UROCZYSTOŚĆ BOŻEGO CIAŁA, ROK A
PIERWSZE CZYTANIE (Pwt 8, 2-3. 14b-16a)
W czasie wędrówki do Ziemi Obiecanej Bóg żywił lud manną
Czytanie z Księgi Powtórzonego Prawa
Mojżesz powiedział do ludu:
«Pamiętaj na wszystkie drogi, którymi cię prowadził Pan, Bóg twój, przez te czterdzieści lat na pustyni, aby cię utrapić, wypróbować i poznać, co jest w twym sercu: czy strzeżesz Jego nakazu, czy też nie?
Utrapił cię, dał ci odczuć głód, żywił cię manną, której nie znałeś ani ty, ani twoi przodkowie, bo chciał ci dać poznać, że nie samym tylko chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z ust Pana.
Nie zapominaj o Panu, Bogu twoim, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. On cię prowadził przez pustynię wielką i straszną, pełną wężów jadowitych i skorpionów, przez ziemię suchą, bez wody, On ci wyprowadził wodę ze skały najtwardszej. On żywił cię na pustyni manną, której nie znali twoi przodkowie».
Oto słowo Boże.
ŚPIEW PRZED EWANGELIĄ (J 6, 51ab)
Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.
Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba.
Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki.
Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.
EWANGELIA (J 6, 51-58)
Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, Krew moja jest prawdziwym napojem
Słowa Ewangelii według Świętego Jana
Jezus powiedział do Żydów:
«Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało, wydane za życie świata».
Sprzeczali się więc między sobą Żydzi, mówiąc: «Jak On może nam dać swoje ciało do jedzenia?»
Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym.
Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim.
Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki».Oto słowo Pańskie.

Boże Ciało
3 kwietnia 2002 roku do Alicji Lenczewskiej, Chrystus powiedział:
„+ Strzeż się bezmyślnego i obojętnego przyjmowania Mnie w Komunii Świętej. Jest to wielki grzech i profanacja Mojej miłości i Mojego daru zrodzonego we Krwi Golgoty. Ja przecież tak bardzo was kocham i pragnę być kochany.” – Słowo pouczenia, 430
Niedawno, w niedzielę Obchodziliśmy uroczystość Trójcy Przenajświętszej. To z tej tajemnicy, z najgłębszej czeluści Bożej Miłości z tajemnicy Boga, który jest Miłością rodzi się Tajemnica Eucharystii.
Nie będę się wymądrzał. Po prostu odczytam tekst pani dr Wandy Półtawskiej, bliskiego współpracownika świętego Jana Pawła II
Wanda Półtawska
„Upadnij na kolana - Wanda Półtawska o Eucharystii”
„Młodzi, zdrowi - dlaczego nie klękną? Bo niemodne? Nie, to by nie wystarczyło, to jest głębszy znak - „upadnij na kolana ludu, czcią przejęty”. No właśnie, trzeba być czcią przejętym, żeby paść na kolana. Trzeba wiedzieć przed Kim i dlaczego „upadnij na kolana”...
Mała byłam, jeszcze nie chodziłam do szkoły, gdy zachorował nasz dozorca, stary pan Michał. Zima to była czy może przedwiośnie, bo śnieg leżał pomieszany z błotem, taka mazia.
Dzieci z podwórka wiedziały, że stary Michał umiera i dlatego przyjdzie do niego Pan Jezus. Trochę się dziwiłam, dlaczego dopiero teraz, jak już nie może wstać, a nie wcześniej. Ale wszystkie czekałyśmy przy furtce od ulicy. Zza rogu, a właściwie zza zakrętu, odezwał się dzwonek; chłopiec, taki niewiele większy ode mnie, w białej komeżce dzwonił dzwonkiem, a wszyscy od razu się obejrzeli - za nim szedł ksiądz. Zbyszek, duży chłopak z podwórka, powiedział: „Niesie Pana Jezusa” - nie było widać gdzie niesie, ale wszyscy od razu uklękli.
Jakiś pan w szubie, jakaś pani w futerku i pan w czerwonej czapeczce, co przynosił listy do mojej starszej siostry. I chłop zlazł z wozu, zatrzymał konie i ukląkł. Wszyscy bez namysłu w błoto i roztapiający się śnieg. Ja - też, wszystkie dzieci z podwórka - też. Przez moment błysnęła mi myśl: „mam białe getry, co na to powie mama!?” Ale mama właśnie wyszła na próg i też uklękła.
Ksiądz poprzedzony chłopczykiem wszedł z sieni na prawo, do izdebki, gdzie mieszkał stary Michał.
Tyle lat temu, a ja co dzień wspominam tę scenę. Ludzi klęczących w błocie, bo przechodzi Pan Jezus. Wspominam to podczas każdej Mszy św., gdy widzę, jak ministranci rozparci siedzą na ławkach, koło ołtarza, a ksiądz koło nich rozdaje Komunię św. Widzę to, gdy na Mszy św., podczas podniesienia ludzie stoją - klęczy parę starych kobiet. I widzę to w kaplicy papieskiej, gdy wszyscy siedzą, a klęczy jeden człowiek w białej sutannie i z białymi włosami, Jan Paweł II. Gdy go w Krakowie nie można było znaleźć w kurii, wystarczyło pójść parę ulic dalej, gdzie siostry mają wieczną adorację. Klęczał tam godzinami.
Dla Boga - jeśli się choć trochę pojmuje kim On jest - człowiek od wieków szukał sposobu wyrażenia czci, tego timor Dei (bojaźni Bożej), jaką stworzenie winno okazać Stwórcy; starał się znaleźć gest szczególny, specjalny, jedynie dla Boga przeznaczony; ludzie klękali, wznosili ręce do nieba. Gest ten nie jest ofiarowywany nikomu z ludzi. Owszem, jeszcze Jego zastępcy - przed Piotrem na Stolicy Apostolskiej klękali ludzie. Kiedyś - dziś nawet tam nie.
Dlaczego? Czy zmalał Bóg w ludzkich oczach, sprowadzony do naszego nędznego wymiaru – czy pojęcie sacrum (tego, co święte) zanika.
Jest, jest paru szaleńców Bożych, chodzących po tym świecie, usiłujących zaszczepić na nowo kult dla Białego Krążka w złocistej monstrancji. Chodzą od parafii do parafii i namawiają na wieczystą adorację. I mówią rzeczy graniczące z cudem, że od czasu, jak w tej parafii całą dobę adoruje się Przenajświętszy Sakrament, jak ludzie kolejno klęczą przed Sanctissimum, to maleje ilość przestępstw, to zmienia się klimat w parafii.
A inni? Niektórzy wzruszają ramionami: ach, to tylko symbol; inni oglądają się dookoła; wszyscy stoją, jakże się tu wychylać, sam jeden?
Pierwszy raz widziałam człowieka stojącego podczas podniesienia w kościele w Lublinie na samym początku okupacji: SS-man w mundurze (a jakże, katolik - na pasie miał wybite przecież Gott mit uns). Stał sztywno na rozkraczonych nogach, a cały kościół klęczał.
Potem, po wojnie umarł nasz kolega - przez wszystkich ceniony; na pogrzebowej Mszy św. koledzy po fachu, panowie doktorzy partyjni stali sztywno. Lojalnie przyszli na Mszę św., ale nie mogli się narazić klękaniem. I było to jak znak - wierzący wiedzą, co się dzieje, padają na kolana. Niewierzący grzecznie stoją, jak na uroczystości ludzkiej, nie rozumiejąc nic więcej.
A teraz? W kaplicy u sióstr podczas Mszy św. wszystkie stoją, nie, nie wszystkie: dwie staruszki klęczą i ja - pytam przełożoną, co to jest, czy one nie rozumieją? Czy wszystkie są chore? Przełożona trochę speszona mówi: „z Zachodu przyszło, kapituła przegłosowała zmiany stroju i zamiany obyczaju”.
Magiczne słowa, jak zaklęcie: „z Zachodu”. Zalewa nas fala brudnej wody z Zachodu, przywożą do nas śmieci, a w Polsce wszystko się bezmyślnie przyjmuje, bo... bo po prostu jest snobizm.”
A przecież nie chodzi tylko o to, czy stoję, czy klęczę. Chodzi także o to z jakim szacunkiem przyjmuję Najświętszy Sakrament, z jaką czcią i bojaźnią przystępuję do Komunii Świętej?

Można odnieść wrażenie, że dzisiejsza uroczystość bywa czasem zdominowana przez to, co zewnętrzne: barwne procesje, sypanie kwiatów, dziewczynki w bieli i chłopców z dzwonkami. To piękne tradycje, ale kryją w sobie pewne niebezpieczeństwo – łatwo w tym całym uroczystym zgiełku zgubić to, co w Bożym Słowie najbardziej nas dotyka, a co jest niezwykle intymne, trudne i rewolucyjne.
Dzisiejsze czytania nie mówią bowiem o dekoracjach. Mówią o czymś znacznie bardziej pierwotnym: o głodzie, pustyni i skandalu.
- Łaska głodu (Księga Powtórzonego Prawa)
Mojżesz w pierwszym czytaniu rzuca światło na paradoksalną pedagogikę Boga:
„Utrapił cię, dał ci odczuć głód, żywił cię manną (…) bo chciał ci dać poznać, że nie samym tylko chlebem żyje człowiek”.
Jesteśmy pokoleniem, które panicznie boi się jakiegokolwiek braku. Każdą chwilę nudy zapełniamy smartfonem, każdy egzystencjalny niepokój próbujemy zagłuszyć konsumpcją, pracą, kolejnymi zakupami czy powierzchownymi relacjami. Chcemy być natychmiast nasyceni.
Tymczasem Bóg celowo pozwala swojemu ludowi odczuć głód. Dlaczego? Ponieważ człowiek, który nigdy nie poczuł pustki, staje się samowystarczalny i zuchwały. Zapomina, skąd pochodzi jego życie. Głód na pustyni był błogosławieństwem, bo obnażył prawdę o ludzkim sercu. Pokazał Izraelitom, że ich prawdziwym problemem nie jest brak chleba, ale brak zaufania.
Manna, którą otrzymali, była lekcją pokory – nie można jej było zebrać na zapas, trzeba było ufać Bogu każdego dnia na nowo.
- Skandal bliskości (Ewangelia Jana)
W Ewangelii Jezus idzie o krok dalej i ta propozycja staje się dla Jego słuchaczy nie do zniesienia. Nie mówi już o chlebie, który spada z nieba jako dar. Mówi: „Ja jestem chlebem”. I dodaje słowa, które w uszach pobożnych Żydów brzmiały wręcz makabrycznie: „Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało (…) Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne”.
Słuchacze zaczynają się kłócić. Greckie słowo, którego używa św. Jan na określenie „jedzenia” Ciała Chrystusa (trogein), nie oznacza eleganckiego, metaforycznego spożywania posiłku. To słowo dosłowne, oznaczające gryzienie, przeżuwanie. Jezus celowo prowokuje. Dlaczego?
Bo chrześcijaństwo to nie jest abstrakcyjna filozofia, system etyczny czy zestaw wzniosłych idei. Nasz Bóg nie chce być tylko wspominany lub podziwiany z bezpiecznego dystansu. On chce wejść w nas fizycznie. Chce stać się częścią naszego krwioobiegu, naszych tkanek, naszej codzienności.
Eucharystia to skandal całkowitego wydania się Boga w ręce człowieka. On staje się bezbronny jak kawałek chleba, pozwalając się „łamać” i „spożywać”, byle tylko być blisko nas.
- Co to oznacza dla nas dzisiaj?
Kiedy przyjmujemy Komunię Świętą, często myślimy o tym, co my zyskujemy – pokój serca, łaskę, czyste sumienie. Ale prawdziwa tajemnica tkwi w słowach:
„Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim”.
W normalnym świecie, kiedy coś jemy, ten pokarm zostaje zasymilowany i staje się częścią nas. W przypadku Eucharystii jest odwrotnie: to my, przyjmując Chrystusa, zostajemy przez Niego zasymilowani. Mamy upodobnić się do Tego, kogo spożywamy.
- Przyjąć Ciało Chrystusa to zgodzić się na to, by moje własne życie stało się chlebem – połamany dla innych, wydany dla współmałżonka, dzieci, współpracowników, dla ludzi trudnych i irytujących.
- Nie można autentycznie karmić się Eucharystią na Mszy świętej, a potem w codziennym życiu „zjadać” innych ludzi plotką, pogardą czy obojętnością.
Gdy za chwilę lub podczas procesji wyjdziemy z kościoła na ulice naszych miast i wiosek, pomyślmy o tym, że to nie jest tylko manifestacja religijna. To przypomnienie, że Chrystus chce iść tam, gdzie toczy się nasze prawdziwe życie: do naszych domów, miejsc pracy, szpitali, tam gdzie cierpimy, kłócimy się i kochamy.
Nie bójmy się naszego życiowego głodu i naszych pustyń. Właśnie tam, w miejsca naszych największych braków, Jezus przychodzi jako Chleb Żywy. Przychodzi nie po to, by dać nam łatwe odpowiedzi, ale by dać nam Siebie – jako prawdziwy pokarm na każdą drogę.

W dzisiejszej liturgii słowa, w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, Bóg stawia nas wobec fundamentalnej prawdy naszego istnienia, wyrażonej w czytaniu z Księgi Powtórzonego Prawa: „Nie samym tylko chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z ust Pana” (Pwt 8, 3).
Te słowa, wypowiedziane przez Mojżesza na krańcu czterdziestoletniej wędrówki, są kluczem do zrozumienia nie tylko historii Izraela, ale i dynamiki naszego własnego życia duchowego. Bóg wyprowadził lud z Egiptu – z domu niewoli, miejsca, gdzie chleb był wprawdzie zapewniony (garnki mięsa), ale kosztem wolności. A potem, na pustyni, pozwolił im doświadczyć głodu. Nie był to akt okrucieństwa, ale pedagogia miłości. „Utrapił cię, dał ci odczuć głód, żywił cię manną… bo chciał ci dać poznać, że nie samym tylko chlebem żyje człowiek”.
Odkrywamy tu pierwszą głęboką duchowość Eucharystii: jest ona darem dla człowieka, który zgodził się odczuć swój głód. Pustynia w Biblii to nie tylko miejsce geograficzne, to przestrzeń egzystencjalna. To momenty w naszym życiu, kiedy wszystkie dotychczasowe zabezpieczenia – materialne, emocjonalne, duchowe – zostają nam odebrane. Kiedy czujemy się jak na „ziemi suchej, bez wody”, pośród „wężów jadowitych i skorpionów” naszych lęków i pokus. Paradoksalnie, właśnie wtedy jesteśmy najbliżej Boga. Bo dopiero wtedy, gdy przestajemy być syci samowystarczalnością, gdy nasze „garnki mięsa” okazują się przeszłością, a nasze ludzkie zasoby się wyczerpują, otwieramy się na przyjęcie pokarmu, który nie jest z tego świata.
Problemem naszych czasów nie jest głód chleba, ale przesyt wszystkim, co nie jest Chlebem. Jesteśmy tak napełnieni hałasem, obrazami, dobrami konsumpcyjnymi, że nie odczuwamy już fundamentalnego głodu duszy. Zatraciliśmy zdolność tęsknoty. A Eucharystia może być przyjęta tylko przez człowieka, który jest głodny. Głodny sensu, głodny miłości, która nie zawodzi, głodny życia, które pokonuje śmierć. Pierwszym przygotowaniem do Komunii Świętej jest więc uznanie swojej wewnętrznej pustyni i wołanie z głębi serca.
W tę rzeczywistość głodu wchodzi Jezus Chrystus z oszałamiającą deklaracją, która dla Żydów była zgorszeniem, a dla nas jest szczytem Objawienia: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. (…) Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało, wydane za życie świata” (J 6, 51).
Zatrzymajmy się na chwilę. W Starym Testamencie manna była darem Boga, była chlebem z nieba, ale była „czymś” – rzeczą, pokarmem, który podtrzymywał życie biologiczne, ale nie dawał nieśmiertelności. „Kto spożywał ten chleb, poumierał”. W Nowym Testamencie Bóg nie daje już „czegoś”. On daje „Kogoś”. Daje Siebie. Chleb eucharystyczny nie jest rzeczą, jest Osobą. Jest Ciałem Syna Człowieczego, wydanym za nas.
W tym właśnie tkwi istota „pogłębionej duchowości”: przejście od pobożności skupionej na rzeczy do relacji z Osobą. Gdyby Eucharystia była tylko symbolem, tylko pamiątką, byłaby jak manna – przypominałaby o Bożej interwencji z przeszłości. Ale ona jest rzeczywistą obecnością. Jezus mówi w czasie teraźniejszym: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem”.
Co to znaczy, że Jego Ciało jest „prawdziwym pokarmem”? Oznacza to, że karmi On całą prawdę naszego człowieczeństwa. Zwykły chleb karmi ciało, które i tak umrze. Chleb Eucharystyczny karmi to, co w nas nieśmiertelne – duszę, która jest zdolna do przyjęcia życia wiecznego. Ale więcej: jak uczy Sobór, Eucharystia karmi nasze ciało zmartwychwstaniem. „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. Przyjmujemy więc zadatek naszego własnego uwielbionego ciała.
Spójrzmy na konsekwencje tego przyjęcia. Jezus mówi językiem najbardziej intymnego zjednoczenia: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim”. To nie tylko odwiedziny, to wzajemne przenikanie. Jak pokarm staje się moim ciałem, tak ja, spożywając Chrystusa, staję się Nim. To jest radykalne chrześcijaństwo. Nie chodzi o naśladowanie Chrystusa z zewnątrz, ale o przemianę w Niego od wewnątrz. Manna dawała siłę na wędrówkę do Ziemi Obiecanej. Ciało Chrystusa daje samego Chrystusa jako Wędrowca i jako Drogę. Kiedy trwamy w Nim, nasze życie nabiera Jego kształtu – kształtu całkowitego daru z siebie.
I tu dotykamy wymiaru wspólnotowego i misyjnego. Chleb, który spożywamy, to Ciało „wydane za życie świata”. Przyjąć Chrystusa to zgodzić się, by On we mnie stawał się Chlebem łamanym dla innych. Nie mogę przyjąć Ciała Chrystusa i pozostać zamkniętym w egoizmie, obojętnym na głód innych – ten fizyczny i ten duchowy. Jak podkreślał papież Benedykt XVI, między Eucharystią a miłością bliźniego istnieje nierozerwalny związek sakramentalny. Kto karmi się Chrystusem, nie może nie stać się miłością rozdawaną.
Na koniec powróćmy do obrazu z pierwszego czytania: Bóg wyprowadził Izraela z „domu niewoli”. Każdy z nas ma swój Egipt, swoją wewnętrzną niewolę – grzech, przyzwyczajenia, lęki, które trzymają nas w kajdanach. Bóg nie chce nas karmić w niewoli. On wyprowadza nas na pustynię, byśmy tam, w beznadziei, odkryli Jego bliskość. A na pustyni naszego życia nie daje nam już manny – daje nam Siebie. Daje nam Ciało i Krew swojego Syna, abyśmy, posileni tym Pokarmem, mieli siłę nie tylko iść, ale nieść w sobie Życie Wieczne.
Gdy za chwilę kapłan uniesie Hostię, zobaczmy w niej nie przedmiot kultu, ale Żywą Osobę, która z miłości do mnie stała się Pokarmem. I odpowiedzmy swoim życiem, stając się tym, co przyjmujemy – Ciałem Chrystusa, wydanym za życie świata. Amen.
Miłość, która rzuca na kolana
Zaledwie kilka dni temu celebrowaliśmy Uroczystość Trójcy Przenajświętszej – tajemnicę Boga, który jest relacją, czystą Miłością. Dziś, w Uroczystość Bożego Ciała, ta Miłość wychodzi z ukrycia. Opuszcza bezpieczne mury tabernakulum, bije w oczy blaskiem złotej monstrancji i idzie między nasze bloki, głuche ulice i codzienne sprawy.
Pytanie, które dziś przed nami staje, jest boleśnie proste: co my robimy z tą Miłością?
Lekcja w błocie
Dr Wanda Półtawska, wybitna lekarka i przyjaciółka św. Jana Pawła II, wspominała obraz ze swojego dzieciństwa. Przedwiośnie, mazia ze śniegu i błota na podwórku. Do umierającego dozorcy idzie ksiądz z Wiatykiem. Na dźwięk małego dzwonka czas się zatrzymuje. Listonosz, pan w futrze, chłop zdejmujący czapkę z wozu – wszyscy bez sekundy zawahania padają na kolana prosto w to brudne błoto. Dlaczego? Bo wiedzieli, Kto idzie.
Półtawska zestawia ten obraz z dwiema innymi postaciami ze swojego życia:
- Oficerem SS na początku okupacji, który jako jedyny stał sztywno na rozkraczonych nogach podczas podniesienia, gdy cały kościół klęczał.
- Partyjnymi doktorami po wojnie, którzy przyszli na pogrzeb kolegi, ale stali wyprostowani jak struny, byle tylko nikt nie posądził ich o wiarę.
Sztywność kolan była tam znakiem ideologii, pychy albo strachu. A jak jest dzisiaj? Dzisiaj często nie klękamy nie z powodu nienawiści do Boga, ale z powodu snobizmu i duchowego lenistwa. Bo „z Zachodu przyszła taka moda”, bo „wszyscy stoją”, bo głupio się wychylić. Sprowadziliśmy Sacrum do poziomu zwykłego, ludzkiego spotkania, na którym wypada po prostu grzecznie postać.

Anatomia profanacji
W 2002 roku Jezus wypowiedział do mistyczki Alicji Lenczewskiej słowa, które powinny wstrząsnąć każdym, kto co niedzielę automatycznie podchodzi do balustrad:
„Strzeż się bezmyślnego i obojętnego przyjmowania Mnie w Komunii Świętej. Jest to wielki grzech i profanacja Mojej miłości i Mojego daru zrodzonego we Krwi Golgoty.”
Profanacja nie musi być spektakularnym aktem satanistycznym. Najczęstsza profanacja ma twarz rutyny. To chłodne, bezmyślne wyciągnięcie ręki lub otwarcie ust po „Biały Krążek”, podczas gdy myśli krążą wokół niedzielnego obobiadu albo listy zakupów. To przyjęcie Boga Wszechmogącego tak, jakby brało się dropsa na odświeżenie oddechu.
Gdy zanika timor Dei – święta bojaźń Boża, która nie jest strachem przed karą, ale drżeniem serca przed wielkością Miłości – Eucharystia staje się dla nas jedynie symbolem. A za symbol nikt życia nie oddaje.
Zgiąć kolana serca
Święty Jan Paweł II, nawet gdy ludzkie ciało odmawiało mu posłuszeństwa, gdy choroba niszczyła jego stawy, potrafił godzinami klęczeć przed Najświętszym Sakramentem. Dlaczego? Bo wiedział, że wobec Boga człowiek staje się naprawdę wielki tylko wtedy, gdy potrafi przed Nim uklęknąć.
Oczywiście, zewnętrzny gest bez wewnętrznej treści jest pustym teatrem.
Nie chodzi tylko o to, czy fizycznie stoisz, czy klęczysz. Chodzi o postawę Twojego serca.
- Z jakim szacunkiem podchodzisz do Komunii?
- Czy pozwalasz sobie na moment ciszy i dziękczynienia po powrocie do ławki?
- Czy masz w sobie jeszcze tę dziecięcą fascynację, że oto Twój Stwórca staje się Twoim Pokarmem?
Są parafie – jak pisała Półtawska – gdzie ludzie wrócili do całodobowej, wiernej adoracji. I tam, gdzie człowiek zgina kolana przed Bogiem, dzieją się cuda: maleje liczba przestępstw, topnieje ludzka agresja, zmienia się duchowy klimat. Bo człowiek, który klęczy przed Bogiem, nie musi już klęczeć przed swoimi lękami, nałogami czy opinią innych ludzi.
Jezus mówi dziś do każdego z nas: „Ja przecież tak bardzo was kocham i pragnę być kochany”. Nie pozwólmy Mu dziś przejść obok nas w obojętności. Jeśli zdrowie Ci na to pozwala – upadnij na kolana. A jeśli zdrowie odmawia posłuszeństwa – niech uklęknie Twoja pycha, Twój pośpiech i Twoja rutyna. Amen.
Gdy myślisz o swojej dotychczasowej relacji z Eucharystią, który z tych dwóch stanów częściej wkrada się do Twojego serca: paraliżująca nas rutyna i „chodzenie za tłumem”, czy może autentyczne, osobiste drżenie przed tajemnicą Boga, który daje się zjeść z miłości?
Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Rok A)
Czytania: Pwt 8,2-3.14b-16a; Ps 147B; 1 Kor 10,16-17; J 6,51-58
Niedawno, w uroczystość Trójcy Przenajświętszej, pochylaliśmy się nad najgłębszą tajemnicą naszej wiary: tajemnicą Boga, który jest doskonałą wspólnotą Osób, który jest Miłością. Staliśmy oniemiali wobec prawdy, która przekracza nasz rozum. Dziś ta sama Miłość, która jest życiem Trójcy Świętej, nie chce pozostać w niedostępnej dla nas czeluści nieba. Ta Miłość przybiera ciało. Staje się pokarmem. Wychodzi na ulice naszych miast i wsi w procesjach, by w białym krążku chleba przypomnieć nam, jak bardzo jest konkretna, bliska i oddana aż do szaleństwa.
Dzisiejsza Ewangelia jest mocna, wręcz szokująca. Chrystus nie mówi językiem symboli czy przypowieści. Mówi wprost: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem”. W oryginale greckim użyte jest tu słowo sarx – oznaczające realne, fizyczne ciało. I używa też czasownika trogo – który znaczy dosłownie: żuć, gryźć, przeżuwać. Jezus nie pozostawia miejsca na dwuznaczność. Nie mówi: „to będzie was jakoś duchowo reprezentować”. Mówi: musicie Mnie spożyć, musicie Mnie w siebie wchłonąć, musicie stać się jednym organizmem.
W tym kontekście z całą mocą wybrzmiewa ostrzeżenie, które Pan Jezus przekazał przez Alicję Lenczewską: „Strzeż się bezmyślnego i obojętnego przyjmowania Mnie w Komunii Świętej. Jest to wielki grzech i profanacja Mojej miłości”. Te słowa nie są po to, by nas przestraszyć i odsunąć od ołtarza. Są po to, by nas obudzić. Są krzykiem Zakochanego, który daje cały swój dar, a widzi, że przyjmująca Go dusza jest nieobecna, rozproszona, traktująca ten moment jak zwykły rytuał.
Jaki jest największy ból miłości? Nie nienawiść, ale obojętność. Gdy dajesz komuś swoje serce, swoją krew, swoje życie, a ten ktoś przyjmuje to z roztargnieniem, myśląc o czym innym, nie mówiąc nawet „kocham”. Czy nie tak właśnie często wygląda nasze przyjmowanie Komunii Świętej? Idziemy w kolejce, bo wszyscy idą. Automatycznie wyciągamy rękę. Czasem nawet nie pamiętamy, czy przełknęliśmy Hostię. Bezmyślność zabija miłość.
Wanda Półtawska, świadek wiary i wierna towarzyszka duchowych zmagań świętego Jana Pawła II, zostawiła nam poruszające świadectwo, które jest jak wyrzut sumienia dla naszej epoki. Wspomina czasy swojego dzieciństwa, gdy umierał stary dozorca, pan Michał. Do niego szedł ksiądz z Panem Jezusem. Ona, jako mała dziewczynka, widzi scenę, która wyryła się w jej sercu na całe życie: ludzie na ulicy – panowie w drogich szubach, listonosz, chłop z wozu – wszyscy bez namysłu padają na kolana. W błoto, w roztapiający się śnieg. Mała Wanda też klęka, choć w głowie ma myśl o białych getrach, które pobrudzi. Ale klęka. Bo przechodzi Bóg.
Ten obraz klęczących w błocie ludzi stawia przed nami fundamentalne pytanie: Co się stało z naszą wiarą? Gdzie podziała się nasza czułość i nasz „timor Dei” – ta święta bojaźń przed majestatem Miłości? Pani Półtawska pyta proroczo: „Czy zmalał Bóg w ludzkich oczach, sprowadzony do naszego nędznego wymiaru?”.
Ulegliśmy – jak mówi – „zalewowi brudnej wody z Zachodu”, snobizmowi, modzie. Ale nie chodzi tylko o gest zewnętrzny. Można klęczeć i być myślami daleko. Chodzi o postawę duszy. Chodzi o to, czy ja, przystępując do Komunii Świętej, mam świadomość, że za chwilę moje usta staną się nowym Betlejem, a moja dusza żywym tabernakulum. Że przyjmuję Tego, przed którym „upadają starcy w niebie, rzucając korony przed tron”.
Problem polega na tym, że przyzwyczailiśmy się. To największy wróg Eucharystii. Pierwsza Komunia Święta jest przeżyciem niezwykłym, potem staje się zwyczajem. A Chrystus w Hostii jest tak samo wielki i święty za tysięcznym razem, jak za pierwszym. Jego Miłość jest tak samo żarliwa. On nie ma dni wolnych od kochania.
Pani Wanda wspomina też obraz, który dla wielu z nas jest bolesny: Jana Pawła II, który podczas Mszy w kaplicy papieskiej klęczał sam, podczas gdy inni siedzieli. To on, mistyk i święty, klęczał, bo on wiedział, przed Kim się znajduje. Bo im bliżej jesteśmy Boga, tym bardziej czujemy naszą nicość i tym większą czcią przepełniona jest nasza miłość.
Dzisiejsza uroczystość to nie tylko procesja ulicami. To wezwanie do rewolucji serca. Ta rewolucja zaczyna się od „upadnięcia na kolana” w duchu, nawet jeśli ciało nie może tego uczynić. Chodzi o to, by przed przyjęciem Komunii Świętej zamilkła w nas gonitwa myśli. Byśmy choć przez moment, jak ta mała Wanda, uświadomili sobie, że przechodzi Bóg. Że zbliża się Ten, który wykrwawił się za nas na Golgocie. Że chcemy Go przyjąć nie obojętnie, ale z czcią przejętą, z wdzięcznością i z pragnieniem odwzajemnienia miłości.
Niech ta Eucharystia będzie czasem, w którym prosimy Ducha Świętego o łaskę zdumienia. O nowe oczy, które w białym opłatku zobaczą Boga Miłości. A wracając do ławek, z sercem pełnym wdzięczności, padnijmy na kolana przed Tym, który nie tylko jest Miłością, ale który chce być kochany.