Iz 55:6-9
Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a Ten się nad nim zmiłuje, i do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu. Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi.
Flp 1:20c-24.-27a
Lecz jak zawsze, tak i teraz, z całą swobodą i jawnością Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele: czy to przez życie, czy przez śmierć. Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele - to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was konieczne. Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej, abym ja - czy to gdy przybędę i ujrzę was, czy też będąc z daleka - mógł usłyszeć o was, że trwacie mocno w jednym duchu, jednym sercem walcząc wspólnie o wiarę w Ewangelię.
Mt 20:1-16
Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.
I tak oto, ostatni będą pierwszymi
Dzisiejsza przypowieść Chrystusa o robotnikach w winnicy idzie całkowicie pod prąd zdrowemu rozsądkowi i wydaje się zaprzeczać wszelkiemu poczuciu sprawiedliwości. Jakże ten, który pracował tylko godzinę, może otrzymać taka samą zapłatę jak ten, który pracował 12 godzin?!?! Toż to jest zaprzeczeniem wszelkiego ludzkiego poczucia sprawiedliwości i zdrowego rozsądku.
I gdyby tylko po ludzku widzieć tę przypowieść, to na pewno nie można by się z nią zgodzić; ani zaakceptować jej przesłania. Jakże można się zgodzić na zrównanie pierwszych z ostatnimi? Czyż nie przypomina to socjalistycznej idei egalitaryzmu - każdemu według jego potrzeb, czyli czy się stoi czy się leży 1500 się należy? Ale przecież Chrystus nie chce nam wmawiać, że słuszną jest jawna niesprawiedliwość. Chrystus mówi tu o czymś innym, o miłości i o dobroci tego, który ludzi do pracy najmował. "Czyż na to patrzysz krzywym okiem, że ja jestem dobry?" Chrystus mówi tutaj także o bezinteresownej zazdrości. Ci, którzy pracowali 12 godzin otrzymali godziwą zapłatę i nie powinni mieć pretensji o to, że ich skrzywdzono. To tylko ich zazdrość powodowała, że nie mogli się zgodzić na dobroć najemcy i na fakt, że zapłacił on innym tę samą cenę.
To bardzo trudna do przełknięcia lekcja, szczególnie dla nas Polaków. Jest taka złośliwa opowiastka o tym jak, jakiś wysokiej rangi polityk wizytuje piekło. W sali niemieckiej kotły się palą, smoła się gotuje, Niemcy w kotłach się smażą, diabły pilnują żeby żaden z potępieńców głowy z kotła nie wystawił. Podobnie jest w sali amerykańskiej, angielskiej, szkockiej, wszędzie to samo, diabły pilnują. W końcu wizytujący przychodzi do sali polskiej. Kotły dymią, smoła się gotuje ale nikogo ani w kotłach, ani przy kotłach nie widać.
Pyta więc przewodnika: A co tu nie ma Polaków?
Nie, no są - mówi przewodnik
A gdzie są, nie widać nikogo żeby głowę z kotła wystawiał. No i nikt ich nie pilnuje? - pyta dalej zwiedzający.
E, -odpowiada przewodnik – ich nie trzeba pilnować, oni sami się wzajemnie pilnują, żeby żaden nie miał lepiej, nikt głowy z kotła nie wystawi, żeby go inni zaraz na dół nie ściągnęli...
Złośliwe??? Na pewno tak, ale....
Ileż to razy w naszym życiu codziennym zachowujemy się jak owi robotnicy najęci do pracy rano, którzy przy wypłacie poczuli się skrzywdzeni? Ileż to razy w naszym życiu codziennym bierze w nas górę zwykła, niczym nieuzasadniona ludzka zazdrość? Ileż to razy zazdrośni jesteśmy tylko dlatego, że ktoś inny - według mnie niezasłużenie - otrzymał coś, co mu się nie należało.
Gdybym to ja był tym, któremu niesprawiedliwie wypłacono więcej niż należało... to... naturalnie nie miałbym nic przeciwko temu, ale że to ktoś inny, to... oczywiście jest to niesprawiedliwe i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie, zazdrość jest na pewno uczuciem najbardziej nieekonomicznym i niezrozumiałym. Niektórzy mówią, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami, ale inni dodają, że po jego ulicach chodzą tylko zazdrośnicy.
I tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi i pierwsi, którzy będą ostatnimi. Czy więc warto –tak na dobrą sprawę- być pierwszym i ubiegać się o wszystkie przywileje i zaszczyty? Czy warto?
A gdybym tak był w życiu bardziej życzliwy i mniej zazdrosny ...
Czy coś bym na tym stracił?????
Homilia alternatywna I
Złe oko wobec dobrego Boga
Kiedy słuchamy przypowieści o robotnikach w winnicy, odruchowo stajemy po stronie pierwszych. „To niesprawiedliwe” – mówimy. I dobrze, że ten odruch w nas powstaje, bo Jezus właśnie tam chce nas spotkać: w naszym poczuciu krzywdy, w naszej zazdrości, w naszym cichym pretensjonalnym rachunku wobec Boga.
Gospodarz nie postępuje niesprawiedliwie. Pierwszym wypłaca dokładnie to, na co się umówili. Jego „wina” nie polega na tym, że komuś odebrał, ale że jest dobry. To dobroć Boga staje się skandalem dla serca, które pracuje tylko za zapłatę. Pierwsi robotnicy nie mówią: „Dziękujemy, że mamy pracę i chleb”. Mówią: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami”. Nie chodzi im o sprawiedliwość. Chodzi o to, że nie znoszą dobra drugiego. To jest „złe oko” – oko, które nie potrafi się radować, gdy ktoś otrzymuje więcej, niż na to zasłużył. To oko, które chce Boga zamknąć w naszych księgach i naszych miarach.
Prorok Izajasz woła dziś: „Myśli moje nie są myślami waszymi ani drogi moje – drogami waszymi”. To nie jest tylko pocieszenie. To wezwanie do nawrócenia. Bóg nie jest większą wersją naszych rachunków. On jest święty. Jego sprawiedliwość nie jest ludzką równością, ale wiernością miłości. On nie daje każdemu tyle samo „pieniędzy”, bo nie o pieniądze tu chodzi. On daje każdemu siebie. A jeśli ktoś przyjmuje Boga, to nie można dać więcej niż Boga. Wszyscy, którzy Go mają, mają wszystko.
Dlatego św. Paweł może napisać: „Dla mnie żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. Paweł nie kalkuluje. On nie pyta, czy więcej zyska w życiu, czy w śmierci. On jest zakochany. Chrystus stał się dla niego nie dodatkiem do życia, ale samym życiem. I właśnie dlatego jest wolny od zawiści. Nie musi porównywać się z innymi apostołami. Nie musi liczyć, kto dłużej pracował, kto więcej cierpiał, kto bardziej się poświęcił. Jeśli masz Chrystusa, nie możesz mieć więcej. Możesz tylko bardziej Go kochać.
A jednak Paweł mówi: „pozostawać w ciele – to bardziej dla was konieczne”. To odwrotność pierwszych robotników. Oni chcieli więcej dla siebie. Paweł chce dłużej zostać dla innych. On gotów jest odłożyć własne pragnienie nieba, aby służyć wspólnocie. To jest prawdziwa wolność dziecka Bożego: nie „należy mi się”, ale „mogę się dać”. Nie „dlaczego on dostał?”, ale „co mogę dla niego zrobić?”. Paweł prosi też, abyśmy trwali „mocno w jednym duchu, jednym sercem walcząc wspólnie o wiarę w Ewangelię”. Jedność nie polega na jednakowości ani na równych stawkach. Polega na wspólnym zdumieniu łaską. Walczymy nie przeciw sobie, ale razem o wiarę, która pozwala nam widzieć dobroć Boga także w drugim człowieku.
Przypowieść pokazuje Boga, który wychodzi o wschodzie, o trzeciej, o szóstej, o dziewiątej i o jedenastej. Bóg nie przestaje szukać. Rynek to miejsce, gdzie ludzie stoją i czekają. Ilu jest dziś takich, którzy mówią: „Nikt nas nie najął”? Ilu czuje się niepotrzebnych w Kościele, w rodzinie, w pracy? Ilu uważa, że ich życie już się nie liczy, że Bóg ich przegapił, że są za późno? A Bóg właśnie do nich mówi: „Idźcie i wy do mojej winnicy”. Nie musisz zaczynać od rana. Musisz zacząć teraz. „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć” – to „teraz” jest godziną jedenastą twojego życia. Nie odkładaj nawrócenia, ale też nie myśl, że jesteś spóźniony. Bóg nie patrzy na zegarek. Patrzy na serce.
Ale ta przypowieść jest także ostrzeżeniem dla tych, którzy są w winnicy od dawna. Można pracować w Kościele całe życie i nosić w sercu gorzkie „dlaczego on?”. Można być blisko Boga i jednocześnie daleko od Jego serca. Można przyjmować Komunię św. i nie umieć się cieszyć, że Bóg jest dobry dla kogoś innego. Wtedy trzeba usłyszeć pytanie gospodarza: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. To pytanie nie potępia. Ono leczy. Gospodarz mówi do szemrzącego: „Przyjacielu”. Bóg nie odrzuca nawet naszego szemrania. On chce nawrócić nasze oczy.
Eucharystia jest szkołą tego nawrócenia. Tutaj wszyscy otrzymujemy tego samego Chrystusa. Nie ma lepszych i gorszych miejsc przy tym stole. Nie ma stażu, który daje więcej. Jest tylko dar. „Eucharystia” znaczy „dziękczynienie”. Jeśli chcemy uleczyć złe oko, uczmy się dziękować. Nie porównujmy. Nie liczmy. Nie zazdrośćmy. Przyjmijmy Boga, a w Nim wszystko.
Niech ta Msza św. będzie naszą godziną jedenastą. Niech Bóg da nam swoje myśli i swoje drogi. Niech przemieni nasze złe oko w oko czyste, które potrafi się radować, że On jest dobry – dla mnie i dla każdego. Amen.

Homilia alternatywna II
Bóg nie jest księgowym. A my bardzo chcielibyśmy, żeby nim był.
Gdy słuchamy przypowieści o robotnikach w winnicy, w większości z nas budzi się wewnętrzny sprzeciw. Związkowiec w naszej głowie krzyczy: niesprawiedliwość! Przecież ci, którzy harowali w upale przez całe dnie, dostali tyle samo, co spryciarze z jedenastej godziny. Gdzie tu logika? Gdzie premia za staż?
Izajasz odpowiada krótko: „Moje myśli nie są myślami waszymi”. Nasza ludzka sprawiedliwość to prosta matematyka: ile dałeś, tyle dostajesz. Płacisz i wymagasz. Bóg rozsadza ten system. Jego sprawiedliwością jest miłość. Walutą w Królestwie Niebieskim nie jest zasługa, lecz łaska. Denar z przypowieści to nie dniówka. To zbawienie. Zbawienia nie da się pokroić na kawałki w zależności od przepracowanych godzin. Masz je całe, albo nie masz wcale.
Spójrzcie na Jacques'a Fescha. Zamożny Francuz, życiowy lekkoduch. W latach pięćdziesiątych podczas napadu rabunkowego zabił policjanta. Sąd skazał go na śmierć. Czekając w celi na egzekucję, ten morderca przeżył potężne nawrócenie. Na kilka godzin przed gilotyną pisał w dzienniku z niesamowitą czułością o Bogu, który na niego czeka. Zginął z imieniem Jezusa na ustach. Dziś Kościół prowadzi jego proces beatyfikacyjny.
Szokujące? Dla wielu z nas bardzo. Jak morderca z celi śmierci może stać w tym samym rzędzie zbawionych co karmelitanka, która spędziła w klasztorze pół wieku na klęczkach?
Może. Gospodarz winnicy mówi nam to prosto w twarz: „Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”.
Problem polega na tym, że często zachowujemy się w Kościele jak najemnicy, a nie jak synowie. Odhaczamy pacierze, niedzielne msze, zaliczamy spowiedzi. Zbieramy duchowe punkty lojalnościowe. Spoglądamy z góry na tych, którzy żyją daleko od Boga, i w głębi serca myślimy: ja na swoje niebo zapracowałem, a oni co? To pycha. Pycha ubrana w pobożne szaty. Znosimy ciężar dnia i spiekoty nie z miłości, ale z wyrachowania.
Święty Paweł z drugiego czytania ma zupełnie inną optykę. Pisze: „Dla mnie żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk”. On nie kalkuluje. Nie pyta Boga, co mu się opłaca. Paweł pojął kluczową prawdę: praca w winnicy Pana nie jest pańszczyzną, za którą należy się odszkodowanie. Jest przywilejem. Samo przebywanie blisko Boga stanowi największą nagrodę.
Przestańmy się z Bogiem licytować. Nie pracujemy w korporacji, gdzie walczymy o awans kosztem innych. Jesteśmy w winnicy, w której Gospodarz po prostu chce, byśmy przy Nim byli. Zamiast patrzeć zazdrośnie na denara w ręku kogoś, kto nawrócił się za pięć dwunasta, ucieszmy się. Bóg uratował kolejnego człowieka.
Nie pytajmy, czy Bóg jest sprawiedliwy. Podziękujmy Mu, że sprawiedliwy nie jest. Gdyby sądził nas wyłącznie według naszych zasług, nikt z nas nie ostałby się przed Jego obliczem. Bóg jest hojny w przebaczaniu. To jedyna matematyka, która ratuje nam życie.
Homilia alternatywna III
Jest w dzisiejszej Ewangelii coś, co człowieka dorosłego może zaboleć bardziej niż niejeden wyrzut sumienia. Gospodarz winnicy wypłaca wszystkim po denarze: tym, którzy pracowali od świtu, i tym, którzy przyszli dopiero o jedenastej godzinie. A przecież my wiemy, ile kosztuje cały dzień. Wiemy, czym jest wstawanie, kiedy jeszcze jest ciemno, odpowiedzialność za rodzinę, praca, której nikt nie zauważa, troska o dzieci, opieka nad chorym, uczciwość, kiedy inni oszukują. Wiemy też, jak wygląda życie człowieka, który przez lata próbował być dobry, wierny, przyzwoity. I nagle słyszymy, że ktoś, kto pojawił się niemal na końcu, otrzymuje tyle samo.
Pierwsza reakcja może być bardzo ludzka: „To niesprawiedliwe”. I być może właśnie w tym miejscu Jezus chce nas zatrzymać. Nie po to, żeby nam powiedzieć, że sprawiedliwość się nie liczy. Chce nam pokazać, że istnieje coś większego niż sprawiedliwość, którą potrafimy sobie wyliczyć. Istnieje miłość Boga, której nie da się zamknąć w systemie zasług. A to jest różnica nie tylko między naszym myśleniem a myśleniem Boga. To jest różnica między religią, w której człowiek próbuje zasłużyć na Boga, a Ewangelią, w której Bóg wychodzi człowiekowi naprzeciw, zanim ten zdąży na cokolwiek zasłużyć. „Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami” – mówi Pan przez proroka Izajasza. Te słowa często brzmią jak pocieszenie, kiedy nie rozumiemy cierpienia, kiedy modlitwa nie przynosi odpowiedzi, kiedy życie układa się inaczej, niż planowaliśmy.
Ale dzisiaj trzeba je usłyszeć w jeszcze bardziej wymagający sposób: Boże myśli są inne również wtedy, gdy Bóg okazuje dobroć komuś, komu my tej dobroci nie chcemy dać. Boże drogi są inne także wtedy, gdy prowadzą do winnicy człowieka, którego my już dawno skreśliliśmy. I może właśnie dlatego ta Ewangelia jest trudniejsza dla człowieka porządnego niż dla człowieka, który wie, że się pogubił. Grzesznik czasem potrafi przyjść do Boga z pustymi rękami. Człowiek sprawiedliwy bywa kuszony, żeby przyjść z rachunkiem. „Panie Boże, zobacz, ile zrobiłem. Zobacz, czego nie zrobiłem. Zobacz, ilu rzeczy sobie odmówiłem. Zobacz, jak długo jestem wierny”. I oczywiście, wierność ma ogromną wartość. Jezus nie mówi, że godziny przepracowane w winnicy są bez znaczenia. Ale pyta nas o coś głębszego: Czy twoja wierność doprowadziła cię do miłości, czy tylko do przekonania, że jesteś lepszy od tych, którzy przyszli później? Czy twoje lata modlitwy uczyniły twoje serce bardziej podobnym do serca Ojca? Czy raczej sprawiły, że coraz dokładniej widzisz, kto na co zasługuje? To pytanie nie jest skierowane wyłącznie do ludzi chodzących do kościoła od wielu lat. Ono dotyka każdego, kto w jakikolwiek sposób zbudował swoją wartość na porównywaniu się z innymi.
Można być człowiekiem bardzo religijnym i żyć w środku jak najemnik. Można wykonywać wszystkie obowiązki, odmawiać wszystkie modlitwy, zachowywać wszystkie zasady, a jednak nosić w sercu ukryte przekonanie: „Bóg powinien mi się odwdzięczyć”. I wtedy modlitwa przestaje być spotkaniem z Ojcem, a staje się negocjacją. Dobro staje się inwestycją, przykazania – umową, a bliźni – konkurencją.
Tymczasem gospodarz z Ewangelii wychodzi na rynek nieustannie. Wychodzi rano, o trzeciej, o szóstej, o dziewiątej, wreszcie o jedenastej. To niezwykły obraz Boga, który nie siedzi zamknięty w swoim domu, czekając, aż człowiek sam się odnajdzie. Bóg wychodzi. Bóg szuka. Bóg nie rezygnuje z człowieka, który zmarnował większość dnia. I może ktoś z nas potrzebuje dzisiaj usłyszeć, że nawet jeśli wiele lat życia zostało zmarnowanych, nawet jeśli były decyzje, których nie da się cofnąć, nawet jeśli człowiek sam sobie odebrał czas, którego już nie odzyska – to nie znaczy, że dla Boga jest za późno.
Jedenasta godzina nie jest godziną, w której Bóg przestaje kochać. Jest godziną, w której człowiek może jeszcze usłyszeć: „Idź i ty do mojej winnicy”. Zwróćmy uwagę na odpowiedź tych ostatnich: „Bo nas nikt nie najął”. Nie mówią: „Nie chciało nam się”. Nie mówią: „Woleliśmy nic nie robić”. Mówią: „Nikt nas nie najął”. Być może byli odrzuceni, pomijani, niewidzialni. Być może nikt nie dostrzegł ich możliwości, nikt nie dał im szansy, nikt nie wypowiedział nad nimi słowa zaufania.
Jezus nie wyjaśnia nam, dlaczego stali na rynku. Ale pokazuje, że gospodarz ich zauważył. A to może być dla nas bardzo ważne: Bóg widzi człowieka, którego nie widzą inni. Widzi matkę, której praca jest tak oczywista, że nikt jej nie dziękuje. Widzi ojca, który wraca zmęczony, choć nie potrafi już opowiadać o swoim zmęczeniu. Widzi człowieka samotnego, który od dawna czeka na czyjąś obecność. Widzi kogoś, kto po rozwodzie, po uzależnieniu, po życiowej porażce próbuje po raz pierwszy od dawna uwierzyć, że jeszcze może być dobry. Widzi także człowieka, który całe życie spędził w Kościele, ale dziś odkrywa, że jego serce stało się twarde. I do jednego, i do drugiego mówi: „Idź do mojej winnicy”. Nie mówi: „Najpierw napraw całe swoje życie, a potem przyjdź”. Nie mówi: „Najpierw udowodnij, że jesteś godny”. Mówi: „Idź”. Bo łaska Boga nie jest nagrodą za to, że jesteśmy gotowi. Łaska jest tym, co czyni nas zdolnymi, żeby w ogóle zacząć. Ale jest tu jeszcze jedna rzecz, której nie wolno przeoczyć. Jezus nie mówi, że człowiek może całe życie żyć byle jak, a potem spokojnie zażądać nieba.
Nie mówi, że nasze wybory nie mają konsekwencji. Mówi, że kiedy Bóg przychodzi z łaską, nie pyta najpierw o długość naszego stażu. Pyta, czy jesteśmy gotowi wejść do Jego winnicy. Czy jesteśmy gotowi pozwolić, żeby On nas przemienił.
Bo łaska, która nie prowadzi do przemiany, pozostaje przez nas nieprzyjęta. Człowiek może otrzymać denara, a mimo to nie wejść naprawdę w radość gospodarza. Może otrzymać przebaczenie, ale nadal żyć tak, jakby był więźniem swojej winy. Może usłyszeć, że jest kochany, a jednak wciąż uważać, że musi zasłużyć na miłość. Dlatego pierwsze czytanie mówi: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko”. To nie jest groźba, że Bóg za chwilę się oddali.
To jest wezwanie do decyzji. Nie odkładaj spotkania z Bogiem na później. Nie czekaj, aż będziesz lepszym człowiekiem, spokojniejszym człowiekiem, bardziej poukładanym człowiekiem. Szukaj Go teraz, w tym życiu, które masz. W tej rodzinie, która jest trudna. W tej samotności, której nie wybrałeś. W tej winie, której nie umiesz sobie wybaczyć. W tym sercu, które od dawna nie potrafi się modlić. Bóg jest blisko nie tylko wtedy, gdy czujesz Jego obecność. Jest blisko również wtedy, gdy nie czujesz nic. I może najgłębsza wiara dorosłego człowieka zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się religijna pewność, że wszystko musi być tak, jak sobie wyobrażam. Święty Paweł w drugim czytaniu mówi: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. To zdanie jest niezwykle mocne, bo Paweł nie mówi: „Dla mnie żyć – to sukces”. Nie mówi: „Dla mnie żyć – to zdrowie, bezpieczeństwo, uznanie, spokojna przyszłość”. Mówi: „Żyć – to Chrystus”.
A więc Chrystus nie jest dodatkiem do jego życia. Nie jest jednym z ważnych punktów obok pracy, rodziny, odpoczynku, planów i marzeń. Chrystus jest centrum, dzięki któremu wszystko inne otrzymuje swoje miejsce. Paweł stoi między dwiema rzeczywistościami: pragnie być z Chrystusem, ale wie, że jego pozostanie na ziemi jest potrzebne innym. I to jest bardzo dojrzała wiara. Nie chodzi o to, że człowiek przestaje kochać życie. Chodzi o to, że przestaje uważać własne życie za własność, którą musi za wszelką cenę zabezpieczyć. Paweł jest wolny, bo wie, do kogo należy. I dlatego może powiedzieć: „Czy przez życie, czy przez śmierć – Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele”. Warto zapytać siebie: Czy Chrystus jest uwielbiony w moim ciele? Nie tylko w moich słowach, nie tylko w moich deklaracjach, ale w moim sposobie reagowania, w mojej pracy, w moim małżeństwie, w moim stosunku do pieniędzy, w moim traktowaniu ludzi słabszych, w mojej cierpliwości, kiedy ktoś mnie zawodzi. Czy Chrystus jest uwielbiony w moim ciele, kiedy jestem zmęczony? Kiedy ktoś mnie niesprawiedliwie ocenia? Kiedy moje dziecko nie spełnia moich oczekiwań? Kiedy ktoś, kto przez lata żył daleko od Boga, nagle wraca i otrzymuje od wspólnoty tyle samo miłości, co ja?
Bo być może największym sprawdzianem naszej wiary nie jest to, czy potrafimy powiedzieć: „Jezu, ufam Tobie”. Największym sprawdzianem jest to, czy potrafimy powiedzieć: „Jezu, ufam Tobie także wtedy, gdy Twoja dobroć obejmuje kogoś, komu ja nie chcę jej dać”. To jest moment, w którym Ewangelia przestaje być opowieścią o robotnikach i staje się opowieścią o nas. W każdym z nas jest trochę tego pierwszego robotnika, który chce, żeby Bóg był sprawiedliwy według jego rachunków.
W każdym z nas jest też ktoś z ostatniej godziny – człowiek, który sam potrzebuje miłosierdzia, drugiej szansy, cierpliwości. I może właśnie dlatego Bóg nie pozwala nam wybrać, którą postacią chcemy być.
Pozwala nam zobaczyć obie. Bo człowiek, który naprawdę spotkał Chrystusa, nie mówi już: „Dlaczego tamten dostał tyle samo?”. Zaczyna mówić: „Panie, dziękuję Ci, że ja również otrzymałem więcej, niż mogłem sobie wypracować”. To jest przemiana serca: przejście od zazdrości do wdzięczności, od porównywania do miłości, od kalkulowania do zaufania. I nie jest to przemiana łatwa. Wymaga, żebyśmy przestali być właścicielami własnej sprawiedliwości. Wymaga, żebyśmy pozwolili Bogu być Bogiem. „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” – pyta gospodarz. To pytanie jest skierowane do każdego z nas. Czy przeszkadza mi dobroć Boga? Czy potrafię się cieszyć, kiedy ktoś zostaje uratowany, choć nie zasłużył na to według mojej miary? Czy umiem przyjąć, że Bóg może kochać mojego bliźniego inaczej, niż ja go oceniam? Czy potrafię przestać żyć w cieniu cudzych win?
A może wciąż noszę w sobie listę ludzi, którym Bóg powinien coś wypomnieć? Współmałżonek, który mnie zranił. Dziecko, które zawiodło. Brat, który od lat się nie odzywa. Sąsiad, który mnie skrzywdził. Człowiek, który odszedł od Kościoła i teraz wraca. Być może nosimy te osoby w sercu nie jako ludzi, ale jako wyroki. A Bóg mówi: „Ja chcę także temu ostatniemu dać tak samo jak tobie”. Nie dlatego, że zło nie ma znaczenia. Nie dlatego, że krzywda nie boli. Ale dlatego, że miłosierdzie Boga jest większe niż nasza zdolność do wymierzania sprawiedliwości.
Nie możemy wymagać od Boga, żeby był dobry tylko dla tych, których my uznajemy za godnych dobra. Bo wtedy nie chcemy już Boga. Chcemy Boga, którego sami sobie stworzyliśmy. A prawdziwy Bóg jest większy. Jego dobroć nie jest pobłażliwością. Jest mocą, która potrafi podnieść człowieka z miejsca, w którym sam już nie widzi dla siebie przyszłości. I dlatego dzisiejsza Ewangelia nie jest przede wszystkim opowieścią o wynagrodzeniu. Jest opowieścią o tym, kim jest Bóg. On jest gospodarzem, który wychodzi. On jest Ojcem, który szuka. On jest Panem, który nie rezygnuje z człowieka.
On jest Tym, który w Jezusie Chrystusie przyszedł do nas nie po to, żeby rozliczyć nasze zasługi, ale żeby dać nam samego siebie. I tutaj dochodzimy do tajemnicy denara. Czym jest ten denar? Możemy powiedzieć: jest znakiem łaski, życia, zbawienia. Ale dla chrześcijanina denar ma jeszcze głębsze znaczenie. Ostateczną zapłatą Boga nie jest rzecz. Nie jest nagroda. Nie jest nawet samo niebo rozumiane jako miejsce szczęścia. Ostatecznym darem Boga jest On sam.
Chrystus jest naszym denarem. To On jest tym, czego potrzebujemy, niezależnie od tego, czy przyszliśmy do winnicy o świcie, czy o jedenastej godzinie. Człowiek, który pracował cały dzień, nie otrzymuje mniej Chrystusa. Człowiek, który przyszedł na końcu, nie otrzymuje Chrystusa gorszego. Bo Chrystus nie jest rzeczą, którą można podzielić na większą i mniejszą porcję. Jest miłością, która daje się cała. Dlatego Eucharystia jest tak niezwykła. Przychodzimy do ołtarza z różnymi historiami. Jeden z nas niesie lata wierności, drugi – świeżo odkrytą wiarę. Jeden przychodzi z sercem pełnym wdzięczności, drugi – z sercem pełnym wstydu. Jeden od dawna służy Kościołowi, drugi dopiero uczy się modlitwy.
A Chrystus daje się wszystkim. Nie dlatego, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Ale dlatego, że wszyscy potrzebujemy tej samej miłości. Nie przychodzimy do Komunii Świętej jako ludzie, którzy wypracowali sobie prawo do Boga. Przychodzimy jako ci, których Bóg pierwszy umiłował. I może warto dzisiaj, zanim podejdziemy do ołtarza, zrobić w sercu miejsce na tę prawdę. Niech odejdzie od nas rachunek. Niech odejdzie porównywanie. Niech odejdzie pytanie: „Czy ja dostanę więcej?”. Niech pojawi się pytanie: „Czy pozwolę, żeby Chrystus przemienił moje serce?”. Bo można całe życie stać w winnicy i nigdy nie poznać gospodarza. Można być blisko Kościoła i daleko od jego serca. Można znać wszystkie modlitwy, a nie znać smaku przebaczenia. Można wiele zrobić dla Boga, a jednak nie pozwolić Bogu zrobić czegoś w nas.
I dlatego słowa świętego Pawła są dla nas wezwaniem: „Sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej”. Godnie Ewangelii nie znaczy bezbłędnie. Znaczy tak, żeby nasze życie było coraz bardziej podobne do życia Chrystusa. A Chrystus nie żył z kalkulatorem w ręku. Nie pytał, kto zasłużył na Jego obecność. Nie omijał człowieka dlatego, że ten był daleko. Nie czekał, aż grzesznik stanie się godny, żeby go dotknąć. Jezus wychodził do ludzi. I dlatego także my jesteśmy posłani do winnicy. Nie po to, żeby pilnować, kto ma prawo wejść. Nie po to, żeby kontrolować, czy ktoś pracuje wystarczająco długo. Jesteśmy posłani, żeby być świadkami dobroci gospodarza. Żeby człowiek, który stoi na rynku swojego życia i myśli, że nikt go nie potrzebuje, usłyszał od nas: „Chodź. Jest dla ciebie miejsce”. Żeby ktoś, kto po wielu latach wraca do Boga, nie spotkał w nas zazdrości starszego brata, ale radość Ojca. Żeby ktoś, kto upadł, nie usłyszał najpierw: „Jak mogłeś?”, lecz: „Dobrze, że jesteś”. Żeby ktoś, kto całe życie był wierny, nie usłyszał: „To nic takiego”, lecz: „Twoja wierność jest cenna.
A teraz pozwól, żeby stała się miłością”. Bracia i Siostry, może dzisiejsza Ewangelia zaprasza nas do bardzo konkretnego rachunku sumienia. Z kim porównuję się w swoim życiu? Komu zazdroszczę łaski? Czy jest ktoś, komu nie potrafię życzyć dobra, bo uważam, że na nie, nie zasługuje?
Czy moja religijność czyni mnie bardziej miłosiernym, czy tylko bardziej przekonanym o własnej racji? Czy potrafię przyjąć, że Bóg może prowadzić kogoś inną drogą niż mnie? Czy umiem podziękować za to, że ktoś, kto był daleko, zbliża się do Boga? I wreszcie: Czy sam wierzę, że dla mnie nie jest za późno? Bo być może największym problemem nie jest to, że jesteśmy zazdrośni o łaskę dla innych. Być może największym problemem jest to, że nie wierzymy w łaskę dla siebie. Że myślimy: „Dla mnie już za późno. Zbyt wiele zmarnowałem. Zbyt wiele razy zawiodłem. Bóg może przebaczyć innym, ale mnie już nie”. Dzisiejsza Ewangelia mówi: Nie. Gospodarz nadal wychodzi. Nadal szuka. Nadal mówi: „Idź do mojej winnicy”. I nie chodzi o to, żebyś dzisiaj od razu naprawił całe życie. Chodzi o to, żebyś zrobił pierwszy krok. Żebyś przestał uciekać. Żebyś poszedł do spowiedzi, jeśli tego potrzebujesz. Żebyś zadzwonił do człowieka, z którym od dawna nie rozmawiasz. Żebyś przebaczył sobie to, co Bóg już dawno chce ci przebaczyć. Żebyś przestał odkładać miłość na jutro. Bo jutro nie jest nam obiecane. Jest tylko ta godzina. Ta jedna, w której gospodarz wychodzi i mówi: „Idź i ty”. A kiedy wieczorem przyjdzie czas wypłaty, nie będziemy mogli powiedzieć: „Panie, daj mi tyle, ile wypracowałem”.
Bo wtedy zobaczymy, że wszystko, co mamy, było darem. Nasza wiara, nasze nawrócenie, nasze dobre czyny, nasza wierność, nasze pragnienie Boga – wszystko było odpowiedzią na Jego pierwsze wyjście ku nam. I wtedy być może zrozumiemy, dlaczego ostatni mogą być pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. Nie dlatego, że Bóg lubi odwracać kolejność. Ale dlatego, że w Jego królestwie pierwszy jest ten, kto najbardziej pozwolił się umiłować. Pierwszy jest ten, kto nie musi już udowadniać swojej wartości. Pierwszy jest ten, kto potrafi cieszyć się dobrem drugiego człowieka. Pierwszy jest ten, kto umie powiedzieć: „Panie, nie mam nic, czego Ty byś nie dał. Nie mam nic, czym mógłbym Cię kupić. Mam tylko siebie. I chcę wejść do Twojej winnicy”. Drodzy Bracia i Siostry, prośmy dzisiaj o łaskę takiej wiary, która nie będzie tylko poprawna, ale żywa. Prośmy o serce, które nie będzie liczyć, ale kochać. O wierność, która nie będzie powodem do pychy, lecz wdzięczności. O pokorę, która pozwoli nam przyjąć, że Bóg jest większy od naszych rachunków. I o odwagę, żebyśmy sami stali się ludźmi, przez których gospodarz winnicy wychodzi do innych.
A kiedy przyjdzie wieczór naszego życia, kiedy skończy się dzień, niech nie będzie w nas lęku, że Bóg wypłaci nam według naszych zasług. Niech będzie w nas nadzieja, że spotkamy Tego, który od początku do końca chciał nam dać nie tylko denara, nie tylko nagrodę, ale swoje własne serce.
Homilia alternatywna IV
Denar, którego nie da się podzielić
Zacznę od zdania, które w dzisiejszej przypowieści pada niepozornie, a jest kluczem do całej reszty: „Weź, co twoje, i odejdź”. To słowa gospodarza do robotnika, który pracował od świtu, otrzymał dokładnie to, na co się umówił – i mimo to wychodzi z tej sceny jako człowiek nieszczęśliwy. Nie okradziony. Nieszczęśliwy. To rozróżnienie jest sercem dzisiejszej Ewangelii.
Zauważmy: nikt w tej przypowieści nie został oszukany. Robotnicy z porannej zmiany dostali dokładnie denara, na jakiego się umówili – umowa dotrzymana co do grosza. A jednak „szemrali przeciw gospodarzowi”. Szemrali nie dlatego, że im czegoś zabrakło, tylko dlatego, że komuś innemu nie zabrakło. Ich cierpienie nie wypływa z niedostatku, lecz z porównania. To jest właściwie definicja zazdrości – jedynego grzechu, który nie daje żadnej przyjemności, tylko samo cierpienie, i to cierpienie z powodu czyjegoś dobra, nie własnego zła.
Jezus kończy przypowieść pytaniem, które w oryginale brzmi ostrzej, niż w naszym tłumaczeniu: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. W języku biblijnym „złe oko” to utrwalony idiom oznaczający skąpstwo serca, zazdrość – przeciwieństwo „oka dobrego”, czyli szczodrości spojrzenia. Gospodarz pyta więc dosłownie: czy twoje oko zachorowało od patrzenia na moją dobroć wobec kogoś innego? To pytanie nie jest wymierzone w tych „z rynku”. Jest wymierzone w tych, którzy „od świtu dźwigali ciężar dnia i spiekoty”. W wiernych. W ludzi Kościoła. W nas, którzy się staramy.
Dlaczego gospodarz może tak postąpić, nie czyniąc nikomu krzywdy?
Bo zapłata w tej przypowieści nie jest towarem, który da się rozdzielić proporcjonalnie do wysiłku. Tą zapłatą jest on sam – jego obecność, jego „tak” wypowiedziane nad człowiekiem. A obecności nie da się wydać w ratach. Nie istnieje osiemdziesiąt procent komunii z Bogiem dla tych, którzy „zasłużyli mniej”, i sto dwadzieścia procent dla tych, którzy „zasłużyli więcej”. Denar w tej przypowieści to nie wynagrodzenie – to znak, że ktoś przestał stać bezczynnie na rynku i został przyjęty do winnicy, nazwany przez gospodarza „swoim”. A „swoim” się jest albo się nie jest. Nie ma tu stopni pośrednich.
To właśnie mówi dziś Izajasz: „myśli moje nie są myślami waszymi”. Nasza myśl o sprawiedliwości jest myślą księgową: tyle pracy, tyle zapłaty, proporcja, ekwiwalent. Myśl Boga jest myślą oblubieńczą: albo kocha się kogoś całego, albo się go nie kocha wcale. Nie istnieje „kochać kogoś na sześćdziesiąt procent, bo pojawił się później”. Dystans między tymi dwiema logikami Izajasz mierzy odległością nieba od ziemi – nie dlatego, żeby nas onieśmielić, ale żeby nas ostrzec: jeśli osądzamy Boga naszą miarką, będziemy Go stale posądzać o niesprawiedliwość tam, gdzie On po prostu jest hojny.
Warto zatrzymać się też przy tych z jedenastej godziny. Ewangelista każe im samym wytłumaczyć swoją bezczynność: „Bo nas nikt nie najął”. To nie jest wymówka leniwych – to opis losu wielu ludzi, których spotykamy w konfesjonale, w rozmowach, czasem we własnej rodzinie. Ludzi, którzy przez pół życia stali na rynku, bo nikt po nich nie przyszedł – wiara nie została im przekazana, Kościół ich zranił, życie potoczyło się tak, że Bóg wydawał się nieosiągalny, aż nagle, w chorobie, na starość, w jakimś kryzysie, ktoś wreszcie po nich przyszedł. Dla takich osób ta przypowieść nie jest teorią. Jest ewangelią w najdosłowniejszym sensie – dobrą nowiną, że jedenasta godzina liczy się tak samo jak pierwsza, bo liczy się nie długość stażu, ale fakt spotkania.
Święty Paweł pokazuje, jak wygląda serce człowieka, który przestał już liczyć godziny.
Pisze z więzienia, u kresu bardzo wypełnionego, życia apostolskiego – i nie porównuje się z nikim, nie dopomina się niczego. „Dla mnie żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. Zwróćmy uwagę, że nawet między życiem a śmiercią Paweł nie potrafi wybrać, co „bardziej mu się opłaca” – bo przestał już myśleć kategoriami opłacalności. Jego jedynym kryterium jest to, co „bardziej dla was konieczne”. Człowiek, który wszedł głęboko w logikę daru, przestaje pytać „ile mi się należy”, a zaczyna pytać „komu jestem jeszcze potrzebny”. To jest dokładna odwrotność szemrania robotników z porannej zmiany – i to jest dojrzałość, do której ta niedziela nas zaprasza.
I tu wracamy do pierwszego czytania, do wezwania, które otwiera dzisiejszą liturgię słowa: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko”. Zwykle słyszymy to jako wezwanie skierowane do „bezbożnych”, do tych „z rynku”. Dziś warto usłyszeć je inaczej: może to właśnie ci, którzy pracują od świtu, muszą dziś na nowo szukać Boga. Nie dlatego, że odeszli z winnicy, ale dlatego, że zdążyli w niej zamienić relację w rozliczenie, dar w wypłatę, miłość w umowę o pracę. Można stać w winnicy całe życie i mimo to potrzebować nawrócenia – nawrócenia oka: przejścia od oka złego, które liczy cudzą zapłatę, do oka dobrego, które umie się cieszyć, że komuś innemu jest dobrze.
Rachunek sumienia na ten tydzień mógłby więc brzmieć nie: „co jestem Bogu winien”, ale: „gdzie moje oko robi się złe, gdy widzę, że Bóg jest dobry dla kogoś, kto – według mnie – na to nie zasłużył”. Dla nawróconego więźnia. Dla dalekiego od Kościoła krewnego, który wraca po latach. Dla kogoś, kto „dostał” łatwiej niż my. Bo tam, gdzie pojawia się to ukłucie, tam właśnie stoi dziś Gospodarz i pyta: „Przyjacielu, czy uczyniłem ci krzywdę?”. I tam czeka odpowiedź, którą każdy z nas musi dać osobiście.

