Dz 2:14.22-33
Wtedy stanął Piotr razem z Jedenastoma i przemówił do nich donośnym głosem: Mężowie Judejczycy i wszyscy mieszkańcy Jerozolimy, przyjmijcie do wiadomości i posłuchajcie uważnie mych słów. Mężowie izraelscy, słuchajcie tego, co mówię: Jezusa Nazarejczyka, Męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o czym sami wiecie, tego Męża, który z woli postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim, bo Dawid mówił o Nim: Miałem Pana zawsze przed oczami, gdyż stoi po mojej prawicy, abym się nie zachwiał. Dlatego ucieszyło się moje serce i rozradował się mój język, także i moje ciało spoczywać będzie w nadziei, że nie zostawisz duszy mojej w Otchłani ani nie dasz Świętemu Twemu ulec skażeniu. Dałeś mi poznać drogi życia i napełnisz mnie radością przed obliczem Twoim. Bracia, wolno powiedzieć do was otwarcie, że patriarcha Dawid umarł i został pochowany w grobie, który znajduje się u nas aż po dzień dzisiejszy. Więc jako prorok, który wiedział, że Bóg przysiągł mu uroczyście, iż jego Potomek zasiądzie na jego tronie, widział przyszłość i przepowiedział zmartwychwstanie Mesjasza, że ani nie pozostanie w Otchłani, ani ciało Jego nie ulegnie rozkładowi. Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg, a my wszyscy jesteśmy tego świadkami. Wyniesiony na prawicę Boga, otrzymał od Ojca obietnicę Ducha Świętego i zesłał Go, jak to sami widzicie i słyszycie.
1 Kor 1:17-21
Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, lecz abym głosił Ewangelię, i to nie w mądrości słowa, by nie zniweczyć Chrystusowego krzyża. Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia. Napisane jest bowiem: Wytracę mądrość mędrców, a przebiegłość przebiegłych zniweczę. Gdzie jest mędrzec? Gdzie uczony? Gdzie badacz tego, co doczesne? Czyż nie uczynił Bóg głupstwem mądrości świata? Skoro bowiem świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących.
Łk 24:13-35
Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało. Zapytał ich: Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli. Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba.
Czyż nie pałają nasze serca?
Idziemy drogą naszego życia, rozdyskutowani o bieżących problemach, zaaferowani doczesnością, rozgadani i nawet nie widzimy, że tuż obok nas kroczy sam Chrystus. Obecny czasami w człowieku potrzebującym pomocy, ale czasami On sam chce nam takiej pomocy udzielić, otworzyć oczy, rozgrzać nasze serca, tylko ... że my Go nie dostrzegamy. Dyskutujemy, dywagujemy, tłumaczymy, uzasadniamy, krytykujemy, perorujemy, politykujemy i wymądrzamy się ... a oczy nasze ślepe i serca nasze zamknięte ... zatwardziałe ... obolałe i pokaleczone. Próbujemy zrozumieć świat bez Niego i nie udaje się.
Siadamy z Nim do stołu i nie rozpoznajemy Go nawet "po łamaniu chleba"! Bo tak bardzo jesteśmy zanurzeni w codzienności, tak bardzo jesteśmy głusi na Jego słowa, tak bardzo ślepi i ... może nawet załamani ... bo nam się wydawało, że .... i tyle razy już się zawiedliśmy i straciliśmy już wszelką nadzieję ...
A Ty Panie stale nas spotykasz i ustawicznie posyłasz nam Twoich świadków. Ty nieustannie łamiesz dla nas chleb i wyjaśniasz nam Pisma. Ty nawet cuda czynisz na naszych oczach!! To tylko my jesteśmy ślepi, nieufni, nieskorzy do wierzenia, zamknięci, leniwi.
Panie, otwórz nasze oczy, aby widziały Ciebie, kroczącego obok ...Panie, rozgrzej nasze serca, aby nie były zatwardziałe ....
Panie, przymnóż nam wiary, nadziei ... a nade wszystko miłości ...
Panie nie pozwól przegapić kolejnej szansy, jaką nam dałeś ...
Homilia alternatywna I
Bóg, który skraca dystans
Emaus to nie tylko kropka na starożytnej mapie Palestyny. To stan ducha, który zna każdy z nas. To ten moment, w którym człowiek odwraca się plecami do marzeń, które legły w gruzach, i zaczyna wracać do swojej szarej codzienności. Uczniowie idący do Emaus są obrazem Kościoła w kryzysie – Kościoła, który zna fakty, ale nie rozumie ich sensu. Rozmawiają o Jezusie, analizują Jego proces i śmierć, ale robią to z perspektywy grobu, a nie zmartwychwstania. Ich smutek wynika z najsmutniejszego zdania, jakie może wypowiedzieć wierzący: „A myśmy się spodziewali...”. W tych słowach kryje się ból rozczarowania Bogiem, który nie zmieścił się w naszych prywatnych planach i politycznych oczekiwaniach.
W tę naszą ucieczkę i rezygnację wchodzi Jezus. Co ciekawe, nie zaczyna od spektakularnego cudu ani nie odsłania od razu swojej twarzy. On staje się towarzyszem drogi, słuchaczem, a potem cierpliwym nauczycielem. To niezwykle ważna lekcja dla naszej duchowości: Bóg rzadko krzyczy, częściej szepcze w rytmie naszych kroków. On szanuje nasz proces wychodzenia z mroku. Zanim otworzy nam oczy, najpierw rozpala nasze serca Słowem. Pokazuje, że krzyż, który św. Paweł nazywa „głupstwem dla świata”, jest w istocie najwyższą logiką miłości. Bez zrozumienia Pisma, bez spojrzenia na nasze życie przez pryzmat Bożej obietnicy, zawsze będziemy widzieć tylko porażkę tam, gdzie Bóg przygotowuje zwycięstwo.
Przełom dokonuje się jednak nie przy dyskusji, ale przy stole. Gest łamania chleba jest tym momentem, w którym teoria zamienia się w obecność. To właśnie w Eucharystii zmartwychwstały Pan staje się dla nas rozpoznawalny w sposób najpełniejszy. Uczniowie z Emaus odkrywają, że Pan nie jest wspomnieniem z przeszłości, ale żywą Osobą, która karmi nas sobą, byśmy mieli siłę wrócić do naszych „Jerozolim” – do miejsc trudnych, do obowiązków, od których chcieliśmy uciec. Ich serca zaczynają bić innym rytmem, co sami później wyznają:
„Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24, 32).
To „pałające serce” jest znakiem rozpoznawczym chrześcijanina. Nie jest to jedynie emocjonalne uniesienie, ale wewnętrzny ogień wiary, który pozwala widzieć głębiej. Wiara bowiem to nie tylko intelektualne przyjęcie dogmatów, ale spotkanie, które zmienia kierunek marszu. Zamiast oddalać się od wspólnoty w stronę prywatnego Emaus, uczniowie natychmiast wracają do Jerozolimy, by dzielić się radością. Odnaleźli Pana w Słowie i Chlebie, co stanowi fundament całego życia liturgicznego Kościoła.
O tej podwójnej obecności Chrystusa przypomina nam Konstytucja o Liturgii Świętej Soboru Watykańskiego II, podkreślając, że droga do Emaus trwa w każdej Mszy Świętej:
„Dla dokonania tak wielkiego dzieła Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, zwłaszcza w czynnościach liturgicznych. [...] Obecny jest w swoim słowie, bo gdy w Kościele czyta się Pismo święte, On sam przemawia. Jest obecny wreszcie, gdy Kościół modli się i śpiewa psalmy, gdyż On sam obiecał: 'Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam i ja jestem pośród nich'” (Sobór Watykański II, Konstytucja o Liturgii Świętej Sacrosanctum Concilium, nr 7).
Dzisiejsza niedziela zaprasza nas, byśmy przestali być „nierozumnymi i nieskorymi do wierzenia”. Jezus idzie obok ciebie w twoich wątpliwościach, w twoim zmęczeniu i w twoich „nieudanych” planach. On nie chce, byś został w Emaus – w miejscu bezpiecznym, ale zamkniętym na nadzieję. On łamie dla ciebie chleb, byś zrozumiał, że każda twoja droga, nawet ta najtrudniejsza, ma sens, jeśli tylko pozwolisz Mu się do niej przyłączyć. Nie bójmy się prosić Go słowami uczniów: „Zostań z nami, Panie”, bo tylko z Nim zmierzch naszego życia może stać się nowym porankiem.
Homilia alternatywna II
„Gdy oczy są na uwięzi”
Dzisiejsza Ewangelia o uczniach idących do Emaus należy do tych fragmentów Pisma, które znamy niemal na pamięć. I właśnie w tym tkwi niebezpieczeństwo – że oswoiliśmy ją tak bardzo, iż przestała nas niepokoić. A to jest tekst głęboko niepokojący.
Spójrzmy prawdzie w oczy: tych dwóch mężczyzn ucieka. Kierunek ich drogi mówi wszystko – oddalają się od Jerozolimy, od miejsca klęski, od wspólnoty, od grobu. Ich stopy poruszają się szybciej niż serca. Mają gotową narrację: „A myśmy się spodziewali…”. Czas przeszły. Nadzieja w formie dokonanej, zamkniętej, pogrzebanej razem z Tym, którego ciała nawet nie znaleziono.
To zdanie – „A myśmy się spodziewali” – jest chyba najsmutniejszym wyznaniem w całej Ewangelii. Bo wyraża nie tylko zawód, ale rezygnację z dalszego oczekiwania. Oni nie mówią: „wciąż się spodziewamy, choć nie rozumiemy”. Oni mówią: „spodziewaliśmy się – już nie”.
I wtedy On się przybliża.
Nie zjawia się w blasku. Nie przerywa ich żalu gromkim „Oto Ja jestem!”. Nie czyni spektakularnego znaku. Po prostu idzie obok. Pyta, słucha, pozwala im wypowiedzieć cały ból, całe rozczarowanie, całą teologię, która runęła w gruzach. Jezus zmartwychwstały nie unieważnia ich smutku – wchodzi w niego.
Czy nie jest to najgłębsza prawda o tym, jak Bóg działa w naszym życiu? Kiedy nasze „spodziewaliśmy się” zamienia się w gorzki osad, On nie czeka, aż się ogarniemy i wrócimy z podkulonym ogonem do świątyni. On wychodzi na drogę naszego odwrotu. Towarzyszy nam w ucieczce.
I wtedy pada to mocne słowo: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia!”.
Zatrzymajmy się przy tym. Greckie słowo, którego używa Łukasz, to anoētoi – dosłownie: „bez-myślni”, ci, którym brakuje nous – głębszego rozumu, duchowej intuicji. Jezus nie zarzuca im braku inteligencji. Zarzuca im coś znacznie poważniejszego: serce nieskore do wierzenia. Serce, które jest powolne, ociężałe, które woli trzymać się swojej wersji wydarzeń niż otworzyć się na tajemnicę.
Bo problem uczniów z Emaus nie polegał na braku informacji. Oni wiedzieli wszystko! Znali proroctwa, znali fakty: śmierć Jezusa, pusty grób, świadectwo kobiet o aniołach, relację Piotra. Mieli kompletny zestaw danych. A jednak ich oczy były „na uwięzi” – jak to pięknie oddaje polski przekład. Były związane, zniewolone przez ich własną interpretację rzeczywistości.
Ileż razy my sami jesteśmy w takim stanie? Mamy całą teologię, znamy katechizm, uczestniczymy w liturgii – a mimo to nasze oczy pozostają na uwięzi. Więzi je nasze wyobrażenie o tym, jak Bóg powinien działać. Więzi je nasze „spodziewaliśmy się, że…”.
Zobaczmy, co robi Jezus. Nie mówi: „No przecież tu jestem, otwórzcie oczy!”. Nie pokazuje ran. Zamiast tego – wyjaśnia Pisma. Rozpala ich serca słowem, zanim jeszcze pozwoli im się rozpoznać.
To jest kluczowe: Zmartwychwstały nie zaczyna od dowodów. Nie daje się sfotografować ani nagrać. On zaczyna od interpretacji. Od nadania sensu temu, co przeżyli. Od włączenia ich osobistej tragedii w wielką narrację zbawienia. „Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?” – pyta. Musi, dei w grece – konieczność wpisana w Boży plan.
Święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu mówi o tym samym: „Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia”. Krzyż – znak absolutnej klęski – staje się mocą. Ale tylko dla tych, którzy pozwolą Bogu przemienić swoją logikę. Którzy zgodzą się na to, że mądrość Boża objawia się w tym, co świat uznaje za głupstwo i słabość.
Uczniowie w Emaus doświadczają właśnie tego przewrotu. Ich narracja o klęsce zostaje rozbita nie przez lepsze argumenty, ale przez obecność Tego, który sam stał się tą klęską – i przeszedł przez nią do chwały.
I wreszcie przychodzi moment kulminacyjny: „Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go”.
Gest, który wcześniej wykonywał w Wieczerniku. Gest, który stał się centrum chrześcijańskiego kultu. Eucharystia. Łamanie chleba. Tam, gdzie wcześniej było słowo wyjaśniające, teraz pojawia się ciało wydane. I właśnie wtedy oczy przestają być na uwięzi.
A On – natychmiast znika.
Czy to nie zastanawiające? W momencie rozpoznania Jezus staje się niewidzialny. Jakby chciał im powiedzieć: „Teraz już nie potrzebujecie mojej fizycznej obecności. Teraz macie znak. Teraz macie wspólnotę. Teraz macie siebie nawzajem. A przede wszystkim – teraz macie płonące serca i otwarte oczy”.
I co robią uczniowie? W tej samej godzinie wracają. Sześćdziesiąt stadiów w ciemności. Kilka godzin drogi. Nie czekają do rana. Nie mówią: „jutro się zastanowimy”. Wracają natychmiast. Kierunek ich drogi się odwraca – z ucieczki od wspólnoty staje się powrotem do niej.
To jest owoc spotkania ze Zmartwychwstałym: odwrócenie kierunku życia. Nie chodzi o to, że odtąd wszystko będzie jasne i proste. Oni wciąż nie rozumieją wszystkiego. Ale wiedzą już, że ich serce może płonąć. Że ich oczy mogą widzieć. I że nie są sami na drodze.
Bracia i siostry, ta Ewangelia jest o nas. O naszych niedzielnych Eucharystiach, w których słuchamy słowa i łamiemy chleb. O naszych „drogach do Emaus” – sytuacjach, w których wydaje się nam, że Bóg przegrał, a nasza nadzieja była złudzeniem.
Pytanie brzmi: czy pozwolimy, by Nieznajomy Wędrowiec przyłączył się do naszej wędrówki? Czy zgodzimy się, by rozbił naszą zgrabną narrację o tym, co się „powinno” wydarzyć? Czy damy Mu szansę rozpalić nasze serca, zanim jeszcze wszystko zrozumiemy?
I wreszcie – czy po rozpoznaniu Go przy łamaniu chleba, wrócimy do Jerozolimy? Do wspólnoty. Do miejsca, z którego uciekliśmy. Do tych, którym musimy powiedzieć: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał”.
Bo wiara w zmartwychwstanie nie jest prywatną sprawą. Ona zawsze prowadzi do wspólnoty. Zawsze domaga się świadectwa. Zawsze odwraca kierunek naszej samotnej ucieczki.
Święty Piotr w pierwszym czytaniu stoi przed tłumem i mówi donośnym głosem: „Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg, a my wszyscy jesteśmy tego świadkami”. On też przeszedł swoją drogę – przez zaparcie się Mistrza, przez łzy, przez ciemność. A teraz, napełniony Duchem, głosi to, co wcześniej wydawało mu się końcem wszystkiego.
Każdy z nas ma swoją historię zawiedzionych nadziei. Każdy nosi w sobie jakieś „a myśmy się spodziewali…”. Ale Zmartwychwstały nie zostawia nas na drodze odwrotu. On idzie obok. Wyjaśnia Pisma. I czeka, aż przy łamaniu chleba otworzą się nam oczy.
Niech ta Eucharystia będzie dla nas takim właśnie momentem. Niech rozpali nasze serca. Niech rozwiąże oczy, które są na uwięzi. I niech nas pośle z powrotem – do wspólnoty, do świadectwa, do tych, którzy wciąż idą w złą stronę, bo jeszcze nie spotkali Wędrowca.
Homilia alternatywna III
Rozżarzone Serce, Czyli Ból Prawdy
Przysłuchajmy się przez chwilę temu, co przed chwilą usłyszeliśmy w Ewangelii, a co tak mocno wybrzmiewa w podanej nam refleksji. Zwykle, gdy mówimy o uczniach idących do Emaus, lubimy zatrzymać się na cieple tego spotkania. Mówimy: “Ich serca pałały”. Wyobrażamy sobie przyjemne ciepło, taki duchowy kominek, przy którym miło się ogrzać.
Ale spójrzmy prawdzie w oczy, biorąc do serca słowa, które mamy przed sobą: “Idziemy drogą naszego życia, rozdyskutowani o bieżących problemach… rozgadani i nawet nie widzimy, że tuż obok nas kroczy sam Chrystus”.
Czy to “pałanie serca” naprawdę było miłe? Czy to nie był raczej bolesny skurcz? Przypomina mi to moment, gdy nagle, w środku nocy, uświadamiamy sobie jakąś gorzką prawdę o sobie. Leżymy w łóżku, a serce wali jak młot, policzki płoną ze wstydu. Nie jest to przyjemne ciepło, ale żar, który wypala nasze iluzje.
Problem w tym, że my nie chcemy, aby nasze serca pałały. Wolimy, żeby były znieczulone.
Nasza codzienność, jak to zostało powiedziane, to nieustanna dyskusja. Jesteśmy mistrzami komentarza. Perorujemy, politykujemy, wymądrzamy się. Mamy gotową ocenę na wszystko: na Kościół, na sąsiada, na politykę, na pogodę. W tym hałasie czujemy się bezpiecznie. Bo jeśli przestaniemy gadać, jeśli zapadnie cisza, to będziemy musieli zmierzyć się z tym, co zostało nazwane “sercem zamkniętym, zatwardziałym, obolałym i pokaleczonym”.
W Ewangelii Jezus robi rzecz pozornie okrutną. Uczniowie mówią Mu: “Myśmy się spodziewali…”. To najbardziej tragiczne słowa w całej tej historii. “Spodziewaliśmy się, że On wyzwoli Izraela. Spodziewaliśmy się sukcesu, mocy, rozwiązania problemów.” A Chrystus, zamiast ich przytulić i powiedzieć: “Już dobrze, już jestem, nie płaczcie”, mówi: “O, głupi i nieskorzy do wierzenia!”
To jest właśnie ten moment “łamania chleba” w sercu, zanim jeszcze zostanie połamany w dłoniach. Chrystus łamie ich iluzje. Rozbija ich wyobrażenia o Bogu, który miał być wygodnym menadżerem ich szczęścia. Pokazuje im, że ich smutek wynikał nie z tego, że Bóg umarł, ale z tego, że ich wyobrażenie o Bogu okazało się fałszywe.
I to boli. To pali.
“Czyż nie pałały nasze serca?” – pytają potem.
Pałały, bo Prawda wdzierała się w ich kłamstwa.
Pałały, bo Słowo Boże było jak ogień, który spalał ich ludzką, ciasną logikę.
Pałały, bo musieli przyznać przed samymi sobą: “Byliśmy ślepi. Szukaliśmy trupa w grobie, a On żywy szedł obok nas w kurz drogi.”
Siostry i Bracia, gdzie dziś siedzicie przy stole, i nie rozpoznajecie Go “po łamaniu chleba”?
Może jesteś dziś tutaj, w kościele, ale twoje serce jest zimne, bo wydawało ci się, że Bóg powinien załatwić sprawę z twoim szefem inaczej.
Może jesteś rozgoryczony, bo wydawało ci się, że jeśli będziesz dobry, to na pewno nie spotka cię choroba, a jednak przyszła.
Może siedzisz z boku, zamknięty, bo twoja wiara jest “obolała i pokaleczona” przez innych chrześcijan.
A On stoi obok. I łamie dla ciebie chleb.
Ale On nie łamie go po to, żebyś poczuł się wygodnie. On go łamie po to, żeby twoje serce wreszcie zapałało – nawet jeśli ten ogień ma cię na chwilę zaboleć. Bo tylko taki ogień wypala z nas lęk i znieczulicę.
Nie prośmy Boga o łatwe ciepło pocieszenia. Prośmy, jak w tej modlitwie, o ogień, który otwiera oczy:
Panie, rozgrzej nasze serca, nawet jeśli to ma boleć.
Panie, nie pozwól nam przegapić kolejnej szansy, nawet jeśli ta szansa ubrana jest w szaty zwykłego, zmęczonego Wędrowca.
Panie, spraw, abyśmy wreszcie zamilkli w naszym wiecznym politykowaniu i usłyszeli, jak tłumaczysz nam Pisma.
A kiedy już zamilkniemy, kiedy zamilkną nasze mądrości, może w końcu rozpoznamy Cię w tym geście – w geście łamania się sobą dla innych. Amen.







