sto denarów. To miedziaki. Grosze. W tej samej sekundzie sługa zapomina o tych dziesięciu tysiącach talentów, które mu darowano. W jego oczach pojawia się wściekłość. Chwyta kolegę za gardło, dusi go i ryczy: „Oddaj, coś winien!”.

To my. To jest portret nas samych.

Każda spowiedź to jest ten moment, w którym stajemy przed Królem. On kasuje nasze gigantyczne, niepoliczalne długi. Wychodzimy z konfesjonału czyści. Ale zaraz potem wchodzi do naszego życia mąż, żona, teściowa, szef, czy sąsiad. Ktoś, kto nas zranił. Ktoś, kto jest nam winien przysłowiowe „sto denarów”.

I nagle włączamy mechanizm bezwzględnego egzekutora. Zapominamy o własnym, przepastnym długu. Domagamy się sprawiedliwości tu i teraz. Żądamy krwi za drobiazg, sami obdarowani oceanem miłosierdzia.

Syrach mówi brutalnie: „Złość i gniew są obrzydliwościami”. Niewybaczenie to trucizna, którą pijesz, czekając, aż umrze twój wróg. To ślepy zaułek. Kiedy trzymasz w sercu urazę, dławisz sam siebie. Budujesz więzienie, w którym jesteś jednocześnie katem i jedynym więźniem. Blokujesz w sobie uzdrawiającą moc Boga, który pragnie cię uwolnić, ale nie może tego zrobić, jeśli twoje serce jest zaciśnięte w pięść.

Święty Paweł stawia nam dzisiaj twardą granicę rzeczywistości: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie. Jesteśmy własnością Pana”. To oznacza, że to On jest Sędzią. Kiedy wymierzasz sprawiedliwość na własną rękę, siadasz na Bożym tronie. A to krzesło jest dla ciebie za duże. Spadniesz z niego z hukiem.

Opowiem wam historię Corrie ten Boom. Była więźniarką obozu w Ravensbrück. Przeżyła piekło. Kilka lat po wojnie spotkała w kościele dawnego strażnika z tego obozu, człowieka, który łamał życie jej i jej siostrze. On wyciągnął rękę i poprosił o przebaczenie. Corrie w środku zamarła. Gardło ścisnęła lodowata nienawiść. Nie potrafiła tego zrobić po ludzku. Czuła pustkę.

Wtedy wyszeptała w sercu: „Panie, nie dam rady. Daj mi swoją rękę”. I po prostu, z własnej woli, dotknęła jego dłoni. W tej samej sekundzie poczuła, jak fala ciepła i miłości rozlewa się po całym jej ciele. Nienawiść zniknęła. Człowiek, który był potworem, stał się człowiekiem. To jest ten cud przebaczenia, do którego wzywa Jezus, mówiąc o siedemdziesięciu siedmiu razy. Zawsze. Zawsze, gdy krew ci się burzy, musisz oddać ten dług Bogu.

Pamiętaj o ostatnim dniu, o którym mówi Syrach. Śmierć przyjdzie po każdego z nas. Staniemy przed Obliczem Miłosierdzia.

Jak staniesz? Z zaciśniętą pięścią, trzymając listę krzywd? Czy z otwartymi dłońmi, pokazując, że wiesz, ile sam dostałeś, i że przekazujesz to dalej?


Homilia alternatywna VII

Masz dług nie do spłacenia. Dziesięć tysięcy talentów. To nie jest parę groszy, to bankructwo bez dna. To jesteś Ty przed Bogiem. Przez własne grzechy jesteś winien Nieskończoności.

I nagle stajesz przed Królem. Nie przed sędzią z aktami, tylko przed Ojcem pełnym miłosierdzia. Upadasz na kolana, błagasz o litość. Wiesz, że to kłamstwo, bo nigdy nie oddasz, ale Król... Król nie mówi: „Dobra, daruję ci połowę”. Nie rozkłada długu na raty. On go kasuje. Wszystko. Całe to gigantyczne bankructwo. Jesteś wolny.

Wychodzisz z sali tronowej. Jesteś lekki, czysty, obdarowany oceanem łaski. I co robisz? Zauważasz na korytarzu tego faceta, który jest winien Ci sto denarów. Może nie oddał ci pożyczki, może powiedział o tobie coś głupiego, może jest ci winien przysłowiową stówę.

W tej sekundzie, gdy spotykasz jego spojrzenie, zapominasz o Królu. Zapominasz o dziesięciu tysiącach talentów, które ci darowano. Włączasz w sobie tryb „sprawiedliwość”. Chwytasz go za gardło, dławisz i syczysz: „Oddaj, coś winien! Mnie nie obchodzi, że nie masz!”.

To my. To jest portret nas samych.

Każda spowiedź, każda Eucharystia to jest ten moment, w którym stajemy przed Królem. On kasuje nasze gigantyczne, niepoliczalne długi. Wychodzimy czyści. Ale zaraz potem wchodzi do naszego życia mąż, żona, teściowa, szef, czy sąsiad. Ktoś, kto nas zranił. Ktoś, kto jest nam winien przysłowiowe „sto denarów”.

I nagle włączamy mechanizm bezwzględnego egzekutora. Zapominamy o własnym, przepastnym długu. Domagamy się sprawiedliwości tu i teraz. Żądamy krwi za drobiazg, sami obdarowani miłosierdziem, które warte jest więcej niż całe nasze życie.

Syrach mówi brutalnie: „Złość i gniew są obrzydliwościami”. Niewybaczenie to trucizna, którą pijesz, czekając, aż umrze twój wróg. To ślepy zaułek. Kiedy trzymasz w sercu urazę, dławisz sam siebie. Budujesz więzienie, w którym jesteś jednocześnie katem i jedynym więźniem. Blokujesz w sobie uzdrawiającą moc Boga, który pragnie cię uwolnić, ale nie może tego zrobić, jeśli twoje serce jest zaciśnięte w pięść.

Święty Paweł stawia nam dzisiaj twardą granicę rzeczywistości: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie. Jesteśmy własnością Pana”. To oznacza, że to On jest Sędzią. Kiedy wymierzasz sprawiedliwość na własną rękę, siadasz na Bożym tronie. A to krzesło jest dla ciebie za duże. Spadniesz z niego z hukiem.

Opowiem wam historię Corrie ten Boom. Była więźniarką obozu w Ravensbrück. Przeżyła piekło. Kilka lat po wojnie spotkała w kościele dawnego strażnika z tego obozu, człowieka, który łamał życie jej i jej siostrze. On wyciągnął rękę i poprosił o przebaczenie. Corrie w środku zamarła. Gardło ścisnęła lodowata nienawiść. Nie potrafiła tego zrobić po ludzku. Czuła pustkę.

Wtedy wyszeptała w sercu: „Panie, nie dam rady. Daj mi swoją rękę”. I po prostu, z własnej woli, dotknęła jego dłoni. W tej samej sekundzie poczuła, jak fala ciepła i miłości rozlewa się po całym jej ciele. Nienawiść zniknęła. Człowiek, który był potworem, stał się człowiekiem. To jest ten cud przebaczenia, do którego wzywa Jezus, mówiąc o siedemdziesięciu siedmiu razy. Zawsze. Zawsze, gdy krew ci się burzy, musisz oddać ten dług Bogu.

Pamiętaj o ostatnim dniu, o którym mówi Syrach. Śmierć przyjdzie po każdego z nas. Staniemy przed Obliczem Miłosierdzia.

Jak staniesz? Z zaciśniętą pięścią, trzymając listę krzywd? Czy z otwartymi dłoniami, pokazując, że wiesz, ile sam dostałeś, i że przekazujesz to dalej?

piątek, 4 września 2026

XXIII Niedziela w ciągu roku - A



Ez 33:7-9

Ciebie, o synu człowieczy, wyznaczyłem na stróża domu Izraela po to, byś słysząc z mych ust napomnienia przestrzegał ich w moim imieniu. Jeśli do występnego powiem: Występny musi umrzeć - a ty nic nie mówisz, by występnego sprowadzić z jego drogi - to on umrze z powodu swej przewiny, ale odpowiedzialnością za jego śmierć obarczę ciebie. Jeśli jednak ostrzegłeś występnego, by odstąpił od swojej drogi i zawrócił, on jednak nie odstępuje od swojej drogi, to on umrze z własnej winy, ty zaś ocaliłeś swoją duszę.

Rz 13:8-10

Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo. Albowiem przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj, i wszystkie inne - streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Miłość nie wyrządza zła, bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa.

Mt 18:15-20

Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.


HOMILIA I

Nie wtrącaj się, to nie twoja sprawa ...

Jakże często słyszymy takie właśnie słowa, jako odpowiedź na nasze upomnienie, czy zwrócenie komuś uwagi? Zwrócenie uwagi, upomnienie kogoś, zareagowanie na ewidentne zło czy niesprawiedliwość ... stawia nas od razu w opozycji, naraża na zdecydowaną krytykę, na natychmiastowe odrzucenie, na nieprzychylne przyjęcie, na przyklejenie łatki "upierdliwy", niegrzeczny, niewychowany ... Trzeba się przecież umieć zachować i nie wtrącać w życie innych. Bądź bardziej dyplomatyczny i nie czepiaj się wszystkiego, co cię to obchodzi? Trzeba umieć żyć z ludźmi i nie szukać zwady.

Człowiek grzeczny i wychowany, człowiek kulturalny i dobrze ułożony nie zwraca nikomu uwagi i nie wtrąca się w nie swoje sprawy. A jeśli już się odważysz to zrobić, to wiedz komu, kiedy i co z tego dla ciebie wyniknie. Nawet rodzice nie powinni karcić i upominać swoich dzieci, czy zwracać im uwagi, aby ich nie stresować i nie przyprawiać o nerwicę ...  A w szkole, nauczyciele i wychowawcy ... nie mają żadnych praw i żadnych możliwości karcenia, czy nawet wychowywania dzieci, bo w przypadku wszelkich prób zwrócenia uczniom uwagi interweniują rodzice i ... do sądu z nauczycielem, bo skarcił i skrzywdził dziecko, które przecież jest aniołkiem ...

W ogóle dzisiejsza Ewangelia jest przestarzała i nie na czasie. Żyjemy w innym świecie i w innych warunkach, w innych realiach kulturowych i upominanie, zwracanie uwagi, karcenie, czy nie zgadzanie się ze złem jest niegrzeczne, świadczy o braku wychowania i kultury osobistej!!! Sąsiad źle się zachowuje i robi awantury po nocach ... nie, nikt nie zwróci mu uwagi, żeby nie być odsądzonym od czci i posądzonym o brak dobrego wychowania. Lekarz w szpitalu zachowuje się arogancko i traktuje pacjentów niegrzecznie ... nie, nikt nie zwróci mu uwagi, żeby się nie narazić. Panienka w okienku, czy sprzedawczyni w sklepie jest niegrzeczna i zarozumiała, bo ma odrobinę władzy nad klientem ... nie, nikt się nie narazi i nie przypomni jej o jej obowiązkach. Ona może być niegrzeczna, ale kiedy ty zwrócisz jej uwagę, to jesteś chamem. Dyrektor w zakładzie pracy robi szwindle i przekręty, okradając pracowników ... nie, nikt nie odważy się mu tego powiedzieć, bo w najlepszym wypadku zostanie to potraktowane, jak brak dobrego wychowania i niewdzięczność. I tak, od najmniejszych do najwyższych stanowisk z ministrami i posłami włącznie, królują: arogancja, złodziejstwo, nadużycia, szwindle, nieuczciwość i zwykłe chamstwo ... i nikt na to nie reaguje, nikt nie protestuje, nikt nie próbuje nawet się sprzeciwić, bo to niegrzeczne, niekulturalne ..., bo tak się nie robi, bo to nie przystoi, bo to jest szukanie dziury w całym.

Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy.” – tak proponuje nam Pan Jezus, ale my wiemy lepiej co robić, bo jesteśmy przecież uprzedzająco grzeczni. I zamiast upomnieć będziemy milczeć i co najwyżej obgadywać poza plecami z pełnym faryzejskiego zatroskania wyrazem twarzy.

Czasami i ja popełniam błędy, i ja się mylę, i ja mógłbym być skrytykowany, czy przywołany do porządku ... i też nie chcę, aby ktokolwiek zwracał mi uwagę, bo po co ktoś ma się wtrącać do nie swoich spraw??? Niech pilnuje swego nosa, bo nikt nie jest święty i nikt nie będzie mi mówił co i jak mam robić. Jestem dorosły i wiem co robię ...

Kiedyś napisałem artykuł "Krytykować czy nie krytykować - qui tacet consentire videtur". Efekt ... od razu przyklejono mi łatkę fundamentalisty, któremu brakuje dobrego wychowania. Polecam ... tylko dla tych, którzy ośmielają się czasem zrozumieć i pójść za słowami dzisiejszej Ewangelii.

Czemu się dziwię, że tyle zła wkoło mnie? Przecież ja się na nie zgadzam ...
Czemu się dziwię, że tyle zła we mnie?
Przecież i ja nie chcę, aby mi ktokolwiek pomógł w zwalczeniu, czy nawet zobaczeniu go we mnie ...

Znalazłem kiedyś taki oto tekst:

to mnie nie obchodzi ...

Nie protestowałem,
kiedy prześladowano:
żydów, muzułmanów, chrześcijan, buddystów i ...
to mnie nie obchodzi!

Nie protestowałem,
kiedy aresztowano:
polityków z prawicy, z lewicy, z centrum i ...
to mnie nie obchodzi!

Nie protestowałem kiedy niszczono i okradano:
biednych, ułomnych, słabych, niezaradnych i ...
to mnie nie obchodzi!

Nie protestowałem, kiedy wyrzucano siłą:
emigrantów, bezdomnych, zaniedbanych i ...
to mnie nie obchodzi!

Nie protestowałem, kiedy zwalniano z pracy setki i tysiące ludzi
aby przenieść zakłady pracy tam, gdzie inni ludzie, dzieci lub dorośli
zrobią za okruch chleba tę samą robotę w upokarzających warunkach.
to mnie nie obchodzi!

A kiedy mnie będą prześladować, aresztować, niszczyć, wyrzucać, zwalniać ...
Nie będzie nikogo, aby zaprotestować ...
kogo to będzie obchodzić !?



HOMILIA II

Nie mieszaj się do tego, to nie twoja sprawa...

Jakże często słyszymy te słowa w odpowiedzi na nasze upomnienie lub zwrócenie uwagi? Zwrócenie uwagi, zganienie kogoś, zareagowanie na ewidentne zło czy niesprawiedliwość... stawia nas od razu w opozycji, naraża na falę krytyki i natychmiastowe odrzucenie ze strony drugiej strony, przykleja łatkę „upierdliwego”, bezczelnego, niegrzecznego... Przecież trzeba być miłym, potrafić się powstrzymać i nie wtrącać w cudze życie. Być bardziej dyplomatycznym i nie czepiać się wszystkiego, co nas obchodzi? Trzeba umieć żyć z ludźmi i nie szukać kłopotów.

Człowiek grzeczny i ułożony, kulturalny i na poziomie nie zwraca nikomu uwagi i nie miesza się w cudze sprawy. A jeśli już się na to odważysz, to wiedzą, do kogo, kiedy i po co przyjdą. Nawet rodzice nie powinni strofować i upominać swoich dzieci ani zwracać im uwagi, żeby ich nie stresować i nie wpędzać w nerwicę... A w szkole nauczyciele i wychowawcy... nie mają praw ani możliwości dyscyplinowania czy wręcz wychowywania dzieci, bo przy jakiejkolwiek próbie zwrócenia uwagi uczniom rodzice interweniują... do sądu z nauczycielem, bo skrzyczał i skrzywdził dziecko, które przecież jest aniołkiem...

W ogóle dzisiejsza Ewangelia jest nieaktualna i nie na te czasy. Żyjemy w innym świecie i w innych warunkach, w innej rzeczywistości kulturowej, a upominanie, zwracanie uwagi, dyscyplinowanie czy brak zgody na zło jest niegrzeczne, świadczy o braku wykształcenia i kultury osobistej!!! Sąsiad zachowuje się źle i robi awantury w nocy... nie, nikt mu nie zwróci uwagi, żeby nie stracić szacunku i nie zostać oskarżonym o brak dobrego wychowania. Lekarz w szpitalu zachowuje się arogancko i opryskliwie traktuje pacjentów... nie, nikt mu nie zwróci uwagi, żeby się nie narażać. Panienka w okienku albo ekspedientka w sklepie jest opryskliwa i zarozumiała, bo ma odrobinę władzy nad klientem... nie, nikt jej nie przywoła do porządku i nie przypomni o obowiązkach. Ona może być opryskliwa, ale kiedy zwrócisz jej uwagę, to ty jesteś gburem. Dyrektor w zakładzie pracy robi przekręty i oszustwa, okrada pracowników... nie, nikt nie odważy się mu tego powiedzieć, bo w najlepszym razie zostanie to uznane za brak dobrych manier i niezdrową wdzięczność. I tak, od najmniejszych stanowisk aż po najwyższe, z ministrami i posłami włącznie, królują: arogancja, złodziejstwo, nadużycia, oszustwa, nieuczciwość i zwykłe chuligaństwo... i nikt na to nie reaguje, nikt nie protestuje, nikt nawet nie próbuje się sprzeciwić, bo to niegrzeczne, bo to nie wypada, bo tak się nie robi, bo to czepianie się.

„Gdy brat twój zgrzeszy przeciwko tobie, idź i upomnij go w cztery oczy” – to proponuje nam Jezus, ale my przecież wiemy lepiej, co robić, bo jesteśmy aż nadto kulturalni. I zamiast upomnienia będziemy milczeć, a co najwyżej obgadywać za plecami z wyrazem pełnej faryzejskiej troski na twarzy.

Czasami i ja popełniam błędy, i ja się mylę, i też nie chciałem być krytykowany ani przywoływany do porządku... i nie chciałem, żeby ktoś zwracał mi uwagę, bo co kogo obchodzą moje sprawy, no nie??? Niech każdy pilnuje własnego nosa, bo nikt nie jest święty i nikt nie będzie mi mówił, jak i co mam robić. Jestem dorosły i wiem, co robię...

Napisałem kiedyś artykuł „Krytykować czy nie krytykować – qui tacet consentire videtur”. Efekt... od razu przypięto mi łatkę fundamentalisty pozbawionego dobrych manier. Polecam... tylko tym, którzy mają odwagę czasem zrozumieć i pójść za słowami dzisiejszej Ewangelii.

Dlaczego dziwisz się, że wokół ciebie jest tyle zła?
Przecież trzeba się sprzeciwić...
Dlaczego dziwisz się, że we mnie jest tyle zła?
Przecież nie chcę, żeby ktoś pomagał mi w walce, ani nawet by to we mnie widział...



HOMILIA III

Czy nie jest paradoksem, że w czasach, gdy jesteśmy ze sobą połączeni bardziej niż kiedykolwiek w historii ludzkości, tak dotkliwie odczuwamy samotność i wzajemną obcość? Mamy setki znajomych w mediach społecznościowych, wysyłamy tysiące wiadomości, a jednocześnie boimy się prawdziwego spotkania twarzą w twarz. Dzisiejsze Słowo Boże wkracza w tę naszą skomplikowaną rzeczywistość z niezwykle odważnym i wymagającym przesłaniem. Mówi o świętym obowiązku, który wypływa z miłości – o upomnieniu braterskim.

Brzmi to archaicznie, prawda? „Upomnienie braterskie”. Kojarzy się nam z wścibstwem, moralizatorstwem albo świętoszkowatością. Wyznajemy zasadę: „pilnuj swego nosa”, „nie mieszaj się w cudze sprawy”, „żyj i daj żyć innym”. Uważamy, że to jest właśnie nowoczesna tolerancja. Ale czy aby na pewno? Czy to, co nazywamy tolerancją, nie jest czasem po prostu obojętnością, wygodnym zasłonięciem oczu na ból i zagubienie drugiego człowieka?

Prorok Ezechiel słyszy dziś od Boga twarde słowa: „Ciebie, o synu człowieczy, wyznaczyłem na stróża domu Izraela”. Bóg stawia go na murze miasta, aby wypatrywał niebezpieczeństwa. Ale nie chodzi o wroga z zewnątrz. Chodzi o „występnego”, o człowieka, który sam kroczy drogą do samozagłady. Bóg mówi: „Jeśli go nie ostrzeżesz, odpowiedzialnością za jego śmierć obarczę ciebie”. To szokujące. Bóg nie czyni nas odpowiedzialnymi za cudze zbawienie, ale czyni nas odpowiedzialnymi za nasze milczenie. Za to, że widząc brata, który błądzi i rani samego siebie, odwracamy wzrok.

To jest klucz do zrozumienia dzisiejszej Ewangelii. Jezus nie daje nam instrukcji, jak kogoś zbesztać, jak udowodnić mu winę i jak go potępić. On daje nam procedurę ratunkową. Celem nie jest sąd, ale „pozyskanie swego brata”. To ogromna różnica. Nie chodzi o to, by wygrać spór, ale by wygrać człowieka.

Dlatego pierwszym krokiem jest rozmowa „w cztery oczy”. To jest najtrudniejsze. Nie obgadywanie za plecami. Nie anonimowe listy. Nie szeptanie po kątach z sąsiadami. Nie posty w internecie, które mają sprawić, że ktoś inny poczuje się winny. Jezus mówi: idź do niego. Bezpośrednio. Z drżeniem serca, z miłością. To jest właśnie to, czego boimy się najbardziej – konfrontacji w prawdzie i miłości. Wolimy milczeć, bo tak jest wygodniej. Ale nasze milczenie nie jest złotem, jest tchórzostwem, a czasem – jak u Ezechiela – staje się współudziałem.

Święty Paweł w Liście do Rzymian daje nam klucz do odczytania tej postawy: „Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością”. Jesteśmy dłużnikami miłości. A miłość, jak mówi Paweł, „nie wyrządza zła bliźniemu”. Czy jest większe zło niż pozwolić komuś trwać w grzechu, który niszczy jego życie, jego rodzinę, jego relację z Bogiem? Miłość, która milczy w obliczu zła, nie jest miłością, jest jej karykaturą. Prawdziwa miłość potrafi powiedzieć trudne „nie”. Potrafi zaryzykować przyjaźń, spokój, swoją wygodę, aby tylko uratować drugiego człowieka z pułapki.

Procedura opisana przez Jezusa – rozmowa sam na sam, potem ze świadkami, potem wobec wspólnoty – nie jest eskalacją konfliktu, ale poszerzaniem kręgu miłości. To poszukiwanie nowych szans na dotarcie do serca błądzącego. A jeśli to wszystko zawiedzie, „niech ci będzie jak poganin i celnik”. Jak Jezus traktował pogan i celników? Nie potępiał ich z góry. Jadł z nimi, rozmawiał, szukał ich. To nie jest ekskomunika jako akt zemsty, ale zmiana strategii. To uznanie, że zrobiło się wszystko, co było można, i że teraz trzeba przyjąć postawę świadka, który modli się i czeka na moment łaski.

W centrum tej wspólnoty jest Chrystus. „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”. On jest gwarantem, że nasze wysiłki, by ratować braci, nie są tylko ludzkim aktywizmem, ale że w nich działa Jego zbawcza moc. To On daje nam odwagę do podjęcia trudnej rozmowy. To On daje łaskę nawrócenia temu, którego upominamy. To On „związuje i rozwiązuje” – my jesteśmy tylko narzędziami w Jego rękach.

Stoimy dziś przed wyborem. Możemy pozostać w naszych wygodnych, milczących bańkach, udając, że nie widzimy, jak nasi bliscy oddalają się od Boga, jak wchodzą w toksyczne relacje, jak niszczą się nałogami, jak ich serca twardnieją. Ale to jest droga obojętności, za którą Bóg kiedyś upomni się u nas.

Albo możemy przyjąć na siebie odpowiedzialność stróżów naszych braci. Nie z pozycji sędziego, ale brata. Nie z pychą, ale z pokorą, pamiętając, że sami też jesteśmy grzesznikami potrzebującymi upomnienia. Z miłością, która nie boi się prawdy.

To jest Kościół, do którego wzywa nas dziś Chrystus. Nie anonimowy tłum, ale wspólnota braci i sióstr, którzy są za siebie nawzajem odpowiedzialni. Wspólnota, w której miłość jest na tyle odważna, by powiedzieć sobie prawdę w oczy, i na tyle pokorna, by przyjąć ją z wdzięcznością.

Niech Duch Święty, który jest Duchem prawdy i miłości, da nam odwagę do bycia prawdziwymi stróżami naszych braci.


HOMILIA IV

Najłatwiejszą formą obojętności jest tak zwany „święty spokój”. Odwracamy wzrok, gdy ktoś obok nas niszczy swoje życie albo krzywdzi innych, bo wygodniej jest udać, że to nie nasza sprawa.

Bóg mówi dziś Ezechielowi wprost: jeśli widzisz człowieka zmierzającego w przepaść i milczysz, bierzesz na siebie współodpowiedzialność za jego upadek. To twarde słowa. Często wmawiamy sobie, że nieruszanie cudzych wyborów to wyraz wyrozumiałości. Ewangelia zdejmuje z tego zjawiska ładną maskę i pokazuje prawdę – to po prostu tchórzostwo oprawione w grzecznościowe zwroty.

Jezus daje nam jasną instrukcję. Najpierw rozmowa w cztery oczy. Bez świadków, bez publicznego dyktanda i niszczenia czyjejś reputacji. Święty Augustyn uchwycił sedno tej Ewangelii w prostym zdaniu: „Milcz z miłości i mów z miłości. Poprawiaj z miłości i oszczędzaj z miłości”. Między niszczącym hejtem a obojętnym milczeniem istnieje wąska ścieżka odpowiedzialności. Chirurg przykłada skalpel do ciała nie po to, by zadać ból, ale by wyciąć to, co zabija. Złodziej używa noża w zupełnie innym celu. Różnica leży w intencji. Upomnienie pozbawione miłości staje się zwykłą przemocą i budowaniem własnego ego na cudzej słabości.

Paweł Apostoł przypomina Rzymianom, że jedynym długiem, jakiego nigdy nie spłacimy do końca, jest wzajemna miłość. Zwrócenie uwagi drugiemu człowiekowi ma być spłacaniem tego długu, a nie zaspokojeniem naszej potrzeby posiadania racji. Kiedy wybieramy plotkę za plecami zamiast szczerej rozmowy twarzą w twarz, chronimy wyłącznie własny komfort. Woleliśmy zachować pozory relacji, zamiast uratować brata.

Chrystus obiecuje swoją obecność tam, gdzie dwaj lub trzej zgadzają się na ziemi. Zazwyczaj szukamy tej obietnicy w podniosłych momentach modlitwy, tymczasem On składa ją w kontekście trudnego budowania wspólnoty – takiej, która potrafi wybaczać, ale nie boi się stawać w prawdzie. Zmartwychwstały jest pośród nas nie po to, by głaskać nasze grzechy, ale by dawać odwagę do ratowania siebie nawzajem.


HOMILIA V

Milczenie bywa złotem, ale czasami jest po prostu tchórzostwem.

Bóg mówi dziś do Ezechiela słowa, które bolą. Spadają jak ciężki kamień. Wyznaczył go na stróża. I mówi jasno: jeśli zobaczysz człowieka niszczącego siebie, a nie powiesz nic, on zginie, ale tobie policzę jego śmierć. Odpowiedzialność za krew. Przerażająca. My wolimy „święty spokój”. Odwrócić wzrok. Uznać, że to „nie nasza sprawa”.

Ale Ezechiel przypomina, że to właśnie jest nasza sprawa. Jesteśmy połączeni. Kiedy mój brat błądzi, ja też jestem zagrożony. Pytanie, czy milczę z miłości, bojąc się zranić, czy z wygody, by uniknąć problemów?

Ewangelia Mateusza daje na to konkretną receptę. To nie jest prawo karne, to jest anatomia relacji. Jezus mówi: najpierw w cztery oczy. Nie na publicznym forum, nie w plotkach, nie na Facebooku. W pokorze. W szacunku. Bez poczucia wyższości. Celem nie jest wygrana, celem jest odzyskanie brata. Uratowanie go przed samym sobą.

Święty Augustyn mawiał: „Miłuj i czyń, co chcesz”. Paweł uzupełnia to dzisiaj: „Miłość nie wyrządza zła bliźniemu”. Jeśli miłuję, nie mogę patrzeć bezczynnie, jak ten, kogo kocham, kroczy drogą do zagłady. Upomnienie braterskie to najwyższy akt miłości, bo wymaga odwagi i zgody na ryzyko odrzucenia.

Obraz, który widzicie, to ręce na zimnym, szorstkim kamieniu. To miejsce naszej decyzji. Może to być ręka Ezechiela, która wyciąga dłoń ostrzeżenia nad przepaścią. Albo dłonie dwóch ludzi w pustej świątyni, którzy spotykają się w imię Chrystusa, by naprawić zerwaną więź. Ta przestrzeń między nimi to albo obojętność, albo właśnie obecność Boża.

Tam, gdzie jesteśmy wierni tej trudnej miłości, On jest pośród nas. I wszystko staje się możliwe.


HOMILIA po angielsku

Stay out of this, it's none of your business ...

How often do we hear these words, as a response to our admonition, or someone paying attention? Paying attention, reprimand someone, respond to the obvious evil or injustice ... puts us directly in opposition, exposes the vast criticism for immediate rejection to adverse party, the adhesion patches "annoying", rude, impolite ...  After all you have to be nice, able to retain and not meddle in the lives of others. Be more diplomatic and not cling to everything you care? You have to be able to live with people and do not look for trouble.

Man polite and mannered, cultured man and a well-placed not pay attention to anyone and does not interfere in other people's business. And if you dare to do this, then know to whom, when and what for you will come. Even parents should not scold and admonish their children, or pay attention to them, in order not to stress and flavor of neurosis ... And at school, teachers and educators ... have no rights and no ability to discipline or even raising children because in case of any attempt to draw attention to pupils and parents intervene ... to the court with the teacher, because scolded and hurt a child who, after all she is an angel ...

In general, today's Gospel is outdated and not at the time. We live in a different world and different conditions, in other cultural realities and reprimanding, paying attention, discipline, or disagreeing with evil is rude, demonstrates a lack of education and personal culture !!! A neighbor behaves badly and does brawls at night ... no, nobody will pay attention to him, so as not to be weaned from honor and accused of lack of good upbringing. A doctor at the hospital behaves arrogantly and rudely treated patients ... no, nobody will pay attention to him, so as not to expose. The young lady in the window, or saleswoman in the shop is rude and conceited because he has a little power over the client ... no, no one will expose and remind her of her duties. She can be rude, but when you turn her attention to you, you're a jerk. Director in the workplace doing fakes and scams, robbing workers ... no, no one dares to tell him, because at best it will be regarded as a lack of good manners and ingratitude. And so, from the smallest to the highest positions of ministers and deputies, including, reign: arrogance, thievery, abuse, fakes, dishonesty and the usual rabble ... and no one on it does not respond, no protests, no one even tried to oppose, because it's rude, not polite ... because this is not done, because it is not fitting, because this is nitpicking.

"If your brother sins against you, go and reprove him in private." - That Jesus offers us, but we know better what to do, because we are after all exceedingly polite. And instead of reprimand will be silent and a maximum of Crab behind the back with a full Pharisee concern expression.

Sometimes, and I make mistakes, and I'm wrong, and I could not be criticized or called to order ... and did not want anyone paying attention to me, because what someone has to pry into your affairs not??? Let guarding his nose, because nobody is a saint and no one will tell me how and what to do. I am an adult and I know what I'm doing ...

I once wrote an article "criticize or not criticize - qui tacet consentire videtur." The effect ... once I glued a patch fundamentalist lacking good manners. I would recommend ... only for those who dare to sometimes understand and follow the words of today's Gospel.

Why are you surprised that so much evil is around you? But I have to disagree ...
Why are you surprised that so much evil is in me?
After all, I do not want anyone to help me in the fight, or even seeing it in me ...