menu

wtorek, 3 listopada 2026

XXXII Niedziela w ciągu roku - A

Mdr 6,12-16

Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca: ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują, i ci ją znajdą, którzy jej szukają, uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać. Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi, znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich. O niej rozmyślać - to szczyt roztropności, a kto z jej powodu nie śpi, wnet się trosk pozbędzie: sama bowiem obchodzi i szuka tych, co są jej godni, objawia się im łaskawie na drogach i wychodzi naprzeciw wszystkim ich zamysłom.

1Tes 4,13-18

Nie chcemy, bracia, waszego trwania w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei. Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus istotnie umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim. To bowiem głosimy wam jako słowo Pańskie, że my, żywi, pozostawieni na przyjście Pana, nie wyprzedzimy tych, którzy pomarli. Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem. Przeto wzajemnie się pocieszajcie tymi słowami!

Mt 25,1-13

Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie! Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną. Odpowiedziały roztropne: Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie! Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: Panie, panie, otwórz nam! Lecz on odpowiedział: Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny.



Czy jesteś świadom, że czegoś ci potrzeba w podróży przez życie?

Trochę dziwna i wydaje się dzisiejsza Ewangelia i nie do końca zrozumiała intencja Pana Jezusa. O co Mu chodzi w tej przypowieści z rozsądnymi i nierozsądnymi kobietami? No i jakie to ma znaczenie dla nas żyjących w XXI wieku kiedy ma nawet nie wiemy co to jest lampa na oliwę? Czy mówiąc tę przypowieść Jezus rzeczywiście chciał powiedzieć coś ważnego i istotnego dla nas?

Oczywiście należy najpierw przedrzeć się przez zasłonę symbolu. Wybierając się w daleką drogę, czy nawet udając się w niedaleką podróż, trzeba się należycie przygotować. Nie mogę mieć pretensji do nikogo, jeśli stanie się coś co mogłem przewidzieć, a ja na to nie byłem przygotowany, bo zaniedbałem moje normalne obowiązki. Jeśli wychodzę z domu w pochmurny dzień powinienem wziąć pod uwagę fakt, że może padać deszcz i powinienem się zapatrzeć w parasol. Trudno oczekiwać, że ktoś na ulicy użyczy mi swojego parasola czy płaszcza bo akurat się rozpadało, a ja zlekceważyłem prognozy pogody i wyszedłem w koszuli.

Podobnie jest w całym naszym życiu, które może być porównane to takiej właśnie podróży. Jej ostatecznym celem jest zbawienie i życie wieczne, które w przypowieści Chrystusa symbolizuje uczta weselna. My na taką ucztę się właśnie wybieramy i powinniśmy się do tego odpowiednio przygotować. Sam Chrystus daje nam wszystkie konieczne środki i pomoce, aby nas do tej uczty weselnej doprowadzić. To są sakramenty jakie każdemu z nas proponuje z Chrztem, Spowiedzią i Komunią na czele. Chrystus zapewnił nam komfort podróży nie tylko z wygodami, ale i podróży nie samotnej lecz wspólnocie Kościoła. Z naszej jednak strony oczekuje, ze proponowane przez Niego środki do zbawienia wykorzystamy, że ich nie zlekceważymy, nie zignorujemy. Nie może być tak, że beztrosko korzystamy z życia i używamy go a nawet nadużywamy do woli i według własnego widzimisię, ale pod koniec życia próbujemy wywrzeć na innych presję i oczekujemy „cudów nawrócenia”. Nie bardzo wierzę w takie spektakularne nawrócenia na łożu śmierci (no chyba że ktoś modlił się, jak święta Monika przez 30 lat o nawrócenie swojego męża). Zazwyczaj bowiem jest tak, jak z tymi pannami nieroztropnymi, które dopiero w ostatnim momencie przypominają sobie, że im „oliwy może zabraknąć” !!! A co robiłeś całe życie? Z sakramentów nie korzystałeś, przykazania lekceważyłeś, Kościół założony przez Chrystusa odstawiłeś na bok …, a teraz pod koniec życia … oliwy ci zabrakło !!!

Warto o tym pomyśleć może właśnie teraz w miesiącu listopadzie, kiedy wspominamy właśnie tych, którzy już przed bramami na ucztę oczekują … Oczywiście naszą modlitwą i naszymi „Zaduszkami” możemy im „trochę tej oliwy do lamp dostarczyć”, ale co jeśli ktoś nawet lampy ze sobą nie zabrał?!?!?

Nie odkładaj zaopatrzenia się w lampę i oliwę na ostatnią chwilę, bo możesz nie zdążyć, bo nie znasz dnia ani godziny.
Obyś zdziwiony nie usłyszał przerażającego wyroku: „
Zaprawdę, powiadam wam, nie znam cię.”


Homilia alternatywna

Nieroztropność to czy głupota?

Idziemy przez życie zadowoleni i dumni z naszych lamp. Szczycimy się i chwalimy tym cośmy osiągnęli, pokazując to na „wystawach” rodzinnych i koleżeńskich przyjęć, na targowiskach próżności i biennale zbytku. Zapomnieliśmy tylko, że brak nam ducha, że te wszystkie materialne dobra, to wszystko z czego jesteśmy tacy dumni, to jak lampy bez oliwy, to jak latarki bez baterii, to jak piękne, ale puste talerze, z których nikt się nie pożywi. Zapomnieliśmy tylko, że najpiękniej oprawiona książka, jeśli głupia i bez znaczenia nie będzie czytana, że spryt to nie mądrość, a przebiegłość, to nie roztropność. I dopiero wtedy, gdy zbliża się koniec życia i kiedy "lampy należałoby opatrzeć" okazuje się, że nam "oliwy brak", że byliśmy po prostu głupi dbając o to, co zewnętrzne i materialne, ale przecież tylko drugoplanowe i bezduszne, a zapominając o tym co ożywia i daje światło. I z przerażeniem stwierdzamy, że nasze lampy choć piękne i ozdobne, i wypieszczone, i kolorowe, i bogato zdobione są bezużyteczne, bo nie świecą.... ŻE CAŁE NASZE ŻYCIE BYŁO I NIESTETY NADAL JEST JAK TA PUSTA LAMPA BEZ OLIWY!!! A dlaczego nie zaopatrzyłem się w oliwę, kiedy był na to czas? Dlaczego spałem i dbałem jedynie o pozory? Co robiłem w życiu i dlaczego maje baterie się wyczerpały? JESTEM PUSTY bo byłem głupi, bo mi "oliwy brakło", bo byłem tylko przebiegły zamiast być mądrym, bo byłem jedynie sprytny zamiast być roztropnym!!! Przerażające stwierdzenie... A mnie się wydawało, że się urządziłem i rzeczywiście nieźle się urządziłem na krótką doczesność, ale też się "nieźle URZĄDZIŁEM" na całą wieczność...

Czy świecę, czy też jestem jedynie pustą, choć zewnętrznie piękną lampą?



Homilia Alternatywna II

Homilia: Oliwa, która wystarcza na noc
Trzy dzisiejsze czytania — o Mądrości, o chrześcijańskiej nadziei wobec śmierci i o dziesięciu pannach — układają się w jeden duchowy dramat dorosłego człowieka. Nie jest to dramat lęku, lecz dramat wolności, która uczy się kochać w czasie. Bóg nie chce, abyśmy żyli w panice przed „północą”, ale abyśmy każdego dnia gromadzili oliwę, która pozwoli naszej lampie płonąć, gdy zabraknie światła z zewnątrz.

1. Mądrość, która wychodzi nam naprzeciw
Księga Mądrości mówi, że Mądrość „jest wspaniała i niewiędnąca”, że „uprzedza tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać”. To zdanie jest jednym z najpiękniejszych opisów łaski. Nie szukamy Boga sami, z własnej inicjatywy, jakbyśmy byli właścicielami duchowego wysiłku. To Bóg pierwszy wychodzi nam naprzeciw: w natchnieniu sumienia, w pragnieniu, którego nie potrafimy do końca nazwać, w niepokoju, który budzi nas z duchowego snu.
Mądrość w Biblii nie jest jednak tylko wiedzą ani sprytem życiowym. W tradycji chrześcijańskiej Mądrość ma imię: Jezus Chrystus. On jest Tym, który „siedzi u drzwi” naszego życia i czeka. Dorosła wiara polega więc nie na tym, że mamy coraz więcej religijnych informacji, ale na tym, że coraz głębiej pozwalamy się prowadzić Temu, który pierwszy nas umiłował.

„Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi” — to piękny obraz porannej modlitwy, pierwszego spojrzenia dnia skierowanego ku Bogu. Nie chodzi oczywiście tylko o wczesną godzinę. Chodzi o to, komu oddajemy pierwsze miejsce w naszym dniu, w naszych myślach, w naszych decyzjach. Mądrość roztropna to nie ta, która wszystko przewidzi, ale ta, która życie porządkuje według tego, co wieczne. Dorosły człowiek codziennie staje przed pytaniem: czy buduję życie na tym, co przemija, czy na tym, co „niewiędnące”?

2. Nadzieja, która nie jest złudzeniem
Święty Paweł pisze do Tesaloniczan: „Nie chcemy, bracia, waszego trwania w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei”. Apostoł nie zabrania smutku. Chrześcijanin ma prawo płakać przy trumnie, ma prawo odczuwać ból rozstania. Wiara nie odbiera człowiekowi serca. Ale wiara nadaje temu płaczowi inny kierunek: nie jest to płacz bez wyjścia, lecz płacz człowieka, który wie, że śmierć nie jest ostatnim słowem.

Nadzieja chrześcijańska nie jest optymizmem, który mówi: „jakoś to będzie”. Nie jest też ucieczką od rzeczywistości. Opiera się na konkretnym wydarzeniu: „Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus istotnie umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim”. Nasza nadzieja ma imię: Zmartwychwstały Chrystus. Dlatego „zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi”, a my „zawsze będziemy z Panem”.

To słowo dotyka nas bardzo osobiście. Wielu z nas nosi w sercu żałobę po rodzicach, małżonkach, dzieciach, przyjaciołach. Dzisiejsze czytanie nie mówi nam, że mamy nie tęsknić. Mówi, że nasza tęsknota może być przeniknięta nadzieją. Modlitwa za zmarłych, Msza święta odprawiana w ich intencji, wiara w Boże miłosierdzie — to wszystko są znaki, że nie żegnamy się z nimi na zawsze. „Przeto wzajemnie się pocieszajcie tymi słowami” — pisze Paweł. Chrześcijańska nadzieja nie jest sprawą prywatną. Rodzi się i umacnia we wspólnocie, gdy jedni drugim przypominają, że Chrystus żyje.

3. Oliwa czuwania
Przechodzimy do Ewangelii. Dziesięć panien, dziesięć lamp, jedna noc, jedno wołanie o północy. Wszystkie wyszły na spotkanie pana młodego. Wszystkie miały lampy. Wszystkie zasnęły. Różnica nie polegała na tym, że jedne były „lepsze” od drugich w sensie moralnej doskonałości. Różnica była w oliwie. Pięć panien wzięło zapas, pięć — nie.

Czym jest oliwa? Ojcowie Kościoła widzieli w niej życie łaski: wiarę działającą przez miłość, modlitwę, sakramenty, wierność powołaniu, ciche dobro czynione codziennie. Oliwa to nie jednorazowy zapał, ale trwała rezerwa wewnętrznego życia. To wszystko, co gromadzimy w ciągu dni, gdy nikt nie patrzy: godzina adoracji, różaniec w drodze, rachunek sumienia, przebaczenie komuś, cierpliwość wobec współmałżonka, uczciwość w pracy, pomoc potrzebującemu, milczenie zamiast ostrego słowa.

Panna nierozsądna nie jest postacią z daleka. To dorosły człowiek, który mówi: „Jeszcze mam czas”, „Później się nawrócę”, „Najpierw ułożę życie, potem zajmę się Bogiem”. To człowiek, który ma lampę — może nawet pięknie wyglądającą — ale nie ma w niej oliwy. Ma religijne przyzwyczajenia, ale nie ma żywej relacji. Ma słowa, ale nie ma miłości. Ma zewnętrzny blask, ale nie ma wewnętrznego zapasu.

„Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”. Czuwanie nie oznacza bezsennych nocy pełnych lęku. Oznacza serce gotowe. Oznacza życie tak uporządkowane, aby o każdej godzinie mogło stanąć przed Bogiem bez paniki. Czuwanie to codzienna wierność, a nie ostatnia chwila desperacji. Nie chodzi o to, by bać się północy, ale by żyć tak, aby o każdej godzinie lampa płonęła miłością.
Warto zadać sobie dziś bardzo konkretne pytanie: co jest moją oliwą? Co naprawdę podtrzymuje we mnie światło wiary? I odwrotnie: co sprawia, że moja lampa gaśnie? Może jest to pośpiech, który nie zostawia miejsca na modlitwę? Może hałas, który zagłusza głos sumienia? Może uraza, której nie chcę przebaczyć? Może odkładanie spowiedzi, zaniedbanie Eucharystii, brak czasu dla drugiego człowieka?

Scena z Ewangelii zawiera jeszcze jeden mocny szczegół: roztropne panny nie chcą dać oliwy nierozsądnym. To nie jest egoizm. To prawda o wolności. Nikt nie może przeżyć za nas naszej odpowiedzi Bogu. Nikt nie może nas zastąpić w osobistym spotkaniu z Chrystusem. Możemy i powinniśmy sobie pomagać — teraz: przez świadectwo, modlitwę, sakramenty, wspólnotę. Ale w chwili ostatecznej każdy z nas stanie przed Bogiem ze swoją własną lampą. I dlatego tak ważne jest, aby nie odkładać miłości na później.

Dzisiejsza Eucharystia jest właśnie czasem gromadzenia oliwy. Bóg nie przychodzi do nas po to, by nas przestraszyć północą, ale po to, by nas przygotować na spotkanie. Jego Mądrość wychodzi nam naprzeciw, Jego nadzieja umacnia nas wobec śmierci, Jego Słowo uczy nas czuwania.
Prośmy więc o serce roztropne. Prośmy o wytrwałość w codziennym gromadzeniu oliwy: w modlitwie, w sakramentach, w miłości do bliźnich. Prośmy, abyśmy nie byli chrześcijanami ostatniej godziny, ale chrześcijanami każdej godziny — takimi, którzy wiedzą, że Pan młody idzie, i którzy umieją wyjść Mu na spotkanie z lampą płonącą miłością.

Niech Najświętsza Maryja Panna, Matka Mądrości i wzór czuwania, pomaga nam każdego dnia trwać w gotowości serca. Amen.

Homilia alternatywna III

„Oliwa, której nikt nie może pożyczyć"
Jest listopad. Dopiero co staliśmy na cmentarzach wśród płomieni zniczy, a dziś liturgia stawia przed nami dziesięć lamp, które mają płonąć w nocy. Nie jest to przypadek. Kościół prowadzi nas od wspomnienia tych, którzy odeszli, ku pytaniu o nas samych: jak czekamy na Pana, który przyjdzie?

1. Rzeczywistość, o której Jezus mówi: noc
Zwróćmy uwagę na szczegół, który łatwo pominąć. Wszystkie panny zasnęły: i roztropne, i nierozsądne. Jezus nie opowiada o dwóch grupach, z których jedna jest czujna, a druga leniwa. Wszystkie są zmęczone, wszystkie czekają dłużej, niż zakładały, wszystkim pan młody się „opóźnia".
To bardzo ludzkie doświadczenie. Każdy z nas zna taką noc wiary, kiedy Bóg wydaje się spóźniać: modlitwa staje się sucha, obietnice odległe, a codzienność wciąga jak sen. Ewangelia nie gorszy się tym snem. Różnica między pannami nie polega na tym, że jedne spały, a drugie nie. Polega na tym, co miały w naczyniach, gdy rozległo się wołanie o północy.
Północ to godzina, w której człowiek nie może już niczego nadrobić. Zostaje tylko to, co zostało wcześniej zgromadzone.

2. Czym jest oliwa?
Lampy mają wszystkie. Lampa to zewnętrzna forma wiary: chrzest, przynależność do wspólnoty, praktyki, rozpoznawalna tożsamość chrześcijanina. Wszystkie panny wyszły z lampami i wszystkie wyglądały tak samo. Dopiero północ pokazuje, że blask nie jest dany przez samą lampę.
Czym więc jest oliwa? Tradycja Kościoła podsuwała różne odpowiedzi: miłość, uczynki, łaskę, wiarę żywą. Święty Augustyn widział w niej miłość, świętego Grzegorza Wielkiego prowadziła ku dobrym uczynkom spełnianym w ukryciu. Można je połączyć: oliwa to życie wewnętrzne, ta niewidoczna część wiary, która nie służy pokazaniu się innym. To wierność modlitwie, kiedy nikt nie patrzy. Cicha obecność Słowa Bożego w sercu. Przebaczenie dane bez świadków. Regularne sakramenty, które nie są rutyną, lecz karmieniem duszy. Miłosierdzie okazane komuś, kto nigdy się o tym nie dowie.
Oliwa jest tym, co zbieramy w dniach zwyczajnych, bez fanfar, kropla po kropli. Nikt nie napełnia lampy w ostatniej chwili.

3. Dlaczego roztropne nie mogły się podzielić?
Ta scena niepokoi wielu słuchaczy. Czy to nie brak miłosierdzia? Dlaczego roztropne odmawiają? Ich odpowiedź nie jest egoizmem, lecz wyrazem prawdy: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć".
Są rzeczy, które możemy sobie nawzajem ofiarować: czas, pomoc, modlitwę wstawienniczą, dobre słowo. Ale są też rzeczy, których nie da się przekazać. Nikt nie może uwierzyć za mnie. Nikt nie może za mnie kochać Boga, spotkać się z Nim w sercu, odpowiedzieć na Jego wołanie. Rodzice mogą wychować dzieci w wierze, ale nie mogą w ich miejsce zawierzyć. Małżonek może się modlić za współmałżonka, ale nie zastąpi jego osobistej relacji z Panem. Wiara nie jest dziedzictwem, które się przelewa z naczynia do naczynia. Jest osobistym spotkaniem.
To pouczenie jest szczególnie ważne dla tych, którzy dziś mówią: „Moja babcia się modliła", „Moi rodzice byli głęboko wierzący". To wielki dar, ale nie zastępuje mojej własnej oliwy.

4. Mądrość, która sama nas szuka
Pierwsze czytanie kładzie na to wydarzenie światło niezwykłej łagodności. Księga Mądrości mówi o Mądrości, która „uprzedza tych, co jej pragną", „siedzi u drzwi" i „wychodzi naprzeciw wszystkim ich zamysłom". Zauważmy kierunek tego ruchu: to nie my zdobywamy Mądrość, lecz ona nas szuka. Bóg jest pierwszy. Kto wstaje o świcie, nie musi się trudzić, bo znajduje ją już czekającą u progu.
To zmienia sposób, w jaki myślimy o oliwie. Nie jest ona osiągnięciem ambitnych duchowo ludzi, lecz odpowiedzią na Boże zaproszenie. Bóg stoi u naszych drzwi. Nasza „roztropność" polega na tym, że otwieramy, zanim zapuka po raz ostatni. Mądrość biblijna nie jest sprytem ani sumą wiedzy, lecz umiejętnością rozpoznania, co jest naprawdę ważne, i życia zgodnie z tym.
Autor dodaje zdanie, które warto zapamiętać: „kto z jej powodu nie śpi, wnet się trosk pozbędzie". Czuwanie nie jest ciężarem, lecz drogą do pokoju. Człowiek, który ma w sobie oliwę, nie żyje w napięciu, bo wie, na czym stoi.

5. Czuwanie nie jest lękiem
Trzeba tu rozwiać jedno nieporozumienie. „Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny" nie jest groźbą wymierzoną w nasz spokój. Gdyby czuwanie oznaczało nieustanny strach, święty Paweł nie pisałby do Tesaloniczan, aby się pocieszali.
Paweł pisze o tych, którzy odeszli, i mówi coś ogromnie ważnego: nie smućcie się „jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei". Nie zabrania smutku, bo smutek po stracie jest ludzki, a Jezus sam płakał nad grobem Łazarza. Ale mówi, że nasz smutek ma inną naturę. Nie jest pustką bez horyzontu, lecz tęsknotą ludzi, którzy wiedzą, że rozstanie nie jest ostatnim słowem. „Jeśli wierzymy, że Jezus umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim."
Czuwanie chrześcijańskie ma więc smak nadziei, nie paniki. Czuwa ten, kto czeka na kogoś, kogo kocha. Panna z oliwą nie drży z niepokoju, czy zdąży. Ma spokój kogoś, kto się przygotował, i może nawet zasnąć, bo jej lampa jest gotowa. Wierzący może spać spokojnie nie dlatego, że nie ma ryzyka, lecz dlatego, że przez lata uczył się zaufania.

6. „Nie znam was"
Jest w tej przypowieści zdanie, które boli: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was". Nie jest to wyrok wydany z zimnej surowości. Hebrajskie „znać" oznacza wejść w relację, we wzajemną bliskość. Pan młody nie mówi: „Nie widzę was", lecz: „Nie weszliście w relację ze mną". Nierozsądne panny stoją pod drzwiami, ale nie przez ten brak oliwy, lecz przez brak znajomości. Oliwa, którą mogły zgromadzić, to właśnie czas spędzony z Tym, który przychodzi.
Czyż nie dotyczy to także nas? Można bywać w kościele latami i nie poznać Chrystusa. Można znać doktrynę, a nie znać Osoby. Pytanie, które Pan zadaje nam dziś, nie brzmi: „Czy wiesz o Mnie?“, lecz: „Czy Mnie znasz? Czy pozwalasz, abym ja znał ciebie?”

7. Co z tym zrobić w praktyce?
Warto zapytać siebie, na progu tego listopada, kilku prostych pytań.
Skąd biorę oliwę? Czy mam stałe miejsce i czas na modlitwę, choćby krótką? Czy sięgam po Słowo Boże nie tylko w niedzielę? Czy przystępuję do spowiedzi i Komunii jako do spotkania, nie jako do obowiązku?
Czy nie żyję cudzą oliwą? Czy moja wiara nie opiera się na tym, co robią inni: księża, rodzice, wspólnota? Wspólnota jest darem, ale nie może zastąpić mojego osobistego „tak".

Czy nie odkładam na później? Najbardziej zdradliwe zdanie duchowe brzmi: „Jeszcze zdążę". Nierozsądne panny nie były złe. Po prostu były przekonane, że starczy czasu. Oliwę trzeba zbierać dziś, w zwyczajnym wtorku, nie w nadzwyczajnych okolicznościach.
Czy potrafię czekać z nadzieją? Tym, którzy opłakują bliskich, Ewangelia mówi: ich lampy nie zgasły, lecz płoną w innym świetle. A nasza lampa ma świecić tak, by była kiedyś znowu połączona z ich światłem na uczcie, o której mówi Pan.

8. Uczta, nie egzamin
Na koniec spójrzmy na obraz, który kończy przypowieść dla tych, którzy byli gotowi: „weszły z nim na ucztę weselną". Celem czuwania nie jest wynik na jakimś egzaminie, lecz radość spotkania. Chrześcijaństwo nie jest systemem unikania kary, lecz drogą ku weselu. Bóg nie chce, abyśmy trzęśli się przy drzwiach, lecz abyśmy weszli i zasiedli przy stole.
Każda Eucharystia jest już zapowiedzią tej uczty. Tu, w tej świątyni, Pan młody przychodzi do nas pod postacią chleba i wina. Tu możemy napełniać naczynia, tu uczymy się Jego głosu, tu stajemy się tymi, których On „zna". Nie czekajmy więc na północ. Przychodźmy po oliwę w każdej Mszy świętej, w każdej modlitwie, w każdym akcie miłości.
Prośmy dziś Pana o dar mądrej, cichej, wytrwałej wierności. Aby w godzinie, której nie znamy, nasze lampy płonęły, a my, razem z tymi, których kochaliśmy i którzy odeszli w Chrystusie, usłyszeli nie: „Nie znam was", lecz: „Wejdź do radości twego Pana".

poniedziałek, 2 listopada 2026

02.11. Dzień Zaduszny

 1-sza Msza

Hioba 19,1.23-27a

Hiob na to odpowiedział i rzekł:
Któż zdoła utrwalić me słowa, potrafi je w księdze umieścić?
Żelaznym rylcem, diamentem, na skale je wyryć na wieki?
Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni.
Potem me szczątki skórą odzieje, i ciałem swym Boga zobaczę.
To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny.

1Kor 15,20-24a.25-28

Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli. Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni, lecz każdy według własnej kolejności. Chrystus jako pierwszy, potem ci, co należą do Chrystusa, w czasie Jego przyjścia. Wreszcie nastąpi koniec, gdy przekaże królowanie Bogu i Ojcu i gdy pokona wszelką Zwierzchność, Władzę i Moc. Trzeba bowiem, ażeby królował, aż położy wszystkich nieprzyjaciół pod swoje stopy. Jako ostatni wróg, zostanie pokonana śmierć. Wszystko bowiem rzucił pod stopy Jego. Kiedy się mówi, że wszystko jest poddane, znaczy to, że z wyjątkiem Tego, który mu wszystko poddał. A gdy już wszystko zostanie Mu poddane, wtedy i sam Syn zostanie poddany Temu, który Synowi poddał wszystko, aby Bóg był wszystkim we wszystkich.

Łk 23,44-46.50.52-53. 24,1-6a

Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha. Był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Wysokiej Rady. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie, wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany. W pierwszy dzień tygodnia poszły skoro świt do grobu, niosąc przygotowane wonności. Kamień od grobu zastały odsunięty. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa. Gdy wobec tego były bezradne, nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał.

A dusze wiernych zmarłych niech odpoczywają w pokoju ...

Modlimy się tradycyjnie nad grobami zmarłych powtarzając formułę:

"Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie,
A światłość wiekuista niechaj im świeci.
Niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen."

Ale dlaczego wysyłamy naszych zmarłych do jakiejś bliżej niesprecyzowanej krainy wiecznego spoczynku, do Hadesu lub Sheolu, do Tartaru czy też innego miejsca, bliżej nieokreślonego, wiecznego bezruchu?

Czemu nie modlimy się raczej:

"Chwalebne zmartwychwstanie racz im dać Panie,
A światłość Twoja i radość wiecznego życia z Tobą niech będzie dla nich nagrodą,
Niech królują z Tobą na wieki ..."

Oni nie umarli po to, aby przejść do jakiejś szarej i bezbarwnej krainy cieni, czy wiecznego bezruchu. Oni nie odpoczywają w martwym pokoju. Oni, albo żyją już w bezpośredniej bliskości i obecności Boga i  o oczekując jedynie na powtórne połączenie z ciałem dzielą radość życia wiecznego z Bogiem, jako święci (tych czciliśmy wczoraj), albo są w stanie bolesnego (a nie spokojnego) oczyszczenia, ale i w stanie nadziei na radość wieczną. Ale na pewno nie w stanie martwego bezruchu. Za nich się modlimy, aby jak najszybciej osiągnęli stan wiecznego życia i królowania z Tobą. Ale módlmy się też i za siebie, abyśmy i my też tam razem z nimi byli ... może już niedługo? Amen.

2-ga Msza

Dn 12,1-3

W owych czasach wystąpi Michał, wielki książę, który jest opiekunem dzieci twojego narodu. Wtedy nastąpi okres ucisku, jakiego nie było, odkąd narody powstały, aż do chwili obecnej. W tym czasie naród twój dostąpi zbawienia: ci wszyscy, którzy zapisani są w księdze. Wielu zaś, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się: jedni do wiecznego życia, drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie. Mądrzy będą świecić jak blask sklepienia, a ci, którzy nauczyli wielu sprawiedliwości, jak gwiazdy przez wieki i na zawsze.

Rz 6,3-9

Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie - jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie. To wiedzcie, że dla zniszczenia grzesznego ciała dawny nasz człowiek został razem z Nim ukrzyżowany po to, byśmy już więcej nie byli w niewoli grzechu. Kto bowiem umarł, stał się wolny od grzechu. Otóż, jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy.

J 11,32-45

A gdy Maria przyszła do miejsca, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go upadła Mu do nóg i rzekła do Niego: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: Gdzieście go położyli? Odpowiedzieli Mu: Panie, chodź i zobacz. Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: Oto jak go miłował! Niektórzy z nich powiedzieli: Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł? A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus rzekł: Usuńcie kamień. Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie. Jezus rzekł do niej: Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą? Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić. Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego.

Wielu co posnęli zbudzi się ...

Według proroka Daniela "jedni powstaną do wiecznego życia, inni ku hańbie i wiecznej odrazie".

A według św. Augustyna:

"Pan Bóg przygotowuje nam w życiu przyszłym trzy wielkie niespodzianki:

  • pierwsza z nich, to takt, że spotkamy tam tych którzy według nas być tam nie powinni np. w niebie),
  • druga to ta, że nie spotkamy tam tych, którzy według nas tam być powinni (np. w piekle),
  • i trzecia, że sami się tam znaleźliśmy (np. w ......) !!!!!!!!

Nie dajmy się zaskoczyć tym trzem niespodziankom, a szczególnie tej ostatniej ...

Zobacz ilu żyło przed tobą, uspokajając się i odsuwając pojednanie z Bogiem „na później”. I nagle !!! Nie ma ich ... nie zdążyli się później pojednać z Bogiem!!!

3-cia Msza

Mdr 3,1-6.9

A dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju. Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni, nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich, Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę. Ci, którzy Mu zaufali, zrozumieją prawdę, wierni w miłości będą przy Nim trwali: łaska bowiem i miłosierdzie dla Jego wybranych.

2Kor 4,14-5,1

Jesteśmy przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą razem z wami. Wszystko to bowiem dla was, ażeby w pełni obfitująca łaska zwiększyła chwałę Bożą przez dziękczynienie wielu. Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień. Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie.

J 14,1-6

Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.

W domu Ojca mego jest mieszkań wiele ...

Jezus nie kryje przed nami ani konieczności swego własnego "odejścia", swojej własnej śmierci, ani konieczności naszego odejścia, śmierci każdego z nas. Nie mówi nam "nie bój się nie umrzesz". Ale mówiąc o konieczności śmierci pokazuje nam jednocześnie drogę jaką powinniśmy kroczyć, aby dotrzeć do domu Ojca i pokazuje nam ostateczny cel naszej wędrówki. Jego słowa: "Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem" można także zrozumieć w następujący sposób: "Ja jestem prawdziwą droga życia", albo "Ja jestem drogą w prawdzie do Życia Wiecznego". Naszym zadaniem jest do tego Życia Wiecznego dotrzeć. W domu Ojca czeka nas prawdziwe życie, czeka nas Życie Wieczne, czeka nas Ten, z Którego rąk wyszliśmy, nasz Ojciec i nasz Zbawiciel, i cała rzesza przyjaciół i ludzi których kochaliśmy. Sam Chrystus przygotował tam dla nas miejsce i chce nas mieć przy sobie. Nie zmarnujmy tego zaproszenia ... Znamy drogę, znamy cel ... czemu mielibyśmy przez własną głupotę, pychę, upór czy zatwardziałość serca dotrzeć tam, gdzie nikt na nas nie czeka?

Dwie perspektywy: przemijalność - wieczność

Dzisiejsze wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych możemy widzieć w dwóch perspektywach, na dwa możliwe sposoby odczytywać sens dzisiejszego dnia, ale i całe ludzkie życia. A są to; przemijalność i wieczność.

W perspektywie przemijalności rodzi się ból, żal i nostalgia za tymi, którzy odeszli, za tymi, których już nie ma między nami. W perspektywie przemijalności stajemy dzisiaj nad grobami w zadumie i -w refleksyjnym nastroju- wspominamy naszych bliskich; rodziców, braci i siostry, bliższych i dalszych krewnych, przyjaciół i znajomych. I z każdym upływającym rokiem notujemy ze smutkiem, że ich lista jest coraz dłuższa, że coraz mniej ich po tej stronie, i coraz więcej grobów mamy do odwiedzenia, coraz więcej świec do zapalenia. Z perspektywy przemijalności z lękiem i niepokojem myślimy także o -zbliżającej się- naszej śmierci, o dniu naszego przejścia. I za psalmistą z lękiem powtarzamy:

„W proch każesz powracać śmiertelnym, i mówisz: Synowie ludzcy, wracajcie!

Bo tysiąc lat w Twoich oczach jest jak wczorajszy dzień, który minął, niby straż nocna.

Porywasz ich: stają się jak sen poranny, jak trawa, co rośnie:
rankiem kwitnie i jest zielona, wieczorem więdnie i usycha. (...)

Bo wszystkie dni nasze płyną pod Twoim gniewem; kończymy nasze lata jak westchnienie.

Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt, osiemdziesiąt gdy jesteśmy mocni;
a większość z nich to trud i marność: bo szybko mijają, my zaś odlatujemy.

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca.” (Ps 90:3-12)

W perspektywie przemijalności dzień dzisiejszy jest rzeczywiście dniem smutnym i nastrajającym ponuro. Ale też dobrze, że każe nam się zreflektować, zastanowić, zatrzymać w pędzie za sukcesem i w pogoni za materialnym dostatkiem. Dobrze, że jest w nim czas na taką nawet, wstrząsającą refleksję i na spojrzenie skierowane ku śmierci. Świat dzisiejszy boi się śmierci, usuwa ją i eliminuje na wszelkie możliwe sposoby nawet ze słownictwa.

Ale jest też druga perspektywa dnia dzisiejszego, perspektywa wiary, perspektywa wieczności ...

I w tej perspektywie najpierw za autorem Księgi Mądrości musimy powtórzyć: „... dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. (To tylko) oczom głupich się zdało, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni przecież trwają w pokoju.”

I za św. Pawłem z wiarą wyznajemy: „chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się ..., bo Ten, który wskrzesił z martwych Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam.” W tej perspektywie, śmierć nie jest definitywnym końcem, nie jest katastrofą i nieodwracalnym przeznaczeniem. Bo w tej perspektywie śmierć jest początkiem, a nie końcem życia. Zmarli nie znajdują się w zapomnianym Tartarze, nie są mieszkańcami mrocznego Hadesu, czy nieokreślonej krainy cieni.

Bo jak zapewnia nas Chrystus: „Niech się nie trwoży serce wasze. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce.” Tylko, -tak na dobrą sprawę- kto z nas tak naprawdę w to wierzy? I tu jest podstawowe pytanie i zasadnicza trudność.

Obserwując czasami zachowanie ludzi na pogrzebach (katolików!) zastanawiam się, czy oni naprawdę wierzą w zmartwychwstanie, w to zdecydowane zapewnienie Chrystusa „...gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem ...”?

Wszyscy ci, których w dniu dzisiejszym wspominamy są już przecież w ręku Boga. Czyż moglibyśmy im zapewnić coś lepszego tu, na ziemi? Czyż życie wieczne, jakiego Bóg udziela nie jest celem ostatecznym każdego z nas? Czyż nie po to się narodziłem i nie po to żyłem, aby w końcu odziedziczyć z Chrystusem życie wieczne w domu Ojca?

Dobrze, że jest dzisiaj także czas na pogłębioną refleksję w  wierze i na spojrzenie ku życiu, wiecznemu życiu. Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych jest na pewno okazją do głębszej refleksji o przemijaniu, ale i o życiu, nie o śmierci. Skoro bowiem Ojciec woła nas: „Synowie ludzcy, wracajcie!”, to dlaczego mielibyśmy się obawiać? No chyba, że za bardzo zaangażowałeś się w doczesność ... i może dlatego wieczność jest tak przerażająca, a spotkanie z Bogiem będzie raczej spotkaniem z surowym Sędzią, niż spotkaniem z Miłującym Ojcem? Dlatego być może warto się modlić słowami psalmu : „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca.”

wtorek, 27 października 2026

Statytstyki strony

 Strona https://homilie.blogspot.com/ funkcjonuje

od grudnia 2006 roku, a więc prawie 20 lat.

Odwiedziło tę stronę ponad pół miliona ludzi –  538,110.


Co daje:

rocznie: ok. 26 905 wejść

miesięcznie: ok. 2 242 wejścia

zawiera – 1 298 postów

 Zapraszam do dalszych odwiedzin.

zapraszam także na stronę główną z homiliami:



W tym roku w XXXI Niedzielę zwykłą przypada Uroczystość Wszystkich Świętych

Wprowadzenie do Mszy Świętej

Akt Pokutny i uznanie własnej grzeszności na początku każdej Mszy Świętej nie jest stanem upokorzenia, ale prawdy. Uznajemy, że jeszcze nie jesteśmy święci, że do świętości dążymy, że jest to możliwe jedynie dzięki odkupieńczej Ofierze Jezusa Chrystusa, w której uczestniczymy. Wyznajmy, więc nasze grzechy i prośmy o wstawiennictwo tych, którzy już są błogosławieni w Królestwie Niebieskim.

Ap 7,2-14

I ujrzałem innego anioła, wstępującego od wschodu słońca, mającego pieczęć Boga żywego. Zawołał on donośnym głosem do czterech aniołów, którym dano moc wyrządzić szkodę ziemi i morzu: Nie wyrządzajcie szkody ziemi ni morzu, ni drzewom, aż opieczętujemy na czołach sługi Boga naszego. I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela: Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: Zbawienie u Boga naszego, Zasiadającego na tronie i u Baranka. A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu i Starców, i czworga Zwierząt, i na oblicza swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen. A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli? I powiedziałem do niego: Panie, ty wiesz. I rzekł do mnie: To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili.

1J 3,1-3

Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

Mt 5,1-12

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:
Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was.
Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.


Nie święci garnki lepią

Ale i świętych nie z innej lepią gliny. To nie ludzie nadzwyczajni lub niezwyczajni, żyjący gdzieś daleko w odległych krajach lub zamierzchłych czasach. To nie herosi, idole, prawie anioły, nieosiągalni w swej doskonałości i nieprzystępni w swej świętości. To nasi bliscy, krewni, znajomi ... Ludzie szczęśliwi, chociaż pozornie niedorajdy i fajtłapy, nieudacznicy życiowi, którym się nie wiedzie, bo nie umieli się dobrze ustawić, bo zapomnieli, że o swoje trzeba dbać i pilnować interesu, bo nie umieli być sprytni, przebiegli i zaradni, bo na kłamstwo mówili, że to jest kłamstwo, a na zło, że to jest zło. Oni nazywali rzeczy po imieniu i nie byli obłudnymi dyplomatami o podwójnej twarzy. Dla nich rzeczy były i są proste i świat po Bożemu poukładany. To nie ludzi szukający świętego spokoju i unikający kłopotów za wszelką cenę. Święci, to ludzie jak najbardziej normalni, po bożemu normalni, a nie po ludzku.

Szczęśliwi i pełni prostoty w swojej naiwnej uczciwości i rzetelności. Szczęśliwi, bo czystego serca, szczęśliwi, bo ubodzy duchem, łagodni i chociaż czasami płaczący z bezsilności wobec zła, to jednak w ostatecznym rachunku zwycięscy. Pełni miłosierdzia dla cierpiących, ale niemiłosierni dla oszustów i hochsztaplerów, dla karierowiczów i chciwców, głodni sprawiedliwości dla zakłamanych i obłudników. Oni zrozumieli, gdzie są prawdziwe wartości i dlatego są szczęśliwi i błogosławieni. Wprowadzający pokój, ale bez kompromisów i dwulicowości. To ludzie, dla których „tak” znaczyło ”tak”, a „nie” znaczyło po prostu „nie”.

Iluż z tych, którzy tę piękna pieśń -"Błogosławieni" śpiewało kiedyś dla Papieża Jana Pawła II, zrozumiało głębię jej słów? Iluż z tych, którzy jej słuchali, doceniło wartość i znaczenie tego tekstu? A przecież jest to pieśń właśnie o świętych, o wszystkich świętych bezimiennych i nie kanonizowanych, i tych zmarłych z głodu i zimna w czasie ostatniej zimy w Polsce także ... i o zamordowanych, bezbronnych dzieciach także, i o tych nienarodzonych, chociaż oni jeszcze nic nie zrozumieli ... również...

BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI, chociaż żyli obok nas i byli pogardzani, niezauważani, lekceważeni, wyśmiewani, odsądzani od czci.
BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI ... niedoceniani, którym nawet prawa do życia nie przyznano ...
BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI ... oni już tak ... my ... jeszcze nie.


Homilia alternatywna I

144 tysiące wybranych ?

Czyżby tylko tak niewielka liczba ludzi miała się zbawić? Jeśli wziąć pod uwagę liczbę kanonizowanych i beatyfikowanych przez obecnego Papieża, to chyba już niewiele miejsc wolnych pozostało ... Czy się jeszcze załapiemy?

Nie sądzę jednak aby u bram raju stali buchalterzy liczący wchodzących. To tylko w niektórych parafiach, od czasu do czasu proboszczowie liczą wiernych na Mszach św. każąc ministrantom liczyć wchodzących do kościoła. Pan Bóg ma jednak na pewno inne metody i nie używa naszych kalkulatorów czy komputerów.

Św. Augustyn powiedział coś, co można zastosować do tej „Bożej buchalterii”. Jego słowa to: "Przy końcu życia będziemy rozliczani jedynie z miłości". I -tak na dobra sprawę- to będzie jedyne kryterium wstępu do Królestwa Niebieskiego i jedyny warunek uczestnictwa w życiu wiecznym. Nikt nie będzie tam liczył wchodzących, nikt nie będzie zwracał uwagi na krawat, smoking czy nie wyczyszczone buty, nikomu do głowy nie przyjdzie sprawdzać paszportów, wiz i posiadanej gotówki ... Nikt nie będzie pytał czy jesteś ze strefy Schoengen, czy twój paszport jest zielony, niebieski czy czerwony ... Jedynym pytaniem będzie: "Czy i jak kochałeś Boga i bliźniego swego?" Czy Twoja miłość była tylko uczuciowo-sentymentalna, czy czynna i konkretna, jak w dzisiejszym kazaniu Chrystusa na Górze Ośmiu Błogosławieństw?

Liczba 144 tysięcy jest zapewne wysoce symboliczna, i pewnym jest też, że Bóg ze swej strony nie nakłada żadnych ograniczeń. On przyszedł na świat zbawić wszystkich, i wszystkich zaprasza, i wszystkich chciałby mieć u siebie. To tylko my, naszym egoizmem, obojętnością, chciwością, zachłannością, nienawiścią, brakiem zrozumienia, lenistwem, małostkowością, pożądliwością i innymi grzechami wykluczamy się z liczby zbawionych..

A tak swoją drogą, to ...
do spotkania w niebie, czego i Tobie, i sobie życzę.


Homilia alternatywna II

144 tysiące wybranych ?

Każdego roku w Uroczystość Wszystkich Świętych czytamy przepiękny tekst z Apokalipsy św. Jana opisujący liturgię Nowego Jeruzalem. A w nim słowa: „I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela: Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem.”

Z jednej strony mam tutaj rzeczywiście liczbę 144 tysiące, która ma znaczenie raczej symboliczne i może być odczytywana jako; symbol doskonałości, powszechności zbawienia, czy po prostu wyraz przekonania że członkowie wszystkich pokoleń Narodu Wybranego (12 pokoleń po 12 tysięcy) zostaną zbawieni. Z drugiej jednak strony już w następnym zdaniu autor niejako zaprzecza samemu sobie mówiąc: „Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków ...”. Czy więc będzie to rzeczywiście niepoliczalny tłum, czy tylko 144 tysiące jak chcą np. Świadkowie Jehowy, czy Mormoni?

Czyżby tylko tak niewielka liczba ludzi miała się zbawić? Jeśli wziąć pod uwagę liczbę kanonizowanych i beatyfikowanych przez poprzedniego Papieża, to chyba już niewiele wolnych miejsc w niebie pozostało ... Czy się jeszcze załapiemy?

Nie sądzę jednak aby u bram raju stali buchalterzy liczący wchodzących. To tylko raz do roku w parafiach proboszczowie każą ministrantom liczyć wchodzących do kościoła. Pan Bóg ma jednak na pewno inne metody i nie używa naszych kalkulatorów czy komputerów.

Bóg na pewno chce zbawić wszystkich, chociaż z drugiej strony pewne jest i to, że nie wszyscy będą zbawieni, bo sam Chrystus mówi wielokrotnie o tych, którzy sami skazali się na wieczne potępienie

Św. Augustyn powiedział coś, co można zastosować do tej „Bożej buchalterii”. Jego słowa to: "Przy końcu życia będziemy rozliczani jedynie z miłości". I -tak na dobra sprawę- to będzie jedyne kryterium wstępu do Królestwa Niebieskiego i jedyny warunek uczestnictwa w życiu wiecznym. Nikt nie będzie tam liczył wchodzących, nikt nie będzie zwracał uwagi na krawat, smoking czy nie wyczyszczone buty, nikomu do głowy nie przyjdzie sprawdzać paszportów, wiz i posiadanej gotówki ... Nikt nie będzie pytał czy jesteś ze strefy Schoengen, czy twój paszport jest zielony, niebieski czy czerwony ... Jedynym pytaniem będzie: "Czy i jak kochałeś Boga i bliźniego swego?" Czy Twoja miłość była tylko uczuciowo-sentymentalna, a więc egoistyczna, czy raczej czynna i konkretna, nastawiona na drugiego człowieka, jak w dzisiejszym kazaniu Chrystusa na Górze Ośmiu Błogosławieństw?

Liczba 144 tysięcy jest zapewne wysoce symboliczna, i pewnym jest też, że Bóg ze swej strony nie nakłada żadnych ograniczeń. On przyszedł na świat zbawić wszystkich, i wszystkich zaprasza, i wszystkich chciałby mieć u siebie. To tylko czy my sami, naszym egoizmem, zatwardziałością, pychą obojętnością, chciwością, zachłannością, nienawiścią, brakiem zrozumienia, lenistwem, małostkowością, pożądliwością i innymi grzechami nie wykluczamy się z liczby zbawionych..

A tak swoją drogą, to ...
do spotkania w niebie, czego i Tobie, i sobie życzę.


Homilia alternatywna III

W książce Bruno Ferrero „Czy jest tam ktoś? Krótkie opowiadania dla ducha" znalazłem takie oto krótkie opowiadanie:

Pewien mistrz murarski pracował wiele lat w wielkim zakładzie budowlanym. Kiedyś jednak od prezesa tegoż zakładu otrzymał interesujące zamówienie na wybudowanie wspaniałej willi według własnego projektu i uznania. Mógł wybrać najpiękniejsze miejsce i nie przejmować się żadnymi kosztami. Wszystkie koszty miały być pokryte z funduszy zakładu.

Prace rozpoczął natychmiast. Wykorzystując jednak pokładane w nim bezgraniczne zaufanie, jakim go obdarzono, pomyślał sobie, że może użyć starych surowców z odzysku oraz zatrudnić mniej wykwalifikowanych robotników, aby w ten sposób zagarnąć dla siebie nieuczciwie zaoszczędzone pieniądze. I tak w krótkim czasie wybudował zamówioną willę, ale jej jakość daleka była od tego, co mógłby zrobić gdyby był uczciwy i rzetelny.

Kiedy dom został ukończony, w czasie wydanego na tę okoliczność przyjęcia, wręczył swojemu prezesowi klucze do posiadłości. Prezes jednak zwrócił mu je natychmiast i z uśmiechem powiedział :
"Ten dom jest naszym podziękowaniem dla ciebie za rzetelną pracę. Niech będzie wyrazem naszego poważania i szacunku dla ciebie i twojej pracy.”

Autor opowiadania dodaje na zakończenie: „Twoje dni są cegłami, z których budujesz dom swojej wieczności.”

W dniu dzisiejszym warto byłoby zadać sobie pytanie: "A jaki dom na wieczność buduję sobie ja?" Święci których dzisiaj czcimy wybudowali na pewno domy trwałe, ufundowane na skale, jaką jest Chrystus. Cegłami, których używali były: cichość, czystość serca, ubóstwo, sprawiedliwość, miłosierdzie i pokój. I otrzymali nagrodę życia wiecznego. Czy ja jednak nie buduję domu na piasku swoich uczuć i kaprysów, a w dodatku używając kiepskich materiałów, oszukując i kantując. A czy cegłami, których używam nie są przypadkiem: spryt, cwaniactwo, obłuda, cynizm i pycha?

Przed laty, podczas pogrzebu usłyszałem bardzo wstrząsające zdanie: "Jakie życie taka śmierć, jaka śmierć taka wieczność". Kiedy myślę o życiu tych tysięcy świętych, których dzisiaj wspominamy, to widzę niemalże namacalnie, że ich wieczność wpisana była w ich codzienne życie. W codzienności budowali dla siebie wieczność i otrzymali „nagrodę wielką w niebie”. Święci to nie tylko mistrzowie życia duchowego, ale na pewno także „mistrzowie budowlani”, którzy wybudowali sobie wiecznotrwały dom.

A jak to jest w moim wypadku. Jaką nagrodę ja otrzymam? Zgodnie z z powiedzeniem: „Jakie życie taka wieczność”, moją wieczność kształtuję już dzisiaj. Jakąż więc wieczność sobie przygotowuję?


Homilia alternatywna IV

Starzec z Apokalipsy zadaje Janowi pytanie, które można by zadać także nam dzisiaj, patrząc na tych wszystkich, których wspominamy: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?" Jan odpowiada uczciwie i po ludzku: „Panie, ty wiesz". Warto zatrzymać się przy tej odpowiedzi. Nawet wielki wizjoner przyznaje, że nie wie. I dobrze, bo świętość rzadko jest rzeczą, którą potrafimy z góry rozpoznać.

Bo skąd oni przybyli? „Z wielkiego ucisku". Nie z jakiejś lepszej rzeczywistości, nie z krainy, w której wszystko się udawało. Przyszli z tego samego świata co my: z choroby, z zmęczenia, z kłopotów w rodzinie, z pracy, która nie dawała satysfakcji, z błędów, których żałowali. Szaty mają białe, ale Księga nie mówi, że były takie od początku. Mówi, że je „opłukali". Święci nie są ludźmi, którzy się nigdy nie pobrudzili. To ludzie, którzy pozwolili się obmyć.

To jest wiadomość dobra i trzeźwa zarazem. Dobra, bo świętość nie jest nagrodą dla nielicznych wybitnych. Jan widzi „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć". Tłum. Nie elitę, nie kilka posągów na cokołach, lecz ludzi z każdego narodu, języka i pokolenia. Wśród nich są i ci, których znamy z obrazów, i ci, których imion nikt nie zapisał: babcia, która codziennie odmawiała różaniec, sąsiad, który po cichu pomagał, ktoś, kto po prostu wytrwał. A trzeźwa, bo ta droga prowadzi przez ucisk, a nie obok niego. Nikt nie obiecuje nam życia bez trudu.

Święty Jan w drugim czytaniu mówi coś jeszcze, co mnie wydaje się szczególnie ważne: „obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy". Jeszcze się nie ujawniło. Nie jesteśmy gotowym produktem. Jesteśmy w drodze i nie wszystko o nas jest jeszcze wiadome, także nam samym. To wyzwala od dwóch pokus: od przekonania, że już jesteśmy dobrzy, i od przekonania, że już jesteśmy przegrani. Prawda leży gdzieś pośrodku: jesteśmy kochani teraz, a stajemy się kimś w trakcie.

A jak wygląda ta droga? Chrystus odpowiada na górze, w Błogosławieństwach. Zwróćmy uwagę: nie ma tam zbioru wielkich czynów ani listy heroicznych osiągnięć. Są ubodzy, smutni, cisi, łaknący, miłosierni, czystego serca, pokój czyniący. Czyli ludzie, którzy w oczach świata niewiele znaczą. Ktoś, kto potrafi żyć bez nadmiernego przywiązania do tego, co ma. Ktoś, kto nie udaje, że nie boli. Ktoś, kto pierwszy wyciąga rękę do pojednania. To są drobne, codzienne decyzje, ale właśnie z nich, jak z ściegów, utkana jest ta biała szata.

Nie ma w tym fajerwerków. Jest raczej cicha wytrwałość i ufność, że Bóg dopisze to, czego nam zabrakło. Dlatego dzisiejsze święto nie jest przypomnieniem, że mamy być perfekcyjni. Jest zaproszeniem, żebyśmy uwierzyli, że to się naprawdę może udać, także u nas, także u mnie, takiego jakim jestem.

Gdy więc za kilka dni będziemy stać na cmentarzach, wśród zniczy, nie traktujmy tych grobów tylko jako miejsc straty. To także miejsca nadziei: tutaj spoczywają ludzie, którzy poszli przed nami tą samą zwyczajną drogą. Wielu z nich nie wiedziało, że idzie do świętości. Być może dlatego tam doszli.

Niech więc dzisiejsza uroczystość będzie dla nas pocieszeniem, a nie ciężarem. Bo jeśli tłum jest niezliczony, to jest w nim miejsce i dla nas.


Homilia alternatywna V

Święci z "wielkiego ucisku"

Kiedy słyszymy słowo „święci”, wielu z nas widzi obrazy z witraży i figur: spokojne twarze, wzniesione oczy, dłonie złożone do modlitwy. Człowiek patrzy na to wszystko i myśli: to nie dla mnie. Oni byli z innej gliny. Ja mam kredyt, trudnego szefa, chorą mamę i charakter, z którym sam sobie nie radzę.

Tymczasem pierwsze czytanie z Apokalipsy zaczyna się od zaskoczenia. Jan słyszy liczbę: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych. Liczba dokładna, uporządkowana, niemal urzędowa. A potem Jan patrzy i widzi coś zupełnie innego: „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków”. Najpierw spis, a potem tłum, którego nie da się spisać. Bóg ma swoją arytmetykę i nasza jej nie obejmuje. Nie ma tam tylko wybranej elity, jest ludzkie morze, i to morze pełne różnych twarzy.

I tu pierwsza myśl, którą chciałbym dziś zostawić: świętość nie jest rzadkim gatunkiem. Kościół nie przypadkiem ustanowił uroczystość Wszystkich Świętych, a nie tylko tych z ołtarzy. Wśród tych, którzy stoją przed tronem, są kanonizowani, ale są też nasi dziadkowie, którzy nigdy nie napisali żadnego traktatu, i sąsiadka, która po prostu przez trzydzieści lat opiekowała się niepełnosprawnym synem. Są ludzie, których imion nikt nie zna, poza Bogiem. Jan słyszy pytanie: „Kim są i skąd przybyli?” i odpowiada tak, jak odpowiedziałby każdy z nas: „Panie, ty wiesz”. To uczciwa odpowiedź. Nie mamy pełnego wglądu w to, kto jest święty. Bóg ma szersze serce niż nasze statystyki.

Ale proszę zwrócić uwagę na drugą rzecz, bo czytanie jest tu bardzo trzeźwe. Starzec nie mówi: to ci, którym się udało. Nie mówi też: to ci, którzy nigdy nie upadli. Mówi: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku”. Czas teraźniejszy: przychodzą. Wciąż idą. Święci nie są ludźmi, którzy ominęli trudności, lecz ludźmi, którzy przez trudności przeszli i nie oddali w nich swojej wiary ani swojego serca.

To ważne, bo łatwo o religijność, która obiecuje życie bez bólu. Ewangelia, którą czytamy dziś, nie jest tak naiwna. Jezus nie mówi: błogosławieni, którym wszystko się układa. Mówi: błogosławieni ubodzy, ci, którzy się smucą, ci, którzy łakną sprawiedliwości, ci, którzy cierpią prześladowanie. Błogosławieństwa nie są pochwałą cierpienia. Nikt nie jest błogosławiony dlatego, że płacze. Jezus mówi coś bardziej subtelnego i bardziej radykalnego: że w miejscach, w których świat widzi porażkę, Bóg jest szczególnie blisko. Smutek nie jest dla Niego dowodem, że coś poszło nie tak między nami a Nim. Ubóstwo, głód, łzy to nie są miejsca, z których Bóg się wycofał.

Warto też zauważyć, że szaty tych ludzi są białe, ale nie dlatego, że nigdy się nie pobrudziły. Czytanie mówi, że je „opłukali” i „wybielili we krwi Baranka”. Paradoksalny obraz: biel osiągnięta przez krew. To obraz ludzi, którzy swoje życie, ze wszystkim, co w nim poplamione, zanieśli do Chrystusa i pozwolili, by to On je oczyścił. Święty to nie ten, kto nie ma plam, ale ten, kto nie przestał wracać do Tego, który je zmywa. Wielu z nas czuje, że świętość jest poza zasięgiem, bo nasza historia jest poplątana. Apokalipsa mówi: właśnie z takich historii składa się ten tłum.

I teraz słowa Jana z drugiego czytania, które chyba najbardziej mnie dziś poruszają: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy”. Zwróćmy uwagę na kolejność. Najpierw jest tożsamość, a dopiero potem wysiłek. Nie jesteśmy dziećmi Bożymi dlatego, że się dobrze sprawiamy. Staramy się dobrze żyć, bo jesteśmy dziećmi. Świętość nie jest egzaminem, który zdajemy, żeby zostać przyjętymi. Jest odpowiedzią kogoś, kto już został przyjęty.

A zaraz potem pada zdanie pełne uczciwości: „jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy”. Jan nie udaje, że wszystko wie. My też nie wiemy, kim się staniemy. I to może być pocieszające. Bo jeśli patrzę na siebie dzisiaj i widzę człowieka niedokończonego, pełnego niespełnionych postanowień i powtarzających się słabości, to Jan mówi mi: to nie jest ostateczny obraz. To jest etap. Jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Bóg nie zamknął jeszcze mojego portretu.

Nie chcę jednak, żeby to zabrzmiało zbyt łagodnie. Jan kończy wyraźnie: „Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się”. Uświęca się, czyli coś się dzieje, jest ruch, jest praca. Nadzieja nie jest tu uczuciem, lecz kierunkiem, w którym człowiek zaczyna stawiać kroki. Kto naprawdę spodziewa się, że ujrzy Boga takim, jakim jest, ten nie może żyć w sposób zupełnie obojętny na to, jakim człowiekiem jest dzisiaj.

Co to oznacza w praktyce? Zerknijmy jeszcze raz na błogosławieństwa, ale nie jak na wzniosłą poezję, tylko jak na opis zwyczajnych ludzi. Cisi: to ten, kto w kłótni potrafi nie mieć ostatniego słowa. Miłosierni: ten, kto potrafi komuś wybaczyć, choć ma prawo się obrażać. Czystego serca: ten, kto nie gra na dwa fronty. Wprowadzający pokój: ten, kto w rodzinie zamiast dolewać oliwy do ognia, po cichu szuka zgody. Nikt z nich nie jest na pierwszych stronach gazet. A jednak właśnie takich ludzi Jezus nazywa błogosławionymi.

Dzisiejsza uroczystość zaprasza nas więc do dwóch spojrzeń. Pierwsze: w górę i do przodu, ku tłumowi przed tronem. Ten obraz mówi nam, że nasza historia ma dobry koniec, że ostatnie słowo nie należy do ucisku, lecz do Baranka. „Zbawienie u Boga naszego” – wołają ci, którzy przeszli przez największe próby. To nie jest hasło propagandowe, to świadectwo ludzi, którzy wiedzą, co mówią.

Drugie spojrzenie: wokół siebie, tu i teraz. Bo ten tłum nie spadł z nieba w gotowej formie. Składa się z ludzi, którzy kiedyś siedzieli w ławkach takich jak te, kłócili się o drobiazgi, bali się o dzieci, wątpili, wracali do spowiedzi, przeklinali w duchu, a potem znów próbowali. Świętość, jak ją widzi Ewangelia, to nie perfekcja, lecz wierność w drodze.

Dlatego dzisiaj nie powinniśmy czuć się mali wobec świętych, jakbyśmy byli widzami cudzego spektaklu. Powinniśmy raczej czuć się jak ktoś, kto z daleka dostrzega znajome twarze w tłumie i myśli: skoro oni, to może i ja. Nie dlatego, że jestem lepszy, ale dlatego, że ten sam Bóg, który ich poprowadził, prowadzi także mnie.

Jutro będziemy odwiedzać groby naszych bliskich. Zapalimy znicze, pomodlimy się, może przez chwilę postoimy w ciszy. Dzisiejsza liturgia podpowiada, jak na to patrzeć: nie jako na koniec, ale jako na czyjeś „przychodzenie”. Ci, których wspominamy, przeszli swoją drogę, ze wszystkim, co było w niej trudne. Wierzymy, że niejeden z nich stoi już w tym tłumie, a my idziemy tą samą drogą, nieco z tyłu.

Prośmy więc dziś o rzecz prostą: nie o to, żebyśmy stali się nagle idealni, ale o odwagę, by każdego dnia robić jeszcze jeden krok. By w ucisku nie utracić nadziei, w radości nie zapomnieć o wdzięczności, a w zwykłych, szarych dniach pamiętać, że jesteśmy dziećmi Bożymi i „rzeczywiście nimi jesteśmy”.

A kiedy kiedyś ktoś zapyta: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?”, niech Bóg będzie mógł odpowiedzieć o każdym z nas: to ten, to ta, którzy przyszli z naszych zwykłych dni, z naszego ucisku, z naszych upadków i powrotów, i dali się obmyć.


Homilia alternatywna VI

Kazanie na uroczystość Wszystkich Świętych krótka

Starzec z Apokalipsy zadaje Janowi pytanie, które można by zadać także nam dzisiaj, patrząc na tych wszystkich, których wspominamy: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?" Jan odpowiada uczciwie i po ludzku: „Panie, ty wiesz". Warto zatrzymać się przy tej odpowiedzi. Nawet wielki wizjoner przyznaje, że nie wie. I dobrze, bo świętość rzadko jest rzeczą, którą potrafimy z góry rozpoznać.

Bo skąd oni przybyli? „Z wielkiego ucisku". Nie z jakiejś lepszej rzeczywistości, nie z krainy, w której wszystko się udawało. Przyszli z tego samego świata co my: z choroby, z zmęczenia, z kłopotów w rodzinie, z pracy, która nie dawała satysfakcji, z błędów, których żałowali. Szaty mają białe, ale Księga nie mówi, że były takie od początku. Mówi, że je „opłukali". Święci nie są ludźmi, którzy się nigdy nie pobrudzili. To ludzie, którzy pozwolili się obmyć.

To jest wiadomość dobra i trzeźwa zarazem. Dobra, bo świętość nie jest nagrodą dla nielicznych wybitnych. Jan widzi „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć". Tłum. Nie elitę, nie kilka posągów na cokołach, lecz ludzi z każdego narodu, języka i pokolenia. Wśród nich są i ci, których znamy z obrazów, i ci, których imion nikt nie zapisał: babcia, która codziennie odmawiała różaniec, sąsiad, który po cichu pomagał, ktoś, kto po prostu wytrwał. A trzeźwa, bo ta droga prowadzi przez ucisk, a nie obok niego. Nikt nie obiecuje nam życia bez trudu.

Święty Jan w drugim czytaniu mówi coś jeszcze, co mnie wydaje się szczególnie ważne: „obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy". Jeszcze się nie ujawniło. Nie jesteśmy gotowym produktem. Jesteśmy w drodze i nie wszystko o nas jest jeszcze wiadome, także nam samym. To wyzwala od dwóch pokus: od przekonania, że już jesteśmy dobrzy, i od przekonania, że już jesteśmy przegrani. Prawda leży gdzieś pośrodku: jesteśmy kochani teraz, a stajemy się kimś w trakcie.

A jak wygląda ta droga? Chrystus odpowiada na górze, w Błogosławieństwach. Zwróćmy uwagę: nie ma tam zbioru wielkich czynów ani listy heroicznych osiągnięć. Są ubodzy, smutni, cisi, łaknący, miłosierni, czystego serca, pokój czyniący. Czyli ludzie, którzy w oczach świata niewiele znaczą. Ktoś, kto potrafi żyć bez nadmiernego przywiązania do tego, co ma. Ktoś, kto nie udaje, że nie boli. Ktoś, kto pierwszy wyciąga rękę do pojednania. To są drobne, codzienne decyzje, ale właśnie z nich, jak z ściegów, utkana jest ta biała szata.

Nie ma w tym fajerwerków. Jest raczej cicha wytrwałość i ufność, że Bóg dopisze to, czego nam zabrakło. Dlatego dzisiejsze święto nie jest przypomnieniem, że mamy być perfekcyjni. Jest zaproszeniem, żebyśmy uwierzyli, że to się naprawdę może udać, także u nas, także u mnie, takiego jakim jestem.

Gdy więc za kilka dni będziemy stać na cmentarzach, wśród zniczy, nie traktujmy tych grobów tylko jako miejsc straty. To także miejsca nadziei: tutaj spoczywają ludzie, którzy poszli przed nami tą samą zwyczajną drogą. Wielu z nich nie wiedziało, że idzie do świętości. Być może dlatego tam doszli.
Niech więc dzisiejsza uroczystość będzie dla nas pocieszeniem, a nie ciężarem. Bo jeśli tłum jest niezliczony, to jest w nim miejsce i dla nas.


Modlitwa wiernych

Wstęp – Z pokorą i ufnością prośmy Boga, Który jedynie jest święty, aby dopuścił nas do uczestnictwa w swej chwale, w Królestwie Niebieskim, abyśmy Go kiedyś ujrzeli takim jakim jest ...

1 – Za Kościół pielgrzymujący, aby jego pasterze; biskupi i kapłani prowadzili lud Boży do światłości życia wiecznego, - „Ciebie prosimy”
2 – Za tych, którzy oddalili się od Chrystusa, aby z pomocą świętych orędowników i patronów odnaleźli drogę powrotną do owczarni Chrystusowej, - „Ciebie prosimy”
3 – Za chorych i cierpiących, aby zjednoczeni z cierpieniami Chrystusa dostrzegli i uznali odkupieńczą wartość swojego cierpienia, - „Ciebie prosimy”
4 – Za umierających, aby w Miłosierdziu Bożym odnaleźli ukojenie i pocieszenie w ostatnim momencie ziemskiego życia, - „Ciebie prosimy”
5 – Za Kościół oczekujący w czyśćcu z tęsknotą na ostateczne spotkanie z Bogiem, aby wsparty naszymi modlitwami dostąpił zbawienia wiecznego, - „Ciebie prosimy”

Zakończenie – Miłosierny Boże wejrzyj na Miłość i Mękę swojego Syna Jezusa Chrystusa i wybacz nam nasze winy, abyśmy mogli razem z Nim uczestniczyć w Twojej chwale, gdzie żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen

Słowo „przed rozesłaniem”

Ofiara Odkupieńcza Jezusa Chrystusa, w Której uczestniczyliśmy jest zadatkiem i zapowiedzią naszego zbawienia. Idźmy i głośmy naszym codziennym życiem tę radosną nowinę.

Szkic krótkiej homilii na Uroczystość Wszystkich Świętych

Kilka punktów:

- czy niebo jest puste czy zatłoczone? 144 tysiące to na całą historię ludzkości nie za wiele.
- tylko święci mogą być w niebie! Czy jest tam także miejsce dla mnie?
- co zrobić, aby się tam dostać? Oczywiście odp. jest jedna MUSZĘ ZOSTAĆ ŚWIĘTYM!
- ale co to znaczy?
- kiedyś faryzeusze zadali takie samo pytanie Pani Jezusowi, które przykazanie jest najważniejsze? A jeden bogaty młodzieniec zapytał, co mam robić, aby wejść do życia wiecznego?
- odp. miłuj Boga i miłuj bliźniego I NIC WIĘCEJ NIE BĘDZIESZ MUSIAŁ ROBIĆ, to uczyni cię świętym i tylko w ten sposób wejdziesz do nieba,
- czy to jest trudne? NIE, na pewno nie jest trudne ani niemożliwe, to tylko twój egoizm i twoja zatwardziałość czynią to trudnym a nawet niemożliwym!
- jeśli naprawdę miłujesz Boga, to nie będzie dla ciebie problemu z niedzielną Mszą, regularną spowiedzią czy modlitwą, to tylko twój egoizm, lenistwo lub lekceważenie stwarza problemy,
- jeśli naprawdę miłujesz Boga, to nie będzie dla ciebie problemu z wybaczeniem teściowej, sąsiadowi czy synowej. To tylko twój egoizm i upór stwarzają problemy.
- i nie mów, że świętość to nadzwyczajny wyczyn tylko dla wybranych.
- chciej, bo Pan Bóg zrobił już wszystko co mógł!

poniedziałek, 26 października 2026

01.11. Uroczystość Wszystkich Świętych

 Wprowadzenie do Mszy Świętej

Akt Pokutny i uznanie własnej grzeszności na początku każdej Mszy Świętej nie jest stanem upokorzenia, ale prawdy. Uznajemy, że jeszcze nie jesteśmy święci, że do świętości dążymy, że jest to możliwe jedynie dzięki odkupieńczej Ofierze Jezusa Chrystusa, w której uczestniczymy. Wyznajmy, więc nasze grzechy i prośmy o wstawiennictwo tych, którzy już są błogosławieni w Królestwie Niebieskim.

Ap 7,2-14

I ujrzałem innego anioła, wstępującego od wschodu słońca, mającego pieczęć Boga żywego. Zawołał on donośnym głosem do czterech aniołów, którym dano moc wyrządzić szkodę ziemi i morzu: Nie wyrządzajcie szkody ziemi ni morzu, ni drzewom, aż opieczętujemy na czołach sługi Boga naszego. I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela: Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: Zbawienie u Boga naszego, Zasiadającego na tronie i u Baranka. A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu i Starców, i czworga Zwierząt, i na oblicza swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen. A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli? I powiedziałem do niego: Panie, ty wiesz. I rzekł do mnie: To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili.

1J 3,1-3

Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

Mt 5,1-12

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:
Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was.
Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.


Nie święci garnki lepią

Ale i świętych nie z innej lepią gliny. To nie ludzie nadzwyczajni lub niezwyczajni, żyjący gdzieś daleko w odległych krajach lub zamierzchłych czasach. To nie herosi, idole, prawie anioły, nieosiągalni w swej doskonałości i nieprzystępni w swej świętości. To nasi bliscy, krewni, znajomi ... Ludzie szczęśliwi, chociaż pozornie niedorajdy i fajtłapy, nieudacznicy życiowi, którym się nie wiedzie, bo nie umieli się dobrze ustawić, bo zapomnieli, że o swoje trzeba dbać i pilnować interesu, bo nie umieli być sprytni, przebiegli i zaradni, bo na kłamstwo mówili, że to jest kłamstwo, a na zło, że to jest zło. Oni nazywali rzeczy po imieniu i nie byli obłudnymi dyplomatami o podwójnej twarzy. Dla nich rzeczy były i są proste i świat po Bożemu poukładany. To nie ludzi szukający świętego spokoju i unikający kłopotów za wszelką cenę. Święci, to ludzie jak najbardziej normalni, po bożemu normalni, a nie po ludzku.

Szczęśliwi i pełni prostoty w swojej naiwnej uczciwości i rzetelności. Szczęśliwi, bo czystego serca, szczęśliwi, bo ubodzy duchem, łagodni i chociaż czasami płaczący z bezsilności wobec zła, to jednak w ostatecznym rachunku zwycięscy. Pełni miłosierdzia dla cierpiących, ale niemiłosierni dla oszustów i hochsztaplerów, dla karierowiczów i chciwców, głodni sprawiedliwości dla zakłamanych i obłudników. Oni zrozumieli, gdzie są prawdziwe wartości i dlatego są szczęśliwi i błogosławieni. Wprowadzający pokój, ale bez kompromisów i dwulicowości. To ludzie, dla których „tak” znaczyło ”tak”, a „nie” znaczyło po prostu „nie”.

Iluż z tych, którzy tę piękna pieśń -"Błogosławieni" śpiewało kiedyś dla Papieża Jana Pawła II, zrozumiało głębię jej słów? Iluż z tych, którzy jej słuchali, doceniło wartość i znaczenie tego tekstu? A przecież jest to pieśń właśnie o świętych, o wszystkich świętych bezimiennych i nie kanonizowanych, i tych zmarłych z głodu i zimna w czasie ostatniej zimy w Polsce także ... i o zamordowanych, bezbronnych dzieciach także, i o tych nienarodzonych, chociaż oni jeszcze nic nie zrozumieli ... również...

BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI, chociaż żyli obok nas i byli pogardzani, niezauważani, lekceważeni, wyśmiewani, odsądzani od czci.
BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI ... niedoceniani, którym nawet prawa do życia nie przyznano ...
BŁOGOSŁAWIENI i SZCZĘŚLIWI ... oni już tak ... my ... jeszcze nie.


Homilia alternatywna I

144 tysiące wybranych ?

Czyżby tylko tak niewielka liczba ludzi miała się zbawić? Jeśli wziąć pod uwagę liczbę kanonizowanych i beatyfikowanych przez obecnego Papieża, to chyba już niewiele miejsc wolnych pozostało ... Czy się jeszcze załapiemy?

Nie sądzę jednak aby u bram raju stali buchalterzy liczący wchodzących. To tylko w niektórych parafiach, od czasu do czasu proboszczowie liczą wiernych na Mszach św. każąc ministrantom liczyć wchodzących do kościoła. Pan Bóg ma jednak na pewno inne metody i nie używa naszych kalkulatorów czy komputerów.

Św. Augustyn powiedział coś, co można zastosować do tej „Bożej buchalterii”. Jego słowa to: "Przy końcu życia będziemy rozliczani jedynie z miłości". I -tak na dobra sprawę- to będzie jedyne kryterium wstępu do Królestwa Niebieskiego i jedyny warunek uczestnictwa w życiu wiecznym. Nikt nie będzie tam liczył wchodzących, nikt nie będzie zwracał uwagi na krawat, smoking czy nie wyczyszczone buty, nikomu do głowy nie przyjdzie sprawdzać paszportów, wiz i posiadanej gotówki ... Nikt nie będzie pytał czy jesteś ze strefy Schoengen, czy twój paszport jest zielony, niebieski czy czerwony ... Jedynym pytaniem będzie: "Czy i jak kochałeś Boga i bliźniego swego?" Czy Twoja miłość była tylko uczuciowo-sentymentalna, czy czynna i konkretna, jak w dzisiejszym kazaniu Chrystusa na Górze Ośmiu Błogosławieństw?

Liczba 144 tysięcy jest zapewne wysoce symboliczna, i pewnym jest też, że Bóg ze swej strony nie nakłada żadnych ograniczeń. On przyszedł na świat zbawić wszystkich, i wszystkich zaprasza, i wszystkich chciałby mieć u siebie. To tylko my, naszym egoizmem, obojętnością, chciwością, zachłannością, nienawiścią, brakiem zrozumienia, lenistwem, małostkowością, pożądliwością i innymi grzechami wykluczamy się z liczby zbawionych..

A tak swoją drogą, to ...
do spotkania w niebie, czego i Tobie, i sobie życzę.


Homilia alternatywna II

144 tysiące wybranych ?

Każdego roku w Uroczystość Wszystkich Świętych czytamy przepiękny tekst z Apokalipsy św. Jana opisujący liturgię Nowego Jeruzalem. A w nim słowa: „I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela: Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem.”

Z jednej strony mam tutaj rzeczywiście liczbę 144 tysiące, która ma znaczenie raczej symboliczne i może być odczytywana jako; symbol doskonałości, powszechności zbawienia, czy po prostu wyraz przekonania że członkowie wszystkich pokoleń Narodu Wybranego (12 pokoleń po 12 tysięcy) zostaną zbawieni. Z drugiej jednak strony już w następnym zdaniu autor niejako zaprzecza samemu sobie mówiąc: „Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków ...”. Czy więc będzie to rzeczywiście niepoliczalny tłum, czy tylko 144 tysiące jak chcą np. Świadkowie Jehowy, czy Mormoni?

Czyżby tylko tak niewielka liczba ludzi miała się zbawić? Jeśli wziąć pod uwagę liczbę kanonizowanych i beatyfikowanych przez poprzedniego Papieża, to chyba już niewiele wolnych miejsc w niebie pozostało ... Czy się jeszcze załapiemy?

Nie sądzę jednak aby u bram raju stali buchalterzy liczący wchodzących. To tylko raz do roku w parafiach proboszczowie każą ministrantom liczyć wchodzących do kościoła. Pan Bóg ma jednak na pewno inne metody i nie używa naszych kalkulatorów czy komputerów.

Bóg na pewno chce zbawić wszystkich, chociaż z drugiej strony pewne jest i to, że nie wszyscy będą zbawieni, bo sam Chrystus mówi wielokrotnie o tych, którzy sami skazali się na wieczne potępienie

Św. Augustyn powiedział coś, co można zastosować do tej „Bożej buchalterii”. Jego słowa to: "Przy końcu życia będziemy rozliczani jedynie z miłości". I -tak na dobra sprawę- to będzie jedyne kryterium wstępu do Królestwa Niebieskiego i jedyny warunek uczestnictwa w życiu wiecznym. Nikt nie będzie tam liczył wchodzących, nikt nie będzie zwracał uwagi na krawat, smoking czy nie wyczyszczone buty, nikomu do głowy nie przyjdzie sprawdzać paszportów, wiz i posiadanej gotówki ... Nikt nie będzie pytał czy jesteś ze strefy Schoengen, czy twój paszport jest zielony, niebieski czy czerwony ... Jedynym pytaniem będzie: "Czy i jak kochałeś Boga i bliźniego swego?" Czy Twoja miłość była tylko uczuciowo-sentymentalna, a więc egoistyczna, czy raczej czynna i konkretna, nastawiona na drugiego człowieka, jak w dzisiejszym kazaniu Chrystusa na Górze Ośmiu Błogosławieństw?

Liczba 144 tysięcy jest zapewne wysoce symboliczna, i pewnym jest też, że Bóg ze swej strony nie nakłada żadnych ograniczeń. On przyszedł na świat zbawić wszystkich, i wszystkich zaprasza, i wszystkich chciałby mieć u siebie. To tylko czy my sami, naszym egoizmem, zatwardziałością, pychą obojętnością, chciwością, zachłannością, nienawiścią, brakiem zrozumienia, lenistwem, małostkowością, pożądliwością i innymi grzechami nie wykluczamy się z liczby zbawionych..

A tak swoją drogą, to ...
do spotkania w niebie, czego i Tobie, i sobie życzę.


Homilia alternatywna III

W książce Bruno Ferrero „Czy jest tam ktoś? Krótkie opowiadania dla ducha" znalazłem takie oto krótkie opowiadanie:

Pewien mistrz murarski pracował wiele lat w wielkim zakładzie budowlanym. Kiedyś jednak od prezesa tegoż zakładu otrzymał interesujące zamówienie na wybudowanie wspaniałej willi według własnego projektu i uznania. Mógł wybrać najpiękniejsze miejsce i nie przejmować się żadnymi kosztami. Wszystkie koszty miały być pokryte z funduszy zakładu.

Prace rozpoczął natychmiast. Wykorzystując jednak pokładane w nim bezgraniczne zaufanie, jakim go obdarzono, pomyślał sobie, że może użyć starych surowców z odzysku oraz zatrudnić mniej wykwalifikowanych robotników, aby w ten sposób zagarnąć dla siebie nieuczciwie zaoszczędzone pieniądze. I tak w krótkim czasie wybudował zamówioną willę, ale jej jakość daleka była od tego, co mógłby zrobić gdyby był uczciwy i rzetelny.

Kiedy dom został ukończony, w czasie wydanego na tę okoliczność przyjęcia, wręczył swojemu prezesowi klucze do posiadłości. Prezes jednak zwrócił mu je natychmiast i z uśmiechem powiedział :
"Ten dom jest naszym podziękowaniem dla ciebie za rzetelną pracę. Niech będzie wyrazem naszego poważania i szacunku dla ciebie i twojej pracy.”

Autor opowiadania dodaje na zakończenie: „Twoje dni są cegłami, z których budujesz dom swojej wieczności.”

W dniu dzisiejszym warto byłoby zadać sobie pytanie: "A jaki dom na wieczność buduję sobie ja?" Święci których dzisiaj czcimy wybudowali na pewno domy trwałe, ufundowane na skale, jaką jest Chrystus. Cegłami, których używali były: cichość, czystość serca, ubóstwo, sprawiedliwość, miłosierdzie i pokój. I otrzymali nagrodę życia wiecznego. Czy ja jednak nie buduję domu na piasku swoich uczuć i kaprysów, a w dodatku używając kiepskich materiałów, oszukując i kantując. A czy cegłami, których używam nie są przypadkiem: spryt, cwaniactwo, obłuda, cynizm i pycha?

Przed laty, podczas pogrzebu usłyszałem bardzo wstrząsające zdanie: "Jakie życie taka śmierć, jaka śmierć taka wieczność". Kiedy myślę o życiu tych tysięcy świętych, których dzisiaj wspominamy, to widzę niemalże namacalnie, że ich wieczność wpisana była w ich codzienne życie. W codzienności budowali dla siebie wieczność i otrzymali „nagrodę wielką w niebie”. Święci to nie tylko mistrzowie życia duchowego, ale na pewno także „mistrzowie budowlani”, którzy wybudowali sobie wiecznotrwały dom.

A jak to jest w moim wypadku. Jaką nagrodę ja otrzymam? Zgodnie z z powiedzeniem: „Jakie życie taka wieczność”, moją wieczność kształtuję już dzisiaj. Jakąż więc wieczność sobie przygotowuję?


Homilia alternatywna IV

Starzec z Apokalipsy zadaje Janowi pytanie, które można by zadać także nam dzisiaj, patrząc na tych wszystkich, których wspominamy: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?" Jan odpowiada uczciwie i po ludzku: „Panie, ty wiesz". Warto zatrzymać się przy tej odpowiedzi. Nawet wielki wizjoner przyznaje, że nie wie. I dobrze, bo świętość rzadko jest rzeczą, którą potrafimy z góry rozpoznać.

Bo skąd oni przybyli? „Z wielkiego ucisku". Nie z jakiejś lepszej rzeczywistości, nie z krainy, w której wszystko się udawało. Przyszli z tego samego świata co my: z choroby, z zmęczenia, z kłopotów w rodzinie, z pracy, która nie dawała satysfakcji, z błędów, których żałowali. Szaty mają białe, ale Księga nie mówi, że były takie od początku. Mówi, że je „opłukali". Święci nie są ludźmi, którzy się nigdy nie pobrudzili. To ludzie, którzy pozwolili się obmyć.

To jest wiadomość dobra i trzeźwa zarazem. Dobra, bo świętość nie jest nagrodą dla nielicznych wybitnych. Jan widzi „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć". Tłum. Nie elitę, nie kilka posągów na cokołach, lecz ludzi z każdego narodu, języka i pokolenia. Wśród nich są i ci, których znamy z obrazów, i ci, których imion nikt nie zapisał: babcia, która codziennie odmawiała różaniec, sąsiad, który po cichu pomagał, ktoś, kto po prostu wytrwał. A trzeźwa, bo ta droga prowadzi przez ucisk, a nie obok niego. Nikt nie obiecuje nam życia bez trudu.

Święty Jan w drugim czytaniu mówi coś jeszcze, co mnie wydaje się szczególnie ważne: „obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy". Jeszcze się nie ujawniło. Nie jesteśmy gotowym produktem. Jesteśmy w drodze i nie wszystko o nas jest jeszcze wiadome, także nam samym. To wyzwala od dwóch pokus: od przekonania, że już jesteśmy dobrzy, i od przekonania, że już jesteśmy przegrani. Prawda leży gdzieś pośrodku: jesteśmy kochani teraz, a stajemy się kimś w trakcie.

A jak wygląda ta droga? Chrystus odpowiada na górze, w Błogosławieństwach. Zwróćmy uwagę: nie ma tam zbioru wielkich czynów ani listy heroicznych osiągnięć. Są ubodzy, smutni, cisi, łaknący, miłosierni, czystego serca, pokój czyniący. Czyli ludzie, którzy w oczach świata niewiele znaczą. Ktoś, kto potrafi żyć bez nadmiernego przywiązania do tego, co ma. Ktoś, kto nie udaje, że nie boli. Ktoś, kto pierwszy wyciąga rękę do pojednania. To są drobne, codzienne decyzje, ale właśnie z nich, jak z ściegów, utkana jest ta biała szata.

Nie ma w tym fajerwerków. Jest raczej cicha wytrwałość i ufność, że Bóg dopisze to, czego nam zabrakło. Dlatego dzisiejsze święto nie jest przypomnieniem, że mamy być perfekcyjni. Jest zaproszeniem, żebyśmy uwierzyli, że to się naprawdę może udać, także u nas, także u mnie, takiego jakim jestem.

Gdy więc za kilka dni będziemy stać na cmentarzach, wśród zniczy, nie traktujmy tych grobów tylko jako miejsc straty. To także miejsca nadziei: tutaj spoczywają ludzie, którzy poszli przed nami tą samą zwyczajną drogą. Wielu z nich nie wiedziało, że idzie do świętości. Być może dlatego tam doszli.

Niech więc dzisiejsza uroczystość będzie dla nas pocieszeniem, a nie ciężarem. Bo jeśli tłum jest niezliczony, to jest w nim miejsce i dla nas.


Homilia alternatywna V

Święci z "wielkiego ucisku"

Kiedy słyszymy słowo „święci”, wielu z nas widzi obrazy z witraży i figur: spokojne twarze, wzniesione oczy, dłonie złożone do modlitwy. Człowiek patrzy na to wszystko i myśli: to nie dla mnie. Oni byli z innej gliny. Ja mam kredyt, trudnego szefa, chorą mamę i charakter, z którym sam sobie nie radzę.

Tymczasem pierwsze czytanie z Apokalipsy zaczyna się od zaskoczenia. Jan słyszy liczbę: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych. Liczba dokładna, uporządkowana, niemal urzędowa. A potem Jan patrzy i widzi coś zupełnie innego: „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków”. Najpierw spis, a potem tłum, którego nie da się spisać. Bóg ma swoją arytmetykę i nasza jej nie obejmuje. Nie ma tam tylko wybranej elity, jest ludzkie morze, i to morze pełne różnych twarzy.

I tu pierwsza myśl, którą chciałbym dziś zostawić: świętość nie jest rzadkim gatunkiem. Kościół nie przypadkiem ustanowił uroczystość Wszystkich Świętych, a nie tylko tych z ołtarzy. Wśród tych, którzy stoją przed tronem, są kanonizowani, ale są też nasi dziadkowie, którzy nigdy nie napisali żadnego traktatu, i sąsiadka, która po prostu przez trzydzieści lat opiekowała się niepełnosprawnym synem. Są ludzie, których imion nikt nie zna, poza Bogiem. Jan słyszy pytanie: „Kim są i skąd przybyli?” i odpowiada tak, jak odpowiedziałby każdy z nas: „Panie, ty wiesz”. To uczciwa odpowiedź. Nie mamy pełnego wglądu w to, kto jest święty. Bóg ma szersze serce niż nasze statystyki.

Ale proszę zwrócić uwagę na drugą rzecz, bo czytanie jest tu bardzo trzeźwe. Starzec nie mówi: to ci, którym się udało. Nie mówi też: to ci, którzy nigdy nie upadli. Mówi: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku”. Czas teraźniejszy: przychodzą. Wciąż idą. Święci nie są ludźmi, którzy ominęli trudności, lecz ludźmi, którzy przez trudności przeszli i nie oddali w nich swojej wiary ani swojego serca.

To ważne, bo łatwo o religijność, która obiecuje życie bez bólu. Ewangelia, którą czytamy dziś, nie jest tak naiwna. Jezus nie mówi: błogosławieni, którym wszystko się układa. Mówi: błogosławieni ubodzy, ci, którzy się smucą, ci, którzy łakną sprawiedliwości, ci, którzy cierpią prześladowanie. Błogosławieństwa nie są pochwałą cierpienia. Nikt nie jest błogosławiony dlatego, że płacze. Jezus mówi coś bardziej subtelnego i bardziej radykalnego: że w miejscach, w których świat widzi porażkę, Bóg jest szczególnie blisko. Smutek nie jest dla Niego dowodem, że coś poszło nie tak między nami a Nim. Ubóstwo, głód, łzy to nie są miejsca, z których Bóg się wycofał.

Warto też zauważyć, że szaty tych ludzi są białe, ale nie dlatego, że nigdy się nie pobrudziły. Czytanie mówi, że je „opłukali” i „wybielili we krwi Baranka”. Paradoksalny obraz: biel osiągnięta przez krew. To obraz ludzi, którzy swoje życie, ze wszystkim, co w nim poplamione, zanieśli do Chrystusa i pozwolili, by to On je oczyścił. Święty to nie ten, kto nie ma plam, ale ten, kto nie przestał wracać do Tego, który je zmywa. Wielu z nas czuje, że świętość jest poza zasięgiem, bo nasza historia jest poplątana. Apokalipsa mówi: właśnie z takich historii składa się ten tłum.

I teraz słowa Jana z drugiego czytania, które chyba najbardziej mnie dziś poruszają: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy”. Zwróćmy uwagę na kolejność. Najpierw jest tożsamość, a dopiero potem wysiłek. Nie jesteśmy dziećmi Bożymi dlatego, że się dobrze sprawiamy. Staramy się dobrze żyć, bo jesteśmy dziećmi. Świętość nie jest egzaminem, który zdajemy, żeby zostać przyjętymi. Jest odpowiedzią kogoś, kto już został przyjęty.

A zaraz potem pada zdanie pełne uczciwości: „jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy”. Jan nie udaje, że wszystko wie. My też nie wiemy, kim się staniemy. I to może być pocieszające. Bo jeśli patrzę na siebie dzisiaj i widzę człowieka niedokończonego, pełnego niespełnionych postanowień i powtarzających się słabości, to Jan mówi mi: to nie jest ostateczny obraz. To jest etap. Jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Bóg nie zamknął jeszcze mojego portretu.

Nie chcę jednak, żeby to zabrzmiało zbyt łagodnie. Jan kończy wyraźnie: „Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się”. Uświęca się, czyli coś się dzieje, jest ruch, jest praca. Nadzieja nie jest tu uczuciem, lecz kierunkiem, w którym człowiek zaczyna stawiać kroki. Kto naprawdę spodziewa się, że ujrzy Boga takim, jakim jest, ten nie może żyć w sposób zupełnie obojętny na to, jakim człowiekiem jest dzisiaj.

Co to oznacza w praktyce? Zerknijmy jeszcze raz na błogosławieństwa, ale nie jak na wzniosłą poezję, tylko jak na opis zwyczajnych ludzi. Cisi: to ten, kto w kłótni potrafi nie mieć ostatniego słowa. Miłosierni: ten, kto potrafi komuś wybaczyć, choć ma prawo się obrażać. Czystego serca: ten, kto nie gra na dwa fronty. Wprowadzający pokój: ten, kto w rodzinie zamiast dolewać oliwy do ognia, po cichu szuka zgody. Nikt z nich nie jest na pierwszych stronach gazet. A jednak właśnie takich ludzi Jezus nazywa błogosławionymi.

Dzisiejsza uroczystość zaprasza nas więc do dwóch spojrzeń. Pierwsze: w górę i do przodu, ku tłumowi przed tronem. Ten obraz mówi nam, że nasza historia ma dobry koniec, że ostatnie słowo nie należy do ucisku, lecz do Baranka. „Zbawienie u Boga naszego” – wołają ci, którzy przeszli przez największe próby. To nie jest hasło propagandowe, to świadectwo ludzi, którzy wiedzą, co mówią.

Drugie spojrzenie: wokół siebie, tu i teraz. Bo ten tłum nie spadł z nieba w gotowej formie. Składa się z ludzi, którzy kiedyś siedzieli w ławkach takich jak te, kłócili się o drobiazgi, bali się o dzieci, wątpili, wracali do spowiedzi, przeklinali w duchu, a potem znów próbowali. Świętość, jak ją widzi Ewangelia, to nie perfekcja, lecz wierność w drodze.

Dlatego dzisiaj nie powinniśmy czuć się mali wobec świętych, jakbyśmy byli widzami cudzego spektaklu. Powinniśmy raczej czuć się jak ktoś, kto z daleka dostrzega znajome twarze w tłumie i myśli: skoro oni, to może i ja. Nie dlatego, że jestem lepszy, ale dlatego, że ten sam Bóg, który ich poprowadził, prowadzi także mnie.

Jutro będziemy odwiedzać groby naszych bliskich. Zapalimy znicze, pomodlimy się, może przez chwilę postoimy w ciszy. Dzisiejsza liturgia podpowiada, jak na to patrzeć: nie jako na koniec, ale jako na czyjeś „przychodzenie”. Ci, których wspominamy, przeszli swoją drogę, ze wszystkim, co było w niej trudne. Wierzymy, że niejeden z nich stoi już w tym tłumie, a my idziemy tą samą drogą, nieco z tyłu.

Prośmy więc dziś o rzecz prostą: nie o to, żebyśmy stali się nagle idealni, ale o odwagę, by każdego dnia robić jeszcze jeden krok. By w ucisku nie utracić nadziei, w radości nie zapomnieć o wdzięczności, a w zwykłych, szarych dniach pamiętać, że jesteśmy dziećmi Bożymi i „rzeczywiście nimi jesteśmy”.

A kiedy kiedyś ktoś zapyta: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?”, niech Bóg będzie mógł odpowiedzieć o każdym z nas: to ten, to ta, którzy przyszli z naszych zwykłych dni, z naszego ucisku, z naszych upadków i powrotów, i dali się obmyć.


Homilia alternatywna VI

Kazanie na uroczystość Wszystkich Świętych krótka

Starzec z Apokalipsy zadaje Janowi pytanie, które można by zadać także nam dzisiaj, patrząc na tych wszystkich, których wspominamy: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?" Jan odpowiada uczciwie i po ludzku: „Panie, ty wiesz". Warto zatrzymać się przy tej odpowiedzi. Nawet wielki wizjoner przyznaje, że nie wie. I dobrze, bo świętość rzadko jest rzeczą, którą potrafimy z góry rozpoznać.

Bo skąd oni przybyli? „Z wielkiego ucisku". Nie z jakiejś lepszej rzeczywistości, nie z krainy, w której wszystko się udawało. Przyszli z tego samego świata co my: z choroby, z zmęczenia, z kłopotów w rodzinie, z pracy, która nie dawała satysfakcji, z błędów, których żałowali. Szaty mają białe, ale Księga nie mówi, że były takie od początku. Mówi, że je „opłukali". Święci nie są ludźmi, którzy się nigdy nie pobrudzili. To ludzie, którzy pozwolili się obmyć.

To jest wiadomość dobra i trzeźwa zarazem. Dobra, bo świętość nie jest nagrodą dla nielicznych wybitnych. Jan widzi „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć". Tłum. Nie elitę, nie kilka posągów na cokołach, lecz ludzi z każdego narodu, języka i pokolenia. Wśród nich są i ci, których znamy z obrazów, i ci, których imion nikt nie zapisał: babcia, która codziennie odmawiała różaniec, sąsiad, który po cichu pomagał, ktoś, kto po prostu wytrwał. A trzeźwa, bo ta droga prowadzi przez ucisk, a nie obok niego. Nikt nie obiecuje nam życia bez trudu.

Święty Jan w drugim czytaniu mówi coś jeszcze, co mnie wydaje się szczególnie ważne: „obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy". Jeszcze się nie ujawniło. Nie jesteśmy gotowym produktem. Jesteśmy w drodze i nie wszystko o nas jest jeszcze wiadome, także nam samym. To wyzwala od dwóch pokus: od przekonania, że już jesteśmy dobrzy, i od przekonania, że już jesteśmy przegrani. Prawda leży gdzieś pośrodku: jesteśmy kochani teraz, a stajemy się kimś w trakcie.

A jak wygląda ta droga? Chrystus odpowiada na górze, w Błogosławieństwach. Zwróćmy uwagę: nie ma tam zbioru wielkich czynów ani listy heroicznych osiągnięć. Są ubodzy, smutni, cisi, łaknący, miłosierni, czystego serca, pokój czyniący. Czyli ludzie, którzy w oczach świata niewiele znaczą. Ktoś, kto potrafi żyć bez nadmiernego przywiązania do tego, co ma. Ktoś, kto nie udaje, że nie boli. Ktoś, kto pierwszy wyciąga rękę do pojednania. To są drobne, codzienne decyzje, ale właśnie z nich, jak z ściegów, utkana jest ta biała szata.

Nie ma w tym fajerwerków. Jest raczej cicha wytrwałość i ufność, że Bóg dopisze to, czego nam zabrakło. Dlatego dzisiejsze święto nie jest przypomnieniem, że mamy być perfekcyjni. Jest zaproszeniem, żebyśmy uwierzyli, że to się naprawdę może udać, także u nas, także u mnie, takiego jakim jestem.

Gdy więc za kilka dni będziemy stać na cmentarzach, wśród zniczy, nie traktujmy tych grobów tylko jako miejsc straty. To także miejsca nadziei: tutaj spoczywają ludzie, którzy poszli przed nami tą samą zwyczajną drogą. Wielu z nich nie wiedziało, że idzie do świętości. Być może dlatego tam doszli.
Niech więc dzisiejsza uroczystość będzie dla nas pocieszeniem, a nie ciężarem. Bo jeśli tłum jest niezliczony, to jest w nim miejsce i dla nas.


Modlitwa wiernych

Wstęp – Z pokorą i ufnością prośmy Boga, Który jedynie jest święty, aby dopuścił nas do uczestnictwa w swej chwale, w Królestwie Niebieskim, abyśmy Go kiedyś ujrzeli takim jakim jest ...

1 – Za Kościół pielgrzymujący, aby jego pasterze; biskupi i kapłani prowadzili lud Boży do światłości życia wiecznego, - „Ciebie prosimy”
2 – Za tych, którzy oddalili się od Chrystusa, aby z pomocą świętych orędowników i patronów odnaleźli drogę powrotną do owczarni Chrystusowej, - „Ciebie prosimy”
3 – Za chorych i cierpiących, aby zjednoczeni z cierpieniami Chrystusa dostrzegli i uznali odkupieńczą wartość swojego cierpienia, - „Ciebie prosimy”
4 – Za umierających, aby w Miłosierdziu Bożym odnaleźli ukojenie i pocieszenie w ostatnim momencie ziemskiego życia, - „Ciebie prosimy”
5 – Za Kościół oczekujący w czyśćcu z tęsknotą na ostateczne spotkanie z Bogiem, aby wsparty naszymi modlitwami dostąpił zbawienia wiecznego, - „Ciebie prosimy”

Zakończenie – Miłosierny Boże wejrzyj na Miłość i Mękę swojego Syna Jezusa Chrystusa i wybacz nam nasze winy, abyśmy mogli razem z Nim uczestniczyć w Twojej chwale, gdzie żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen

Słowo „przed rozesłaniem”

Ofiara Odkupieńcza Jezusa Chrystusa, w Której uczestniczyliśmy jest zadatkiem i zapowiedzią naszego zbawienia. Idźmy i głośmy naszym codziennym życiem tę radosną nowinę.

Szkic krótkiej homilii na Uroczystość Wszystkich Świętych

Kilka punktów:

- czy niebo jest puste czy zatłoczone? 144 tysiące to na całą historię ludzkości nie za wiele.
- tylko święci mogą być w niebie! Czy jest tam także miejsce dla mnie?
- co zrobić, aby się tam dostać? Oczywiście odp. jest jedna MUSZĘ ZOSTAĆ ŚWIĘTYM!
- ale co to znaczy?
- kiedyś faryzeusze zadali takie samo pytanie Pani Jezusowi, które przykazanie jest najważniejsze? A jeden bogaty młodzieniec zapytał, co mam robić, aby wejść do życia wiecznego?
- odp. miłuj Boga i miłuj bliźniego I NIC WIĘCEJ NIE BĘDZIESZ MUSIAŁ ROBIĆ, to uczyni cię świętym i tylko w ten sposób wejdziesz do nieba,
- czy to jest trudne? NIE, na pewno nie jest trudne ani niemożliwe, to tylko twój egoizm i twoja zatwardziałość czynią to trudnym a nawet niemożliwym!
- jeśli naprawdę miłujesz Boga, to nie będzie dla ciebie problemu z niedzielną Mszą, regularną spowiedzią czy modlitwą, to tylko twój egoizm, lenistwo lub lekceważenie stwarza problemy,
- jeśli naprawdę miłujesz Boga, to nie będzie dla ciebie problemu z wybaczeniem teściowej, sąsiadowi czy synowej. To tylko twój egoizm i upór stwarzają problemy.
- i nie mów, że świętość to nadzwyczajny wyczyn tylko dla wybranych.
- chciej, bo Pan Bóg zrobił już wszystko co mógł!