menu

środa, 30 września 2026

XXVII Niedziela w ciągu roku - A

 Iz 5:1-7


Chcę zaśpiewać memu Przyjacielowi pieśń o Jego miłości ku swojej winnicy! Przyjaciel mój miał winnicę na żyznym pagórku. Otóż okopał ją i oczyścił z kamieni i zasadził w niej szlachetną winorośl; pośrodku niej zbudował wieżę, także i tłocznię w niej wykuł. I spodziewał się, że wyda winogrona, lecz ona cierpkie wydała jagody. Teraz więc, o mieszkańcy Jeruzalem i mężowie z Judy, rozsądźcie, proszę, między Mną a między winnicą moją. Co jeszcze miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej? Czemu, gdy czekałem, by winogrona wydała, ona cierpkie dała jagody? Więc dobrze! Pokażę wam, co uczynię winnicy mojej: rozbiorę jej żywopłot, by ją rozgrabiono; rozwalę jej ogrodzenie, by ją stratowano. Zamienię ją w pustynię, nie będzie przycinana ni plewiona, tak iż wzejdą osty i ciernie. Chmurom zakażę spuszczać na nią deszcz. Otóż winnicą Pana Zastępów jest dom Izraela, a ludzie z Judy szczepem Jego wybranym. Oczekiwał On tam sprawiedliwości, a oto rozlew krwi, i prawowierności, a oto krzyk grozy.

Flp 4:6-9

O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. W końcu, bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym - to miejcie na myśli! Czyńcie to, czego się nauczyliście, co przejęliście, co usłyszeliście i co zobaczyliście u mnie, a Bóg pokoju będzie z wami.

Mt 21:33-43

Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? Rzekli Mu: Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze. Jezus im rzekł: Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce.

Kamień odrzucony przez budujących

I znowu szokujące zachowanie Jezusa. Jakby szukał zwady i sam się napraszał o to, aby go uciszyć. Dlaczego tak bardzo naraża się kapłanom, przełożonym świątynnym i starszym. Czyż nie wie, że oni mogą się go pozbyć, uciszyć i po prostu załatwić? Po co opowiada im takie drażliwe historyjki, po co ich drażni i moralizuje? Czyż nie rozumie, że to raczej dyplomacją i w sposób ugodowy, kulturalny i grzeczny można coś załatwić? Po co drażnić najwyższych i najpotężniejszych historyjkami o przewrotnych dzierżawcach winnicy ... i jeszcze ten "kamień odrzucony przez budujących" .... toż to jest normalnie - szukanie guza.

Nie należy przypuszczać, że Chrystus zachęca do rewolty przeciwko wszystkim i do krytyki każdej władzy, ale czy ci, którzy są u władzy i są "głęboko" przekonani o słuszności swojego postępowanie, nie powinni stąd wyciągnąć jakichś wniosków? Czyż nie mamy tego przykładów w niedawnej polskiej przeszłości ... jedynie słuszna droga, jedyna ideologia, monopol na historyczną i społeczna prawdę ...??? A i w kościele, jakże często jest tak, że ci, którym oddano winnicę pod opiekę, stali się przewrotnymi dzierżawcami, a ci, których Chrystus powołał, aby byli pasterzami i aby strzegli depozytu, nie strzegą ale raczej strzygą swoje owieczki? Przecież nie chodzi o krytykanctwo czy negowanie wszelkiej władzy. Przecież nie chodzi o to, aby buntować się i sprzeciwiać na każdym kroku i na pewno nie to było i jest celem chrystusowych przypowieści. Zastanawiam jest  jednak, jak często my sami (my kapłani) umiemy pouczać i wyciągać budujące wnioski z Ewangelii, ale raczej dla "naszych owieczek". Czemu nie chcemy, czemu nie umiemy wyciągnąć takich samych, pouczających wniosków dla nas samych? Kto spróbuje w ten właśnie sposób zinterpretować dzisiejszą Ewangelię, aby nie być od razu posądzonym o negowanie Najwyższego Autorytetu Kościoła?

I nie chodzi wcale o relatywizm epistemologiczny, czy o "demokratyzację" prawdy. Prawda na pewno jest jedna i jedyna. Prawda na pewno jest do odkrycia, a nie do "wygłosowania" w demokratycznych wyborach, ale trzeba ją odkrywać w pokorze i bez monopolizacji, mając świadomość, że każdy może się mylić, nawet ci najwyżej postawieni. Chrystus jest tą Prawdą odwieczną i niewzruszoną. i nikt nie może Go sobie przywłaszczyć i zmonopolizować. On jest kamieniem węgielnym ... niestety nadal odrzucanym przez wielu budujących ... szczególnie tych którzy szukają raczej swoich racji i władzy, a nie prawdy ...

A ileż to kamieni ja sam odrzuciłem już przy budowie mojego życia?

Homilia alternatywna

Ewangelia w moim życiu codziennym

Przypowieść o nieuczciwych i zbuntowanych dzierżawcach winnicy to oczywiście obraz samego Izraela i jego duchowych przywódców, którzy zbuntowali się przeciwko Bogu i odrzucili jego proroków i wysłanników, a nawet samego Syna Bożego. Może to być także obraz mojego własnego życia, w którym odrzucam prawa Boże i sam próbuję sobie rządzić po swojemu i według moich zachcianek i „widzimisię”, odrzucając Boże napomnienia i przykazania, „zabijając” Bożych wysłanników, i lekceważąc sobie nawet samego Syna Bożego.

Kiedy Jezus mówi o nieuczciwych najemnikach winnicy można to odnieść także do naszych społecznych i zawodowych relacji, do naszego życia i naszej pracy. Niestety słowa takie jak uczciwość, rzetelność, prawość, sprawiedliwość stają się coraz bardziej obce w naszej społecznej i zawodowej rzeczywistości. Można je znaleźć już tylko bardzo często w słownikach i to wyrazów obcych. Liczy się raczej chciwość, przebiegłość, pazerność, spryt, siła i efekciarstwo. Pracodawca, który jest uczciwy bardzo często jest posądzany o niezaradność i brak realizmu. Uczciwy i rzetelny pracownik to fajtłapa i niedołęga, nie umiejący dbać i walczyć o swoje. Relacje międzyludzkie stają się coraz częściej podobne do relacji w dżungli, gdzie tylko silniejszy i sprytniejszy ma szansę przeżycia. Ewangeliczni dzierżawcy winnicy nie liczą się z podpisaną przez siebie umową. Dla nich liczy się tylko szybki i spektakularny zysk. Dla niego są zdolni nawet zabić wysłanników. Niestety takie postawy w naszym życiu społecznym i zawodowym nie są rzadkością. Podpisane umowy się zrywa, słowo honoru i zawodowa uczciwość nie mają wartości, a wprost przeciwnie są wydrwione i ośmieszone.

Pracownik i jego dobro się nie liczą. Liczy się zysk i ekonomiczne prawa. Nie liczy się także bardzo często pracodawca i jego prawa. Okraść pracodawcę, sprytnie „przykombinować”, to nie grzech, to wyraz zaradności i inteligencji. Niestety zabory, dwie wojny światowe i prawie 50 lat komuny, kiedy niejednokrotnie, aby przeżyć trzeba było oszukiwać, okłamywać, być zaradnym i przebiegłym, zrobiły niemałe spustoszenia w naszej mentalności. I do dzisiaj nie umiemy się z tego wyzwolić. Ewangelia jest bardzo odległą od naszej rzeczywistości utopią, a życie jest trudne i rządzi się swoimi, twardymi prawami rynku, podaży i popytu.

Warto być może w kontekście dzisiejszej Ewangelii pomyśleć także o tym, jaki wpływ –tak naprawdę- ma Ewangelia na moje życie? Czy nie jest nadal tak, że wiarę „ubieram” w niedzielę, jak odświętne ubranie, a w życiu codziennym liczą się mnie zupełnie inne wartości i rządzą nim zupełnie inne, nie ewangeliczne normy?



Homilia alternatywna II

Nie jesteśmy właścicielami winnicy

Dzisiejsza Ewangelia zaczyna się od obrazu, który wydaje się bardzo piękny: gospodarz zakłada winnicę, otacza ją murem, wykopuje tłocznię, buduje wieżę, a potem oddaje ją rolnikom. Wszystko zostało przygotowane. Niczego nie zaniedbał. Podobny obraz znajdujemy w Księdze Izajasza: Bóg mówi o swojej winnicy i pyta z bólem: „Co jeszcze miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej?”. I właśnie tutaj dotykamy pierwszej prawdy, która nie jest wygodna, ale jest niezwykle ważna dla naszego dorosłego życia: człowiek nie zaczyna od niczego. Zanim cokolwiek zbudowaliśmy własnymi rękami, otrzymaliśmy życie, zdrowie, czas, talenty, ludzi spotkanych na drodze, możliwości, których sami sobie nie stworzyliśmy. Otrzymaliśmy również wiarę, słowo Boże, sakramenty, Kościół, możliwość powrotu po upadku. Winnica jest więc obrazem naszego życia — życia powierzonego, a nie posiadanego absolutnie. Człowiek współczesny bardzo łatwo mówi: „To jest moje życie, będę z nim robił, co chcę”. Chrystus przypomina jednak, że życie jest rzeczywiście nasze, ale nie jesteśmy jego ostatecznymi właścicielami. Jesteśmy dzierżawcami. A dzierżawca ma prawo korzystać z winnicy, lecz ma także obowiązek wydać owoc.

I może właśnie tutaj zaczyna się najbardziej poważne pytanie dzisiejszej liturgii: jaki owoc wydaje moje życie? Nie chodzi o to, ile posiadamy, ile osiągnęliśmy, ilu ludzi nas zna, jaką mamy pozycję, ile spraw udało się załatwić i jak wiele rzeczy znajduje się na naszym koncie. Bóg nie pyta przede wszystkim o rozmiar naszej winnicy, lecz o jakość jej owoców. Izajasz mówi bardzo konkretnie: Bóg oczekiwał sprawiedliwości, a zobaczył rozlew krwi; oczekiwał prawowierności, a usłyszał krzyk. Innymi słowy: można mieć pięknie urządzoną winnicę, a jednocześnie produkować cierpkie owoce. Można prowadzić porządne życie na zewnątrz, a wewnątrz nosić egoizm, pychę, nieprzebaczenie, pogardę, cynizm albo obojętność. Można nawet być człowiekiem religijnym i jednocześnie nie wydawać owoców Ewangelii. To jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ religijność bez nawrócenia daje człowiekowi złudzenie bezpieczeństwa. Można modlić się ustami, a żyć w sposób całkowicie sprzeczny z modlitwą. Można przychodzić do kościoła, a nie pozwolić Bogu wejść do własnego charakteru, do własnych relacji, do własnych decyzji, do własnych pieniędzy, ambicji i ran.

Jest w tej przypowieści jeszcze coś bardziej przejmującego. Gospodarz posyła sługi, a rolnicy ich odrzucają. Posyła kolejnych — spotyka ich to samo. W końcu mówi: „Uszanują mojego syna”. I właśnie wtedy ujawnia się cała prawda o ludzkim sercu. Problemem tych rolników nie jest brak informacji. Oni wiedzą, że gospodarz istnieje. Wiedzą, że winnica do niego należy. Wiedzą nawet, że przychodzi czas oddania plonu. Ich problem polega na tym, że chcą, aby wszystko należało do nich. Chcą korzystać z daru bez uznania Dawcy. I czyż nie jest to także dramat człowieka wszystkich epok? Nie tyle odrzucamy Boga dlatego, że Go nie znamy, ile często dlatego, że nie chcemy, aby Jego obecność cokolwiek od nas wymagała. Chcemy Jego pocieszenia, ale niekoniecznie Jego przykazań. Chcemy przebaczenia, ale nie zawsze chcemy przebaczać. Chcemy pokoju, ale nie zawsze chcemy zerwać z tym, co ten pokój niszczy. Chcemy, aby Bóg błogosławił nasze decyzje, lecz niekoniecznie pytamy, czy nasze decyzje są zgodne z Jego wolą.

Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że gospodarz nie przestaje działać nawet po kolejnych odrzuceniach. W końcu posyła syna. W świetle Ewangelii nie trzeba długo zgadywać, kim jest ten Syn. To Chrystus. Winnica staje się obrazem historii zbawienia, a posłanie Syna objawia coś niesłychanego: Bóg po odrzuceniu nie wycofuje swojej miłości. Człowiek może powiedzieć „nie”, może się buntować, może zamknąć drzwi, może przez lata żyć tak, jakby Boga nie było — a Bóg jeszcze raz wychodzi ku niemu. Chrystus przychodzi nie tylko jako nauczyciel moralności, lecz jako Syn, którego człowiek może przyjąć albo odrzucić. Dlatego centralnym pytaniem dzisiejszej Ewangelii nie jest tylko: „Czy jestem dobrym człowiekiem?”, ale pytanie znacznie głębsze: co robię z Chrystusem? Czy jest On dla mnie rzeczywiście Panem mojego życia, czy tylko elementem religijnego krajobrazu? Czy Jego słowo ma prawo mnie osądzić, skorygować, zatrzymać, zmusić do zmiany? Czy pozwalam Mu wejść tam, gdzie sam od lat nie wpuszczam nikogo?

Jezus mówi następnie o kamieniu odrzuconym przez budujących, który stał się kamieniem węgielnym. To jest logika Boga zupełnie inna od naszej. Człowiek odrzuca to, co uważa za niewygodne, słabe, niepasujące do jego planu. Bóg potrafi właśnie z tego uczynić fundament nowego początku. To jest ogromna nadzieja również dla tych, którzy patrzą dziś na własne życie i widzą w nim rzeczy zmarnowane, decyzje błędne, relacje popękane, lata przeżyte w sposób, którego nie da się już cofnąć. Winnica nie wraca do stanu z dnia poprzedniego, ale Bóg nadal może sprawić, że wyda nowy owoc. Chrześcijaństwo nie jest religią tych, którzy nigdy nie popełnili błędu. Jest drogą ludzi, którzy nauczyli się wracać do Boga. Czasem największym cudem nie jest to, że człowiek nigdy się nie przewrócił, lecz to, że po wielu latach potrafił jeszcze raz uklęknąć. Nie wolno nam więc mówić: „Już za późno”. Dopóki człowiek żyje, dopóty historia jego winnicy nie jest ostatecznie zamknięta.

I tutaj doskonale łączy się Ewangelia z Listem św. Pawła do Filipian. Apostoł mówi: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”, a następnie kieruje nas ku temu, co prawdziwe, godne, sprawiedliwe, czyste i szlachetne. To nie jest banalne wezwanie do pozytywnego myślenia. Święty Paweł nie mówi: „Nie przejmujcie się problemami”. Mówi raczej: nie pozwólcie, aby troska przejęła władzę nad waszym sercem. Można przecież mieć winnicę pełną problemów i mimo to zachować pokój. Można mieć kłopoty zdrowotne, rodzinne, finansowe, można przeżywać samotność, starość, rozczarowanie czy niepewność jutra, a jednak nie pozwolić, aby lęk stał się panem życia. Pokój Boży nie polega na tym, że wszystko układa się po naszej myśli. Pokój Boży polega na tym, że nawet wtedy, gdy nie rozumiemy wszystkiego, wiemy, komu powierzamy swoją winnicę. Człowiek zaczyna naprawdę dojrzewać wtedy, gdy przestaje rozpaczliwie próbować być właścicielem wszystkiego i uczy się być wiernym dzierżawcą tego, co otrzymał.

Dlatego dzisiejsza liturgia stawia przed nami bardzo konkretne zadanie. Nie pyta najpierw, czy jesteśmy podziwiani, skuteczni i zabezpieczeni. Pyta: czy nasze życie wydaje owoce? Czy ktoś dzięki mnie doświadczył dobra? Czy komuś łatwiej było uwierzyć, ponieważ mnie spotkał? Czy moje dzieci, współmałżonek, rodzice, sąsiedzi, współpracownicy i ludzie, których spotykam, czują przy mnie więcej pokoju czy więcej lęku? Czy po moich słowach zostaje zgoda czy rana? Czy po moich decyzjach zostaje sprawiedliwość czy krzywda? Czy moja wiara przynosi owoce miłości, czy tylko daje mi przekonanie, że mam rację? I wreszcie: czy Chrystus rzeczywiście jest kamieniem węgielnym mojego życia, czy też próbuję tak urządzić swoją winnicę, aby Jego obecność była jak najmniej wymagająca?

Pan nie żąda od nas doskonałości, ale oczekuje owocu. Nie żąda, aby każda gałąź naszego życia była idealna, lecz abyśmy nie przestali pozwalać Mu się pielęgnować, przycinać i oczyszczać. Czasem potrzebne jest Boże przycinanie, które boli: rezygnacja z pychy, pojednanie, przyznanie się do winy, zerwanie z grzechem, naprawienie wyrządzonej krzywdy, zmiana sposobu myślenia. Winnica, której nikt nie przycina, zarasta. Serce, którego człowiek nie poddaje Bogu, również zarasta. Dlatego nie bójmy się, kiedy Bóg pokazuje nam to, co wymaga zmiany. Bardziej niebezpieczne od bolesnego cięcia jest pozostawienie człowieka w przekonaniu, że wszystko jest dobrze. Prośmy więc dzisiaj nie o to, aby Bóg po prostu pobłogosławił naszą winnicę, ale o coś więcej: aby nauczył nas być jej wiernymi dzierżawcami, aby nie pozwolił nam odrzucić Syna i aby nasze życie — mimo swoich ran, ograniczeń i późnych jesieni — mogło jeszcze przynieść owoc, którego Bóg od nas oczekuje. Wtedy spełni się również obietnica świętego Pawła: „Bóg pokoju będzie z wami”. A kiedy Bóg jest z człowiekiem, nawet trudna winnica nie przestaje być miejscem nadziei.

Homilia alternatywna III

Komu naprawdę należy się moja winnica?

Bracia i Siostry! Dzisiejsze słowo Boże nie pozwala nam spokojnie przejść obok siebie. Ono nie pyta nas o kogoś innego. Ono pyta o nas. Nie o świat, który nas denerwuje, nie o Kościół, który ma swoje problemy, nie o ludzi, którzy nas zawiedli, lecz o tę winnicę, którą każdy z nas otrzymał. Izajasz mówi: „Winnicą Pana Zastępów jest dom Izraela”, a Ewangelia pokazuje tę samą winnicę raz jeszcze, ale tym razem jej obraz staje się jeszcze bardziej przejmujący. Gospodarz przygotował wszystko: okopał, oczyścił z kamieni, obsadził szlachetną winoroślą, zbudował wieżę, przygotował tłocznię. A potem oczekiwał owocu. Bóg nie stworzył człowieka jako istoty przypadkowej. Nie dał nam życia po to, abyśmy jedynie konsumowali kolejne dni. Dał nam życie jako zadanie, jako powołanie, jako przestrzeń, w której ma pojawić się dobro. Dał nam czas — i pyta, co z nim zrobiliśmy. Dał nam ludzi — i pyta, jak ich potraktowaliśmy. Dał nam sumienie — i pyta, czy go słuchaliśmy. Dał nam swoją łaskę — i pyta, czy pozwoliliśmy jej działać. Dał nam Ewangelię — i pyta, czy naprawdę nią żyliśmy. I dlatego pytanie tej niedzieli brzmi niezwykle poważnie: jaki owoc wydaje moja winnica?

Możemy bowiem przez całe życie być bardzo zajęci i prawie nigdy nie zadać sobie tego pytania. Możemy budować domy, pomnażać majątek, załatwiać sprawy, zdobywać znaczenie, zabiegać o uznanie, troszczyć się o wygodę, planować kolejne lata, a nie zauważyć, że nasza dusza powoli pustoszeje. Można mieć wiele i jednocześnie nie mieć pokoju. Można być otoczonym ludźmi i być wewnętrznie samotnym. Można wiele mówić o wartościach i jednocześnie ranić najbliższych. Można przychodzić do kościoła, modlić się, przyjmować sakramenty, a jednocześnie żyć tak, jakby Bóg nie miał żadnego prawa wejść w moje decyzje. Można znać wszystkie religijne słowa, a nie znać smaku miłości. I dlatego Izajasz wypowiada to przejmujące zdanie: Bóg oczekiwał sprawiedliwości, a zobaczył niesprawiedliwość; oczekiwał prawowierności, a usłyszał krzyk. To znaczy: Bóg patrzy nie tylko na to, co deklarujemy, ale na to, co z nas wyrasta. Nie na etykietę, lecz na owoc. Nie na pozory, lecz na prawdę.

A jednak najstraszniejsze w tej przypowieści nie jest to, że winnica nie wydała owocu. Najstraszniejsze jest to, że rolnicy zaczęli uważać cudzą własność za swoją. To tutaj znajduje się źródło buntu. Gospodarz mówi: „moja winnica”, a oni w głębi serca mówią: „nasza”. Gospodarz mówi: „oddajcie plon”, a oni odpowiadają swoim zachowaniem: „nic ci do tego”. I czyż nie jest to pokusa, która wraca w każdym pokoleniu? Człowiek chce dar zatrzymać dla siebie i jednocześnie zapomnieć o Dawcy. Mówi: „moje życie”, „moje pieniądze”, „moje decyzje”, „moja przyszłość”, „moje ciało”, „moja sprawa”, jakby samo słowo „moje” rozwiązywało problem. Tymczasem chrześcijaństwo przypomina: otrzymałeś życie, ale nie stworzyłeś siebie. Otrzymałeś czas, ale nie jesteś jego właścicielem. Otrzymałeś ludzi, ale nie są twoją własnością. Otrzymałeś świat, ale nie jesteś jego panem. Jesteś dzierżawcą. A dzierżawca pewnego dnia musi zdać rachunek.

I właśnie wtedy przypowieść staje się naprawdę dramatyczna. Gospodarz posyła sługi. Jednego biją, drugiego zabijają, trzeciego kamienują. Posyła następnych — i spotyka ich ten sam los. Jak długo można odrzucać człowieka, którego posyła Bóg? Jak długo można zagłuszać sumienie? Jak długo można mówić: „jeszcze nie teraz”? Jak długo można odkładać spowiedź, przebaczenie, pojednanie, nawrócenie? Jak długo można słyszeć Ewangelię i pozostawać dokładnie takim samym człowiekiem? Bóg jednak nie rezygnuje. I wtedy pada zdanie, które powinno nami wstrząsnąć: „W końcu posłał do nich swego syna”. W końcu! Po wszystkim! Po całym uporze człowieka Bóg posyła nie kolejne ostrzeżenie, ale Syna. To jest centrum całej Ewangelii. Bóg nie pozostaje na zewnątrz ludzkiej historii. Wchodzi w nią osobiście. Syn przychodzi do winnicy, która należy do Ojca, i zostaje odrzucony. Chcą Go wyrzucić poza winnicę i zabić. Czy można wyobrazić sobie większy paradoks? Człowiek odrzuca Tego, który przyszedł go ocalić.

I teraz dochodzimy do zdania, które jest sercem tej niedzieli: „Kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła”. Bracia i Siostry, to nie jest tylko piękny obraz. To jest pytanie skierowane prosto do naszego sumienia: co ja robię z Chrystusem? Bo Chrystusa można czcić, ale można Go też odrzucać. Można mieć Go na obrazie, a nie mieć Go w życiu. Można mówić o Nim z szacunkiem, a jednocześnie nie liczyć się z Jego słowem. Można przyjmować Komunię Świętą, a zaraz potem wrócić do starej nienawiści, starego kłamstwa, starego grzechu. Można mówić „Panie, Panie”, a jednocześnie budować życie tak, jakby Jego prawa nie istniały. Kamień węgielny albo kamień odrzucony — innej możliwości nie ma. Chrystus nie chce być ozdobą naszego życia. Nie chce być religijnym dodatkiem do gotowego projektu. On chce być fundamentem. A fundament nie służy do dekoracji. Fundament decyduje o tym, czy cały dom przetrwa.

Może więc właśnie dlatego niektóre nasze życie tak bardzo przypomina budowlę, która z zewnątrz jeszcze stoi, ale wewnątrz zaczyna pękać. Zabrakło fundamentu. Na pieniądzach nie można zbudować sensu. Na ludzkiej opinii nie można zbudować pokoju. Na zdrowiu nie można zbudować wieczności. Na sukcesie nie można zbudować zbawienia. Nawet rodzina, choć jest wielkim darem, nie może zastąpić Boga. Wszystko to jest ważne, ale nic z tego nie może stać się naszym bogiem. Kiedy człowiek bierze coś stworzonego i próbuje oprzeć na tym całe swoje życie, prędzej czy później odkrywa, że zbudował na piasku. Chrystus mówi dziś: Nie wystarczy, że coś w twoim życiu stoi. Pytanie brzmi: na czym stoi?

Dlatego święty Paweł nie daje nam taniej pociechy. Mówi: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”, a zaraz potem pokazuje drogę do pokoju: modlitwa, błaganie, dziękczynienie i kierowanie myśli ku temu, co prawdziwe, godne, sprawiedliwe, czyste i szlachetne. To bardzo ważne, bo człowiek często niszczy własną winnicę najpierw w swoim wnętrzu. Zanim pojawi się zło w działaniu, pojawia się w myśli. Zanim człowiek kogoś zrani słowem, nieraz miesiącami nosi w sobie osąd, pogardę i gniew. Zanim pojawi się zdrada, najpierw pojawia się przyzwolenie w sercu. Zanim człowiek odejdzie od Boga, najpierw przestaje o Nim myśleć. Święty Paweł wie, że trzeba strzec nie tylko rąk, ale także myśli. Nie wystarczy więc pytać: „Czy nic złego nie zrobiłem?”. Trzeba zapytać głębiej: czym karmią się moje myśli? Co noszę w sercu? Co dojrzewa we mnie każdego dnia? Bo z tego właśnie później powstanie owoc.

I może ktoś z nas słucha tej Ewangelii i myśli: „Moja winnica jest już zniszczona. Za wiele się wydarzyło. Za dużo błędów. Za dużo lat. Za dużo ran”. Ale Ewangelia nie kończy się na potępieniu winnicy. Ewangelia kończy się tajemnicą kamienia odrzuconego, który stał się fundamentem. To jest również tajemnica naszego życia. To, co wydawało się końcem, Bóg może uczynić początkiem. To, co było raną, może stać się miejscem dojrzewania. To, co było grzechem, może stać się początkiem prawdziwego nawrócenia — pod warunkiem że człowiek przestanie usprawiedliwiać zło, a zacznie je oddawać Chrystusowi. Nie możemy zmienić przeszłości. Nie możemy cofnąć wypowiedzianych słów. Nie możemy przywrócić utraconych lat. Nie możemy zawsze naprawić wszystkiego, co zostało zniszczone. Ale możemy jeszcze dziś zdecydować, kto będzie Panem naszej winnicy.

Bracia i Siostry! Nie pytajmy dzisiaj przede wszystkim, czy inni wydają dobry owoc. Nie patrzmy na cudzą winnicę. Bóg pyta o moją. Co wyrosło w moim życiu? Miłość czy egoizm? Przebaczenie czy uraza? Prawda czy wygodne kłamstwo? Wierność czy zdrada? Pokój czy nieustanna wojna? Wiara czy tylko przyzwyczajenie? Nadzieja czy rozpamiętywanie własnych klęsk? A przede wszystkim: czy pośród całego mojego życia stoi Chrystus? Nie na marginesie. Nie w kącie. Nie tylko od święta. Nie tylko w chwili choroby i lęku. W centrum. Jako kamień węgielny.

Bo nadejdzie dzień, kiedy gospodarz wróci do swojej winnicy. Nadejdzie dzień, kiedy każdy z nas stanie przed Bogiem. Wtedy nie zapytają nas, ile mieliśmy winnic. Zapytają o owoce. Nie zapytają, ilu ludzi się nas bało. Zapytają, ilu ludzi dzięki nam odnalazło dobro. Nie zapytają, jak skutecznie broniliśmy własnego „ja”. Zapytają, czy potrafiliśmy kochać. Nie zapytają, czy zawsze mieliśmy rację. Zapytają, czy potrafiliśmy stanąć w prawdzie przed Bogiem. I dlatego dzisiaj nie uciekajmy od tej Ewangelii. Pozwólmy jej osądzić nasze życie, zanim osądzi nas wieczność. Winnica jest jeszcze w naszych rękach. Czas łaski jeszcze trwa. Chrystus jeszcze mówi. Kamień, który świat może odrzucić, może stać się kamieniem węgielnym naszego życia. Trzeba tylko przestać udawać właściciela i powiedzieć Bogu: „Panie, to jest Twoja winnica. Naucz mnie nią wiernie zarządzać. Oczyść to, co we mnie chore. Przytnij to, co wydaje cierpkie owoce. I spraw, abym u kresu życia nie przyszedł do Ciebie z pustymi rękami”. Wtedy nawet pośród trudów, lęków, przemijania i niepewności usłyszymy spełniające się słowa świętego Pawła: „Bóg pokoju będzie z wami”. A człowiek, który ma Boga w sercu, nie musi bać się ani życia, ani przemijania, ani nawet ostatniej godziny, ponieważ wie, że winnica, którą powierzył mu Bóg, zmierza ku żniwu wieczności.

Homilia alternatywna IV

Poniżej homilia utrzymana w tonie bardziej retorycznym i pogłębionym, z mocnym akcentem na odpowiedzialność człowieka za owoce otrzymanych darów.

Dzisiejsza liturgia słowa mówi o winnicy. Obraz winnicy może nam się wydawać odległy, niemal egzotyczny, bo nie wszyscy znamy trud pracy człowieka, który od wczesnej wiosny aż po jesienne zbiory troszczy się o krzewy, przycina je, oczyszcza, zabezpiecza i czeka na owoc. A jednak pod tym prostym obrazem kryje się bardzo poważna prawda o naszym życiu. Prorok Izajasz mówi: „Miał winnicę na żyznym pagórku. Okopał ją i oczyścił z kamieni, zasadził w niej szlachetną winorośl, zbudował wieżę i wykuł tłocznię”. Trudno wyobrazić sobie większą troskę. Gospodarz zrobił wszystko, co było potrzebne. Niczego nie zaniedbał. Przygotował ziemię, usunął kamienie, zasadził to, co najlepsze, zabezpieczył winnicę i stworzył warunki, aby mogła przynosić dobre owoce. A jednak zamiast słodkich winogron pojawiły się cierpkie jagody. W tym miejscu zaczyna się dramat człowieka, bo Bóg nie mówi: „Nie dałem ci niczego”. Przeciwnie. Najpierw pokazuje wszystko, co dał. Życie. Czas. Ludzi, których postawił na naszej drodze. Możliwość kochania. Sumienie. Rozum. Wiarę. Sakramenty. Słowo Boże. Przebaczenie. Możliwość rozpoczęcia od nowa. Tyle razy może nawet nie zauważamy, ile dobra zostało przygotowane wokół nas. Żyjemy tak, jakby wszystko nam się należało, a tymczasem Ewangelia przypomina, że człowiek jest nie właścicielem, lecz dzierżawcą. To jedno słowo może bardzo zmienić sposób patrzenia na całe życie. Dzierżawca korzysta z winnicy, ale winnica do niego nie należy. Otrzymuje ją po to, aby przyniosła owoc. A więc pytanie Boga nie brzmi przede wszystkim: „Ile miałeś?”, lecz: „Co zrobiłeś z tym, co ci powierzyłem?”

I właśnie tutaj przypowieść Chrystusa staje się niepokojąco współczesna. Rolnicy z Ewangelii nie odrzucają winnicy. Przeciwnie – bardzo chętnie z niej korzystają. Chcą korzystać z plonów, chcą mieć bezpieczeństwo, dochód, własną korzyść. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy przychodzą wysłannicy gospodarza i przypominają im, że winnica nie jest ich własnością. Człowiek bardzo łatwo przyjmuje od Boga dary, a jednocześnie nie chce przyjąć prawa Dawcy do własnego życia. Chcemy życia, ale nie zawsze chcemy jego sensu. Chcemy wolności, ale czasem chcemy wolności od odpowiedzialności. Chcemy błogosławieństwa, ale nie zawsze chcemy posłuszeństwa. Chcemy, aby Bóg był obecny wtedy, gdy cierpimy, chorujemy, boimy się i czegoś potrzebujemy, ale niekoniecznie wtedy, gdy trzeba podjąć decyzję, przebaczyć, zrezygnować z egoizmu, naprawić krzywdę czy uznać, że nie wszystko wolno tylko dlatego, że człowiek potrafi to zrobić. Człowiek chciałby czasami mieć Boga jako źródło pomocy, ale bez Boga jako Pana. Tymczasem Ewangelia mówi jasno: winnica jest powierzona, a nie sprywatyzowana. Życie nie jest moją absolutną własnością. Drugi człowiek nie jest moją własnością. Moje dzieci nie są moją własnością. Moja rodzina, moje stanowisko, pieniądze, zdrowie, czas, zdolności, nawet moje przekonania – wszystko to jest darem powierzonym mi na pewien czas. I kiedy przychodzi dzień rozliczenia, nie będzie najważniejsze to, jak wielką miałem winnicę, lecz to, jaki owoc z niej wyrósł.

Najbardziej przejmujące w tej Ewangelii jest jednak to, że gospodarz nie reaguje natychmiast przemocą. Posyła kolejnych sług. Jednego po drugim. A kiedy ich odrzucają, nie rezygnuje. Wreszcie posyła własnego syna. To jest logika Boga, której człowiek często nie rozumie. Bóg daje kolejną szansę nawet wtedy, gdy poprzednia została zmarnowana. Człowiek mówi: „Dość”. Bóg mówi: „Spróbuj jeszcze raz”. Człowiek mówi: „Ten człowiek nigdy się nie zmieni”. Bóg potrafi odpowiedzieć: „Jeszcze nie skończyłem z jego sercem”. Człowiek widzi przeszłość i wydaje wyrok. Bóg widzi możliwość nawrócenia. Ale właśnie dlatego odrzucenie Syna jest tak dramatyczne. Nie jest już tylko pomyłką. Jest decyzją: „Chcemy winnicy, ale nie chcemy właściciela”. I tutaj dotykamy centrum Ewangelii. Synem gospodarza jest Chrystus. Zostaje wyrzucony „z winnicy” i zabity. To zapowiedź krzyża. Chrystus przychodzi do świata, który chce darów Boga, ale nie chce Boga. Przychodzi do człowieka, który chciałby urządzić świat po swojemu i najlepiej ustanowić siebie jego właścicielem. A jednak Bóg nie cofa się przed odrzuceniem. Syn wchodzi w samo centrum ludzkiego buntu. I właśnie tam, gdzie człowiek odrzuca Boga, Bóg rozpoczyna dzieło zbawienia.

Dlatego słowa Chrystusa o kamieniu odrzuconym przez budujących są czymś więcej niż komentarzem do przypowieści. Są objawieniem tajemnicy całego chrześcijaństwa: „Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła”. To, co człowiek uznał za niepotrzebne, Bóg uczynił fundamentem. Krzyż, który wyglądał jak klęska, stał się miejscem zwycięstwa. Odrzucony Chrystus stał się fundamentem Kościoła. I tutaj Ewangelia stawia nam bardzo osobiste pytanie: co z Chrystusem zrobiliśmy w naszej własnej winnicy? Nie pytam, czy mamy krzyż na ścianie, obraz w domu czy wpisaną religię w metryce. Pytanie jest głębsze: czy Chrystus rzeczywiście jest kamieniem węgielnym mojego życia? Czy kiedy podejmuję ważne decyzje, pytam nie tylko: „Czy mi się to opłaca?”, ale również: „Czy jest to dobre i prawdziwe?”. Czy w moim małżeństwie, rodzinie, pracy, relacjach z ludźmi Chrystus jest fundamentem, czy tylko dodatkiem? Można przecież być bardzo religijnym na zewnątrz, a wewnątrz urządzić sobie życie tak, jakby Boga nie było. Można mieć wiele praktyk religijnych i jednocześnie nie wydawać owocu sprawiedliwości, miłości i prawdy. Można przychodzić do świątyni, a nie pozwolić Bogu wejść do własnego sumienia.

Prorok Izajasz mówi, czego Bóg oczekiwał od swojej winnicy: „Oczekiwał sprawiedliwości, a oto rozlew krwi, i prawowierności, a oto krzyk grozy”. To niezwykle ważne, bo owocem winnicy nie są religijne deklaracje, lecz konkretne życie. Bóg nie pyta jedynie, ile razy człowiek wypowiedział słowa modlitwy. Pyta także, czy potrafił być uczciwy, kiedy uczciwość kosztowała. Czy potrafił przebaczyć, kiedy bolało. Czy stanął po stronie słabszego, kiedy łatwiej było milczeć. Czy nie skrzywdził drugiego człowieka swoim językiem. Czy nie budował własnego bezpieczeństwa na czyjejś krzywdzie. Czy nie wykorzystywał swojej przewagi. Czy nie udawał dobrego człowieka tam, gdzie należało najpierw naprawić wyrządzone zło. Chrześcijaństwo nie jest konkursem na najbardziej religijny wizerunek człowieka. Jest drogą przynoszenia owocu. I dlatego czasami najbardziej religijnym człowiekiem w naszym otoczeniu może być nie ten, który najwięcej mówi o Bogu, lecz ten, który po prostu nie krzywdzi, umie przeprosić, umie przebaczyć, zachowuje uczciwość, dotrzymuje słowa i pozostaje wierny wtedy, gdy nikt go nie obserwuje.

A jednak w drugiej części dzisiejszych czytań pojawia się ton zupełnie inny. Święty Paweł mówi: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”. Czy nie brzmi to dziwnie wobec dramatu winnicy? Człowiek żyje przecież w świecie pełnym problemów, napięć, chorób, rozczarowań i niepewności. Paweł nie proponuje jednak beztroski ani ucieczki od rzeczywistości. Mówi: „w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem”. To znaczy: nie noś całego świata tak, jakby wszystko zależało tylko od ciebie. Możesz być odpowiedzialny, nie będąc wszechmocnym. Możesz troszczyć się, nie żyjąc w ciągłym lęku. Możesz walczyć ze złem, nie pozwalając, aby zło zamieszkało w twoim sercu. Człowiek, który wie, że winnica należy do Boga, nie musi żyć w rozpaczliwej potrzebie kontrolowania wszystkiego. Nie jest właścicielem całego świata. Jest jego odpowiedzialnym dzierżawcą. I właśnie dlatego może powierzyć Bogu to, czego sam nie potrafi unieść. „A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie”. Zauważmy: Paweł nie obiecuje, że znikną problemy. Obiecuje coś głębszego – że problemy nie muszą zniszczyć wnętrza człowieka.

W końcu zostaje więc jedno pytanie: jak wygląda moja winnica? Nie winnica sąsiada. Nie Kościół widziany z daleka. Nie rodzina kogoś innego. Moja. Co Bóg we mnie zasiał? Ile dobra otrzymałem? Ilu ludzi postawił na mojej drodze? Ile razy przemawiał przez Pismo Święte, przez sumienie, przez drugiego człowieka, przez wydarzenia, których nie chciałem, a które mogły mnie czegoś nauczyć? I co z tego wszystkiego wyrosło? Słodycz czy cierpkie jagody? Pokój czy ciągła wojna? Wdzięczność czy roszczenie? Miłosierdzie czy pamiętliwość? Prawda czy wygodne usprawiedliwienia? Wiara czy tylko religijny zwyczaj? To jest rachunek, przed którym wcześniej czy później stanie każdy z nas. I może najtrudniejsza prawda dzisiejszej Ewangelii polega na tym, że można zmarnować bardzo dobrą winnicę. Można otrzymać wiele i wydać mało. Można mieć całe życie obsadzone możliwościami, a na końcu pozostać duchowo jałowym.

Ale ta Ewangelia nie kończy się rozpaczą. Kamień odrzucony stał się kamieniem węgielnym. A skoro Chrystus zmartwychwstał, żadna historia nie musi zakończyć się tak, jak wygląda dzisiaj. Dopóki człowiek żyje, dopóty może jeszcze oczyścić winnicę, wyciąć to, co chore, usunąć kamienie, przyjąć Słowo i pozwolić Bogu rozpocząć pracę od nowa. Być może ktoś przychodzi dziś do Boga ze świadomością wielu zmarnowanych lat. Być może ktoś patrzy na własne życie i widzi więcej cierpkich jagód niż dobrych owoców. Nie trzeba wtedy udawać, że było inaczej. Trzeba oddać Bogu prawdę. Bo właściciel winnicy nie przestaje być gospodarzem tylko dlatego, że winnica została zaniedbana. Dlatego dzisiejsze słowo nie pyta nas wyłącznie o przeszłość. Pyta o teraźniejszość. Co zrobisz z winnicą, która jeszcze jest ci powierzona? Co uczynisz z człowiekiem, którego jeszcze możesz kochać? Co z przebaczeniem, którego jeszcze możesz udzielić? Co z prawdą, którą jeszcze możesz wypowiedzieć? Co z dobrem, które jeszcze możesz zrobić? Być może właśnie dziś Chrystus nie żąda od ciebie rzeczy wielkich. Być może żąda jednego dobrego owocu. Jednej uczciwej decyzji. Jednego przebaczenia. Jednego zerwania ze złem. Jednego powrotu do modlitwy. Jednego kroku ku człowiekowi, którego od dawna unikasz. Winnica nadal istnieje. Gospodarz nadal czeka. I może właśnie na tym polega największa nadzieja dzisiejszej Ewangelii: Bóg nie pyta jeszcze, dlaczego wczoraj nie było owocu. Bóg pyta, jaki owoc wydasz dzisiaj.

Homilia alternatywna V

Bóg zaryzykował wszystko. Oczyszczał glebę, dźwigał kamienie, budował wieżę, sadził najlepszą winorośl. Kiedy czytamy Proroka Izajasza i Ewangelię, łatwo przeoczyć najważniejsze: to nie jest opowieść o chłodnym inwestorze, który skrupulatnie liczy zyski. To pieśń o szalonej miłości. Bóg zainwestował w nas całe swoje serce.

A potem oddał winnicę w dzierżawę i wyjechał. I w tym miejscu zaczyna się nasz dramat.

W pewnym momencie rolnicy uwierzyli w kłamstwo. Pomyśleli, że skoro tu mieszkają, pracują i zbierają owoce, to cała ziemia należy do nich. Ulegli złudzeniu posiadania. Sługi właściciela pobili i ukamienowali, a jego Syna wyrzucili za mur i zabili.

Dlaczego? Bo chcieli być panami. Chcieli dziedzictwa, ale bez Ojca.

C.S. Lewis w Listach starego diabła do młodego odsłonił ten mechanizm z niezwykłą precyzją. Stary diabeł Krętacz poucza w nich swojego siostrzeńca, że jednym z najskuteczniejszych oszustw Piekła jest wmawianie człowiekowi poczucia własności. Diabły uczą nas mówić z dumą: „mój czas”, „moje ciało”, „moje życie”. Lewis zauważa w tym tragiczną ironię: rościmy sobie prawo do czasu, którego nie potrafimy stworzyć ani zatrzymać choćby na sekundę. Mówimy „moje”, chociaż wszystko bez wyjątku otrzymaliśmy w dzierżawę.

Gdy zaczynasz myśleć, że twoje życie, twoja rodzina, twoje zdrowie czy twój czas są wyłącznie twoją własnością, wchodzisz dokładnie w buty rolników z dzisiejszej Ewangelii. Każde wymaganie Boga zaczynasz traktować jak zamach na swoją wolność. Każde słowo upomnienia – płynące z Pisma, z sumienia czy od drugiego człowieka – odbierasz jak atak intruza, którego trzeba zniszczyć lub uciszyć.

I co wtedy rodzi taka winnica?

Izajasz odpowiada krótko: cierpkie, dzikie jagody. Zamiast sprawiedliwości – krzywda. Zamiast pokoju – ciągła walka.

Kiedy próbujemy brać wszystko w posiadanie, nasza dusza karłowacieje. Stajemy się spięci, podejrzliwi i agresywni. Bierzemy na siebie ciężar, do którego nie zostaliśmy stworzeni – ciężar bycia absolutnym właścicielem świata.

I właśnie tutaj uderza słowo świętego Pawła z drugiego czytania: „O nic się już zbytnio nie troskajcie”.

Zwróćmy uwagę na ten głęboki związek. Nasz paraliżujący lęk, nerwowość i wieczne zamartwianie się nie biorą się znikąd. Wyrastają z pychy posiadania. Kiedy wmawiasz sobie, że sam musisz ze wszystkim sobie poradzić i nad wszystkim panować, lęk staje się twoim cieniem. Pokój Boży pojawia się dopiero wtedy, gdy oddajesz klucze do winnicy Prawdziwemu Właścicielowi. Gdy potrafisz powiedzieć w modlitwie: „Boże, to jest Twoje. Moje małżeństwo, moje dzieci, moja praca, mój czas. Ja jestem tylko dzierżawcą. Ty tu jesteś Panem”.

Paweł wzywa nas, byśmy karmili umysł tym, co prawdziwe, czyste, miłe i godne. To higiena serca kogoś, kto żyje we wdzięczności, a nie w ciągłej obronie swojego terytorium.

Jezus przypomina na koniec o kamieniu, który odrzucili budujący, a który stał się głowicą węgła. Tym odrzuconym kamieniem jest On sam. Możemy wyrzucić Boga za mur własnego życia, żeby udawać niepodległość. Ale bez Niego cała nasza budowla się zawali.

Pytanie, z którym dzisiaj wychodzimy, jest bardzo konkretne: jakie owoce rodzi moja winnica? Słodkie winogrona zaufania, wdzięczności i miłości czy cierpkie jagody kontroli, pretensji i lęku?

Przestańmy grać rolę właścicieli. Bóg jest znacznie lepszym Gospodarzem naszego życia niż my sami.