Syr 27,30-28,7
Złość i gniew są obrzydliwościami, których pełen jest grzesznik. Tego, który się mści, spotka zemsta Pana: On grzechy jego dokładnie zachowa w pamięci. Odpuść przewinę bliźniemu, a wówczas, gdy błagać będziesz, zostaną ci odpuszczone grzechy. Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia? Nie ma on miłosierdzia nad człowiekiem do siebie podobnym, jakże błagać będzie o odpuszczenie swoich własnych grzechów? Sam będąc ciałem trwa w nienawiści, któż więc odpokutuje za jego przewinienia? Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić; - na rozkład ciała, na śmierć, i trzymaj się przykazań! Pamiętaj na przykazania i nie miej w nienawiści bliźniego, - na przymierze Najwyższego, i daruj obrazę!
Rz 14:7-9
Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana. Po to bowiem Chrystus umarł i powrócił do życia, by zapanować tak nad umarłymi, jak nad żywymi.
Mt 18:21-25
Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: « Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? ». Jezus mu odrzekł: « Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.
Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: “ Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam ”. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował.
Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: “ Oddaj, coś winien ”. Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: “ Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie ”. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu.
Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: “ Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? ”. I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda.
Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu ».
Oto słowo Pańskie.
Ile razy mam przebaczać?
Łatwo jest mówić o przebaczeniu, ale kiedy ja sam mam przebaczyć, zapomnieć, pojednać się z kimś, kto wyrządził mi krzywdę ... o, to już trudniej, bo przecież ja mam rację, bo przecież ja zostałem skrzywdzony, bo przecież trzeba się dopominać o sprawiedliwość, trzeba się upominać o swoje ... Przebaczenie wydaje się być oznaką słabości, naiwnością, przyzwoleniem na zło ... Szczególnie w kontekście źle zrozumianej Ewangelii z poprzedniej niedzieli.
A przecież Chrystus nie nawoływał nas -w ubiegłą niedzielę- do szukania swego, do zemsty, do nie przebaczania, tak jak i w dzisiejszej Ewangelii nie namawia nas do naiwności, do ugody za wszelką cenę, do bierności i zgody na zło. Sądzę, że koniecznym jest uznanie dwóch zasadniczych principiów, które mogą nam pomóc zrozumieć obydwie Ewangelie. Zwracając uwagę, krytykując zło nie mogę poniżać człowieka. Przebaczając nie mogę zapomnieć, że wybaczam człowiekowi, ale nie zgadzam się na popełnione zło. To zło jest obiektem mojej krytyki, a nie człowiek. To człowiek jest przedmiotem lub raczej podmiotem mojego wybaczenia i zapomnienia, a nie zło. Nie zgadzam się na zło i na krzywdę, ale umiem zrozumieć, że człowiek jest omylny i może popełnić błąd. Kiedy ktoś zwraca mi uwagę, nie muszę się zaraz obrażać i czuć zaszczuty. Ktoś zwracając mi grzecznie uwagę nie chce mnie zaraz zdołować, ale pomóc dostrzec to, czego ja –być może- nie dostrzegam.
Kiedy wybaczam, to wcale nie znaczy, że jestem naiwny i zgadzam się na zło. W obydwu wypadkach warunkiem podstawowym jest uczciwość i pokora w rozpoznaniu zła i miłość w stosunku do bliźniego. "Kiedy brat twój popełni grzech, idź do niego i pokaż mu błąd ... jeśli uzna swoją pomyłkę i prosi o wybaczenie ... wybacz ..., bo i ty kiedy prosisz o przebaczenie chciałbyś je otrzymać.
Nie bądź zatwardziały w złu, pozwól że ktoś zwróci ci uwagę, bo przecież możesz się mylić i nawet nie widzieć swoich błędów, nie bądź zatwardziały w grzechu i w złym postępowaniu, pozwól się skorygować, bo nie ma ludzi nieomylnych, a krytyka popełnionego przez ciebie zła wcale nie jest "dołowaniem ciebie". Ale też nie bądź pamiętliwy i umiej wybaczać, bo i ty chciałbyś, aby ci wybaczono, twoje błędy i twoje potknięcia. Wybaczaj i umiej wybaczyć, ale też chciej czasami o wybaczenie poprosić, przyznaj się do popełnionej pomyłki i nie upieraj się. że ty nie masz się czego wstydzić i czego żałować, że nie ma nic w twoim życiu, co mogłoby być zmienione. Bądź uczciwy i pokorny, ale też miłosierny.
Przebaczenie jest potrzebne i tobie, i mnie, ale jego warunkiem koniecznym i nieodzownym jest uznanie popełnionego zła i przyznanie się do pomyłki. Przebaczenie może się dokonać tylko w prawdzie. Ktoś, kto prawdy o swojej pomyłce uznać nie chce, nie potrzebuje przebaczenia, bo cóż można mu wybaczyć, skoro według niego on żadnej pomyłki nie popełnił ...? I dlatego też, ktoś kto nie umie uznać swoich pomyłek i błędów przebaczenia nigdy nie otrzyma ...
Tylko prawda może nas wyzwolić z grzechu i zła ...
Bez prawdy i bez przebaczenia zło będzie triumfowało, nie dobro ...
Homilia alternatywna I
Dziesięć tysięcy talentów. Kwota, której nie spłacisz przez milion lat. Bankructwo bez wyjścia. W takiej właśnie pozycji stoisz przed Bogiem.
Sługa z Ewangelii dostaje wszystko za darmo. Olbrzymi dług znika w jednej chwili. Co robi chwilę później? Wybiega na ulicę, dusi kolegę za kilkanaście groszy i krzyczy: „Oddaj, coś winien!”. Domaga się sprawiedliwości. Chce krwi za drobiazg, sam obdarowany nieskończonym miłosierdziem.
Przeglądamy się w tym lustrze. Z łatwością prosimy Boga o taryfę ulgową dla własnych grzechów. Sami siebie rozgrzeszamy w sekundę. Ale kiedy ktoś nadepnie na odcisk nam – włączamy tryb bezwzględnego sędziego. Pamiętamy każde słowo, każdy gest, każdą zwłokę.
Syrach nie owija w bawełnę: „Złość i gniew są obrzydliwościami”. Niewybaczenie truje od środka. Kto chowa urazę, ten buduje celę i sam w niej zamarza, wyrzucając klucz przez kraty. Przebaczenie to nie żaden luksus ani fawor dla kogoś. Przebaczenie to czysty egoizm zbawienia. Otwierasz własne więzienie.
Paweł Apostoł przypomina twardą bazę: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. Skoro należymy do Pana, to On jest sędzią. Kiedy wymierzasz sprawiedliwość na własną rękę, siadasz na Bożym tronie. A to krzesło ma za wysokie oparcie. Spadniesz z niego.
Wspomnijmy Corrie ten Boom, więźniarkę obozu w Ravensbrück. Kilka lat po wojnie podchodzi do niej dawny strażnik obozowy – człowiek, który łamał życie jej i jej siostrze. Wyciąga rękę i prosi o przebaczenie. Corrie drży. Wewnątrz czuje lodowatą pustkę, gardło zaciska nienawiść. Nie potrafi wybaczyć własnymi siłami. Wtedy szepcze w sercu: „Jezu, nie dam rady. Daj mi swoją rękę”. Dotyka dłoni dręczyciela. W tej samej sekundzie czuje, jak fala ciepła rozlewa się po całym ciele. Człowiek, który ranił, staje się bratem.
Przebaczenie po ludzku graniczy z cudem. Desperacko go potrzebujemy, bo Jezus nie żartuje, mówiąc o siedemdziesięciu siedmiu razy. Zawsze. Zawsze, gdy serce się buntu, oddaj ten dług Bogu.
Pamiętaj o ostatnim dniu. Śmierć przyjdzie po każdego z nas. Staniemy przed Obliczem Miłosierdzia. Chcesz stanąć z zaciśniętą pięścią czy z pustymi, otwartymi dłońmi?
Homilia alternatywna II
Przebaczyć z serca – czyli przestać dusić własną przyszłość
Przebaczenie bywa jednym z najbardziej wyświechtanych słów chrześcijaństwa. Mówimy: „przebaczam”, a potem przez lata nosimy w sobie rachunek krzywd. Mówimy: „nie ma sprawy”, a jednak przy każdym spotkaniu odtwarzamy w pamięci scenę zranienia. Dzisiejsze czytania nie są naiwną zachętą, by udawać, że zło nie istnieje. One wchodzą głębiej: pytają, kto tak naprawdę jest Panem mojego życia, mojej pamięci, mojej sprawiedliwości i mojej śmierci.
Syrach nie bawi się w dyplomację. Mówi mocno: złość i gniew są obrzydliwością, gdy stają się stylem życia. Nie chodzi o to, że uczucia są złe. Gniew może być sygnałem, że stało się coś złego, że przekroczono granicę. Problem zaczyna się wtedy, gdy gniew zamienia się w pragnienie zemsty, gdy zaczynamy „dokładnie zachowywać w pamięci” winy drugiego człowieka. Wtedy przestajemy być ludźmi wolnymi, a stajemy się stróżami więzienia, w którym trzymamy innych – i siebie.
Syrach dodaje klucz: „Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić; na rozkład ciała, na śmierć, i trzymaj się przykazań”. To nie jest ponura groźba. To realistyczna terapia. Przypomnij sobie, że twoje ciało kiedyś się rozpadnie. Przypomnij sobie, że twój wróg też jest śmiertelny. Przypomnij sobie, że za chwilę staniesz przed Tym, który jest jedynym sprawiedliwym Sędzią. Czy naprawdę chcesz, aby twoje życie zostało zapieczętowane nienawiścią? Czy chcesz, by twoje ostatnie słowo na ziemi było słowem zemsty?
Bóg mówi: „Odpuść przewinę bliźniemu, a wówczas, gdy błagać będziesz, zostaną ci odpuszczone grzechy”. To nie jest targ. To odsłonięcie prawdy o człowieku. Ten, kto żyje zemstą, zamyka sobie dostęp do miłosierdzia. Nie dlatego, że Bóg jest mściwy, ale dlatego, że człowiek, który nie chce przebaczyć, nie potrafi przyjąć przebaczenia. Nienawiść zatruwa naczynie, które miało być napełnione łaską.
Święty Paweł idzie jeszcze dalej: „Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. To zdanie burzy naszą prywatną religijność. Ja i moja krzywda. Ja i moje prawa. Ja i mój rachunek. Paweł mówi: nie należysz do siebie. Jesteś własnością Chrystusa. On umarł i zmartwychwstał, aby panować nad umarłymi i żywymi. Także nad twoim zranieniem. Także nad twoim krzywdzicielem. Także nad twoją śmiercią.
Przebaczenie nie jest więc tylko aktem psychologicznym. Jest aktem wiary. Jest wyznaniem: „Panie, Ty jesteś Sędzią. Ja nie muszę być sędzią. Ja nie muszę wymierzać kary. Ja nie muszę trzymać drugiego w więzieniu mojej pamięci. Oddaję tę sprawę Tobie”. To nie znaczy, że zło staje się dobrem. To nie znaczy, że nie ma sprawiedliwości. To znaczy, że sprawiedliwość oddaję Temu, który widzi serce i zna wszystkie okoliczności. Zemsta Pana, o której mówi Syrach, nie jest ludzką zemstą. To Boża sprawiedliwość, która potrafi uzdrowić tam, gdzie my tylko ranimy.
A jednak wciąż pytamy jak Piotr: „Panie, ile razy mam przebaczyć? Czy aż siedem razy?” Piotr myśli, że jest hojny. Siedem razy to więcej niż wymagała ówczesna praktyka. Jezus odpowiada: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. To liczba, która nie ma końca. To nie matematyka, to nowe serce.
Jezus opowiada przypowieść, która powinna nas zawstydzić i uzdrowić. Król chce się rozliczyć. Przyprowadzają człowieka, który winien mu dziesięć tysięcy talentów. To absurdalna kwota. Jeden talent to około sześciu tysięcy denarów, a denar to dzienna zapłata robotnika. Dziesięć tysięcy talentów to więcej, niż królestwo było w stanie zebrać w ciągu wielu lat. To dług nie do spłacenia. To obraz naszego długu wobec Boga. Nie jesteśmy w stanie sami naprawić wszystkiego. Nie jesteśmy w stanie odpokutować za wszystkie swoje grzechy. Jesteśmy bankrutami przed Bogiem.
Sługa upada i prosi: „Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam”. Król ulitował się, uwolnił go i dług darował. To jest Ewangelia w jednym zdaniu. Bóg nie czeka, aż spłacimy. Bóg przebacza. Bóg daruje. Bóg przywraca wolność.
Lecz sługa wychodzi i spotyka współsługę, który winien mu sto denarów. Sto dni pracy. Kwota realna, ale w porównaniu z dziesięcioma tysiącami talentów – drobiazg. Ten sam człowiek, który przed chwilą otrzymał niewyobrażalne miłosierdzie, chwyta brata i zaczyna go dusić. „Oddaj, coś winien”. To jedno z najbardziej wstrząsających zdań w Ewangelii. Nie chodzi tylko o brak wdzięczności. Chodzi o to, że łaska nie przeniknęła jego serca. Przyjął dar, ale nie przyjął logiki darczyńcy.
Ile razy my tak robimy? Bóg przebacza nam w sakramencie pojednania, a my wychodzimy z kościoła i dusimy kogoś w myślach. Bóg daje nam kolejny dzień, a my nie możemy darować siostrze jednego zdania. Bóg okazuje nam cierpliwość, a my nie mamy cierpliwości dla współmałżonka, dla dziecka, dla współpracownika, dla księdza, dla sąsiada. Mówimy: „Miej cierpliwość nade mną”, a sami nie chcemy jej okazać nikomu.
Pan mówi: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” To jest pytanie, które Jezus zadaje każdemu z nas. Nie chodzi o to, że mamy udawać, że nie ma zła. Nie chodzi o to, że mamy wracać do relacji, w której ktoś nas niszczy. Przebaczenie nie oznacza zgody na przemoc. Nie oznacza braku granic. Nie oznacza, że nie ma konsekwencji. Oznacza, że rezygnujemy z prawa do nienawiści. Oznacza, że oddajemy sprawę Bogu. Oznacza, że nie pozwalamy, aby krzywda stała się centrum naszej tożsamości.
Jezus na krzyżu nie powiedział: „nic się nie stało”. On wziął na siebie całe zło świata. Sprawiedliwość Boga spotkała się z miłosierdziem w Jego ciele. On zapłacił dziesięć tysięcy talentów. On wypowiedział: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Dlatego my możemy przebaczać. Nie z własnej siły. Nie z własnej doskonałości. Z Jego ran. Z Jego Eucharystii. Z Jego obecności.
Przebaczenie „z serca” nie jest jednorazowym aktem. Często trzeba je powtarzać siedemdziesiąt siedem razy. Czasem wraca ból. Czasem wraca gniew. Wtedy nie udajemy, że go nie ma. Przynosimy go Bogu i mówimy: „Panie, nie umiem. Uczyń moje serce nowym”. Przebaczenie to proces. To droga. To codzienne oddawanie sprawy Temu, który sądzi sprawiedliwie.
Drodzy, dzisiejsze czytania stawiają nas przed pytaniem: czy chcemy żyć jako dłużnicy, którym darowano wszystko, czy jako inkasenci, którzy ścigają swoich bliźnich? Czy chcemy, aby Bóg rozliczył się z nami według naszych rachunków, czy według swojego miłosierdzia? „Nie żyjemy dla siebie”. Żyjemy dla Pana. A jeśli żyjemy dla Pana, to nasze przebaczenie jest świadectwem, że On naprawdę jest Panem – nad życiem i śmiercią, nad przeszłością i przyszłością, nad moją krzywdą i moim sercem.
Niech ta Eucharystia będzie dla nas szkołą miłosierdzia. Przyjmijmy Ciało Chrystusa, który przebaczył nam wszystko. I wyjdźmy stąd, aby przestać dusić tych, których Bóg już chce uwolnić.

Homilia alternatywna III
Dług, którego nie wolno przenosić na drugiego
Dzisiejsza Ewangelia zaczyna się od pytania Piotra, które w gruncie rzeczy jest pytaniem każdego z nas: „Ile razy mam przebaczyć?” Piotr pyta o granicę. Chce wiedzieć, kiedy człowiek może powiedzieć: „Dosyć. Tego już za wiele”. Jezus odpowiada w sposób, który burzy nasze kalkulacje: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. Innymi słowy: przebaczenie nie może być księgowością.
My jednak bardzo często prowadzimy taką księgowość. Pamiętamy, kto nas zranił, kiedy to zrobił, ile razy zrobił, co powiedział i przy kim. Potrafimy po latach dokładnie odtworzyć zdanie, które ktoś wypowiedział w gniewie. Pamiętamy nie tylko samą krzywdę, ale także jej interpretację: „On mnie lekceważył”, „ona zawsze taka była”, „nigdy mnie nie szanował”, „po tym wszystkim nie powinien już mieć do mnie prawa”. I w pewnym momencie człowiek przestaje już tylko pamiętać krzywdę. Zaczyna z nią żyć.
To właśnie wydaje się jednym z najgłębszych problemów, o których mówi dzisiaj Syracydes. Złość i gniew nie niszczą przede wszystkim tego, przeciw komu je kierujemy. Niekiedy niszczą przede wszystkim nas samych. Człowiek może przez lata nosić w sobie czyjąś winę niczym ciężki kamień. Wraca do niej, roztrząsa ją, odtwarza rozmowy, których już nie zmieni, wyobraża sobie, co powinien był powiedzieć. I choć człowiek, który go skrzywdził, może dawno już o tym nie pamiętać, on sam wciąż pozostaje więźniem tamtego wydarzenia.
Dlatego pierwsze czytanie mówi coś bardzo mocnego: „Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia?” To pytanie jest bardziej przenikliwe, niż mogłoby się wydawać. Bo czasem prosimy Boga o pokój, a jednocześnie pielęgnujemy w sobie nieprzebaczenie. Prosimy o uzdrowienie, ale nie chcemy wypuścić z rąk krzywdy. Chcemy, aby Bóg był dla nas miłosierny, a wobec drugiego człowieka stawiamy się w roli sędziego.
I właśnie tutaj zaczyna się sens przypowieści Jezusa.
Sługa ma ogromny dług. Dziesięć tysięcy talentów to suma właściwie niewyobrażalna. Jezus celowo posługuje się przesadą, abyśmy zrozumieli, że chodzi o dług, którego człowiek nie jest w stanie spłacić. A więc nie jest to opowieść o drobnym potknięciu. To obraz naszego stanięcia przed Bogiem z całym ciężarem własnego życia: win, zaniedbań, słów, których nie powinniśmy wypowiedzieć, dobra, którego nie zrobiliśmy, egoizmu, którego często nawet w sobie nie zauważamy.
I wtedy dzieje się coś niezwykłego: król daruje cały dług.
Nie mówi: „Oddasz połowę”. Nie mówi: „Najpierw pokaż, że się poprawiłeś”. Nie mówi: „Jeszcze sobie na to zasłuż”. Po prostu daruje.
Dopiero na tym tle można zrozumieć drugą część przypowieści. Ten sam człowiek wychodzi i spotyka kogoś, kto jest mu winien sto denarów. Dług istnieje. Krzywda jest prawdziwa. Jezus nie mówi, że jej nie było. Problem polega na czymś innym: człowiek, któremu darowano dług niemożliwy do spłacenia, nie potrafi darować długu, który jest przy nim niewielki.
To jest właśnie dramat nieprzebaczenia: człowiek zapomina, ile sam otrzymał.
Być może dlatego tak łatwo osądzamy innych. Znamy ich grzechy, ale nie znamy całej historii ich życia. Widzimy ich zachowanie, ale nie widzimy ich ran. Widzimy skutki, ale nie znamy wszystkich przyczyn. O sobie natomiast potrafimy powiedzieć: „Miałem trudne życie”, „byłem zmęczony”, „poniosły mnie emocje”, „nie chciałem źle”, „mam swoje słabości”. Sobie tłumaczymy niemal wszystko. Innym często nie wybaczamy niczego.
Jezus nie mówi jednak: „Krzywda się nie liczy”. Przebaczenie chrześcijańskie nie oznacza udawania, że nic się nie stało. Nie oznacza również obowiązku dalszego znoszenia przemocy, manipulacji czy zła. Można komuś przebaczyć i jednocześnie postawić granicę. Można przebaczyć i nie odbudować dawnej relacji w takim samym kształcie. Można przebaczyć i powiedzieć: „To, co zrobiłeś, było złe, i nie pozwolę, aby wydarzyło się ponownie”.
Przebaczenie nie jest zgodą na zło. Jest odmową tego, aby zło miało władzę nad moim sercem.
To bardzo ważna różnica.
Czasem myślimy, że nie przebaczamy dlatego, że jesteśmy sprawiedliwi. Tymczasem może się okazać, że jesteśmy po prostu przywiązani do swojej krzywdy. Krzywda stała się częścią naszej tożsamości. „Jestem tym, którego skrzywdzono”. „Jestem tą, której on to zrobił”. I wtedy człowiek zaczyna budować swoje życie wokół dawnego bólu.
A przecież święty Paweł mówi dzisiaj: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. To zdanie nabiera szczególnej mocy w kontekście przebaczenia. Nasze życie nie należy wyłącznie do nas. Nie jesteśmy samotnymi wyspami. To, co nosimy w sercu, wpływa na ludzi wokół nas. Nasza złość przechodzi na innych. Nasze nieprzebaczenie zatruwa atmosferę rodziny. Dawna rana może stać się dziedziczonym sposobem myślenia: rodzice przekazują dzieciom swoje urazy, dzieci uczą się, kogo należy nie lubić, kogo należy omijać, komu nigdy nie należy zaufać.
I czasem człowiek po wielu latach odkrywa, że żyje nie tyle swoim własnym życiem, ile życiem zbudowanym wokół cudzej winy.
Jezus chce nas z tego uwolnić.
Dlatego przebaczenie jest przede wszystkim aktem wolności. Dopóki nie przebaczam, drugi człowiek nadal ma nade mną władzę. Może być daleko. Może już nie żyć. Może nawet nie wiedzieć, że wciąż o nim myślę. A jednak nadal zajmuje miejsce w moim wnętrzu. Przebaczyć znaczy powiedzieć: „Nie pozwolę, aby to, co mi zrobiłeś, określiło całe moje życie”.
Przebaczenie nie zawsze przychodzi od razu. Czasem jest wydarzeniem. Czasem jest procesem. Można jednego dnia powiedzieć Bogu: „Panie, chcę przebaczyć, ale jeszcze nie umiem”. I to również może być początek przebaczenia.
Może trzeba dziś powiedzieć Bogu nie tyle: „Już mu wybaczyłem”, ile raczej: „Panie, zabierz ze mnie potrzebę zemsty. Zabierz pragnienie, żeby on cierpiał tak jak ja. Naucz mnie oddać tę sprawę Tobie”.
Bo być może właśnie tego najbardziej potrzebujemy: nie zapomnienia, lecz oddania Bogu prawa do osądu.
Syracydes mówi: „Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić”. To brzmi niemal brutalnie, ale jest niezwykle realistyczne. Pamiętaj o końcu. Pamiętaj, że wszyscy jesteśmy śmiertelni. Pamiętaj, że ciało wróci do prochu. Pamiętaj, że wiele rzeczy, o które dzisiaj się spieramy, za kilka lat nie będzie miało żadnego znaczenia.
Pozostanie tylko pytanie: czy nauczyłem się kochać? Czy nauczyłem się przebaczać? Czy żyłem dla siebie, czy dla Pana?
Może więc warto dzisiaj pomyśleć o jednej osobie, której nazwisko od dawna nosimy w sobie jak akt oskarżenia. Nie po to, żeby usprawiedliwić jej zło. Nie po to, żeby udawać, że nie było bólu. Ale po to, aby wreszcie powiedzieć: „Boże, ten człowiek mnie zranił. Ty wiesz, jak bardzo. Ale nie chcę już, żeby jego wina rządziła moim życiem”.
A potem warto przypomnieć sobie własny „dziesięciotysięczny talent” – to wszystko, co Bóg nam przebaczył, czego nie potrafimy naprawić, za co nie umiemy sami sobie zapłacić. I wtedy może łatwiej będzie usłyszeć słowa Jezusa nie jako groźbę, lecz jako prawdę o królestwie Bożym:
„Darowałem ci cały ten dług. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?”
Nieprzebaczenie mówi: „Musisz zapłacić”.
Chrystus mówi: „Ja już wiem, czym jest cena. Ja ją zapłaciłem”.
Dlatego chrześcijanin nie jest człowiekiem, który nigdy nie zostaje zraniony. Jest człowiekiem, który swoje zranienia ostatecznie zanosi pod krzyż Chrystusa, zamiast budować z nich ołtarz własnej urazy.
I może właśnie dziś jest dobry dzień, żeby jeden taki kamień odłożyć.
Nie dlatego, że tamten człowiek na to zasłużył.
Dlatego, że ty zasługujesz na wolność.
A Chrystus umarł i zmartwychwstał właśnie po to, abyśmy – jak mówi św. Paweł – „żyli dla Pana”. Nie dla swojej krzywdy. Nie dla swojej urazy. Nie dla dawnych rachunków. Dla Pana.
A tam, gdzie człowiek przestaje prowadzić własną księgę win i pozwala Bogu zamknąć ją Jego miłosierdziem, zaczyna się prawdziwe uzdrowienie serca.
Homilia alternatywna IV
Czy naprawdę przebaczyłeś?
Są słowa Ewangelii, które słyszymy wiele razy i dlatego łatwo je oswoić. Słyszymy: „Przebaczaj”. Słyszymy: „Miłuj nieprzyjaciół”. Słyszymy: „Nie sądźcie”. I po pewnym czasie możemy nawet przestać słyszeć, jak bardzo te słowa są wymagające. Bo można znać Ewangelię, można ją czytać, można jej słuchać co niedzielę, a jednocześnie nosić w sercu człowieka, któremu od lat nie przebaczyliśmy. Piotr pyta Jezusa: „Ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie?”. Zwróćmy uwagę: Piotr nie pyta, czy trzeba przebaczyć. On pyta: ile razy. Jakby chciał znaleźć granicę chrześcijańskiej cierpliwości. Siedem razy? To przecież dużo. Jezus jednak odpowiada: „Nie siedem razy, lecz siedemdziesiąt siedem razy”. A więc Chrystus mówi nam dzisiaj coś niezwykle ważnego: miłosierdzie nie zna księgowości.
My natomiast jesteśmy księgowymi własnych krzywd. Pamiętamy, kto co powiedział. Pamiętamy, kto nas zawiódł. Pamiętamy, kto nas oszukał, upokorzył, odrzucił czy zdradził. Czasami pamiętamy to przez dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat. Potrafimy zapomnieć czyjeś dobre gesty, ale bardzo dokładnie pamiętamy jedno zdanie wypowiedziane w gniewie. I wtedy może się wydarzyć coś strasznego: człowiek, który nas skrzywdził przed laty, zaczyna nadal mieszkać w naszym sercu. Nie ma go obok nas, a jednak wciąż jest. Nie rozmawiamy z nim, a jednak prowadzimy z nim rozmowy. Nie widzimy go, a jednak odpowiadamy mu w myślach. On już dawno poszedł swoją drogą, a my nadal stoimy przy tamtym wydarzeniu. Czy to jest wolność?
Pierwsze czytanie odpowiada bardzo konkretnie: „Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia?”. To jest niezwykle mocne pytanie. Bo czasem przychodzimy do Boga i mówimy: „Panie, uzdrów moje serce”. A Bóg może odpowiedzieć: „Oddaj Mi najpierw tę osobę, której nie chcesz przebaczyć”. Przychodzimy do konfesjonału i wyznajemy nasze grzechy. Prosimy o miłosierdzie. Chcemy, aby Bóg wymazał nasze winy. Ale czy rzeczywiście jesteśmy gotowi okazać miłosierdzie temu, kto zawinił przeciwko nam? I tutaj przypowieść Jezusa staje się niepokojąco aktualna.
Sługa ma wobec króla ogromny dług. Dziesięć tysięcy talentów. To suma tak wielka, że Jezus chce nam pokazać jedno: tego długu człowiek nie jest w stanie spłacić. I właśnie ten dług zostaje mu darowany. Cały. Bez reszty. To jest obraz naszego życia przed Bogiem. Każdy z nas ma swoje dziesięć tysięcy talentów. Są rzeczy, których nie cofniemy. Są słowa, których już nie odwołamy. Są grzechy, za które nie możemy zapłacić własnymi siłami. Są zaniedbania, których nie naprawimy w pełni. Są chwile, w których zawiedliśmy Boga, ludzi i samych siebie. A mimo to przychodzimy przed Boga i słyszymy: „Daruję ci”. Nie dlatego, że jesteś bez winy. Nie dlatego, że zasłużyłeś. Ale dlatego, że Bóg jest miłosierny.
I wtedy człowiek wychodzi od króla, spotyka współsługę, któremu tamten winien jest sto denarów, i mówi: „Oddaj, coś winien”. Jak bardzo przypomina to nas! Bóg darował mi tysiące talentów, a ja nie potrafię darować komuś stu denarów. Bóg przebacza mi rzeczy, o których sam wolałbym nie pamiętać, a ja potrafię przez lata pamiętać cudzą winę. Bóg nie wypomina mi przeszłości, a ja potrafię wracać do przeszłości drugiego człowieka przy każdej okazji. I właśnie tutaj kończy się teoria chrześcijaństwa, a zaczyna jego prawda. Można przyjmować Komunię Świętą, odmawiać różaniec, chodzić do kościoła, znać modlitwy, słuchać kazań – i jednocześnie mieć w sercu zamknięte drzwi dla człowieka.
Dlatego Jezus mówi: „Jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu”. Zwróćmy uwagę na te słowa: „z serca”. Nie chodzi tylko o wypowiedzenie formuły: „Wybaczam ci”. Nie chodzi o udawanie, że nic się nie stało. Nie chodzi o zapomnienie. Nie chodzi o to, żeby nazwać dobro złem albo zło dobrem. Chrześcijańskie przebaczenie nie mówi: „To, co zrobiłeś, było niczym”. Mówi: „To, co zrobiłeś, było złem. Zraniło mnie. Ale nie oddam temu złu reszty mojego życia”. To jest przebaczenie.
Człowiek może postawić granicę i jednocześnie przebaczyć. Może zerwać relację, która jest niszcząca, i jednocześnie nie życzyć drugiemu człowiekowi zła. Może powiedzieć: „Nie pozwolę ci więcej mnie krzywdzić”, a zarazem modlić się: „Panie, zbaw go”. To jest dojrzałość chrześcijańska. Bo przebaczenie nie jest słabością. Przebaczenie jest siłą człowieka, który wie, że jego życie należy do Boga.
Święty Paweł mówi dzisiaj: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. To zdanie może nam się wydawać oderwane od Ewangelii o przebaczeniu, ale w rzeczywistości jest jej kluczem. Jeżeli nie żyjemy dla siebie, to także nasze zranienia nie mogą być naszym bogiem. Nie możemy całego życia organizować wokół jednej krzywdy. Nie możemy powiedzieć: „Zrobił mi to dwadzieścia lat temu, więc będę już taki na zawsze”. Nie możemy pozwolić, aby ktoś, kto zranił nas kiedyś, nadal decydował o naszym sercu dzisiaj. Chrystus chce nas z tego uwolnić. I właśnie dlatego przebaczenie jest tak ważne w życiu chrześcijanina. Bo człowiek nieprzebaczający staje się więźniem przeszłości, a Jezus przyszedł nie po to, żebyśmy byli więźniami własnych ran, lecz żeby nas wyzwolić.
Może więc warto dzisiaj zadać sobie pytanie, którego być może od dawna unikamy: komu tak naprawdę jeszcze nie przebaczyłem? Nie: „Kto mnie zranił?”. To wiemy. Nie: „Kto był winny?”. To także wiemy. Ale: „Komu jeszcze nie przebaczyłem?”. Może jest to współmałżonek. Może brat albo siostra. Może dorosłe dziecko. Może rodzic. Może dawny przyjaciel. Może człowiek, którego nazwiska już nie wypowiadamy, ale którego wspomnienie wciąż budzi gniew. A może najtrudniej przebaczyć samemu sobie. Bo bywają ludzie, którzy przyjęli Boże przebaczenie, ale sami nie potrafią uwierzyć, że naprawdę zostali uwolnieni.
Tymczasem Eucharystia, którą za chwilę przyjmiemy, jest przypomnieniem, że Chrystus nie przyszedł policzyć naszych długów. Przyszedł je spłacić. Na ołtarzu nie składamy Bogu rachunku własnej doskonałości. Przychodzimy z pustymi rękami. I właśnie dlatego możemy odejść z rękami pełnymi. Ale jeśli Bóg tak wiele nam przebacza, czy możemy spokojnie powiedzieć: „Boże, przebacz mi wszystko, tylko tej jednej osobie nie pozwól mi przebaczyć”? Nie możemy. Bo przebaczenie drugiemu człowiekowi nie jest dodatkiem do chrześcijaństwa. Jest konsekwencją przyjęcia miłosierdzia Boga.
Dlatego może dzisiejsza Ewangelia jest wezwaniem nie do wielkich deklaracji, lecz do jednego konkretnego kroku. Może trzeba po Mszy Świętej przestać o kimś źle mówić. Może trzeba przestać wracać do dawnej historii. Może trzeba wykonać jeden telefon. Może trzeba powiedzieć: „Nie zapomniałem, ale nie chcę już nienawidzić”. A może trzeba uklęknąć przed Bogiem i powiedzieć tylko: „Panie, ja jeszcze nie potrafię przebaczyć. Ale chcę chcieć przebaczyć. Zrób to we mnie”. I może właśnie taka modlitwa będzie początkiem cudu. Bo przebaczenie jest łaską. Nie zawsze rodzi się z naszej siły. Czasem rodzi się z krzyża Chrystusa.
Spójrzmy więc dzisiaj na Ukrzyżowanego. On miał prawo powiedzieć: „To oni są winni”. A powiedział: „Ojcze, przebacz im”. Jeżeli chcemy wiedzieć, czym jest chrześcijańskie przebaczenie, nie patrzmy najpierw na siebie. Patrzmy na Chrystusa. A potem zapytajmy bardzo osobiście: Czy jest ktoś, komu nadal odmawiam miejsca w moim sercu? Czy jest ktoś, komu życzę, aby wreszcie „zapłacił”? Czy jest ktoś, czyje imię natychmiast wywołuje we mnie gniew? Jeżeli tak, nie uciekajmy od tego pytania. Przynieśmy tę osobę dziś przed Chrystusa. Nie po to, żeby powiedzieć: „On nie zawinił”. Ale po to, żeby powiedzieć: „Panie, on zawinił. Bardzo mnie zranił. Ale ja nie chcę już być niewolnikiem tej krzywdy. Oddaję Ci mój ból. Oddaję Ci mój gniew. Oddaję Ci jego winę. I proszę: naucz mnie przebaczać”.
Może właśnie wtedy zacznie się nasze uzdrowienie. Bo Bóg nie pyta dzisiaj przede wszystkim: „Ile razy ktoś cię zranił?”. Bóg pyta: „Ile z mojego miłosierdzia jesteś gotów podać dalej?”. A odpowiedź na to pytanie nie będzie znajdowała się w naszych słowach, lecz w naszym sercu i w naszym życiu. Amen.
Homilia alternatywna V
Dzisiejsze słowo Boże dotyka jednej z najbardziej bolesnych i zarazem najbardziej ukrytych spraw ludzkiego serca: krzywdy, która nie chce umrzeć. Człowiek może wiele rzeczy zostawić za sobą, może przestać o czymś mówić, może nawet sprawiać wrażenie, że już się z tym pogodził, a jednak gdzieś głęboko pozostaje pamięć: „On mi to zrobił”, „ona mnie zraniła”, „tego nie potrafię zapomnieć”. I czasem właśnie ta pamięć zaczyna żyć własnym życiem. Nie pozwala spokojnie patrzeć na drugiego człowieka, wraca w myślach, pojawia się przy okazji rodzinnych spotkań, rozmów, świąt, a nawet modlitwy. Człowiek, który nas skrzywdził, może już dawno zapomnieć o tym, co zrobił, może żyć spokojnie, podczas gdy my nadal nosimy w sobie jego czyn. Wtedy dzieje się coś paradoksalnego: ktoś zranił nas kiedyś, ale my każdego dnia pozwalamy, aby jego krzywda nadal miała wpływ na nasze życie. I właśnie dlatego Jezus mówi dzisiaj o przebaczeniu nie jako o pięknym dodatku do chrześcijaństwa, ale jako o czymś, bez czego człowiek nie potrafi naprawdę żyć wolny.
Piotr pyta Jezusa: „Ile razy mam przebaczyć? Czy aż siedem razy?”. To pytanie jest bardzo ludzkie, ponieważ Piotr chce znać granicę. Chce wiedzieć, kiedy kończy się obowiązek, a zaczyna prawo do powiedzenia: „Dosyć!”. Jezus odpowiada: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. Nie chodzi oczywiście o to, abyśmy prowadzili księgę rachunkową przebaczenia i po siedemdziesiątym siódmym razie powiedzieli: „Teraz już wolno mi nienawidzić”. Jezus niszczy samą logikę liczenia. Przebaczenie nie jest matematyką. Jest zmianą sposobu patrzenia na drugiego człowieka. Człowiek skrzywdzony często chciałby, aby sprawiedliwość polegała na tym, że drugi człowiek poniesie dokładnie taką samą stratę, jaką nam wyrządził. Chcemy, żeby poczuł nasz ból, żeby zrozumiał, co zrobił, żeby wreszcie przyznał nam rację. A czasem czekamy na jego przeprosiny tak długo, że nie zauważamy, iż nasze życie zostało uzależnione od tego, czy ktoś inny okaże skruchę. Jezus proponuje coś znacznie trudniejszego: nie pozwól, aby cudzy grzech zamieszkał w twoim sercu na stałe.
W przypowieści o nielitościwym dłużniku Jezus posługuje się obrazem długu, którego człowiek nie jest w stanie spłacić. Dziesięć tysięcy talentów to suma niewyobrażalna. Sługa nie ma najmniejszej szansy jej oddać. I właśnie tutaj zaczyna się najważniejsza część przypowieści: król nie negocjuje z nim wysokości rat, nie rozkłada długu na lata, nie mówi: „Spróbuj przynajmniej oddać połowę”. On daruje cały dług. W jednej chwili człowiek, który był bankrutem, staje się wolny. A jednak chwilę później ten sam człowiek spotyka kogoś, kto jest mu winien sto denarów — sumę nieporównywalnie mniejszą — i zaczyna go dusić, domagając się natychmiastowej spłaty. Właśnie w tym kontraście Jezus pokazuje coś niezwykle ważnego o nas samych: bardzo łatwo pamiętamy cudze winy, a bardzo trudno pamiętamy własny dług wobec Boga. Bardzo dobrze widzimy to, co ktoś zrobił przeciwko nam, natomiast znacznie trudniej zobaczyć to, co sami uczyniliśmy innym. Chętnie prosimy Boga: „Panie, przebacz mi”, ale jednocześnie w głębi serca możemy mówić: „Ale tej jednej osobie, Panie, nie każ mi przebaczać”. Wtedy przypowieść Jezusa staje się nie opowieścią o jakimś bezlitosnym człowieku, lecz o nas.
Pierwsze czytanie z Księgi Syracha mówi to jeszcze ostrzej: „Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia?”. To pytanie powinno nas zatrzymać. Możemy bowiem przychodzić do Boga z całym naszym bólem, możemy prosić o zdrowie, pokój, pomoc, przebaczenie grzechów, możemy odmawiać najpiękniejsze modlitwy, a jednocześnie trzymać w sercu człowieka, któremu nie chcemy przebaczyć. I wtedy powstaje w nas wewnętrzne pęknięcie: prosimy Boga o miłosierdzie dla siebie, ale odmawiamy go komuś innemu. Chcemy, żeby Bóg patrzył na nas przez pryzmat naszego cierpienia, ale patrzymy na drugiego człowieka wyłącznie przez pryzmat jego winy. Syrach przypomina nam o czymś bardzo prostym i bardzo trudnym: „Sam będąc ciałem trwa w nienawiści, któż więc odpokutuje za jego przewinienia?”. W gruncie rzeczy jest to pytanie o to, kim chcemy być. Czy chcemy być człowiekiem, którego życie określa krzywda, której doznał, czy człowiekiem, którego życie określa łaska, którą otrzymał?
Trzeba jednak bardzo wyraźnie powiedzieć, że chrześcijańskie przebaczenie nie oznacza udawania, że nic się nie stało. Nie oznacza nazywania zła dobrem. Nie oznacza rezygnacji ze sprawiedliwości ani zgody na dalsze krzywdzenie. Nie oznacza również, że po każdym zranieniu musimy natychmiast odbudować taką samą relację jak wcześniej. Można przebaczyć i jednocześnie zachować rozsądną granicę. Można przebaczyć i nie pozwolić komuś ponownie siebie skrzywdzić. Można przebaczyć, nawet jeśli druga osoba nigdy nie przeprosiła i nie uznała swojej winy. Przebaczenie nie mówi: „To, co zrobiłeś, było dobre”. Mówi raczej: „Nie pozwolę, aby to, co zrobiłeś, zatruło moje serce i określiło całe moje dalsze życie”. Czasem przebaczenie dokonuje się nie w jednym wielkim geście, ale bardzo powoli. Człowiek może powiedzieć Bogu: „Panie, ja jeszcze nie potrafię tej osoby pokochać ani nawet spokojnie o niej myśleć. Ale nie chcę jej nienawidzić. Nie chcę się mścić. Nie chcę życzyć jej zła. Ty zajmij się tym, czego ja nie potrafię unieść”. I taka modlitwa może być początkiem prawdziwego przebaczenia.
Dlatego niezwykle ważne jest także drugie czytanie: „Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie”. Te słowa św. Pawła rzucają na przebaczenie zupełnie inne światło. Człowiek nie jest samotną wyspą. To, co nosimy w sobie, wpływa na innych. Nasza złość, żal, nieprzebaczenie mogą przechodzić na dzieci, współmałżonka, rodzinę, przyjaciół. Czasem człowiek, który został skrzywdzony przez jedną osobę, zaczyna nieświadomie ranić innych, którzy nie są niczemu winni. Dawna krzywda zaczyna więc produkować nowe krzywdy. Wtedy przebaczenie staje się nie tylko uwolnieniem siebie, ale także przerwaniem łańcucha zła. Ktoś kiedyś zranił mnie, ale ja nie muszę z tego powodu ranić następnych. Ktoś był wobec mnie niesprawiedliwy, ale ja nie muszę stać się niesprawiedliwy wobec innych. Ktoś odebrał mi pokój, ale ja nie muszę odbierać pokoju tym, których spotykam. „Żyjemy dla Pana” — mówi św. Paweł. A skoro należymy do Chrystusa, nie możemy pozwolić, aby nasze serce zostało urządzone według zasad tego świata: „oddaj pięknym za nadobne”, „nie daruj”, „nie zapominaj”, „niech poczuje to samo”.
Może więc dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami nie pytanie: „Komu powinienem przebaczyć?”, lecz pytanie znacznie głębsze: „Czy ja naprawdę wierzę, że sam żyję z przebaczenia Boga?”. Bo chrześcijaństwo zaczyna się właśnie tutaj. Każdy z nas jest człowiekiem, któremu darowano dług, którego sam nie byłby w stanie spłacić. Nie przychodzimy przed Boga jako ludzie bez winy. Przychodzimy jako ci, których Chrystus odkupił. I właśnie dlatego modlimy się: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. To nie jest pobożna formułka, którą można bezmyślnie wypowiedzieć. To jest jedna z najbardziej radykalnych próśb, jakie człowiek może skierować do Boga: „Panie, mierz mnie tą samą miarą miłosierdzia, którą ja jestem gotów zastosować wobec innych”. I może właśnie dlatego warto czasem bardzo powoli odmówić tę modlitwę i zatrzymać się na jednym zdaniu, pytając siebie: czy naprawdę chcę, aby Bóg przebaczył mi tak, jak ja przebaczam?
Księga Syracha mówi: „Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić”. To nie jest ponure przypomnienie o śmierci. To jest wezwanie do właściwej perspektywy. Przyjdzie dzień, kiedy wiele rzeczy, które dziś wydają nam się ogromne, przestanie mieć znaczenie. Przyjdzie dzień, kiedy nie będziemy już mogli wrócić do żadnej rozmowy, żadnego konfliktu, żadnej niewypowiedzianej dobrej rzeczy. Nie zmienimy przeszłości. Nie odzyskamy utraconych lat. Nie będziemy mogli cofnąć słów, które wypowiedzieliśmy ani tych, których nie wypowiedzieliśmy. Ale dopóki żyjemy, możemy jeszcze zmienić to, co z przeszłością zrobimy w naszym sercu. Możemy pozwolić, aby dawna rana stała się miejscem, w którym dojrzewa miłosierdzie. Możemy przestać karmić w sobie dawne konflikty. Możemy po latach powiedzieć: „To się wydarzyło. Tego nie wymażę. Ale nie chcę już żyć przeciwko tobie”. I być może właśnie wtedy człowiek po raz pierwszy naprawdę odzyskuje wolność.
Przebaczenie jest więc czymś więcej niż moralnym obowiązkiem. Jest uczestnictwem w sposobie, w jaki Bóg patrzy na człowieka. Bóg nie mówi, że grzech nie ma znaczenia. Krzyż Chrystusa jest dowodem, że grzech ma znaczenie ogromne. Ale jeszcze większe jest miłosierdzie. Na krzyżu Jezus nie odpowiada na ludzką przemoc kolejną przemocą. Nie mówi: „Teraz zobaczycie, kto ma rację”. Oddaje swoje życie i otwiera drogę przebaczenia. Dlatego chrześcijanin nie przebacza dlatego, że krzywda była mała. Przebacza dlatego, że Chrystus jest większy niż krzywda. Nie przebacza dlatego, że zapomniał. Przebacza dlatego, że nie chce, aby pamięć o krzywdzie była silniejsza od pamięci o Bożym miłosierdziu. I może właśnie dziś trzeba przed Bogiem nazwać po imieniu tę jedną osobę, której od dawna nie potrafimy przebaczyć. Nie po to, żeby usprawiedliwiać jej czyn, ale po to, żeby przestać oddawać jej władzę nad własnym sercem. Można powiedzieć: „Boże, oddaję Ci tę historię. Nie umiem jej naprawić. Nie umiem cofnąć czasu. Nie umiem zmienić tamtego człowieka. Ale chcę, żebyś zmienił moje serce”. A wtedy być może zacznie się najważniejsze uzdrowienie: nie uzdrowienie przeszłości, której już nie zmienimy, lecz uzdrowienie naszego stosunku do niej. Bo człowiek, który przebacza, nie mówi: „Nie zostałem zraniony”. Mówi: „Zostałem zraniony, ale moja rana nie będzie moim panem. Moje życie nie będzie należało do mojej krzywdy. Należę do Chrystusa”. I właśnie dlatego słowa św. Pawła stają się dzisiaj kluczem do całej Ewangelii: „I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana”. Skoro należymy do Niego, także nasze rany, nasze wspomnienia, nasze rozczarowania i nasze nieprzebaczenie możemy w końcu złożyć w Jego ręce. A On potrafi zrobić z nimi coś, czego my sami zrobić nie umiemy: przemienić je z ciężaru w miejsce łaski.
Homilia alternatywna VI
To jest bankructwo bez dna.
Sługa z Ewangelii wisi królowi dziesięć tysięcy talentów. To kwota niewyobrażalna. To nie jest dług, to przepaść finansowa, której nie spłacisz, nawet gdybyś pracował przez tysiąc żyć. Stoisz przed królem jako nędzarz, który przegrał absolutnie wszystko.
Król jednak nie wysyła go do lochów. Nie sprzedaje jego rodziny w niewolę, choć prawo mu na to pozwala. Król kasuje dług. Wszystko. To jest akt czystej, absolutnej łaski. Dar.
Sługa wychodzi na korytarz. Spotyka kolegę, który wisi mu sto denarów. To miedziaki. Grosze. W tej samej sekundzie sługa zapomina o tych dziesięciu tysiącach talentów, które mu darowano. W jego oczach pojawia się wściekłość. Chwyta kolegę za gardło, dusi go i ryczy: „Oddaj, coś winien!”.
To my. To jest portret nas samych.
Każda spowiedź to jest ten moment, w którym stajemy przed Królem. On kasuje nasze gigantyczne, niepoliczalne długi. Wychodzimy z konfesjonału czyści. Ale zaraz potem wchodzi do naszego życia mąż, żona, teściowa, szef, czy sąsiad. Ktoś, kto nas zranił. Ktoś, kto jest nam winien przysłowiowe „sto denarów”.
I nagle włączamy mechanizm bezwzględnego egzekutora. Zapominamy o własnym, przepastnym długu. Domagamy się sprawiedliwości tu i teraz. Żądamy krwi za drobiazg, sami obdarowani oceanem miłosierdzia.
Syrach mówi brutalnie: „Złość i gniew są obrzydliwościami”. Niewybaczenie to trucizna, którą pijesz, czekając, aż umrze twój wróg. To ślepy zaułek. Kiedy trzymasz w sercu urazę, dławisz sam siebie. Budujesz więzienie, w którym jesteś jednocześnie katem i jedynym więźniem. Blokujesz w sobie uzdrawiającą moc Boga, który pragnie cię uwolnić, ale nie może tego zrobić, jeśli twoje serce jest zaciśnięte w pięść.
Święty Paweł stawia nam dzisiaj twardą granicę rzeczywistości: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie. Jesteśmy własnością Pana”. To oznacza, że to On jest Sędzią. Kiedy wymierzasz sprawiedliwość na własną rękę, siadasz na Bożym tronie. A to krzesło jest dla ciebie za duże. Spadniesz z niego z hukiem.
Opowiem wam historię Corrie ten Boom. Była więźniarką obozu w Ravensbrück. Przeżyła piekło. Kilka lat po wojnie spotkała w kościele dawnego strażnika z tego obozu, człowieka, który łamał życie jej i jej siostrze. On wyciągnął rękę i poprosił o przebaczenie. Corrie w środku zamarła. Gardło ścisnęła lodowata nienawiść. Nie potrafiła tego zrobić po ludzku. Czuła pustkę.
Wtedy wyszeptała w sercu: „Panie, nie dam rady. Daj mi swoją rękę”. I po prostu, z własnej woli, dotknęła jego dłoni. W tej samej sekundzie poczuła, jak fala ciepła i miłości rozlewa się po całym jej ciele. Nienawiść zniknęła. Człowiek, który był potworem, stał się człowiekiem. To jest ten cud przebaczenia, do którego wzywa Jezus, mówiąc o siedemdziesięciu siedmiu razy. Zawsze. Zawsze, gdy krew ci się burzy, musisz oddać ten dług Bogu.
Pamiętaj o ostatnim dniu, o którym mówi Syrach. Śmierć przyjdzie po każdego z nas. Staniemy przed Obliczem Miłosierdzia.
Jak staniesz? Z zaciśniętą pięścią, trzymając listę krzywd? Czy z otwartymi dłońmi, pokazując, że wiesz, ile sam dostałeś, i że przekazujesz to dalej?
Homilia alternatywna VII
Masz dług nie do spłacenia. Dziesięć tysięcy talentów. To nie jest parę groszy, to bankructwo bez dna. To jesteś Ty przed Bogiem. Przez własne grzechy jesteś winien Nieskończoności.
I nagle stajesz przed Królem. Nie przed sędzią z aktami, tylko przed Ojcem pełnym miłosierdzia. Upadasz na kolana, błagasz o litość. Wiesz, że to kłamstwo, bo nigdy nie oddasz, ale Król... Król nie mówi: „Dobra, daruję ci połowę”. Nie rozkłada długu na raty. On go kasuje. Wszystko. Całe to gigantyczne bankructwo. Jesteś wolny.
Wychodzisz z sali tronowej. Jesteś lekki, czysty, obdarowany oceanem łaski. I co robisz? Zauważasz na korytarzu tego faceta, który jest winien Ci sto denarów. Może nie oddał ci pożyczki, może powiedział o tobie coś głupiego, może jest ci winien przysłowiową stówę.
W tej sekundzie, gdy spotykasz jego spojrzenie, zapominasz o Królu. Zapominasz o dziesięciu tysiącach talentów, które ci darowano. Włączasz w sobie tryb „sprawiedliwość”. Chwytasz go za gardło, dławisz i syczysz: „Oddaj, coś winien! Mnie nie obchodzi, że nie masz!”.
To my. To jest portret nas samych.
Każda spowiedź, każda Eucharystia to jest ten moment, w którym stajemy przed Królem. On kasuje nasze gigantyczne, niepoliczalne długi. Wychodzimy czyści. Ale zaraz potem wchodzi do naszego życia mąż, żona, teściowa, szef, czy sąsiad. Ktoś, kto nas zranił. Ktoś, kto jest nam winien przysłowiowe „sto denarów”.
I nagle włączamy mechanizm bezwzględnego egzekutora. Zapominamy o własnym, przepastnym długu. Domagamy się sprawiedliwości tu i teraz. Żądamy krwi za drobiazg, sami obdarowani miłosierdziem, które warte jest więcej niż całe nasze życie.
Syrach mówi brutalnie: „Złość i gniew są obrzydliwościami”. Niewybaczenie to trucizna, którą pijesz, czekając, aż umrze twój wróg. To ślepy zaułek. Kiedy trzymasz w sercu urazę, dławisz sam siebie. Budujesz więzienie, w którym jesteś jednocześnie katem i jedynym więźniem. Blokujesz w sobie uzdrawiającą moc Boga, który pragnie cię uwolnić, ale nie może tego zrobić, jeśli twoje serce jest zaciśnięte w pięść.
Święty Paweł stawia nam dzisiaj twardą granicę rzeczywistości: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie. Jesteśmy własnością Pana”. To oznacza, że to On jest Sędzią. Kiedy wymierzasz sprawiedliwość na własną rękę, siadasz na Bożym tronie. A to krzesło jest dla ciebie za duże. Spadniesz z niego z hukiem.
Opowiem wam historię Corrie ten Boom. Była więźniarką obozu w Ravensbrück. Przeżyła piekło. Kilka lat po wojnie spotkała w kościele dawnego strażnika z tego obozu, człowieka, który łamał życie jej i jej siostrze. On wyciągnął rękę i poprosił o przebaczenie. Corrie w środku zamarła. Gardło ścisnęła lodowata nienawiść. Nie potrafiła tego zrobić po ludzku. Czuła pustkę.
Wtedy wyszeptała w sercu: „Panie, nie dam rady. Daj mi swoją rękę”. I po prostu, z własnej woli, dotknęła jego dłoni. W tej samej sekundzie poczuła, jak fala ciepła i miłości rozlewa się po całym jej ciele. Nienawiść zniknęła. Człowiek, który był potworem, stał się człowiekiem. To jest ten cud przebaczenia, do którego wzywa Jezus, mówiąc o siedemdziesięciu siedmiu razy. Zawsze. Zawsze, gdy krew ci się burzy, musisz oddać ten dług Bogu.
Pamiętaj o ostatnim dniu, o którym mówi Syrach. Śmierć przyjdzie po każdego z nas. Staniemy przed Obliczem Miłosierdzia.
Jak staniesz? Z zaciśniętą pięścią, trzymając listę krzywd? Czy z otwartymi dłoniami, pokazując, że wiesz, ile sam dostałeś, i że przekazujesz to dalej?




